1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Trójczynnikowa koncepcja miłości

Trójczynnikowa koncepcja miłości

W intymności chodzi o poznanie, siebie i partnera. To pełne zaufanie co do tego kim jest partner, co robi i co czuje. Intymność to także bliskość i codzienna troska o to, by druga strona czuła się dobrze. (Fot. iStock)
W intymności chodzi o poznanie, siebie i partnera. To pełne zaufanie co do tego kim jest partner, co robi i co czuje. Intymność to także bliskość i codzienna troska o to, by druga strona czuła się dobrze. (Fot. iStock)
Miłość, niby wszyscy wiemy, co oznacza. Ale czy zapytana/y o definicję masz na pewno gotową odpowiedź? No właśnie…

Pod koniec lat osiemdziesiątych amerykański psycholog, Robert Sternberg, podjął to wyzwanie i postanowił rozłożyć na czynniki pierwsze „magiczne” i używane każdego dnia przez miliony ludzi na całym świecie, pojęcie. W ten sposób powstała Trójczynnikowa Koncepcja Miłości. Sternberg uznał bowiem, że „pełna” miłość składa się z trzech niezbędnych elementów: intymności, namiętności oraz zobowiązania. Jednak furtkę zostawił uchyloną przekonując, że każdy z tych składników jest plastyczny, i to wyłącznie od partnerów, pary zależy czy zdecydujemy się poszczególne elementy pielęgnować, rozwijać.

Intymnie

W intymności chodzi o poznanie, siebie i partnera. To pełne zaufanie co do tego kim jest partner, co robi i co czuje. Intymność to także bliskość i codzienna troska o to, by druga strona czuła się dobrze. To sytuacja, kiedy z automatu uśmiechamy się, gdy śmieje się nasz partner i smucimy, gdy widzimy, że jemu jest źle. To chęć wyjaśniania nieporozumień, potrzeba pojednania po kłótni oraz wzajemne wspieranie się i zwierzanie. To twój partner jest pierwszą osobą, której opowiadasz, co czujesz, czy co cię spotkało. To właśnie intymność. Na początku związku bardzo powoli rośnie, ale opada jeszcze wolniej, zatem zwykle towarzyszy nam przez większość czasu trwania relacji. A kiedy wygasa, przy chęci i gotowości obu stron, można obudzić ją na nowo.

Namiętnie

Z definicji to: wysoka intensywność związana z pożądaniem o podłożu seksualnym lub romantycznym. Stała, silna tendencja do poszukiwania jedności fizycznej i/lub emocjonalnej z drugą, ukochaną osobą.

Na namiętność istotnie składa się pragnienie bliskości fizycznej z drugą osobą, podniecenie, ale to nie wszystko. To także rozmaite pozytywne uczucia, które towarzyszą związkowi na co dzień: zachwyt, wzruszenie, radość, ale również te negatywne: lęk, zazdrość, czy dojmująca tęsknota. To właśnie namiętność wyzwala w nas fantazje dotyczące partnera. O ile intymność pojawia się w związku powoli i powoli opada, dynamika namiętności jest zupełnie inna: na początku gwałtownie rośnie, szybko osiąga szczyt, ale równie szybko opada. Specjaliści przekonują, że mniej więcej po dwóch latach trwania związku nie ma już mowy o tym, by namiętność była na poziomie z początku związku. Jednak to naturalne i samo w sobie nie zagraża trwałości relacji.

Zobowiązująco

W tym przypadku szczególnie ważna jest nasza… praca! Chęć utrzymania stałości związku i poczucie odpowiedzialności za niego. To stałe wykazywanie zainteresowania, by przezwyciężać przeciwności, które przynosi los. Chodzi o świadomie ukierunkowane działania i myśli, których celem jest przekształcenie romansu w prawdziwy, trwały związek, chęć dbania o niego, pielęgnowania go. Zobowiązanie musi trwać „na dobre i na złe”. Wielu ekspertów przekonuje, że to właśnie ten składnik tworzy fundament teorii Sternberga. Bowiem wysoki poziom zobowiązania (nawet u jednego z partnerów) jest w stanie utrzymać związek na „odpowiednim” poziomie satysfakcji (oczywiście przez jakiś czas, bo pożądanym stanem jest poczucie zobowiązania obu stron). Dynamika zobowiązania jest inna niż te związane z intymnością i namiętnością. Poziom zobowiązania na początku rośnie powoli, następnie wraz z rozwojem relacji przyspiesza, aż w końcu osiąga stabilność i zwykle zachowuje ją już do końca związku.

Na podstawie wyników badań przeprowadzonych przez Uniwersytet Santiago de Compostela, pod kierownictwem Roberta Sternberga stwierdzono, że i kobiety i mężczyźni przede wszystkom cenią w relacji intymności! To ona okazała się dla badanych najcenniejszym składnikiem związku.

Jeśli chodzi o namiętność, większość z par biorących udział w badaniu stwierdziło, że trudno jest im znaleźć pełną harmonię w tym obszarze relacji: albo mężczyźni potrzebują więcej tej składowej, a kobiety mniej lub odwrotnie. Zdecydowana większość twierdziła również, że pasja (namiętność) zanika wraz z upływem czasu. Brak symetrii dotyczy także ostatniego składnika, czyli zobowiązania. Sternberg sugeruje, że to zazwyczaj kobiety oczekują, potrzebują wyższego poziomu zaangażowania, mężczyźni raczej starają się, by ten element nie rósł.

7 sposobów na miłość

Miłość to nie tylko uczucie łączące kochanków, partnerów. Miłość także może mieć bardzo różne oblicza. I tak, na podstawie Trójczynnikowej Teorii Miłości Sternberg proponuje ideę, zgodnie z którą istnieje siedem dość jasno określonych „sposobów” na miłość:

1.Miłość w związku

Występuje ona wtedy, gdy istnieje mocne uczucie intymności między dwojgiem ludzi, ale nie ma w niej pasji i zaangażowania. Ta forma miłości jest charakterystyczna dla relacji między przyjaciółmi. Zazwyczaj są to bardzo trwałe relacje.

2. Krótkotrwały romans

W tym przypadku pojawia się namiętność, ale nie ma intymności oraz zobowiązania. Jest to charakterystyczne zjawisko dla tak zwanej „miłości od pierwszego wejrzenia”, zwykle to relacje krótkie i raczej płytkie.

3. Pusta miłość

Mówimy o niej wtedy, gdy nie ma już ani intymności, ani namiętności, a relacja opiera się na bardzo wysokim poziomie zaangażowania (zobowiązania) obu stron. Często to opis związku, który już bardzo długo.

4. Romantyczna miłość

W romantycznej miłości występuje mnóstwo namiętności oraz intymności, ale nie ma w niej zobowiązania. To coś na kształt „bujania w obłokach”, jest uczucie, ale nie ma rzeczywistej chęci stawiania wspólnie czoła problemom, które niesie życie.

5. Miłość społeczna

Ten rodzaj miłości pełen jest intymności i zaangażowania, ale nie ma w nim namiętności. Obie osoby cieszą się swoim wzajemnym towarzystwem i zdecydowały się utrzymać związek, pomimo braku jakiegokolwiek pożądania seksualnego czy romantycznych epizodów. Jest to typowa forma miłości panująca wśród przyjaciół czy bardzo dojrzałych par.

6.Głupia miłość

W relacjach tego typu dużo jest namiętności i silnego zaangażowania, ale brakuje intymności. Decyzja pozostania razem wynika przede wszystkim z pożądania seksualnego i romantyczności, a nie z chęci wzajemnego wspierania się i ufania sobie. Taki rodzaj relacji budują zwykle osoby, które cechują się wysokim stopniem niepewności i zależności od innych.

7. Miłość wytrawna

Stanowi ona „idealny” model miłości, w której wszystkie trzy składniki obecne są mniej więcej w równych proporcjach. Jest tutaj i namiętność, i intymność, a także zaangażowanie. Sternberg tłumaczy jednak, że ten rodzaj miłości jest… rzadkością.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Zazdrość – kiedy jest zagrożeniem dla związku?

Jeśli partner nie ma swobody wyboru, aby być z tobą, tak naprawdę nie masz partnera (fot. iStock)
Jeśli partner nie ma swobody wyboru, aby być z tobą, tak naprawdę nie masz partnera (fot. iStock)
Helen Fisher, znana psycholożka i antropologożka, autorka książek, uważa, że zazdrość to połączenie zaborczości i podejrzliwości. Zazdrość zawsze oznacza lęk, a ten zwykle zaprasza do życia to, czego się boimy. I wtedy związek przeżywa kryzys.

Badania przeprowadzone przez Helen Fisher pokazują, że kobiety i mężczyźni są zazdrośni w podobnym stopniu, tylko inaczej okazują tą emocję. Kobiety jawnie ją wyrażają albo robią to, będąc obojętnymi. U mężczyzn zazdrość bywa powodem zachowań agresywnych lub odejścia ze związku.

Zazdrość jest problemem jednej trzeciej par, które poddają się terapii małżeńskiej. Badania pokazują też, że często nie jesteśmy świadomi swoich uczuć, w tym lęku, który doprowadza nas do zazdrości. Nie zdajemy sobie też sprawy z tego, jak nasze stłumione uczucia wpływają na zachowanie partnera i na związek.

Kiedy zazdrość zagraża związkowi? Oto kilka punktów, które można potraktować jako światełko ostrzegawcze:

Nierealistyczne obawy

Czy jesteś zaniepokojona, gdy partner zmienia plany, kiedy mieliście zrobić coś razem? Czy jesteś zdenerwowana, kiedy on mówi pozytywnie o jakiejś innej osobie, zwłaszcza o kobiecie? Czy rozmyślasz o tym, że partner może przestać cię kochać i to budzi twój lęk? Czy nie jest tak, że bardziej koncentrujesz się na obiekcie swojej miłości niż na własnej zdolności kochania? I dlatego żaden szczegół w jego zachowaniu ci nie umknie? Jeśli tak to w następstwie twoje lęki zwykle skłonią cię do tego, żebyś interpretowała zachowania partnera na swoją niekorzyść.

Czy twoim doświadczeniem w dzieciństwie były: porzucenie fizyczne, emocjonalne, szantaż emocjonalny, dominacja, manipulacja? I teraz z tego powodu boisz się, że zostaniesz znowu porzucona i skrzywdzona? Dawne wzorce często odtwarzamy potem w dorosłym życiu (głównie w związkach).

Niska samoocena

Niska samoocena odgrywa kluczową rolę w destrukcyjnej zazdrości. Czy zakładasz, że partner jest od ciebie lepszy w jakichś dziedzinach, inteligentniejszy, zaradniejszy, atrakcyjniejszy? Czy poprzez pochwały i uwielbienie pragniesz być bliżej partnera, bo boisz się, że zostaniesz porzucona? Jeśli tak, w ten sposób nieświadomie chcesz na niego wpłynąć, żeby cię nie zostawił.

Destrukcyjna zaborczość

Jeśli partner nie ma swobody wyboru, aby być z tobą, tak naprawdę nie masz partnera (nie jest to związek partnerski). Czy wydaje ci się, że powinnaś wiedzieć wszystko na temat tego, jak on spędził dzień? Czy miałabyś ochotę być przy nim przez cały czas? Czy masz tendencję do sprawdzania jego kieszeni, e-maili, telefonu? Takie zachowania świadczą o destrukcyjnej zaborczości. Relacja wówczas jest budowana na lęku przed utratą partnera. Tam gdzie jest lęk, nie ma już miejsca na miłość - jej bliżej jest do zaufania i wolności.

Helen Fisher: amerykańska antropolog i psycholog, profesor i badaczka ludzkich zachowań na Rutgers University. Prowadzi badania nad miłością romantyczną i atrakcyjnością interpersonalną.

  1. Psychologia

Relacje są jak lustra – w drugiej osobie możemy zobaczyć nieznane aspekty siebie

Z relacjami często wiążą się nadzieje na lepsze życie, zaspokojenie jakichś potrzeb. Albo jest to ucieczka od czegoś, albo jest to cel dążenia ku czemuś. (Fot. iStock)
Z relacjami często wiążą się nadzieje na lepsze życie, zaspokojenie jakichś potrzeb. Albo jest to ucieczka od czegoś, albo jest to cel dążenia ku czemuś. (Fot. iStock)
Relacje mają sens. Są wyrazem podjętych kiedyś decyzji, naszych nieświadomych, zapomnianych wyborów, mają rozwiązać problemy z dzieciństwa. Rozmowa z psychoterapeutą Michałem Dudą.

Czy można podać definicję relacji między kobietą a mężczyzną?
Pojęcie relacji jest tak bogate, że ujęcie jej w jedną definicję nie wydaje mi się możliwe. Na relację można się patrzeć w sferze funkcjonowania społecznego, osiągania jakichś celów. Można też spojrzeć na nią jak na konsekwencję różnych doświadczeń życiowych, które przeżyliśmy w przeszłości.

Po co są relacje?
Odpowiadając na to pytanie, warto wykroczyć poza romantyczny stereotyp, który pokazuje relację i miłość jako przypadkowe, tajemnicze spotkanie, które nie wiadomo skąd się bierze i jest niezwykłe. Im dłużej zajmuję się relacjami, tym wyraźniej widzę, że pełnią one funkcję, są po coś. Na ogół z relacjami wiążą się nadzieje na lepsze życie, zaspokojenie jakichś potrzeb. Albo jest to ucieczka od czegoś, albo jest to cel dążenia ku czemuś. Relacja zwykle ma rozwiązać problemy, uratować, otworzyć jakieś nowe szanse, uchronić od trudności. Relacje są jak lustra – w drugiej osobie widzimy nieznane aspekty siebie, przy niej możemy z nimi przebywać i przez to czujemy się pewniejsi. To jest pesymistyczna wizja...

Wynika z niej, że jesteśmy razem z powodu psychicznych deficytów.
Z perspektywy gabinetu psychoterapeutycznego tak się rysuje ten obraz. Oczywiście, związki mogą się też zmieniać, mogą się przeformułować pod względem ról, w jakie się wchodzi. Ale to zwykle jest wyzwaniem i wiele osób decyduje się na łatwiejszą wersję, czyli na zmianę obiektu uczuć. Kiedy relacja przestaje spełniać swoje funkcje dla danej osoby, szuka się już kogoś innego. Kogoś, kto będzie pasował do nowego mnie. Dlatego trzeba uważać – jak się człowiek chce zmienić, potencjalnie zagraża to związkowi, w którym jest.

Relacje odzwierciedlają nasze wnętrze, miejsce, w którym jesteśmy.
Tak. Ukształtowani jesteśmy przez to, co przeżyliśmy w dzieciństwie i jak reagowaliśmy na otoczenie, w którym wyrośliśmy. Trzeba było jakoś się z tym uporać, jakoś na to odpowiedzieć. Sposób poradzenia sobie z rzeczywistością w tym wczesnym okresie życia przekłada się na to, jak funkcjonujemy w relacjach. Ludzie żyją jakąś historią ze swojej przeszłości i to, co robią w związkach – z kim się wiążą, jakich jakości szukają – czasami wydaje się kompletnie nielogiczne. Ale staje się bardzo logiczne i zrozumiałe w kontekście właśnie tej historii.

Na przykład?
Powiedzmy, że mamy kobietę, którą wychowała matka agresywna, zabierająca dużo przestrzeni, podporządkowująca sobie ojca i niespecjalnie licząca się z granicami innych. Córka, ta dziewczynka, musi coś z tym zrobić. Są dwa najczęstsze style radzenia sobie z taką sytuacją. W pierwszym dziewczynka się buntuje, kontestuje, walczy, próbuje jakoś matkę spacyfikować, obronić swoją godność. Jej partner najprawdopodobniej też będzie buntownikiem. Drugi styl radzenia sobie to wycofanie do wewnątrz, do jakiejś alternatywnej rzeczywistości. Taka dziewczynka będzie w ogóle unikała relacji albo będzie szukała symbiotycznych związków ze starszymi facetami, którzy mają znaczącą pozycję w świecie i którzy dają obietnicę, że ją obronią przed matką i rzeczywistością. To jest duże uproszczenie, ale mówię to po to, żeby zrozumieć wybory partnerów w kontekście radzenia sobie z przeszłością. Dziewczynka numer jeden raczej nie będzie z ustawionym mężczyzną w uzależnieniowym związku. Przeciwnie – będzie z mężczyznami walczyć, a jak będą czegoś od niej chcieli, raczej im się nie powiedzie. Dziewczynka numer dwa nie zwiąże się natomiast na stałe z jakimś kontestatorem, bo będzie szukała bezpieczeństwa jako alternatywy relacji z matką. Nie ma jednej definicji relacji, ale relacje mają sens. Są wyrazem podjętych kiedyś decyzji, naszych nieświadomych, zapomnianych wyborów. Mają rozwiązać problemy z dzieciństwa. Kiedy to już się stanie, sens wiązania się z określonym typem mężczyzny czy kobiety znika. Po co są relacje? Myślę, że w dużym stopniu właśnie po to.

Od pesymistycznej wizji przeszliśmy do optymistycznej. Takiej, w której dziewczynka numer jeden lub dziewczynka numer dwa rozwiąże swój problem.
Dziewczynka numer jeden i dziewczynka numer dwa są czymś więcej niż ta sytuacja z dzieciństwa. To prędzej czy później dochodzi do głosu, siłą rzeczy domaga się, żeby się urzeczywistnić, żeby to się mogło jakoś wydarzyć. One mają taką potrzebę...

Żeby już przestać być dziewczynką.
Albo chłopcem. Mężczyzn też to dotyczy. Ale to nie jest takie proste, bo wymaga spojrzenia na siebie z innej perspektywy.

Kiedy dziewczynki lub chłopcy są w swoich starych historiach, chyba nie są w prawdziwej relacji?
Mam poważną wątpliwość na temat tego, co jest prawdziwe, a co nieprawdziwe w relacji. Jak ktoś naprawdę czuje uczucia, to jest prawdziwe? Jak jest realne, uświęcone związkiem małżeńskim, wspólnym mieszkaniem, to jest prawdziwe?

A może jest prawdziwe, kiedy już nie szukamy w drugim dorosłym człowieku taty ani mamy?
I wtedy relacja jest już taka dorosła? Myślę, że prawdziwa jest taka, jaka jest na dany moment. Jeśli ktoś jest w miejscu, w którym szuka mamy czy taty, prawdziwe jest szukanie mamy i taty. Czy to jest dorosłe? Nie jest. Czy prawdziwe? Wydaje mi się, że na ten moment jedyne możliwe do urzeczywistnienia. Oczekiwanie, że ktoś nie będzie w tym miejscu, jest krytykowaniem tej osoby w sposób mało konstruktywny, bo ona nie jest w stanie tego tak „na pstryk” przeskoczyć. Teraz jest tak. Czy ten związek jest prawdziwy? Tak, chociaż oparty na braku świadomości uwarunkowań, które do niego doprowadziły. Ale nadal nie powiedziałbym, że to jest nieprawdziwe. Dla tych osób to jest prawdziwe. Kiedy taka osoba mówi, że kocha, to można powiedzieć, że się myli. Ale ona naprawdę coś czuje, ten ktoś jest dla niej ważny, tak to przeżywa. W pewnym sensie z zewnątrz można powiedzieć, że nie jest to do końca prawda, ale od wewnątrz, w doświadczeniu tej osoby, jest to stuprocentowa prawda.

Może chodzi o świadomość, że w relacji odgrywamy starą historię?
I jeszcze raz odgrywamy i jeszcze raz.

Może chodzi o to, żeby jednak nie za często?
Raz można, a nawet jest to nieuniknione. W końcu ludzie jednak się orientują, że to się powtarza. Kobiety często mówią – dlaczego ciągle spotykam takiego samego faceta. Mimo wszystko jednak, nie potępiałbym tych zbudowanych na starych historiach relacji.

Dlaczego?
Nie wydaje mi się, żeby one były tylko złudzeniem. Tam są zaangażowane realne uczucia i tworzą się realne więzi, te osoby są ważne dla siebie jakoś, na jakimś etapie. Łatwo jest je potępić tak intelektualnie, ale jak się na nie popatrzy z perspektywy czasu, to okazuje się, że były one głębokie, istotne. Każda relacja, nawet ta już następna, też daje się opisać w tych kategoriach.

Jak to?
Kogo wybiorę, gdy już jestem kimś, kto jest świadomy historii z przeszłości, które mną kierowały? To nie jest dowolny wybór. Raczej wybiorę kogoś, kto będzie pasował do tego miejsca w życiu, w którym jestem. Kogoś, kto będzie w stanie nawiązać ze mną kontakt adekwatny do języka, którym się posługuję, do sposobu myślenia, którego używam, do mojego rodzaju odczuwania rzeczywistości w tym momencie. I chociaż nie zwiążę się z kimś takim, jak poprzednio, to wybór nie jest przypadkowy.

Taka relacja czymś będzie się różniła od poprzedniej?
Dawna historia nie zagra już głównej roli, spotkamy się na innych płaszczyznach. Ale trzeba mieć świadomość, że każdy z nas ma historię, która nas wikła i że od czasu do czasu odradza się sen o tym, że spotkam kogoś, kto rozwiąże wszystkie moje problemy przez sam fakt bycia z nim w związku.

Taki sen mamy na stałe?
Tak. To się nie kończy, bo ma swoją energię. Ale można za tym iść, albo za tym nie iść. Albo temu uwierzyć, albo za czwartym razem się nauczyć, że to jednak nie do końca tak jest. Część osób radzi sobie z tym, przejawiając pewien rodzaj cynizmu i wpada na pomysł, że można tak żyć na zimno, racjonalnie, tak trochę osobno.

To chyba nie jest dobry pomysł.
To jest fatalny pomysł. Z drugiej strony myślę, że obsesja szukania idealnego związku prowadzi do problemów.

Jakie jest rozwiązanie?
Dobrze wiedzieć, że mam w sobie jakąś historię i że czasami ją w sobie rozpoznaję, a czasami nie. Czasami się zapędzam, czasami komuś zrobię awanturę albo się popłaczę nie wiadomo dlaczego. Ale to jest normalne, zwykłe, w jakiś sposób prawdziwe. Jest trend, żeby się z tego tak całkowicie wyleczyć, ale nie wydaje mi się, żeby to było możliwe. Trzeba sobie pozwolić to mieć, nie karcić się za to, nie krytykować, nie mówić sobie, że jest się niedoskonałym. Jak się trochę zaakceptuje tę historię i swoją na nią reakcję, wtedy nie próbuje się poprzez relację jej rozwiązywać.

Rozwiązanie jest poza relacją?
Wydaje mi się, że tak. Wtedy nie ma już oczekiwań, że relacja rozwiąże moje osobiste problemy, bo pozwalam sobie je mieć. W codziennym życiu istotne jest, żeby w którymś momencie, będąc sobą zainteresowanym i znając siebie, zrezygnować z wizji, że wszystko będzie takie piękne.

I dorosłe, i dojrzałe.
Lepiej przyjąć, że czasem jesteśmy słabi, że można nas oszukać, że można nas zdradzić. To jest ludzkie, normalne. Oczywiście, mamy różne reakcje na to i czasami są one zbyt uciążliwe, żeby z nimi żyć i potrzebujemy pomocy. Ale wyczyszczenie tego do końca nie jest, moim zdaniem, możliwe. To jest tak, jakbyśmy mieli w ogóle wymazać tę część historii. Wtedy jakaś część naszego życia musiałaby zniknąć. Tak jakbyśmy sobie zrobili lobotomię serca (jeśli coś takiego istnieje).

To boli.
No właśnie. Lepiej pogodzić się z tym, że nigdy do końca nie będziemy tacy całkiem normalni. Takie podejście wydaje mi się bardziej akceptujące, kochające siebie i tę drugą osobę.

  1. Psychologia

"O co" rozpadają się współczesne związki?

Współczesne czasy narzucają ludziom dużo ról – mają być rodzicami, odnosić sukcesy zawodowe, finansowe, mieć pasje, rozwijać się duchowo. To ogromna presja, która rodzi frustrację i niespełnienie. Także w związkach. (Fot. iStock)
Współczesne czasy narzucają ludziom dużo ról – mają być rodzicami, odnosić sukcesy zawodowe, finansowe, mieć pasje, rozwijać się duchowo. To ogromna presja, która rodzi frustrację i niespełnienie. Także w związkach. (Fot. iStock)
"O co" rozpadają się współczesne związki? Czego potrzeba, by nie podzielić losu rozbitków? Rozmowa z psychoterapeutką Agnieszką Kramm.

Czy dzisiaj trudniej budować związek?
Niewątpliwie mamy do czynienia z powszechnym kryzysem relacji. Współczesne czasy narzucają ludziom dużo ról – mają być rodzicami, odnosić sukcesy zawodowe, finansowe, mieć pasje, rozwijać się duchowo. To ogromna presja, która rodzi frustrację i niespełnienie. Także w związkach. I to jest wyzwanie dla obydwu płci.

Niezależnie od różnic między nimi?
Owszem, może dochodzić do nieporozumień, zwłaszcza w sferze komunikacji. Mężczyźni i kobiety inaczej nazywają pewne rzeczy, inaczej też na nie reagują. Dlatego naszym podstawowym, codziennym rytuałem powinna być przestrzeń wygospodarowana dla siebie nawzajem. Mam wrażenie, że w dzisiejszej rzeczywistości o to się właśnie rozbijamy. O brak czasu, brak możliwości codziennego spotkania chociażby na pół godziny, kiedy ty słuchasz mnie, a ja słucham ciebie. Tylko wtedy dowiemy się o sobie czegoś nawzajem, nauczymy się porozumiewać.

Niektórzy mogą zrozumieć to „bycie razem” jako kolejny punkt do wciągnięcia na listę zadań. Wtedy nie będzie to prawdziwe bycie razem. Tu bardziej chodzi o znalezienie wspólnego elementu, czegoś, co obojgu nam daje radość, przyjemność, poczucie kontaktu. Dla jednych mogą to być wspólne wyprawy na rowerze, dla innych kolacje przy świecach w drogich restauracjach, dla jeszcze innych zajmowanie się domem. Chodzi o poczucie, że wspólnie coś tworzymy, przeżywamy. I że to nas łączy.

To recepta na trwałość i niezmienność uczuć?
Tak jak my cały czas się zmieniamy, tak samo musi zmieniać się nasza relacja. Tego się jednak boimy. To niesamowite, ale nigdy z samym sobą tak się nie skonfrontujemy, jak w bliskiej relacji. Tu wychodzą wszystkie nasze niepokoje, projekcje, odzywają się lęki, jeszcze z dzieciństwa. To właśnie dziecko w nas boi się i myśli: „Kiedyś razem chodziliśmy do kina, a teraz on już nie chce, woli grać z kimś innym w tenisa. Już mnie nie kocha”. Tymczasem związek jest nieustającym zaproszeniem do przemiany, ale i dbaniem o to, by nadal istniała w nim część wspólna.

Czyli u podstawy budowania bliskości leży umiejętność otwierania się na drugą osobę. Taką, jaka ona jest. Bez iluzji.
Tak, ale mamy z tym pewien problem. W długotrwałych związkach przestajemy bowiem odbierać partnera takim, jaki jest obecnie. Zamiast tego przywiązujemy się do jego wizerunku w naszej głowie albo do tego, jaki był kilka lat temu. To uniemożliwia nam prawdziwy kontakt, a bez niego nie otworzymy się na druga osobę. W relacjach dotykamy najbardziej delikatnych obszarów naszego „ja”. Zwykle mamy tendencję, żeby ukrywać to, co w nas miękkie, wrażliwe, bezradne. Tymczasem tu tkwi nasza największa siła: siła uczuć. Zamknięci na nie jesteśmy pozornie bezpieczni, ale nie kochamy wtedy naprawdę, a związek nie przynosi spełnienia. Warto przełamać lęk przed odsłonięciem się, bo to może uzdrowić nasze relacje. Kiedy powiemy otwarcie: „Czuję, że mnie zaniedbujesz. Martwię się, że już mnie nie kochasz”, możemy usłyszeć w zamian: „Nadal mi na tobie zależy, nie masz powodów do obaw”. Wtedy komunikacja między nami będzie płynęła prosto z serca. To trudna, ale jedyna droga.

Czasochłonna?
Być może, ale nie jest to czas stracony. Musimy dbać o sferę „my”, bo bez niej nie ma relacji. Parom, które do mnie przychodzą, zadaję ćwiczenie, które wydaje się proste i banalne, ale prawie nikomu nie udaje się go wykonać. Polega ono na tym, żeby raz na tydzień przez godzinę rozmawiać ze sobą w ten sposób, że najpierw przez 10 minut jedna osoba mówi, a druga tylko słucha. Czyli nie krytykuje, nie ocenia, nie komentuje, nie radzi. I tak na przemian. To wszystko. Ćwiczenie może o połowę skrócić czas psychoterapii, ale ludzie nie są w stanie go wykonać.

Dlaczego?
Bo nie mają czasu, bo zapominają, bo są tak potwornie zmęczeni… A na najgłębszym poziomie – bo boją się, że nie będą w stanie się porozumieć.

Jak walczyć z tym lękiem?
Może zabrzmi to dziwnie, ale musimy go zaprosić, przyjąć całym sobą. Zapytać siebie: „Czego się boję? Że on mnie wyśmieje, powie, że to jest głupie, czy że nie odpowie tym samym?”. A potem powiedzieć  partnerowi: „Strasznie się boję, że mnie nie zrozumiesz. Że już ci się nie podobam”. Gdy akceptujemy siebie w całości, jesteśmy w stanie mówić otwarcie o naszych uczuciach. Praca nad związkiem to zajęcie pełnoetatowe, ale też o wiele bardziej proste niż nam się wydaje. Wystarczy tak niewiele: wysłuchać siebie, partnera, nazwać wzajemne lęki oraz potrzeby i otwarcie o nich komunikować.

  1. Psychologia

Pod presją krytyki, oceny i umniejszania w związku. Co robić?

Nie krytykuj siebie – od tego zacznij. (Fot. iStock)
Nie krytykuj siebie – od tego zacznij. (Fot. iStock)
Jednym z „ulubionych” zajęć ludzi jest krytykowanie innych. Dlaczego? Bo daje, na chwilę, ulgę, że ktoś inny jest od nas gorszy, więc to nie my jesteśmy ci gorsi. I tak, zamiast poprawiać sobie samopoczucie przez autorozwój, który jednak wymaga wysiłku, ludzie-umniejszacze plują na bliźnich. Nie ma żadnego powodu, żeby się temu poddawać.

Co możesz  dla siebie zrobić?

  • Bardzo uczciwie odpowiedz sobie, czy ty także nie umniejszasz jego, nie oceniasz, nie ubliżasz – jeżeli nie, to czytaj dalej...
  • Zacznij od tego, że na tyle, na ile potrafisz, spokojnie – poinformuj go: „Zauważam kochanie, że bardzo mnie ostatnio krytykujesz, czy wiesz o tym?”.
  • Powiedz: „To dla mnie przykre” „Boli mnie”.
  • Powiedz mu: „Stop, nie idź dalej – nie życzę sobie takiego zachowania i takich tekstów”.
  • Jeśli on ich nie zaprzestanie lub znów do nich wróci, bo będzie sprawdzał, czy już mu wolno, powiedz mu na przykład, że wyjedziesz na tydzień do koleżanki, bo nie chcesz być w tak nieprzyjemnym towarzystwie.
  • Cokolwiek powiesz, że zrobisz, jeśli on będzie kontynuował dokuczanie – musisz być konsekwentna i to właśnie zrobić, co obiecałaś!
  • Zastanów się, jak krytyka na ciebie działa – czy pomimo tego, że uważasz, że jest niesłuszna to jednak sprawia, że czujesz się gorsza i dotyka cię. Jeżeli tak, to czas iść na terapię i zastanowić się, czy znasz własną wartość.
  • Zastanów się, czy nie dajesz mu za dużo. Czasami ktoś nas bardzo krytykuje, bo czuje, że nie mamy nic własnego i korzystamy tylko z jego życia. Wchodzimy w obszary jego życia za daleko, wisimy na nim. Może tak właśnie jest – że żyjesz nim, a nie sobą?
  • Jest też taka smutna możliwość, że nie zdając sobie z tego sprawy, jesteś bardzo przyzwyczajona do znoszenia krytyki – więc jakby jej wyczekujesz, a być może nawet do niej prowokujesz.
  • Sięgnij po pewność siebie (jeśli ją masz. Jeśli nie – idź na warsztaty z asertywności) i daj mu jasno znać, że nie dasz sobie w kaszę dmuchać i że nie zasługujesz ani nie życzysz sobie krytyki i negacji ciebie.
  • Nie pozostaw wątpliwości, że nie zgodzisz się na taki stan rzeczy i jeżeli będziesz miała wybierać pomiędzy nim a tobą, to wybierzesz siebie.
  • On musi wiedzieć, że nie dasz mu się zniszczyć.
  • Zawsze wybieraj swoje dobro w takich sytuacjach i pokazuj partnerowi, że nie dasz mu się umniejszyć
  • Nie krytykuj siebie – od tego zacznij.

Stan permanentnej krytyki, umniejszania i unieważniania kogoś jest oznak czego toksycznego w zwizku, w partnerze albo w tobie. Albo i w nim, i w tobie. Może yła w rodzinie toksycznej, w której twoja wartość była podwaana i jeste do tego przyzwyczajona – wtedy niestety znajdujesz si w ramionach partnera podobnego do którego rodzica albo do obojga.

Jeeli twój partner ci krytykuje cały czas, to albo nastpił moment przekroczenia granic, albo granic nigdy nie było. Niestety kobiety czsto w ogóle nie dbaj o granice, bo wol, eby mężczyzna zarzdzał ich yciem. Lub myl, e tak powinno by. Maj wtedy zysk w postaci własnej nieodpowiedzialnoci, tak jak w byciu dzieckiem, iluzj bezpieczestwa, ale faktycznie jest tak, e rezygnuj ze swojego ycia – i z satysfakcji z niego.

Jeeli jednak krytyka pojawiła si niedawno, to warto sprawdzi, co si dzieje ze zwizkiem, z tob lub z mężczyzn i zacząć to rozwizywa wspólnie.

A jeli w zwizku wyczerpało si wszystko co dobre i ywe – to moe czas odejść.

Więcej w książce "Instrukcja obsługi faceta".

  1. Psychologia

Związek, żeby przetrwać, musi się rozwijać. Nie bójmy się zmian!

Pewne wzorce i zachowania w każdym związku dopełniają się i nadchodzi czas na nowe. (fot. iStock)
Pewne wzorce i zachowania w każdym związku dopełniają się i nadchodzi czas na nowe. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Pracując psychoterapeutycznie z parami szybko nabiera się poczucia, że każdy związek stanowi o wiele więcej niż tylko sumę dwóch osób – jest też podmiotem samym w sobie. I każdy jest niepowtarzalny, z własną charakterystyczną atmosferą, historią… i potrzebami.

Aby związki były szczęśliwe muszą się – tak jak jednostki – przekształcać, zmieniać, realizować swój potencjał. Sztuką jest umiejętność rozpoznawania nie tylko własnych pragnień, ale również potrzeb całej relacji. I jest to zadanie na wiele lat!

Często występuje przekonanie, że wartością związku jest jego niezmienność. I że celem relacji jest realizacja dążeń i planów obojga partnerów. Ale wiele par, z perspektywy lat, patrząc na to, co ich łączy, stwierdza, że ich relacja przybierała różne, często zaskakujące formy i odpowiadała na potrzeby, z których istnienia nie zdawali sobie wcześniej nawet sprawy.

Gdyby relacje nie potrzebowały się przekształcać to wystarczałoby raz określić „jak ma być” i gwarantowałoby to powodzenie związku. A przecież wszyscy wiemy, że to, co satysfakcjonowało nas kilka lat temu, już teraz tego nie czyni. Pewne wzorce i zachowania w każdym związku dopełniają się i nadchodzi czas na nowe. I to jest krytyczny moment w rozwoju relacji.

Większość z nas boi się zmian. Dlatego na nowe wyzwania, jakie stawia przed ludźmi związek reagują oni początkowo obronnie. Reakcje te zwykle opierają się na różnych – często zawoalowanych – próbach zmuszania drugiej osoby, aby to ona zmieniła się wedle naszych oczekiwań. Postawienie sobie pytania: „jakie zmiany we mnie i w nas jako całości są teraz potrzebne?” jest trudne i czasami bolesne. Bardzo często pokazuje nasze delikatne miejsca, niemożności, zranienia.

Więc dopóki wierzymy w możliwość utrzymania własnego status quo powstrzymujemy zmiany i nie interesujemy się ich naturą.

W związku przychodzi jednak czas, kiedy staje się jasne, że zmiany są już nieuniknione, ich dalsze powstrzymywanie jest niemożliwe - nawet rozpaczliwe próby obrony swojej pozycji nie przynoszą satysfakcjonującego rozwiązania. Czasami te wyzwania przerastają możliwości danej relacji i związek się rozpada. Na szczęście jednak często dzieje się wręcz przeciwnie – następuje moment, kiedy naprawdę otwieramy się na drugą stronę i wartość, jaką stanowi nasza więź.

Pojawia się wtedy swoista kapitulacja, zrozumienie, że coś już „nie żyje” i nie da się tego przemocą czy fortelem utrzymać. I kiedy ludzie naprawdę chcą być sobie bliscy i walczyć o związek robią miejsce na obserwację i zadawanie pytań: „Co właściwie się dzieje?” „W jakim kierunku prowadzą zmiany?” „Dlaczego są dla nas tak trudne do przyjęcia?”

Partnerzy mogą wtedy odkryć, przed jakimi indywidualnymi wyzwaniami stają, a przed jakimi – jako para. I kiedy ta nowa ścieżka zaczyna się wyłaniać pojawia się też przestrzeń na dialog, na decyzje, na podmiotowe traktowanie siebie i partnera: idziemy razem tą drogą czy każdy z nas wybiera inną?

Jak podkreślała Marion Woodman, kanadyjska pisarka, poetka, psycholożka analityczna: „Mawiamy z Rosem, że przeżyliśmy już wspólnie cztery małżeństwa.”

Kolejne „małżeństwa”, które ludzie wspólnie przeżywają stanowią wyraz potencjału ich relacji. Jednocześnie dostarczają okazji dla każdego z partnerów do ich indywidualnego wzrostu –  żywe zaangażowanie w związek jak nic obnaża nasze wewnętrzne konflikty, pokazuje nasze zasoby i obszary rozwoju.

Warto podkreślić, że to nie jest jednorazowy proces – rozwój relacji obejmuje wiele transformacji. Podczas każdej z nich można utknąć, ale też bardzo dużo się nauczyć o sobie i o naszej drugiej połowie. I im więcej takich „cykli” się razem przeszło tym większego nabiera się zaufania do związku. Pojawia się ciekawość: do czego nas on zaprowadzi? Powoli zaczynamy wierzyć, że zmiany będą dobre, że nie są wymierzone przeciwko nam, że nie musimy próbować wszystkiego kontrolować. Z czasem dokonuje się to szybciej i w atmosferze większej otwartości, a nawet ekscytacji.

Agnieszka Serafin i Mikołaj Czyż są psychoterapeutami Instytutu Psychologii Procesu, założycielami Centrum Rozwoju dla Par, w którym wspólnie prowadzą terapię par.