1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Wiedźma – odkryj ją w sobie!

Wiedźma – odkryj ją w sobie!

Bo czarownicą jest każda kobieta, która wyłamuje się ze schematu: nie chce mieć dzieci, nie wychodzi za mąż, wykonuje tak zwany męski zawód, jest dumna ze swoich siwych włosów i zmarszczek. (Ilustracja: Adriana Dziewulska)
Bo czarownicą jest każda kobieta, która wyłamuje się ze schematu: nie chce mieć dzieci, nie wychodzi za mąż, wykonuje tak zwany męski zawód, jest dumna ze swoich siwych włosów i zmarszczek. (Ilustracja: Adriana Dziewulska)
Czarownica jest jednocześnie znawczynią zaklęć i uzdrowicielką, kobietą demoniczną i boską, nikczemną magiczką i niewinną ofiarą okoliczności. Jest zmyślona i realna: to wytwór wyobraźni i ktoś równie prawdziwy co ty i ja – pisze Kristen J. Sollée. Pora odkryć ją w sobie.

Mona Chollet, francusko-szwajcarska dziennikarka i eseistka, już jako dziewczynka uwielbiała czarownice. Ich istnienie było dla niej dowodem na to, że „łagodna uroda czy szczebiocząca uprzejmość nie są jedynym przeznaczeniem kobiety”. Ulubioną była Furkota z książki „Dzieci szklarza” Marii Gripe. Furkota mieszkała w chacie na szczycie wzgórza, osłoniętej starą jabłonią. Zawsze chodziła w płaszczu z peleryną, która furkotała na wietrze przy ramionach jak wielkie skrzydła, oraz w fantazyjnym kapeluszu. Żyła na uboczu, całymi dniami tkając przecudnej urody dywany i rozmyślając o ludziach i życiu we wsi. Aż pewnego dnia odkryła, że to, co tym ludziom się przydarzy, widać w deseniu tkaniny, którą tka.

Dzięki Furkocie czarownica stała się dla Mony Chollet postacią pozytywną. To do niej należało ostatnie słowo, to ona pokazywała podłym ludziom, gdzie jest ich miejsce. „Dzięki niej w mojej głowie zrodziła się myśl, że kobieta może dysponować jakąś dodatkową mocą, mimo rozpowszechnionego przekonania, że raczej jest odwrotnie” – pisze w książce „Czarownice. Niezwyciężona siła kobiet” (wyd. Karakter). Wkrótce uświadomiła sobie jednak drugie, znacznie straszniejsze znaczenie tej figury. „Nie rozumiałam, że słowo »czarownica«, zanim stało się iskrą dla wyobraźni i zaszczytnym mianem, otaczała aura najgorszej niesławy, podejrzeń i kłamliwych zarzutów, odpowiedzialnych za tortury i śmierć dziesiątek tysięcy kobiet”.

Młot na kobiety

Polowania na czarownice trwały w Europie od XV do XVII wieku i nie można nazwać ich inaczej niż masowym ludobójstwem. Według szacunkowych danych podczas fałszywych procesów o czary stracono wtedy od kilkuset tysięcy do kilku milionów osób. Ponad 90 proc. stanowiły kobiety. Dla przykładu według historyczki Małgorzaty Pilaszek na ziemiach polskich proces o czary wytoczono 1316 osobom, z czego 1174 były kobietami. Choć lubimy myśleć, że był to wynik mroku wieków średnich, zastanawiające jest, jak długo przetrwał on w umysłach ludzi. Ostatnią czarownicę stracono bowiem w 1881 roku w Reszlu. Barbara Zdunk, bo to o niej mowa, była więc ofiarą już nowożytnej Europy.

Żeby wytoczyć kobiecie proces o czary, wystarczyło dwóch świadków. Plus dowód w rodzaju szatańskiego znaku na ciele, którym równie dobrze mógł być zwykły pieprzyk. Ale tak naprawdę wystarczył strach, czasem niechęć, żądza zemsty czy pragnienie władzy. Kobiety poddawane wymyślnym torturom często przyznawały się do wszystkiego, dodatkowo podłamane zeznaniami świadków, zwykle osób im bliskich – zastraszanych lub pragnących odwetu (na przykład zadrosny mąż, kochanek).

(Ilustracja: Adriana Dziewulska)(Ilustracja: Adriana Dziewulska)

Jak wyjaśniali autorzy „Malleus Maleficarum”, czyli „Młota na czarownice”, dzieła napisanego w 1487 roku i zatrważającego nawet dzisiejszego czytelnika, kobiety, jako istoty słabszej natury i pośledniego intelektu, są bardziej narażone na kuszenie szatana. Do magicznych praktyk, po których można rozpoznać czarownicę, Heinrich Kramer i Jakob Sprenger, dwaj niemieccy dominikanie, zaliczali latanie na miotle, niszczenie upraw, ale też spółkowanie z diabłem. O tym, jak absurdalne były te oskarżenia i jak kuriozalne procesy, świadczy słynna próba wody, podczas której – zgodnie z zaleceniami autorów „Młota…” – kobietę rzucano do jeziora lub stawu i jeśli tonęła, znaczyło, że jest niewinna; jeśli jednak przez jakiś czas utrzymywała się na powierzchni (co ułatwiały szerokie i wielowarstwowe spódnice) – okazywała się czarownicą i musiała zostać stracona. W obu wypadkach traciła więc życie.

Wiele z tych kobiet było akuszerkami, znachorkami i uzdrowicielkami, czyli często jedynymi osobami, do których mogli się zwrócić o pomoc mieszkańcy okolicznych wiosek. Pomagały przy ciężkich porodach, przygotowywały mikstury, leczyły i zwykle były cenionymi członkiniami społeczności. Dopóki nie połączono ich działalności z postępkami diabelskimi. Wtedy wszystko, co sprawiało, że wychodziły przed szereg, mogło ściągnąć na nie łowcę czarownic. Pretekstem mogło być zbyt rzadkie chodzenie do kościoła albo wprost przeciwnie – zbyt częste. Zbyt głośne zachowanie, zbyt rozbuchana seksualność, zbyt silny charakter. Także pustelniczość. Dostęp do wiedzy, pieniędzy lub władzy – oskarżane o czary były często bogate wdowy czy żony przeciwników politycznych. A niekiedy odrzucenie zalotnika. Każda samotna, silna kobieta, która nie podporządkowywała się męskiemu zwierzchnictwu lub opiece, była w niebezpieczeństwie. Z czasem czarownice stały się wygodnym kozłem ofiarnym. Zrzucano na nie winę za zarazę, pożar, powódź lub inne nieszczęścia.

Nietrudno z tego wszystkiego wyciągnąć wniosek, że polowania na czarownice były w istocie wojną toczoną z kobietami. Dlatego też po latach ten wątek podchwyciły feministki. Domagały się sprawiedliwości, walcząc ze zbyt lekkim – ich zdaniem – podejściem do tej krwawej karty historii. Podkreślały siłę wiedźm i ich wywrotowość, przywracając im niejako moc, której upatrywali przecież oskarżyciele. Wreszcie słusznie zauważały, że polowania na czarownice wcale się nie skończyły. Przyjęły jedynie formę odrzucenia społecznego, napiętnowania, hejtu... Bo czarownicą jest każda kobieta, która wyłamuje się ze schematu: nie chce mieć dzieci, nie wychodzi za mąż, wykonuje tak zwany męski zawód, jest dumna ze swoich siwych włosów i zmarszczek. Chollet wymienia wśród nich: Virginię Woolf, Ines de la Fressange, Sophie Fontanel, Susan Sontag czy choćby Glorię Steinem.

Wiedźma – ta, która wie

– Przez kilka wieków kobiety były prześladowane tylko za to, że były kobietami, że coś umiały, wiedziały, miały swoje zdanie. W momencie, w którym się z nimi utożsamiamy, oddajemy im hołd – mówi Paulina Młynarska, dziennikarka, pisarka, joginka, feministka i współczesna wiedźma.

Rozmawiamy przez Messengera, bo Paulina z powodu pandemii, ale też niedawnej operacji, na razie nie wybiera się do Polski. Siedzi w swoim małym domku na Krecie, otoczona przyjaciółmi, rodziną i zwierzętami. – Oczywiście jest wiele kobiet, młodszych i starszych, które uważają się za współczesne wiedźmy, bo wróżą z kart albo znają się na ziołach. Ja się jednak zaliczam do tych, które są spadkobierczyniami tych odważnych kobiet sprzed wieków, protoplastek dzisiejszych feministek. Bo feminizm, co trzeba powtarzać, jest o równości, nie o nienawidzeniu mężczyzn. One chciały po prostu – tak jak mężczyźni – zajmować ważne miejsce w społeczeństwie – dodaje.

Jej zdaniem wiedźma, czyli ta, która wie, została obdarzona przez patriarchalną i, niestety, chrześcijańską kulturę wszystkimi najgorszymi cechami, więc: „Maleńka, nie naśladuj jej, bo wyrośnie ci kinol, krosta koło kinola i otrujesz śliczną królewnę jabłkiem”. – Bardzo dużo czasu upłynęło, zanim kobiety się połapały i zaczęły sobie przypominać – poprzez różne opowieści, literaturę i baśnie – że coś tu jest nie tak. Jest jakiś wielki brak równowagi, bo skoro jest mędrzec, to gdzie jest mędrczyni? – mówi Paulina. – Wiedźma integruje w sobie różne oblicza kobiety związane z jej wiekiem i doświadczeniem. My długo byłyśmy zafiksowane na fazie księżniczki, ewentualnie królowej, a mądra starucha to był ktoś bardzo nam odległy, z kim nie miałyśmy kontaktu. A jeszcze wytworzyła się kultura kultu ciała i młodości. Dziś wreszcie sięgamy po tę wiedźmuchę, staruchę, czyli kobietę po menopauzie.

Paulina lubi zwłaszcza określenie „wiedźmucha”, bo ono łączy słowa „wiedźma” i „dziewucha”. Wiedźmucha jest stara i młoda jednocześnie, nawet na poziomie samego wyglądu: może mieć siwe włosy i jednocześnie żywotność młodej osoby. – Mam na ten temat swoją teorię – tłumaczy. – Uważam, że musiałyśmy po to sięgnąć, bo nigdy wcześniej w historii ludzkości kobiety nie żyły tak długo po menopauzie. Przeważnie umierały młodo, często przy porodach. Dzięki medycynie i hormonalnej terapii zastępczej okazało się jednak, że po menopauzie można żyć drugie tyle, i to w świetnym zdrowiu i samopoczuciu. Trzeba więc ten czas jakoś zagospodarować. Bo co, przez pół wieku mam się ciągnąć w stronę cmentarza? Zaczęłyśmy odkrywać, co możemy w tym czasie robić, i to dla siebie. Hulaj dusza, piekła nie ma! Z tą różnicą, że ta dusza jest już doświadczona. Odnalazłyśmy mędrczynię w sobie i w świecie. Zaczęłyśmy doceniać dojrzałość.

Wiedźma czuje potrzebę powtarzalności, akcentowania pór roku i zmian w przyrodzie, śmierci i odrodzenia. W końcu jako kobiety jesteśmy nie tylko dawczyniami życia, lecz także towarzyszkami odchodzenia. To właśnie my opiekujemy się starszymi, to my trzymamy umierających za rękę. – Tak było podczas odchodzenia mojego taty, który bardzo długo był chory. Całą „obsługą” tego okresu w jego życiu zajmowałyśmy się ja, moja siostra Agata, moja córka i jej partnerka. Chłopcy i mężczyźni też byli zaangażowani, ale bardziej wpadali pogadać, posiedzieć i pobyć, ten bezpośredni kontakt z cielesnością odchodzenia miałyśmy my. Bo to my wsadzamy ręce w bulgoczącą materię życia – opowiada.

Swoją wiedźmowatość odkryła w momencie, gdy zaczęła słuchać intuicji. – To dla mnie konglomerat różnych rzeczy: wrażliwości, doświadczenia życiowego, inteligencji. Najważniejsze rzeczy dzieją się dzięki intuicji. Najsilniej doświadczyłam tego ostatnio. Jestem ogólnie bardzo zdrową osobą, regularnie się badam, praktykuję jogę, w miarę zdrowo żyję. Aż tu nagle przyszło do mnie przeczucie, żeby nie czekać do terminu mammografii, tylko pójść teraz. I poszłam. Bogini dzięki, że poszłam. Nie jestem pacjentką genetyczną, nie mam mutacji genu, ale podczas badania okazało się, że mam już morfologiczne zmiany rakowe, które na tym etapie można usunąć, usuwając piersi, albo brać leki i modlić się, by było dobrze. Wybrałam pierwszą opcję. Ale tak samo było z wyjazdem na Kretę. Ja po prostu poszłam jak po sznurku za swoimi przeczuciami. Przeczucia dyktują nam ważne rzeczy. Jak wchodzimy do jakiegoś pomieszczenia i czujemy, że to nie jest miejsce dla nas, powinniśmy wyjść. Od razu. Ja już słucham tego głosu w sobie, tego zimnego dreszczyku na plecach albo czegoś, co ściska w brzuchu.

Kiedy pytam, co dla niej znaczy być dziś wiedźmą, mówi, że na poziomie symbolicznym to bycie w kontakcie z innymi kobietami, bycie blisko nich i ich rozumienie, bez narzucania swojego punktu widzenia. Empatia, bez życiowego sztywniactwa. Wiedźma potrafi się wznieść, niczym na tej miotle, ponad przekonania, ponad podziały, ponad małostkowość, ponad cudze czy swoje widzimisię. – Poza tym miotłą wymiatasz. Także to wszystko, co złe, agresywne, stare i niepotrzebne – to, czego nie chcesz w swoim życiu – mówi z mocą. – Mój pies Feluś boi się tylko miotły. Miotłą można zaprowadzić ład w swoim życiu. Wiedźmuchy generalnie wymiatają w życiu. Ja uważam, że z moją akcją z mastektomią też wymiotłam. Wzięłam się do tego na poważnie, w dwa miesiące wszystko zorganizowałam i już jest po. Zobacz, co ja mam teraz na sobie. Straszliwy stanior, który trzyma w żelaznym uścisku moje piersi po rekonstrukcji. Dziś, po siedmiu tygodniach, lekarz mi powiedział, że mogę wreszcie go zdjąć. I wiesz co, chyba go nawet spalę.

Ona, czyli ja

Jak podaje Mona Chollet, pierwszą kobietą, która wydobyła z ukrycia historię czarownic i sama przyjęła to miano, była amerykanka Matilda Joslyn Gage; żyła w latach 1826–1898 i walczyła o prawa wyborcze kobiet i zniesienie niewolnictwa. Obecnie coraz więcej kobiet nazywa siebie czarownicami lub wiedźmami – i to z przeróżnych powodów. Powiedzieć tak o sobie jest nawet modnie. Może stało się to po części za sprawą serii o Harrym Potterze i całej masie innych filmów i bajek z czarownicami i czarownikami w roli głównej. Magia zaczęła symbolizować wewnętrzną moc, pozytywny potencjał i wiarę w siebie – tak nam potrzebne w czasach, gdy wiele osób, rzeczy i instytucji chce nas ich pozbawić. Zdaniem Chollet czary to piękna metafora dla sztuki i każdej twórczości. Co więcej, ponieważ zwykle związane są z określonym ceremoniałem, równie dobrze można utożsamić je z praktykami duchowymi, choćby medytacyjnymi. W obliczu katastrofy ekologicznej i pandemii rośnie też potrzeba więzi z naturą oraz samym sobą. I wiara w to, że na nasze życie mają też wpływ siły, których nie widzimy (choćby wirusy).

Zgadza się z tym Urszula Mikłasiewicz, która nazywa siebie szamanką, uzdrowicielką, coachem świadomości, ale też wiedźmą. A bycie wiedźmą jest dla niej silnie powiązane z naturą, duchowością oraz pierwiastkiem kobiecym, czyli prawą półkulą, odpowiedzialną za myślenie abstrakcyjne, myślenie obrazami, za czucie i doświadczanie świata jako energii.

(Ilustracja: Adriana Dziewulska)(Ilustracja: Adriana Dziewulska)

O tym, że jest inna, że jest osobą wysoko wrażliwą, empatką czy jakkolwiek to nazwiemy, Ula zdała sobie sprawę w wieku 30 lat. Szukała pomocy w sprawie zdrowia, bo od długiego czasu nie mogła wyjść z zapalenia przydatków. Ze stanu ostrego zrobił się stan przewlekły, który leczyła, bez rezultatu, antybiotykami oraz ziołami około roku. Aż ktoś znajomy powiedział: „Zrób inicjację Reiki”. Nawet nie do końca wiedziała, co to jest. Wiedziała tylko, że ma związek z energią. Okazało się bramą przejścia. – Zobaczyłam, że cała jestem energią i wszędzie dookoła widziałam pranę. To było jak przebudzenie. Zaczęłam też mocniej odczuwać to, co czują inni. Przestałam jeść mięso i postanowiłam zacząć pracować z ludźmi – opowiada. Bo wiedźma to ta, która pomaga innym doświadczać życia inaczej. W pełniejszym kontakcie. Jest przewodniczką nowej rzeczywistości, nowego paradygmatu. Dlatego Ula dziś zajmuje się towarzyszeniem ludziom w rozwoju osobistym, odkrywaniu wewnętrznego potencjału, leczeniu traum oraz przemianie duchowej. – Skończyłam filmoznawstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim, ale jeśli miałabym powiedzieć, co jest moim zawodem, to jest nim bycie terapeutką holistyczną. Pokazuję ludziom ich potencjał do samorozwoju i samouzdrawiania. Dla mnie największą szkołą była moja choroba – wyznaje. – Zapoczątkowała głęboką pracę nas sobą, zarówno na poziomie ciała, emocji, ducha, umysłu, jak i pracy z podświadomością, czyli cieniem.

– Czy znam jakieś wiedźmy? – pyta z rozbawieniem. – Ja nie mam innych znajomych. Każda kobieta, która kieruje się intuicją i chce robić coś dla ludzi, jest kimś takim. Czy wiedźma musi być dojrzała? Niekoniecznie. Mam 42 lata i wokół siebie wiele młodszych koleżanek, które uważają się za czarownice – mówi.

Z bohaterek historii czy popkultury ważna dla niej jest postać Joanny d’Arc, zwłaszcza w takim ujęciu, w jakim ukazywał ją film „Męczeństwo Joanny d’Arc” Dreyera, czyli jako tę, która walczy sercem. Lubi też ludowy wizerunek Baby-Jagi. Roześmianej, silnej i totalnie wolnej. Podobają się jej współczesne filmy animowane, na przykład „Vaiana”. Są w nich pokazane dziewczyny, które są kompletne i nie muszą szukać kogoś, kto by je dopełnił.

Śladami przodkiń

W 2016 roku muzeum w Brugii poświęciło wystawę czarownicom Bruegla, mistrza malarstwa flamandzkiego. Na jednej z tablic wymieniono wszystkie kobiety spalone w Brugii jako czarownice na publicznym placu. Wielu mieszkańców ze zdziwieniem odkryło na nich swoje rodowe nazwiska, o czym nie mieli pojęcia przed wystawą. Może w żyłach każdej z nas płynie krew spalonej wieki temu czarownicy? Na pewno w naszej zbiorowej historii jest zapisane ich doświadczenie.

Kristen J. Sollée, amerykańska pisarka, kuratorka i pedagożka, w książce „Polowanie na wiedźmy. Kronika kobiet niepodporządkowanych” (wyd. Znak) opisuje wyjątkową podróż śladami dawnych wiedźm. Jak przyznaje, chciała ukazać ich dziedzictwo w ważnych miejscach w Europie i Ameryce Północnej. Co ciekawe, kiedy zabukowała bilety lotnicze i hotele, dał znać o sobie jej rodowód. W serwisie zajmującym się geneaologicznymi badaniami DNA odkryła, że mapa jej korzeni pokrywa się z planem tej podróży. „Moi krewni mieszkali tam, gdzie – jak powszechnie wiadomo – doszło do prześladowania czarownic: w Londynie, Lancashire i Edynburgu. Jaśniejsze niebieskie kropki oznaczały, że miałam rodzinę także w Bambergu. Istnieje nawet włoska i francuska linia rodowa w odleglejszej przeszłości, opatrzona niejasnymi oznaczeniami procentowymi, które nie kwalifikują się na mapę. Z historii własnej rodziny wiem, że nazwisko Sollée pochodzi z Normandii od przodków mieszkających w Rouen, gdzie spłonęła na stosie Joanna d’Arc”.

Razem z nią zaglądamy do Florencji, gdzie w XV wieku stracono pewną Giovannę za stosowanie czarów miłosnych – rzeczywiście preparowała różne mikstury z dziwnym składem, ale jej główną winą było to, że do swojego łoża zwabiała kolejnych mężczyzn. Potem do Sieny, miasta Katarzyny Sieneńskiej, świętej, a jednocześnie uznawanej za czarownicę. Katarzyna sprzeciwiła się rodzicom, którzy chcieli wydać ją za mąż, i poszła do zakonu, a podczas swojego krótkiego życia zaangażowała się w reformę kościelną i politykę papieża Grzegorza XI. Sollée odwiedza też słynące z kultu czarownic niemieckie Góry Harzu, amerykańskie miasteczko Salem czy Kilkenny w Irlandii, gdzie oskarżonej o czary Alice Kyteler udało się wprawdzie uciec do Anglii, ale tylko dlatego, że była majętna (z tego samego powodu zresztą oskarżono ją o czary; ponadto była czterokrotną wdową). Sollée dochodzi do wniosku, że każde z tych miejsc naznaczono bezpowrotnie. A pamięć o tamtych wydarzeniach jest nadal żywa, a nawet intensywniejsza.

A jak to jest w Polsce? – Ponieważ jestem od wielu lat związana z kultem rozwoju duchowego w Polsce, mogę ocenić, że pierwsze odczarowywanie czarownic zaczęło się u nas dobre 20 lat temu. Wylądowałam wtedy w jednym z pierwszych kręgów kobiet, założonym przez Aniję Miłuńską, filozofkę, przewodniczkę i twórczynię tego typu wspólnot. Temat wiedźm wypłynął wtedy spontanicznie i niemal od razu – mówi Tatiana Cichocka, tłumaczka, dziennikarka, nauczycielka Movement Medicine, huny i hawajskiej pracy z ciałem, praktykująca różne formy tańca i medytacji. – Mam wrażenie, że zawsze kiedy spotykają się kobiety po to, by rozmawiać o docieraniu do sedna siebie i swojej mocy, prędzej czy później pojawia się temat polowań na czarownice. On jest głęboko zapisany w naszej podświadomości, w naszych ciałach. I trzeba się z nim zmierzyć. Uleczyć tę ranę, bo obraz kobiety palonej za to, że ośmiela się żyć tak, jak chce, być sobą, czyli seksualną, pełną życia istotą – zatrzymuje nas w drzwiach do miejsca, do którego większość chce dotrzeć, jeśli chce się rozwijać, tworzyć, widzieć i czuć głębiej rzeczywistość.

Tatiana sama kiedyś mówiła o sobie: wiedźma. Dziś już tego nie potrzebuje, choć odnajduje tę jakość w sobie. – W byciu wiedźmą ważne jest to, że wiem, co jest dla mnie dobre. Nie dla ciebie, dla niej czy dla wszystkich, ale dla mnie, i to dla mnie teraz, w tym momencie, bo może za jakiś czas będę chciała czegoś innego. To też szacunek dla wyborów innych kobiet i ludzi w ogóle. Dużo czasu zajęło mi, żeby to zrozumieć, ale mogę powiedzieć, że podążam za tym wewnętrznym głosem. To on mi mówi, co mam jeść, gdzie iść, z kim się spotykać, czy zaczynać coś teraz, czy później. To przełączenie siebie na inny rodzaj działania i czucia, który ja nazywam kobiecym, choć nie dotyczy on tylko kobiet. Bo tak jak kobieta może odkryć w sobie tę wiedzącą, tak mężczyzna też może to zrobić. Rozwinąć tę część siebie, która opiera się na głębokim słuchaniu, podążaniu za znakami, czekaniu na impuls do działania, zamiast planowania na sztywno. Tak zwane wiedzenie polega na byciu bardziej wrażliwym na sygnały ze świata i z siebie – mówi.

Oczywiście jako kobiety możemy sobie równie świetnie radzić w module myślenia lewopółkulowego, logicznego, wnioskującego, związanego z ocenianiem, ale też rywalizacją. – Sama bardzo długo doskonale się w tym odnajdywałam. W końcu jestem po matfizie – śmieje się. – Teraz jednak czuję, że bliżej jest mi do tej drugiej ścieżki. Jestem w okresie menopauzalnym, który jeszcze bardziej pogłębia kontakt ze sobą. Menopauza może stać się podróżą ku miejscu wiedźmy, czyli tej, która wie swoje, a więc nie daje sobą łatwo manipulować. Moim zdaniem to było właśnie najbardziej niebezpieczne w czasach polowań na czarownice. Tego się najbardziej obawiano. Nie jest łatwo być taką kobietą także we współczesnym świecie. Bo kiedy wszyscy mówią: „nie da się”, ty udowadniasz, że się da. I wtedy inni wychodzą na głupków. Nikt nie lubi, kiedy mu się pokazuje, że się myli.

Czas pandemii paradoksalnie może nas nauczyć lepszego kontaktu ze sobą. Jesteśmy pozbawieni wielu bodźców, często sami w izolacji. To naturalnie zaprasza w głąb siebie. Są obostrzenia, ale są też nasze pragnienia i lęki – dobrze jest mieć przekonanie, że to, co robimy lub czego nie robimy, jest dobre dla nas. Na zasadzie: wiem, co wybieram, bo to ja za siebie odpowiadam. – Przeszłam tę szkołę pięć lat temu, kiedy byłam chora na raka piersi – opowiada Tatiana. – Teraz przechodzimy przez to wszyscy. Zaczynamy widzieć, że nie mamy kontroli nad wieloma obszarami życia. Dotychczasowe zasady przestały obowiązywać. Nie wiemy, co będzie za chwilę. Więc jedyne, na czym możemy się oprzeć, poza siłą wyższą, to my sami. Dlatego potencjalnie ten właśnie dziwny czas może obudzić w nas wiedźmy.

Jak pisał Terry Pratchett: „Każdy potrzebuje czarownicy, tylko nie zawsze zdaje sobie z tego sprawę”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze