1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Kryzys środka życia. Jak go przeżyć? – wywiad z psychoterapeutą Tomaszem Teodorczykiem

Kryzys środka życia. Jak go przeżyć? – wywiad z psychoterapeutą Tomaszem Teodorczykiem

123rf.com
123rf.com
Ludzie w tym czasie często dokonują nagłych zmian. Wpadają w panikę, że nie osiągną w życiu różnych rzeczy i próbują sobie z tym poradzić na różne sposoby. Jedną z metod jest rzucenie się na wszystko, co mi ucieka. Ludzie wchodzą w kolejne związki albo mają kilka równoległych.

Gdy człowieka dopada kryzys wieku średniego, często ogarnia go panika - że nie osiągnie w życiu tego, o których marzył, że nie zdąży zrealizować swoich planów, pojechać tam, dokąd zawsze chciał. Ludzie próbują sobie z tym poradzić na różne sposoby. Mniej i bardziej racjonalne.

W jaki sposób próbujemy poradzić sobie z kryzysem środka życia?
Poziom zdrad małżeńskich według niektórych szacunków sięga 70 proc. i duża część z nich zdarza się w kryzysie środka życia. Ludzie wtedy sięgają po wszystkie uciechy świata - szybkie auta, motory, sporty ekstremalne. Albo medytują. Robią to, czego kiedyś sobie zabraniali. Może też być odwrotnie - usztywniają się w tym, co zrobili. Wbrew sobie przekonują się, że wszystko czego dokonali jest dobre, właściwie. Zaczynają „upewniać” siebie i innych, że ich dotychczasowy styl życia był tym jedynie słusznym. W takim momencie mogę na przykład stać się świętobliwym mężem lub szacowną matroną.

Ani jedna, ani druga postawa nie służy chyba rozwojowi?
Nie, bo jedna i druga omija to, o co chodzi w kryzysie. Czasem jednak tego rodzaju zachowania są koniecznym etapem, bez którego człowiek nie jest w stanie rozwijać się.

Dlaczego?
Użyję porównania - jak woda natrafia na dół, to żeby płynąć dalej, musi ten dół wypełnić do końca. Jeżeli zabraniałem sobie w życiu różnych rzeczy, to żebym mógł zmierzyć się z kwestiami, które czekają na mnie w drugiej połowie życia, muszę najpierw sięgnąć po to, czego nie doświadczyłem. Czasami, żeby przejść do zagadnień duchowych, muszę wysycić ziemską stronę. To jest pułapka, w którą wpadają ci, którzy swoje normalne, „ziemskie” trudności próbują rozwiązać poprzez szybkie wejście w medytację, duchowość. To się po prostu nie może udać. Bo rozwój zasadniczo musi być kolejnymi wypełniającymi się dołami. Oczywiście, każdy ma swoją drogę, ale nie ma drogi na skróty.

W kryzysie środka życia te doły są szczególnie trudne, tak?
W tym miejscu pojawia się znowu niebezpieczeństwo - jeżeli zacznę sobie brać te fajne rzeczy i na tym poprzestanę, będę je w sposób jałowy powielał, podczas kiedy powinienem pójść dalej.

Co to znaczy - pójść dalej? Zmierzyć się z pytaniami, które są fundamentalne - kim jestem, po co żyję, jaki jest mój stosunek do kosmosu czy też jakkolwiek pojmowanego Boga. To chyba nie jest łatwe zadanie?
To jest koszmarnie trudne zadanie.

Co zrobić, żeby to było łatwiejsze?
Podstawową rzeczą jest nasz stosunek do zjawiska, jakim jest kryzys. On próbuje nas zmusić, żebyśmy te rzeczy, które do tej pory marginalizowaliśmy, zintegrowali i włączyli w siebie. W momencie, kiedy to zrobimy, perspektywa z której patrzymy na życie i na śmierć, jest już inna. To trochę jak z wiedzą. Jeśli wiemy mało, różne rzeczy nas przerażają. Gdy wiemy więcej, dostrzegamy, że zjawiska są wieloznaczne, wielopłaszczyznowe - można na nie spojrzeć z kilku stron. To samo z nami - jeśli jesteśmy szeroką, rozwiniętą, zintegrowaną osobowością, życie ani śmierć zazwyczaj już nas tak nie przerażają. Czasem może też udać się nam odpowiedzieć na niektóre pytania, które zbliżają nas do odkrycia tajemnicy życia.

Ważna jest świadomość tej naszej wielopłaszczyznowości?
Świadomość, ale też coś więcej. Rozwój człowieka polega na tym, żeby nie tylko mieć świadomość tego, że mam w sobie wiele aspektów, ale żeby żyć tymi wszystkimi aspektami w każdej chwili.

Z jakimi pytaniami mierzy się człowiek w kryzysie środka życia?
Po pierwsze mierzy się z pytaniem czy to, co robiłem i robię, jest zgodne z moją ścieżką serca. Czy to jest to, co potrzebuję robić w życiu - czy jestem we właściwym związku, wykonuję właściwą pracę, żyję we właściwym miejscu. To są pytania o najważniejsze rzeczy dotyczące miejsca w życiu, w którym aktualnie jestem. A jeżeli nie jestem na ścieżce serca, to w jaki sposób mógłbym się na niej znaleźć. To podstawowe pytanie w tym momencie życia. A dalej to już tylko podążać za tym, w którą stronę moja ścieżka serca mnie prowadzi. Na niej znajdą się w którymś momencie inne fundamentalne pytania.

A jak ktoś sobie na te fundamentalne pytania nie odpowie, to co?
Nie wiem, czy w ogóle można sobie na nie odpowiedzieć, ale na dłuższą metę nie ma takiej możliwości, żeby je ominąć. Ale też nie chodzi tu o odpowiedzi werbalne. Nawiążę do psychologii zorientowanej na proces, metody w której pracuję i która jest współczesną wersją taoizmu. W taoizmie mówi się jasno że Tao, które można nazwać słowami, nie jest prawdziwym Tao. Można je doświadczać, można je czuć, ale nie można o nim mówić. Myślę, że tak samo jest z tymi najważniejszymi pytaniami - jeżeli zaczniemy o nich mówić, wpadamy w banał. Jaki jest sens życia? Każda odpowiedź na to pytanie będzie czystą bzdurą. Myślę natomiast, że przede wszystkim chodzi o to, żeby umieć odnaleźć radość z szukania tych odpowiedzi.

Co na to Jung?
Mówił, że kryzys środka życia to moment, w którym możliwości indywidualnej ludzkiej psychiki się wyczerpują. Mówiąc krótko - człowiek w swoim jednostkowym ludzkim wymiarze jest za głupi, żeby to rozwiązać. Pomóc mu może nieświadomość zbiorowa, czyli głęboko schowana skarbnica wiedzy, w której ukryte są podstawowe informacje o stosunkach między człowiekiem a Bogiem, kosmosem, uniwersum. Pytanie - jak tam dojść? Jeśli jestem tylko sam ze swoją indywidualną psychiką, mogę jedynie sięgnąć po rozwiązania powierzchniowe. Jung mówił, że niektórym ludziom zdarzają się dary od nieświadomości zbiorowej - to sny archetypowe. Taki sen nie ma żadnych jednostkowych odniesień - śnię i chociaż nie potrafię tego zrozumieć ani też odnieść do swojego życia, robi to na mnie ogromne wrażenie. Śnią się wtedy symbole ogólnoludzkie, ogólnopsychiczne. Nie każdemu, oczywiście, one się zdarzają, ale do nieświadomości zbiorowej można dojść też w inny sposób.

Jaki?
W psychologii zorientowanej na proces funkcjonuje pojęcie mitu życiowego. To główne zadanie naszego życia, oś, wokół której owija się większość naszych psychicznych problemów, linia rozwojowa, która nas prowadzi. O micie życiowym można myśleć jak o pewnej sztuce ze sobą na scenie. Sensowne rozwijanie mitu życiowego polega na odegraniu tej sztuki w różnych rolach. Wtedy poznaję historię z różnych stron - nie jestem cały czas na przykład w roli bohatera, ofiary czy ojca. Gdy wchodzę tylko w jedną rolę, oglądam sztukę z jednego punktu widzenia. W ten sposób niczego się w życiu nie nauczę, bo przez cały czas powielam to samo. Znając swój mit życiowy, człowiek jest w stanie łatwiej przejść kryzys środka życia, bo mit swoimi korzeniami sięga nieświadomości zbiorowej. Mit nadaje pewien indywidualny ton temu kryzysowi. Pokazuje pewne kierunki rozwiązań, które są tylko dla mnie. Bo każdy ma swój własny mit życiowy.

Czytaj też pierwszą część wywiadu - Kryzys środka życia. Co to za zjawisko?

Tomasz Teodorczyk – współzałożyciel Akademii POP (). Dyplomowany psychoterapeuta i nauczyciel pracy z procesem Research Society for Process Oriented Psychology w Zurichu, posiada Licencję Psychoterapeutyczną i Trenerską Polskiego Towarzystwa Psychologii Zorientowanej na Proces. Pracą z procesem zajmuje się od 1988r. Prowadzi psychoterapię indywidualną, warsztaty oraz szkolenia i superwizje. Tłumacz książek A. Mindella oraz autor artykułów o pracy z procesem. Współpracuje również z firmami przy rozwiązywaniu konfliktów. e-mail: teotomek@akademiapop.org

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Obojętność w związku - sygnał, że relacja musi się zmienić albo zakończyć

Z obojętności można wydostać się w jeden sposób - pracując nad związkiem. (Ilustracja: iStock)
Z obojętności można wydostać się w jeden sposób - pracując nad związkiem. (Ilustracja: iStock)
Może doprowadzić do tego, że zaczynamy obwiniać drugą stronę o to, że wspólne życie nam nie wychodzi. Istota sprawy tkwi jednak w tym, aby zauważyć, że działamy razem i że razem musimy przezwyciężyć ten kryzys – że oboje musimy dać coś od siebie… albo oboje nawzajem się zrozumieć i odpuścić. - Obojętność partnera w związku bywa bolesna, ale jest oznaką zmiany - podkreśla psychoterapeuta Tomasz Teodorczyk. 

O obojętności w związku można przeczytać same niepokojące rzeczy – że oznacza ona pustkę, że jest zapowiedzią rychłego rozstania. Skąd między ludźmi, którzy byli sobie bliscy, bierze się obojętność?
W psychologii zorientowanej na proces o tym, co się dzieje w związku, mówi się w kategorii jasnych i ciemnych snów. Jasne sny ma każdy człowiek - są to wyobrażenia na temat idealnego partnera czy partnerki, nasze najgłębsze duchowe pragnienia i tęsknoty z tym związane. Jest to dość niespójny kawałek, bo mieszczą się tu i przekonania na temat związku, które wynosimy z domu, i wyobrażenia medialne - od spraw głębokich po bardzo płytkie. Z jasnymi snami jest kłopot, bo są one w dużej mierze nieświadome.

A ciemne sny?
To suma naszych rozczarowań relacyjnych. Reakcji, które zachodzą, kiedy tęsknoty jasnych snów nie zostają zaspokojone. Żeby lepiej sobie to wyobrazić, punkt jasnych snów połączmy linią z punktem snów ciemnych - jakby "łukiem tęczy". W momencie kiedy poznajemy partnera, zaczynamy iść w stronę jasnych snów. Myślimy sobie wówczas - to jest dokładnie ten mężczyzna, o nim marzyłam, on spełni moje najskrytsze pragnienia, będziemy żyć szczęśliwie. Śnimy o tym, aż wreszcie dochodzimy do jakiegoś punktu na linii i widzimy, że nasz wymarzony mężczyzna nie jest na przykład tak czuły, rozumiejący czy mądry. Zwykle zatrzymujemy się w jakimś miejscu na tej linii, bo nikt nie jest w stanie w pełni odpowiedzieć na nasze oczekiwania. Kończy się czas zakochania, fascynacji i wtedy dostajemy komendę „w tył zwrot” i zaczynamy podążać w kierunku ciemnych snów. Pojawiają się takie myśli jak: wszyscy mężczyźni to dranie, lepiej już żyć samej, mam go dosyć, trzeba się z nim rozstać, bo jest beznadziejny.

Gdy podążamy w kierunku ciemnych snów, widzimy partnera w gorszym świetle niż jest on w rzeczywistości?
Tak. W fazie jasnych snów widzimy go przez różowe okulary, w ciemnych snach - przez czarne. Ale gdy zbliżamy się do ciemnych snów, dochodzimy do wniosku że ten nasz partner nie jest znowu aż taki zły i znowu zaczynamy śnić swoje jasne sny. Kursujemy po takim jakby łuku. Kłopot polega na tym, że jak się już chodzi wiele razy tą drogą, odcinek między jasnym a ciemnym snem skraca się. Wahnięcia stają się częstsze. Raz myślę sobie - jest fajnie, a zaraz potem - jest fatalnie. Jest to pewnego rodzaju pułapka, ponieważ w tym miejscu nie jesteśmy w stanie ani zawalczyć o swoje marzenia oraz tęsknoty, ani nie możemy się rozstać. Zazwyczaj dzieje się tak, że nie możemy dojść do punktu końcowego ciemnych snów, bo hamują nas okoliczności: dzieci, mieszkanie, lęk przed samotnością. A na walkę o marzenia nie mamy siły, energii. Im mniejszy jest odstęp między jasnymi i ciemnymi snami, człowiek popada w pewien rodzaj rezygnacji - jest to właśnie obojętność.

Czym jest obojętność?
Są dwa rodzaje obojętności - napięta i bezwładna, którą można określić jako stan łagodnej, chronicznej depresji. Wcześniej pojawia się obojętność napięta. Myślimy sobie wówczas, że już trochę nie chce się nam być w naszym związku, ale biegun ściągający nas w sferę jasnych snów jest jeszcze mocny. Wtedy mogę zwrócić uwagę na inną kobietę lub mężczyznę. To mi może wyciąć kawałek zainteresowania partnerką czy partnerem, ale jest jeszcze ukryta energia, która będzie dążyła do utrzymania związku. W tej fazie są jeszcze momenty, kiedy wydaje nam się że wszystko dobrze się układa - wyjedziemy gdzieś razem w fajne miejsce, pójdziemy na kolację do restauracji. Ale zaraz potem znów czujemy, że ona lub on już mnie nie obchodzi.

Czy w fazie obojętności napiętej chcemy ukarać partnera za to, że nie spełnił naszych oczekiwań i tęsknot?
Tak - ukarać, sprowokować, zamanifestować. Gdzieś jest jeszcze w nas nadzieja, że możemy poruszyć tę drugą stronę, że jesteśmy w stanie sprawić, że ona mimo wszystko okaże zdolna do wypełnienia tych wszystkich pięknych rzeczy, które sobie założyliśmy na początku związku. Pod spodem obojętności jest nadzieja, że partner czy partnerka okaże się jednak tą wymarzoną osobą.

A co się z nami dzieje w fazie obojętności, którą nazwałeś stanem łagodnej, chronicznej depresji?
Już nie mamy nadziei, że coś dobrego może wydarzyć się w związku. Nie czujemy żadnej mocy sprawczej. Wydaje nam się, że nic się nie zmieni, ale też nie jesteśmy w stanie z tego związku zrezygnować. Co więcej - nie wierzymy że znajdziemy sobie innego partnera, że kiedykolwiek ułożymy sobie życie. Tutaj zaczyna się depresja. W tym miejscu znajdują się te wszystkie poglądy, które mają uprawomocnić przekonania, że życie nie ma sensu, że nie ma miłości na świecie. Jak się głębiej porozmawia z ludźmi w tym stanie, to mówią oni o swoich fantazjach na temat śmierci partnera lub własnej. To się jawi jako jedyne rozwiązanie, uwolnienie z tej sytuacji, bo sami nie mogą nic z nią zrobić. W długoterminowych związkach łączą się z tym stanem różnego kryzysy, na przykład kryzys wieku średniego.

Stan obojętności napiętej może przejść w obojętność bezwolną, tak?
Tak, jeśli się z nią nic nie robi.

A jeśli już jest, jak się z tej obojętności wydostać?
Można w jeden sposób - pracując nad związkiem. Dbając o niego, można sprawić że krzywa opadania temperatury uczuć będzie mniejsza. W naszej kulturze związek zaczyna się jak gdyby od wrzenia, od 100 stopni, potem temperatura spada. Jeżeli spowodujemy, że opadnie łagodnie i zatrzyma się w miejscu, które nas satysfakcjonuje, prawdopodobnie przeżyjemy razem wiele szczęśliwych lat w dobrym zdrowiu na poziomie jasnych snów.

Brzmi trochę jak bajka.
Wszyscy jesteśmy we władaniu takiego przekonania, że od życia nie można specjalnie wiele oczekiwać. Nie ma cudów - miesiąc miodowy się skończył, można liczyć że co najwyżej będzie jakoś w miarę sensownie. Jeżeli byśmy zmienili nasze podejście i byli przekonani, że można oczekiwać od związku, który trwa lata, gorącej temperatury, dużo by to zmieniło. Zostawmy jednak maksymalne rejestry, pomyślmy jak zadbać żeby amplituda naszych uczuć nie opadała za szybko, żeby w związek nie wkradła się obojętność?

Jak to zrobić?
Z tym jest różnie. Są ludzie, którzy potrzebują dbać o swój związek, rozbudowując sferę domową, bo to jest to, na czym im zależy. A są takie pary, dla których pielęgnowanie będzie polegało na tym, żeby jeździć po świecie, wieść życie towarzyskie, angażować się w działalność społeczną, kulturalną, artystyczną. Każdy związek ma swoją unikalną formułę, w psychologii procesu nazywamy to mitem relacyjnym. Zadbanie o związek jest możliwe i można sprawić, żeby nie wpaść w pułapkę obojętności. To jest profilaktyka.

Zwykle zaniedbujemy wszelką profilaktykę.
Tak. I budzimy się w fazie obojętności. W tym miejscu należy uświadomić sobie, że mamy kryzys relacyjny. Nie ma co się łudzić, że sam przejdzie. Obojętność jest jednym z pewnych symptomów kryzysu. Jeśli potraktujemy kryzys jako wyzwanie i informację, że ze związkiem coś trzeba zrobić, zaczynamy szukać rozwiązań.

Jakich?
Kryzys to jest szczególne i trudne miejsce zarówno w życiu relacyjnym, jak i w życiu człowieka. Jest sygnałem na to, że system w którym jesteśmy, doszedł do kresu możliwości w danej formule. Konieczna jest jego transformacja. Coś musi się zmienić. Może za bardzo poświęcamy się pracy, domowi albo dzieciom?

Równowaga została zachwiana?
Tak. Ten system stał się sztywny, nie reaguje elastycznie. Bo zmieniły się potrzeby między nami, a my cały czas działamy tak jak kiedyś.

O czyje potrzeby chodzi - o własne czy partnera?
Różnie. Załóżmy, że jestem człowiekiem wychowanym w dość konserwatywnym duchu - jestem dość spokojny, grzeczny, układny, odpowiedzialny, solidny. Mam w sobie stronę bardziej szaloną, ale ona nigdy nie była wspierana ani przez moich rodziców, ani świat dookoła mnie. Wyrosłem na poprawnego faceta, chodzę do pracy, mam dzieci i do tego wszystkiego mam żonę, która wspiera ten mój styl funkcjonowania. Załóżmy, że w pewnym czasie zaczynam czuć presję upływającego czasu i myślę sobie, że może warto byłoby sięgnąć po inny kawałek życia i zaczyna mi się marzyć podróż dookoła świata. Zmieniły się moje potrzeby. A moja żona może wcale nie chcieć wspierać tych moich nowych dążeń. Ona może działać tak, jakby była z człowiekiem, z którym brała ślub, podczas gdy ja już jestem innym facetem.

Żeby była szansa na zmianę związku, to żona powinna podążyć za zmianą, która dokonała się w mężu?
Jesteśmy w momencie kryzysu, który jest sygnałem, że związek musi się transformować albo zakończyć. To jest ten moment dojścia do granic możliwości modelu, który zbudowaliśmy. Jeśli związek zdolny jest do zmiany, to warto nad nią pracować. Wtedy relacja ma szansę jeszcze przetrwać.

Szansa powodzenia jest wówczas, jeśli obie strony chcą zmiany?
Tak, inaczej nic z tego nie będzie. Jeżeli jedna strona naciska na zmianę, to druga albo też jej dokonuje, albo zdecydowanie się temu przeciwstawia. Jeśli mamy do czynienia z drugim wariantem albo musimy się rozstać, albo wpadamy w łagodną depresję. Albo żona powie: „Świetnie, ruszamy na wyprawę dookoła świata.” albo „Zgłupiałeś!”. Albo się rozstaniemy, albo obsuniemy się w depresję i będziemy się obwiniać. Ja za to, że ona mnie nie wspiera w moich nowych potrzebach, ona mnie za to, że jej się wydawało że ja jestem inny, niż jestem.

Czasami jest tak, że sami potrzebujemy tej zmiany, ale wymagamy jej od partnera.
Wszyscy ludzie są w tym miejscu tacy sami. Chcemy, żeby zmiana została przeprowadzona nie przez nas, tylko przez naszych partnerów. Chcielibyśmy, żeby oni zrobili tę robotę za nas. Zanim uświadomię sobie, że chcę się wybrać na koniec świata, będę zarzucał żonie że jest nudna.

I zwykle jest tak, że zaczynamy od żali, pretensji, czasem od dawna niewypowiedzianych?
Tak, jeżeli wytykamy coś partnerowi, sprawa dotyczy tego że potrzebuję zadbać o siebie w tej sferze. To ja potrzebuję zmiany, a druga strona pójdzie za tym, albo nie.

Zdarza się tak, że nie zawsze związek, który znalazł się w fazie obojętności, można uratować.
Istotą sprawy nie jest to, żeby związek ratować. Ostatnio przeczytałem mądre zdanie w książce dla lekarzy: „Lecz chorobę, ale umierającemu duchowi daj spokojnie odejść”. Trzeba zobaczyć co z tym naszym duchem.

Jak?
W momencie, kiedy jesteśmy rzucani od jasnych snów do ciemnych, zwykle do tego potrzebny jest ktoś z zewnątrz.

Jako terapeuta pewnie to widzisz?
Zwykle widzę sygnały, że duch związku umiera. Gdy podczas pracy terapeutycznej kieruję klienta to w stronę jasnych snów, to w stronę ciemnych, obserwuję dokąd bardziej zmierza. Wtedy, w zależności od tendencji, która jest silniejsza, można albo mocniej zawalczyć o swoje marzenia, albo uścisnąć sobie dłonie i powiedzieć „cześć”. Jest jeszcze druga możliwość wyjścia z tej pułapki. Można uruchomić takie miejsce, które nazywamy brakiem snu. Chodzi o to, żebym był w stanie spojrzeć na partnera ani przez różowe, ani przez czarne - tylko bez okularów. Wtedy mam szansę zobaczyć kim ona lub on naprawdę jest. Że nie jest ani aniołem, ani diabłem, tylko człowiekiem o takich i takich cechach. Wówczas łatwiej można podjąć decyzję, czy chcę nadal z kimś takim żyć, czy nie.

Jak możemy pomóc sobie w decyzji o rozstaniu?
Rozstanie nie jest niczym strasznym. Jest takim samym zjawiskiem jak każde inne. Chodzi o to w jaki sposób się rozstajemy. Dobrze byłoby zobaczyć, co w naszym związku było wartościowe, czego się nauczyliśmy, podziękować sobie. Zrobić podsumowanie.

Tomasz Teodorczyk - współzałożyciel Akademii POP, dyplomowany psychoterapeuta i nauczyciel pracy z procesem Research Society for Process Oriented Psychology w Zurichu, posiada Licencję Psychoterapeutyczną i Trenerską Polskiego Towarzystwa Psychologii Zorientowanej na Proces. Pracą z procesem zajmuje się od 1988 r. Prowadzi psychoterapię indywidualną, warsztaty oraz szkolenia i superwizje. 

  1. Psychologia

Kryzys wieku średniego u mężczyzn – na czym polega? Rozmowa z psychoterapeutą Benedyktem Peczko

Druga połowa życia mężczyzny domaga się głębszych i bardziej sensownych działań. (Fot. iStock)
Druga połowa życia mężczyzny domaga się głębszych i bardziej sensownych działań. (Fot. iStock)
Co mam do zrobienia, a nie tylko do… zarobienia? Druga połowa życia domaga się głębszych, bardziej sensownych i bardziej spełniających nas działań – uważa psychoterapeuta Benedykt Peczko.

W okolicach czterdziestki coś się zmienia: on traci napęd, robi się niespokojny, już nie tak chętnie podejmuje nowe działania, zamyśla się, ulega stanom depresyjnym. Carl Gustav Jung nazwał ten czas kryzysem połowy życia. Puka cień, a mężczyzna nie wie, co się dzieje. Nie wie, jak dokonać przejścia w drugą połowę życia.
Za czasów Junga ten kryzys przydarzał się mężczyznom około czterdziestki. Teraz znacznie wcześniej – już 35-latkowie, a nawet 32-latkowie zgłaszają te objawy. Przyczyną jest, oczywiście, tempo współczesnego życia, nieznane naszym rodzicom czy dziadkom. Zdarza się, że mężczyźni do trzydziestki gromadzą taką liczbę doświadczeń, uczestniczą w tak wielu aktywnościach, robią kariery, zarabiają pieniądze, że po trzydziestce czują się już nasyceni, a nawet wypaleni. Niejeden z nich mówi mi, że właściwie „osiągnął już niemal wszystko”.

Na tym polega kryzys połowy życia? Osiągnąłem wszystko, nagromadziłem, doświadczyłem i co dalej?
Tak, to dotyczy niemal każdej sfery życia – nie tylko zawodowej, ale także towarzyskiej, sportowej, rodzinnej. W naszych czasach można mieć wszystko bardzo szybko – zaliczyć wiele szkoleń, kursów, zdobyć dyplomy, certyfikaty, podróżować ile dusza zapragnie, mieć tysiące znajomych na Facebooku i kontakt z całym światem. Można się do woli nasycić tym, co na zewnątrz. Kryzys jest nieunikniony: „No dobrze, poznałem, przeczytałem, osiągnąłem, zrobiłem, zaliczyłem. I co teraz?”.

Pojawia się pokusa, żeby jeszcze coś dodać, zdobyć, osiągnąć?
„Nie byłem jeszcze w Azji!”. Jednak przychodzi niepokojący moment: „Mimo że jadę tam, gdzie wcześniej nie byłem, robię to, czego wcześniej nie robiłem, coraz mniej we mnie ekscytacji, ciekawości”. Coraz więcej robię i coraz gorzej się czuję. Wielu mężczyzn traci wówczas motywację, nierzadko popadają w depresję. Pytają siebie, co się dzieje, co jest nie tak. Mężczyzna aktywny fizycznie zauważa, że ostatnio, grając mecz, uległ kontuzji kolana i barku. Że szybko się męczy, nie nadąża za młodszymi.

Właśnie puka cień?
W sferze cienia pozostaje temat związany z przemijaniem. Cień dotyczy życia wewnętrznego, które jak dotąd zaniedbywaliśmy, ponieważ nie zastanawialiśmy się nad wieloma kwestiami. Jeden z mężczyzn opowiadał mi, że na zjeździe absolwentów, oglądając zdjęcia ze szkolnych lat, uświadomił sobie ze smutkiem, jak szybko mija czas. Dotarło do niego, że tamte lata bezpowrotnie przeminęły. Że niczego nie da się zatrzymać. Właśnie to budzi niepokój.

Nieuchronne przemijanie?
To, co gromadzimy, to, czego doświadczamy, przeminie, to pewne. Świadomość nietrwałości jest cieniem, o którym dotąd nie chcieliśmy wiedzieć. W obszarze cienia znajdują się różne pytania egzystencjalne, jednak nie w znaczeniu, jak lepiej egzystować i zabezpieczyć sobie materialną przyszłość. Raczej: Jaki sens ma moja egzystencja? Pytania o sens są widomym znakiem kryzysu połowy życia, ponieważ w pierwszej połowie nie zadajemy sobie takich pytań. Po prostu żyjemy, podążamy za trendami, za modą, mamy apetyt na doświadczanie – czerpanie z życia ile się da. I nagle pojawia się pytanie o sens. Jaki sens ma to, co dotąd robiłem? Po co tu jestem? Takie pytania często wyzwalają lęk, ponieważ może się okazać, że to, czemu dotąd poświęcaliśmy tyle czasu, nie ma dla nas żadnego sensu; że straciliśmy mnóstwo czasu.

Wtedy lepiej nie myśleć.
Niektórzy mężczyźni nie podejmują wyzwania i uciekają w kolejne nadaktywności, w konsumpcję, w alkohol. Jednak wielu zatrzymuje się i pyta siebie, co teraz – wobec tego kryzysu – mamy do zrobienia, a nie tylko do… zarobienia. Jakie jest nadrzędne zadanie?

Nadrzędne?
Takie, któremu warto poświęcić czas i energię drugiej połowy życia, oczywiście, czerpiąc z doświadczeń i zasobów pierwszej połowy. W sferze cienia mogą znajdować się także te aspekty nas samych, które z jakiegoś powodu odłożyliśmy na bok, a teraz – w czasie przełomu, w punkcie zwrotnym – dochodzą do głosu. Pojawia się pragnienie spełnienia czegoś ważnego, zrobienia czegoś dla radości i wewnętrznej satysfakcji, a nie dla kariery czy poklasku. To są te słynne powroty do pasji dzieciństwa. Teraz możemy sprawdzić, w jakim stopniu gra na instrumencie muzycznym czy uprawianie sportu mogą być dla nas źródłem spełnienia.

Pasja, radość, spełnienie, powołanie – te głębokie potrzeby wyłaniają się z cienia?
Przechodzimy z patrzenia na to, co na zewnątrz, na spojrzenie do środka. To wewnątrz nas samych mamy teraz odnaleźć inspirację i motywację do działania. Jeśli wszystko tak szybko przemija, to czy w dalszym ciągu sensowne jest inwestowanie energii w to, co zewnętrzne wobec mnie? Zapatrzeni w otoczenie i pogrążeni w aktywnościach ukierunkowanych na zewnątrz tracimy swoje wnętrze. Spychamy je do cienia. Im dłużej trzymamy je w cieniu, tym trudniej tam zajrzeć. Często rozmawiam z mężczyznami, którzy stracili kontakt ze sobą i obawiają się tego kontaktu, niechętnie „analizują siebie”.

Jednak impulsy niezadowolenia, niepokoju, napięcia, frustracji płyną z wnętrza właśnie.
Wielu mężczyzn w okresie kryzysu odkrywa, że w sposób świadomy nigdy nie zastanawiali się, co jest dla nich naprawdę ważne. Że dotąd myśleli głównie operacyjnie; skupiali się na tym, co mają załatwić i jak się z tym uporać od strony technicznej. Po długim czasie takiej zewnętrznej aktywności wahadło zaczyna się odchylać w drugą stronę, co jest najzupełniej normalne i naturalne. Spowolnienie, wątpliwości, niepokój nie świadczą o chorobie. To ważny komunikat od nas samych. Nie ma sensu przed nim uciekać, bo to byłaby ucieczka od siebie. Nie da się uciec od siebie.

Wejście w ciemność to zwiastun depresji. Dobrej depresji?
Depresja może być po prostu sygnałem zmiany: to, co kiedyś cieszyło, już nie sprawia radości. Niekoniecznie od razu musimy brać leki. Depresja to zastój, wyczerpanie, martwota. Możemy zapytać siebie, co we mnie jest już martwe, co się wyczerpało. Często bierzemy leki, aby nie dokonać tej zmiany. Czynimy chorobą to, co może stać się czynnikiem zdrowienia. Oczywiście, nie mówimy tu o ciężkich przypadkach depresji klinicznej. Dyskomfort pełni tutaj bardzo pozytywną funkcję. Nasuwa mi się metafora z kotem, który leży na kaloryferze. Kaloryfer zaczyna mocniej grzać i kot się gotuje. Jest zmuszony zwlec się z tego kaloryfera, więc spuszcza – acz niechętnie – jedną nogę, a potem drugą i schodzi. W naturze taki stan rozluźnienia byłby dla kota najgorszym zagrożeniem.

Z wieloma rzeczami i sprawami trzeba będzie się rozstać. Perspektywa utraty to nie jest coś, co witamy z radością. Karierę można zmierzyć, w przeciwieństwie do sensu.
Sens to głębokie doświadczenie, które porządkuje nasze życie i sprawia, że wiemy, co do czego przynależy, dlaczego coś robimy i co nas motywuje. Gdy odkrywamy sens, wiemy już, że będziemy podążać właśnie tą drogą, a wszystko inne odpadnie. To są koszty tej zmiany. Owszem, może to mieć wpływ na karierę, wizerunek, pozycję społeczną, na dochody. Jednak odnajdując poczucie sensu, czujemy się gotowi na to poświęcenie. To także wyzwanie dla rodziny: dzieci nie dostaną być może kolejnych gadżetów, ale będą miały szczęśliwszego tatę. „Nawet jeśli na początku będą niezadowolone, trudno – powiedział mi jeden z ojców. – Bardziej zależy mi na kontakcie z nimi niż na dawaniu im coraz droższych prezentów”.

Jaki może być happy end przejścia od pierwszej do drugiej połowy życia?
Takie dwa przykłady. 36-latek, człowiek sukcesu, właściciel agencji nieruchomości. Zarobił tyle pieniędzy, że starczy na dwa pokolenia. Jak twierdzi, „przeżył życie”. Przyszedł na konsultacje z pytaniem: „Co dalej?”. Mógłby kontynuować taki styl życia, ale nie wie po co. Zdobyłby jeszcze więcej dóbr i więcej doświadczeń, jednak jakość jego życia by się nie zmieniła. Ten mężczyzna w procesie wewnętrznej retrospekcji doszedł do wniosku, że już nie chce uczestniczyć w korporacyjnym wyścigu, rezygnuje z awansów. Wycofał znaczne zasoby energii z pracy i działania dla zysku na rzecz działalności charytatywnej – wspiera fundację opiekującą się dziećmi, które nie mają rodziców. Odnalazł sens drugiej połowy życia. Inny mężczyzna w tym samym wieku, który nie osiągnął sukcesu, pracował w urzędzie i żył samotnie, kryzys połowy życia przypłacił zawałem serca, a więc cień już nie pukał, ale walił pięściami. W jego przypadku lekarstwem okazał się powrót do pasji młodości – wspinaczki w górach i gry na perkusji. Powrót do tych zapomnianych aktywności dał mu tyle energii, że znalazł inną, bardziej satysfakcjonującą pracę i grupę przyjaciół.

Druga połowa życia upomina się o nas i tylko o nas. To dobra wiadomość.
My, mężczyźni, jesteśmy nauczeni spełniać oczekiwania innych, wywiązywać się z różnych zadań. Wejście na nowy teren prowadzi przez strefę cienia, czyli obszary nieznane i nieoswojone. Po przejściu w te nowe rejony mężczyźni mówią, że czują się tak, jakby wrócili wreszcie do siebie: „Tak się tego bałem, a tu wszystko moje, naturalne, jak w domu”. Na tym polega ten paradoks: wkraczam w cień, w ciemność, a tutaj tak dobrze. I tyle światła.

Potrzeba tylko trochę odwagi?
Raczej motywacji i decyzji.

Skąd je wziąć?
Ze świadomości, że jeśli nie podejmę tej decyzji, wtedy nigdy nie dowiem się, czym jest radość drugiej połowy życia. I nigdy nie będę przewodnikiem dla młodszych pokoleń, ponieważ od kryzysu połowy życia zaczyna się proces stawania się mistrzem, mentorem czy mędrcem. Lepiej nie przegapić tego przejścia.

  1. Psychologia

Od jakich emocji uciekasz będąc w związku?

Do jakiej mojej emocji nie chcę się przyznać, czego nie chcę przyjąć jako swoje? (fot. iStock)
Do jakiej mojej emocji nie chcę się przyznać, czego nie chcę przyjąć jako swoje? (fot. iStock)
Miłość nie oznacza odczuwania nieustannie tego samego. Jej bogactwo wynika z pozwolenia sobie na przyjmowanie tego, co się pojawia, bez oceniania, co jest dobre, a co złe. Kiedy jesteś świadoma emocji, które wywołuje w tobie partner, masz szansę na poznanie siebie.

Najbliższe nam osoby pełnią dość niewdzięczną rolę: to na nie projektujemy swoją bezsilność, swoje lęki, pustkę i wszystko to, do czego nie chcemy się przyznać. One niejako zgodziły się wyświetlić obraz nas samych, naszych przekonań, tego, w co wierzymy, co sobie wyobrażamy. Właśnie z tego powodu wiele związków się nie udaje albo nie trwają one długo, ponieważ w którymś momencie już nie możemy wytrzymać patrzenia na siebie poprzez partnera, czujemy tyle lęku przed bólem wywołanym niektórymi emocjami, że wolimy odejść, zamiast pozwolić sobie czuć. Dlatego to, w jaki sposób reagujemy na ból wywołany niektórymi uczuciami, pokazuje nam, jak wyglądają nasze relacje.

Powiedz STOP

Zwróć uwagę, jak reagujesz na niechciane emocje: czy pozwalasz sobie poczuć jądro bólu, czy wręcz przeciwnie – kurczysz się i zamykasz? Jeśli denerwujesz się na partnera lub irytują cię niektóre jego zachowania, możesz być pewna, że to upomina się o uwagę emocja, której nie chcesz odczuwać. Kiedy świadomie przyznasz się, że to, co czujesz, jest twoje, możesz otworzyć serce na tego człowieka, a potem na to, co czujesz. I tym samym uzdrowić siebie. Jeśli wpadłaś w sidła wewnętrznego dialogu, w którym krytykujesz cały czas partnera, to najwyższy czas powiedzieć „STOP” i zadać sobie pytanie: Do jakiej mojej emocji nie chcę się przyznać, czego nie chcę przyjąć jako swoje?

Cios w czułe miejsce

Jeśli miałabym jednym zdaniem odpowiedzieć na pytanie, jaka jest recepta na szczęśliwy związek, powiedziałabym: „Bądź wdzięczna za to, co jest, a szczęśliwych dni w twoim związku będzie coraz więcej”. Ta prosta rada jest niczym magiczne zaklęcie, które każdy ma w zasięgu ręki. Jednak do momentu, kiedy nie przejmę odpowiedzialności za to, czego doświadczam, będę nieustannie wciągana w te same tryby, schematy będą się powtarzać, to, z czym nie chcę się skonfrontować, będzie domagało się uwagi poprzez stwarzanie okoliczności, w których nie będę mogła więcej przeoczyć uczucia, przed którym uciekam. Jedynym antidotum na tę sytuację jest przyjęcie tego, co czuję, uznanie, że to po prostu chce być zauważone i zaakceptowane. Tylko tyle.

Jeśli na przykład boimy się odrzucenia w związku, wchodzimy w relacje, które nie dadzą nam satysfakcji, albo żyjemy cały czas w lęku przed odrzuceniem. Wówczas partner może swoim zachowaniem zmuszać nas niejako do przyznania się do bólu, ponieważ jeśli chronimy się przed bólem, zawsze otrzymamy cios właśnie w to miejsce.

Ty, on i lęk

Przyjąć to, co czuję, nie oznacza rozpamiętywania starych historii i na ich podstawie tworzenia nowych. Przyjęcie oznacza pozwolenie na odczuwanie bez dołączania złowieszczych treści, przestawienie się na czyste odczuwanie. Mroczne historie przyklejają się do nas wtedy, kiedy to, co czujemy, uznajemy za złe. Wtedy tak naprawdę odrzucamy część siebie. Ale ta część chce na nowo zostać przyjęta, abyśmy mogli stać się całością, oddychać bez wstrzymywania powietrza, żyć bez ciągłego napięcia wynikającego z potrzeby kontroli, zburzyć mur, który wybudowaliśmy z lęku przed pełnym doświadczaniem siebie.

W słynnej książce „Biegnąca z wilkami” Clarissa Pinkola Estés pisze: „Jeśli jesteś w związku z osobą, którą bardzo kochasz, nigdy nie będziecie szli we dwójkę, będziesz w trójkącie: ty, on i lęk”. Dlatego jedyne, czego potrzebujesz, to zaakceptować to, co czujesz, a wtedy emocje, nie tylko lęk, przestaną mieć nad tobą władzę, a ty będziesz gotowa, aby prawdziwie rozluźnić się i otworzyć z ufnością serce na partnera, który już nigdy cię nie zawiedzie.

Dorota Hołówka, prezeska Stowarzyszenia Nowa Psychologia, terapeutka pracy z ciałem, certyfikowana terapeutka pracy z traumą Somatic Experiencing.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się

  1. Psychologia

Czy można być dobrym rodzicem, jeśli samemu nie zaznało się dobrego rodzicielstwa?

Wychowanie to prawdopodobnie najważniejsza praca na świecie, więc logiczne, że wymaga wsparcia. (Fot. iStock)
Wychowanie to prawdopodobnie najważniejsza praca na świecie, więc logiczne, że wymaga wsparcia. (Fot. iStock)
Bycie dobrym rodzicem będzie wymagać od ciebie należytego dbania o siebie, abyś zachował czujność i nie działał na autopilocie. Właśnie wtedy jesteśmy narażeni na powielenie rodzinnych błędów, postępując w sposób, którego solennie się wyrzekliśmy.

Fragment książki „Matka niedostępna emocjonalnie”

Choć prawdą jest, że większość rodziców, którzy emocjonalnie zaniedbują swoje dzieci lub stosują względem nich psychiczną przemoc, przekazuje dalej to, czego sami doświadczyli, z radością stwierdzam, że na przestrzeni lat wielu spośród moich pacjentów, którzy byli poszkodowani na tym polu, zostało wspaniałymi rodzicami. Większość kobiet, które nie zdecydowały się na macierzyństwo, cierpi na deficyt matki i obawia się, że nie będą wiedziały, jak to się robi. Czasem boją się, że „spaprzą” swoje dzieci tak samo, jak w ich odczuciu same zostały spaprane. (Choć nie zapominajmy, że istnieją inne ważkie powody, dla których ktoś może zdecydować, że nie chce zostać rodzicem). Kobiety żywiące takie obawy zapewniam, że potrafią to zrobić inaczej. Po pierwsze, istnieje coś takiego jak instynkt macierzyński, który przy braku czynników zakłócających włącza się samoczynnie. Znam kobiety, które z zachwytem otworzyły się na energię Dobrej Matki i miłość, spływające na nie, gdy zostały matkami. Po drugie, jesteś zapewne wrażliwsza od swojej matki – w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Większość mam, które wypełniają swoją rolę znacznie lepiej od kiepskiego wzorca, jest z natury wrażliwszych i dodatkowo wyczulonych z powodu tego, przez co same przeszły. Chcą mieć pewność, że ich dzieci dostaną to, czego im tak brakowało.

Po trzecie, można się tego nauczyć. I zachęcam do tego. Bycie dobrym rodzicem wymaga dogłębnego zrozumienia poziomów rozwojowych i rozeznania, jak radzić sobie w nowych sytuacjach. Czemu nie skonsultować się z ekspertami: autorami, lekarzami i innymi autorytetami, którzy sprawdzili się jako opiekunowie własnych lub cudzych dzieci?

Jak zauważyłam na początku, jest to prawdopodobnie najważniejsza praca na świecie, więc logiczne, że wymaga wsparcia. Nie ulega wątpliwości, że bycie dobrym rodzicem będzie wymagać od ciebie należytego dbania o siebie, abyś zachował czujność i nie działał na autopilocie. Właśnie wtedy jesteśmy narażeni na powielenie rodzinnych błędów, postępując w sposób, którego solennie się wyrzekliśmy. Im bardziej wyzwolimy się spod wpływu dysfunkcyjnej rodziny, tym pełniej zerwiemy z niechlubną tradycją. Choć słyszałam opinie, że dawanie dzieciom tego, co samemu chciało się mieć, ma działanie terapeutyczne, nie zawsze tak jest. Wspomniałam już, że może być trudniej zapewnić to, co drażni twoje czułe miejsca, rozpalając utajony ból.

Spotkałam także wiele kobiet będących wspaniałymi matkami dla własnych dzieci, co jednak ani trochę nie pomogło im zagoić ich własnych „pomatczynych” ran. Wynika to między innymi z naszej złożonej psychicznej struktury – zakapsułkowanych zranionych dziecięcych części, które jako takie nigdy nie będą w pełni wyleczone, jeżeli sami aktywnie nie otoczymy ich matczyną opieką. Tak więc chociaż bycie dobrym rodzicem dla własnych dzieci jest naturalnie czymś, co wspomaga rozwój zdrowej psychicznej konstytucji, to tylko jeden z elementów układanki. Choć zwracam się tutaj bezpośrednio do kobiet, odnosi się to w równym stopniu do mężczyzn będących dobrymi ojcami.

Wytrwać w drodze do uleczenia

Jeżeli zainicjowałeś ten proces i jesteś na drodze do uzdrowienia, wiesz, że to ciężka praca. Gruntowna przebudowa. Przenicowujemy się na tak wielu poziomach: od połączeń w obrębie mózgu limbicznego po sztandarowe przekonania; od koncepcji samego siebie po relacje z innymi; od wywołanego niepokojem ucisku w klatce piersiowej po zdolność kochania, zarabiania pieniędzy i spokojnego przesypiania nocy. Prawdopodobnie proces ten zajmie kilka lat, jeżeli nie kilka dekad. Mówię to otwarcie, choć nie bez obawy, że cię to zniechęci. Lecz byłbyś równie rozgoryczony, gdybyś sądził, że wszystko pójdzie raz-dwa, a tak się nie stanie. Żadna znana mi osoba, która przepracowała swoje „pomatczyne” rany, nie dokonała tego szybko. Ważne więc, aby wyznaczyć sobie umiarkowane tempo, robić przerwy, dostrzegać poczynione postępy i się nimi chlubić.

Nie imituj matki, która nigdy nie doceniała twoich osiągnięć, nie wspominając o ich świętowaniu. Wzrost nie jest procesem liniowym, lecz spiralnym. Te same kwestie będą się w nim przewijać wielokrotnie. Jeżeli dany cykl nie przyniesie żadnej zmiany, to znak, że potrzebujesz większego wsparcia, lecz poza tym nastaw się, że będziesz musiał kilka razy opłakać to, co utracone, odżałować niesprawiedliwości i zaspokoić zignorowane potrzeby. Nie będzie to trwało wiecznie. Proces leczenia idzie swoim tokiem, i chociaż to, że raz porządnie się wypłaczesz, nie zrekompensuje lat tłumionego smutku, przybliży cię do upragnionego celu bardziej, niż mógłbyś przypuszczać.

Dobra Matka rozumie, że proces wzrostu nie jest równomierny i nie wyśmiewa ani nie karci dziecka za przestoje. Ważne, aby mieć dla siebie współczucie i wyrozumiałość. Robimy, co w naszej mocy, i niektóre dni są po prostu cięższe niż inne.

Czy jest możliwe pełne uleczenie?

Choć proces leczenia nigdy definitywnie się nie kończy, ból mija, a poczucie bycia dzieckiem pozbawionym matki może ustąpić całkowicie. Nigdy jednak nie będziemy w stanie ostatecznie zamknąć tego rozdziału, a to dlatego, że nieustannie się zmieniamy. Sam bieg czasu daje nam nową perspektywę i pozwala zdystansować się do przeszłości. W rok czy dwa lata po tym, jak zaleczymy większość ran, będziemy czuć się inaczej niż dziesięć lat później, kiedy przeszłość będzie jeszcze odleglejsza. Głęboki uraz zawsze pozostawia choćby delikatną bliznę: pozostaje przynajmniej wspomnienie rany lub pewna tkliwość. Lecz moc tej rany słabnie wraz z postępami terapii i zmienia się reakcja na podrażnienia tego obszaru. Zamiast dać się usidlić dziecięcym uczuciom za każdym razem, gdy zostaną wyzwolone, uczymy się delikatnie przekierowywać uwagę i pytać wewnętrzne dziecko, czego aktualnie potrzebuje. Umiemy odpowiedzieć na uczucia, zamiast pozwolić, aby nas zniewoliły.

W miarę pracy nad „pomatczynymi” ranami nasza tożsamość również ewoluuje. Ostatecznie nasza historia się zmienia. Nasze życie się zmienia. Czas, aby zmianie uległa również nasza wewnętrzna narracja. Jak powiedziała mi pewna osoba: „Rana pozostała, lecz nie kieruje już moim życiem. Nie definiuje tego, kim jestem”. U tych, którzy zostaną otoczeni opieką przez kogoś, kto zastąpi im Dobrą Matkę, lub potrafią stać się Dobrą Matką dla własnych wewnętrznych dzieci, w miejscu poczucia deficytu matki może pojawić się poczucie dostatku. Możesz czuć się kochany, wspierany i zadbany. Nie, nie możesz cofnąć się w czasie i przeżyć przeszłości od nowa, lecz możesz mieć teraz to, na co zasługiwałeś wtedy. Jak powiedział powieściopisarz Tom Robbins: „Na to, żeby mieć szczęśliwe dzieciństwo, nigdy nie jest za późno”

Psychoterapeutka Jasmin Lee Cori w książce „Matka niedostępna emocjonalni” pomoże ci lepiej zrozumieć twoją matkę i wyleczyć ukryte rany niedostatecznego macierzyństwa. Lektura pomaga zrozumieć m.in.: czym jest „deficyt matki” i dlaczego twoja matka nie była w stanie dać ci w dzieciństwie miłości, jak odnaleźć dziecko w sobie i wypełnić „matczyną lukę”, czym jest zaniedbanie i przemoc emocjonalna i jak sobie z nimi radzić w dorosłym życiu, jak uzdrowić „pomatczyne” rany i zadbać o szczęśliwszą przyszłość dla siebie (i być może dla swoich dzieci).

  1. Psychologia

Odkryj swoje wewnętrzne piękno – 6 kroków do samoakceptacji

– Pracując z kobietami nad ich rozwojem, widzę jak pięknieją, gdy odrzucają role, które odgrywają bez wewnętrznej zgody, gdy zaczynają tworzyć swoją nową tożsamość – mówi trenerka Beata Markowska. (Fot. iStock)
– Pracując z kobietami nad ich rozwojem, widzę jak pięknieją, gdy odrzucają role, które odgrywają bez wewnętrznej zgody, gdy zaczynają tworzyć swoją nową tożsamość – mówi trenerka Beata Markowska. (Fot. iStock)
Znów jakiś głos w twojej głowie mówi ci, że jesteś za gruba, za stara, niedoskonała? Naucz się z niego śmiać, ignorować go, a czasem konstruktywnie z nim rozmawiać.

Co przeszkadza nam ujrzeć naszą prawdziwą twarz, rozwinąć skrzydła kobiecości? – Brak odwagi, by spotkać się ze swoimi zranieniami. Żeby zrobić miejsce na nową kobietę, trzeba wyrzucić stare ograniczenia – odpowiada Beata Markowska, trenerka rozwoju osobistego.

Jeśli myślisz o sobie: „mam małe oczy, wąskie usta, wydatny nos, cofnięty i w dodatku podwójny podbródek…” – to taka informacja dociera do nieświadomej części ciebie samej i staje się źródłem kompleksów i zahamowań. Oczywiście, nie robisz tego świadomie. Taki komunikat już dawno usłyszałaś od swojej matki, ciotki, przyjaciółki. Przyzwyczaiłaś się myśleć w ten sposób i nawet nie wiesz, że opinia innych stała się twoją własną. Podpowiada ci ją twój wewnętrzny krytyk. Dopóki nie rozprawisz się z jego poglądami, twój nadajnik będzie emitować fałszywy sygnał. Będziesz czuła się źle ze światem, a świat z tobą.

– Pracując z kobietami nad ich rozwojem, widzę jak pięknieją, gdy odrzucają role, które odgrywają bez wewnętrznej zgody, gdy zaczynają tworzyć swoją nową tożsamość – mówi trenerka.

Każdy nosi w sobie – mniej lub bardziej świadomie – jakiś ideał samego siebie. Przez całe życie próbujemy sprostać swoim wyobrażeniom. Być takie, jak to sobie wymyśliłyśmy. Dlatego przez długie lata nie zmieniamy naszego stylu ubierania się czy sposobu, w jaki się malujemy. Zamiast trwonić energię na kogoś, kim nie jesteśmy, poświęćmy trochę czasu na to, aby lepiej poznać siebie.

Kim jest ta osoba, którą codziennie widzę w lustrze? O czym myśli, jakie są jej marzenia, potrzeby? Co jest dla niej ważne, co lubi, a czego nie? Tak rzadko dajemy sobie szansę, by się poznać. A przecież w tym wypieranym aspekcie naszej kobiecości tkwi prawdziwy skarb. Nasionko, z którego rozwinie się kwiat.

– Wewnętrzne piękno to samoakceptacja, zgoda na siebie taką, jaką jestem, na sukces taki, jakim go rozumiem, poczucie spełnienia – uważa Beata Markowska. – To siła, która bierze się ze zgody na słabość, świadomość własnych ograniczeń i umiejętność życia z tą wiedzą. Radość, optymizm i szczypta pewności, a może właśnie niepewności siebie.

Ćwiczenia - 6 kroków do samoakceptacji

1. Twarzą w twarz z wrogiem

Przypomnij sobie sytuację, w której źle o sobie myślałaś. Naprzeciwko krzesła, które zajmujesz, postaw drugie. Wyobraź sobie, że siedzisz tam ty sama, chwilę po jakimś zdarzeniu, w którym „nie popisałaś się”. Przyjrzyj się sobie. Jaka jest twoja postawa ciała, gestykulacja, mimika? Powiedz do niewidzialnej siebie, co o niej myślisz. (Możesz położyć na krześle lalkę albo misia, jeśli miałoby ci to ułatwić dalszą część pracy). Powiedz jej, jaka jest beznadziejna. Użyj określeń, którymi zwykle siebie łajasz.

Zaobserwuj, w jaki sposób mówisz, gestykulujesz. Skieruj uwagę na ton głosu i pojawiające się emocje. Zastanów się, kim jest twój wewnętrzny krytyk? Kto traktował cię w taki sposób? Zmień miejsce. Teraz spójrz na swojego krytyka. Co masz mu do powiedzenia? Co chciałabyś zrobić? Czy jest coś, co cię przed tym powstrzymuje?

2. Wyśmiej go!

Bardzo dokładnie wyobraź sobie swojego wewnętrznego krytyka. A teraz zacznij proces nadawania mu niechcianych cech. Najpierw wyciągnij go z jego nory. Jeśli zadomowił się w twojej głowie, wyjmij go stamtąd i przenieś tam, gdzie masz ochotę: na stół, pod krzesło, do kubka po kawie... Bądź kreatywna. Następnie zmień jego głos. Jeśli do tej pory mówił cicho, niech zacznie głośno, a kobiecy sopran zamieni się w męski bas. Może nawet kwiczeć jak świnia, kwakać jak kaczor Donald, piszczeć jak mysz. Możesz jego głos odtworzyć na taśmie, na przyspieszonych lub zwolnionych obrotach. Dobrze także dać krytykowi trochę helu z balonu.

A teraz chwila dla oczu. Zabaw się ze swoim krytykiem w przebieranki. Jeśli to mężczyzna, pewnie niezbyt dobrze będzie się czuł w reformach i wałkach na głowie. Może zrobisz mu trwałą…?

Czas na ubranie. Legginsy czy może raczej baletki? Eksperymentuj, baw się, popuść wodze swojej fantazji. Masz nieograniczone możliwości. Możesz zmieniać do woli całą jego postać. Warunek jest jeden – twój wewnętrzny krytyk ma być śmieszny.

Jak się czujesz po tej krótkiej terapii? Rozbawiona? Dobrze. Następnym razem, gdy twój wróg pojawi się na horyzoncie, przypomnij sobie jego najśmieszniejsze wydanie. Obdarz go najzabawniejszym z głosów i powiedz, żeby powtórzył to, co usłyszałaś przed chwilą. Kiedy przestaniesz się śmiać, zrób to, co chciałaś zrobić.

3. Lubię, nie lubię

Wpisz co najmniej 15 zakończeń następujących zdań: „Lubię siebie za…”, „Nie lubię siebie, bo…”. – Musimy wybaczyć sobie niepowodzenia i unikać wyolbrzymiania swoich wad. Umieć zażartować z nich, a przede wszystkim nie starać się na siłę ich pozbyć – mówi Beata Markowska. – Im bardziej przed czymś uciekamy, tym bardziej to coś nas goni i w efekcie dopada. To brzmi jak absurd, ale jeśli nie damy sobie zgody na bycie nadmiernie obfitą, ze zbyt małym biustem, za to za dużą pupą, nie mamy szans na to, że kiedyś w odbiciu w lustrze zobaczymy atrakcyjną kobietę.

4. Co myślą inni

Przystąp do konfrontacji swoich lęków i ocen z tym, jak jesteś postrzegana przez innych. Wypisz 10 swoich atutów, z czego 5 niech dotyczy ciała, pozostałe intelektu. Według podobnego wzorca wypisz 10 swoich wad. Następnie poproś kilka zaprzyjaźnionych osób, żeby sporządziły podobną listę na twój temat. Sprawdź, w których punktach się rozminęliście i jak bardzo.

5. Pożyczona umiejętność

Poszukaj cechy, której najbardziej ci brak. Może to być coś, czego w sobie nie akceptujesz, a jest ci potrzebne. Znajdziesz ją w osobie, której najbardziej nie lubisz. Wynotuj sobie na kartce: „Nie znoszę jej, bo jest wyniosła, przemądrzała, wyzywająca, bezmyślna, kapryśna…”.

Nie chodzi o to, byś epatowała tą cechą, ale żeby wzbogacić siebie o coś nowego. Na przykład: od zapatrzonej w siebie koleżanki wziąć więcej wiary w siebie, od butnego szefa – umiejętność stawiania granic, od narcystycznej bratowej – więcej dbałości o ciało i troski o wygląd zewnętrzny.

– Może się okazać, że teraz bogatsza o jakąś cechę, nagle zupełnie inaczej spojrzysz na swoje odbicie w lustrze. Dręczy cię fałdka na brzuchu? Jeśli przestaniesz się na niej koncentrować, zwrócisz energię do wnętrza, okażesz sobie zainteresowanie, to pewnego dnia zniknie nie tylko z twojej głowy, ale i z twojego brzucha – tłumaczy trenerka.

6. Wywiad z ciałem

Rozluźnij się... Zapytaj swoje ciało, czy jest zadowolone z właściciela. Czy czuje się dobrze traktowane, zadbane, lubiane. Zagadnij je o potrzeby, pragnienia, oczekiwania. Sprawiaj sobie przyjemności, obdarowuj się prezentami – mogą to być nawet drobiazgi, które sprawią ci radość. Tak przecież postępujesz w stosunku do osób, które cenisz i lubisz. Potraktuj to jako nagrodę za każdy, nawet najmniejszy sukces, jaki cię w życiu spotka.