1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. OdNowa. Sposoby na wyciszenie umysłu – jak ukoić nerwy?

OdNowa. Sposoby na wyciszenie umysłu – jak ukoić nerwy?

W regeneracji, w powrocie do harmonii i wyciszeniu umysłu pomaga zatrzymanie: jak najmniej obowiązków, jak najwięcej rozluźnienia w ciele i jak najwięcej odgłosów natury. (Ilustracja: Joanna Gwis)
To, czego teraz najbardziej potrzebujesz, to nie żadna dieta cud ani trening na perfekcyjne bikini body, ani nawet wakacje all inclusive. Raczej czułość, spokój, cisza i słońce. Za tobą trudne i wymagające miesiące. Pełne strat, stresu, lęku i mroku. Przed tobą lato i szansa na prawdziwą regenerację ciała, duszy i wyciszenie umysłu.

Oto ciało, które niosło mnie przez pandemię i wytrzymywało niezliczone dni rozpasania w spiżarni. Kocham je, ale chcę też poczuć się w nim lepiej”. Taki wpis umieścił na Instagramie około dwóch miesięcy temu hollywoodzki aktor Will Smith. Wpisowi towarzyszyło zdjęcie jego sylwetki. Stoi na nim w dumnej pozie, mimo że ma na sobie jedynie bokserki. Próżno szukać na jego ciele sześciopaku, w oczy rzuca się raczej wystający poza linię bielizny brzuch. Pomyśl o tym wpisie, kiedy staniesz przed lustrem w łazience albo sklepowej przebieralni i krytycznie spojrzysz na swoje ciało, zapewne nie takie szczupłe, silne i jędrne jak jeszcze rok temu. Jeśli wykrzykniesz: „Jak ja wyglądam! Muszę się za siebie poważnie wziąć”, pomyśl raz jeszcze. Czy naprawdę chcesz to zrobić swojemu ciału? Tak dużo ostatnio przeszło. Tyle stresu musiało znieść podczas minionego roku, tyle emocji w sobie pomieścić. Wiele razy było spięte, zmęczone, obolałe. Polewane hojnie preparatami do dezynfekcji, zakrywane maseczkami, skulone na kanapie pod kocem. Może doświadczyło poważnej choroby, a może „tylko” znosiło wielogodzinne siedzenie przy kuchennym stole nad pracą, brak regularnych treningów, naprędce przygotowywane posiłki. Musiało poradzić sobie z wyjątkowo długą tego roku zimą, ale też brakiem dotyku i ukojenia.

Wszyscy jesteśmy zmęczeni tą pandemią, wykończeni ciągłym napięciem, znudzeni zamknięciem i odosobnieniem. Potrzebujemy powrócić do równowagi. I to nie tylko na fizycznym poziomie. Przeboleć straty, także ważnych i bliskich osób, wzmocnić odporność psychiczną, odbudować poczucie wpływu na swoje życie. Ale też rozluźnić się, zrelaksować, okazać sobie czułość i dobroć. Wyciszyć umysł. Teraz właśnie jest idealny na to czas.

Zrobiliśmy się zagniotkiem

– Zapomnieliśmy o naszych ciałach – mówi Paulina Mira, fizjoterapeutka i certyfikowana instruktorka kanadyjskiego stott pilatesu. – Przez ostatnie miesiące od wielu osób słyszałam: „Wstaję o 7 rano, otwieram laptop, a o 20 go zamykam”; „Siedzę na niewygodnej kanapie albo na krześle kuchennym, bo myślałem, że to potrwa dwa miesiące”. Zamknięta klatka piersiowa, szyja wysunięta do przodu, unieruchomione w pozycji zgięcia biodra – to była nasza pandemiczna postawa. Bo byliśmy skupieni na czymś innym. Na przetrwaniu, na walce o zdrowie nasze i bliskich, na tym, by nie dać się przygnębieniu czy depresji. A stres lubi wchodzić w miejsca, które były kiedyś kontuzjowane lub bolesne. Podczas pandemii był to zwykle kręgosłup od szyi po odcinek lędźwiowy. – Lubię porównywać to do kartki papieru rzuconej w kąt czy koszuli ciśniętej na fotel – mówi Paulina. – Obie są pogięte, pozaginane. Dlatego taką koszulę trzeba raz na jakiś czas rozprasować, a kartkę – rozprostować, by nie było zagniotków. My zrobiliśmy się takim właśnie zagniotkiem.

Dlatego trzeba sobie teraz o naszym ciele przypomnieć, wyjąć je z kąta, rozprostować, zbadać uszkodzenia, zaleczyć bolesne miejsca. Paulina proponuje, by zacząć od zwykłego przeglądu; takiego, jaki robimy u dentysty czy w warsztacie samochodowym. To może być wizyta u fizjoterapeuty czy osteopaty. – Idźmy do kogoś, kto spojrzy na nas całościowo; kto zaobserwuje, czego nasze ciało potrzebuje, jakich szkodliwych nawyków nabrało i jakie ćwiczenia naprawcze by mu się teraz przydały – mówi.

Albowiem wpaść w ten sam znany schemat pod tytułem „daję sobie wycisk” jest bardzo łatwo. Tylko to nie uleczy problemu. Nie dość, że nasze ciało dostało podczas pandemii w kość, to teraz jeszcze dowalimy mu morderczym treningiem. Okażmy mu wdzięczność, nie fundujmy mu kolejnego reżimu, tylko zróbmy dla niego coś fajnego, dobrego. Potraktujmy je z czułością. I podejdźmy do niego holistycznie. Nie skupiajmy się na jednym fragmencie naszego ciała, na zasadzie: „Muszę pozbyć się brzucha”; „Znów chcę mieć silne ręce”. Lepiej postanowić sobie: „Chcę wchodzić bez zadyszki na trzecie piętro”; „Chcę pozbyć się bólu kręgosłupa”; „Chcę być lżejsza, pełna energii, sprawniejsza”. I nie zakładajmy, że to stanie się już, natychmiast, w ciągu dwóch tygodni. – Teraz tak strasznie dużo chcemy zrobić, nadgonić ten stracony czas: pójść na basen, ale i do kina, spotkać się z przyjaciółmi, iść do restauracji, do spa. Nie pomieścimy tego wszystkiego – przestrzega Paulina Mira. – Wpadniemy z jednej skrajności w drugą.

Lepiej odnaleźć ruch, który pomoże nam połączyć przyjemne z pożytecznym. Pójść na spacer, zacząć jeździć do pracy rowerem, zrobić przez 15 minut kilka ćwiczeń, które ktoś nam wcześniej pokaże i poleci, rehabilitant, nauczycielka jogi czy pilatesu. – To jest jak z szyciem ubrań na miarę. O wiele lepiej się w takich czujemy. Widzę to zarówno w pracy z zawodowcami, jak i u zwykłych pacjentów – mówi Paulina. – Czasem nie potrzeba wiele: dobry i mądry start, a potem wystarczy być wytrwałym. I dać sobie czas, robić to powoli, krok po kroku. Pandemia pokazała nam dobitnie, że nigdzie nie musimy się spieszyć, a spokój naszemu ciału naprawdę się teraz przyda.

Pokonać schody w bloku

Do jej warszawskiego Mira Studio Terapii przychodzą też zawodowi sportowcy, Paulina jest fizjoterapeutką Polskiego Baletu Narodowego. – Aktywność tancerzy, z którymi pracuję, można porównać do psów husky, które są przyzwyczajone do olbrzymiej ilości ruchu i wysiłku na co dzień – i nagle mieli tego wszystkiego o połowę mniej. Zaczęły się odzywać dawne kontuzje, pojawiać nowe. O wiele trudniej było im utrzymać ciało w ryzach, spadła masa mięśniowa, a wytrzymałość stała się mniejsza. Widzę, jak pandemia wpłynęła na osoby bardzo aktywne fizycznie, co dopiero mówić o nas, zwykłych użytkownikach sportu. Brakuje nam świadomości ciała. – Wiemy, gdzie mamy bark, ale już nie czujemy, jak powinien być prawidłowo ustawiony. Kiedy mówię pacjentom, by rozluźnili szyję i opuścili barki, nie wiedzą, jak to zrobić – opowiada Paulina. Wtedy przydają się wizualizacje. Mówi: „Wyobraź sobie, jakby wodospad spływał po twoich barkach”. Pomaga. Albo proponuje zwykłe ćwiczenie, na przykład podczas siedzenia na krześle w czasie pracy. – Wystarczy, że odepchniemy się delikatnie stopami od podłogi, guzy kulszowe, na których siedzimy, się uniosą, czubkiem głowy wyciągniemy się w stronę sufitu, a poczujemy, że nasz kręgosłup się wydłuża i prawidłowo ustawia – tłumaczy.

Chęć ruchu w nas jest, musimy ją tylko odgruzować. Potrzebujemy do tego spokoju, fajnej atmosfery, czasem dobrego towarzystwa, a jeżeli mamy się oddać w czyjeś ręce – to zaufane i profesjonalne. – Poszukajmy bardziej kameralnych miejsc do ćwiczeń, w małych, cztero-, pięcioosobowych grupach – poleca Paulina. – Znajdźmy ulubioną formę ruchu. Ja uważam pilates za doskonałą formę, ale to mogą być też zajęcia jogi, bieganie lub taniec. Idźmy za intuicją. Jak potrzebujemy się położyć na podłodze, by wyciągnąć ciało i poturlać się po niej – zróbmy to!

I nie oskarżajmy się o brak motywacji, nie punktujmy za lenistwo. – Tuż przed pandemią udało mi się być w Sydney, gdzie jest tyle studiów pilates, ile u nas sklepów z szyldem Żabka. Ale jaka tam jest pogoda! Gdybym mieszkała w Australii i miała taką pogodę przez cały rok, to ja bym wyglądała jak oni – śmieje się Paulina. – A my lubimy sobie nawrzucać: „Jak ja się zaniedbałam!”. Katujemy się na nowy rok i przed wakacjami, bo trzeba się pokazać w kostiumie. Przestańmy tak robić. Była zima, było nam smutno, źle i zimno. Teraz jest lato i świetnie, będziemy mieć naturalną motywację. Wyjdźmy na słońce, weźmy ze sobą matę, rozłóżmy ją na trawie i zacznijmy coś na niej robić, po prostu.

I jeszcze jedno. Uczmy się podejścia do ruchu od osób dojrzałych. One mają zupełnie inne cele. Pokonać schody w bloku bez trzymanki. Schylać się tak, żeby nie czuć dyskomfortu w plecach. Bo wiedzą, że jak tego nie będą potrafiły, to nie będą się mogły ruszać, nie pójdą po zakupy, ktoś będzie musiał im je przynieść, staną się zależni od innych. – Moja babcia do ostatnich dni życia wyciągała sama wodę ze studni. To był jej cel – mówi Paulina.

Od jakiegoś czasu przychodzi do niej na pilates starsza pani, bo – jak mówi – całe życie była w ruchu,jeździła na nartach, pływała i teraz też chce być sprawna. – Ma 80 lat i wstaje z niskiego krzesła siłą mięśni nóg, nawet nie pomaga sobie w tym rękami, a tuż po pilatesie bierze psa na spacer 10 tysięcy kroków – mówi z podziwem Paulina. – Dla mnie to jest właśnie sprawność, do jakiej trzeba dążyć.

Przyjrzyjmy się sobie

– Sytuacje takie jak obecna pandemia przypominają, że nie wszystko jest w naszych rękach. To szokuje, ale stwarza też szansę, żeby gdzie indziej dostrzec nasz wpływ. Bardziej nakierowany na regulowanie naszego świata wewnętrznego. Tam trudniej go nas pozbawić – mówi Paweł Malinowski, psychoterapeuta, absolwent medycyny, autor niedawno wydanej książki „Umysł, ciało, duchowość. Drogi do zdrowia i rozwoju duchowego z perspektywy psychoterapeuty”. Jak zauważa, w potocznym rozumieniu karma oznacza to, co nam zsyła los. Ale z perspektywy jogi to my ją nieustannie tworzymy poprzez sposób, w jaki reagujemy na zewnętrzne okoliczności, wobec których stawia nas życie.

Dlatego najlepsze, co możemy zrobić dla komfortu psychicznego, to rozwijać umiejętność regulowania nastroju. Żebyśmy nie byli zdani na łaskę i niełaskę okoliczności zewnętrznych. Zacznijmy od tego, by zauważyć, jak reagujemy na nowe sytuacje. – Nasz umysł pod tym względem działa niczym społecznościowe platformy internetowe, które profilują przekazywane informacje, stwarzając przy tym pozory obiektywności. Porusza się tylko w zakresie znanych już informacji oraz niewielkiej porcji nowych, które zostają przyjęte jako wiarygodne, pod warunkiem że są podobne do tego, co już wiemy. Reszta jest odrzucana. Dlatego poszerzanie spojrzenia na świat jest procesem trudnym, stopniowym i długotrwałym – uprzedza psychoterapeuta. Zwykle unikamy odkrywania własnych ograniczeń i uprzedzeń. Wolimy nie zdawać sobie sprawy z braków własnej wiedzy. I lubimy mieć rację. To wydaje się bezpieczne, bo zwiększa nasze poczucie orientacji w świecie. Co jednak jest dla nas ważniejsze: odkrywanie prawdy czy własna racja? – To kluczowe pytanie. Zarówno w rozwoju wewnętrznym, jak i w poznawaniu świata – tłumaczy Paweł Malinowski. I proponuje zadać sobie pytania pomocnicze: W jaki sposób weryfikujemy napływające do nas informacje? Po czym rozpoznajemy ich wiarygodność? Czy poszerzamy naszą wiedzę? A może polegamy w całości na opinii innych? Taka refleksja w dłuższej perspektywie zbuduje w nas zaufanie do siebie, na którym będziemy mogli się oprzeć.

Jak wyciszyć umysł?

Kolejna rzecz to zmniejszanie nawykowego strumienia myśli typu: nieustanne planowanie, martwienie się, snucie czarnych scenariuszy. W momencie kryzysu absorbuje to naszą uwagę i przez to łagodzi poczucie bólu psychicznego, a równocześnie tworzy złudne wrażenie, że może prowadzić do jakiegoś rozwiązania. W efekcie jednak pogarsza kontakt z własnym odczuwaniem i zmniejsza zaufanie do siebie. Utykamy w braku poczucia bezpieczeństwa.

Paweł Malinowski zwraca uwagę, że choć w ostatnim czasie wszyscy żyliśmy w różnie nasilonej niepewności i lęku oraz zaznaliśmy wielu ograniczeń, to w szczególnej sytuacji są osoby w żałobie po stracie bliskich albo które poniosły dotkliwe straty finansowe, bo to zachwiało ich podstawowym bezpieczeństwem. Potrzebują czasu, żeby oswoić przeżycia i doświadczenia, które się w nich zapisały. A także odkryć, czego dzięki nim mogli nauczyć się o sobie. Czy nawet w tak trudnych i, wydawałoby się, beznadziejnych momentach dostrzegli swoją sprawczość, bo na przykład znaleźli dorywcze zajęcie? A może umieli się zwrócić o wsparcie przyjaciół i znajomych?
Bardzo ważne jest też otwieranie się na pełniejsze odczuwanie. Część z nas, żyjąc w poczuciu zagrożenia, tłumiła emocje. A emocje – jak dobrze już wiemy od czasu badań Jaaka Pankseppa – są wrodzoną cechą ssaczego mózgu i nie można od nich uciec bez ponoszenia konsekwencji dla zdrowia i smaku życia. Zacznijmy więc rozwijać w sobie swobodę bycia z nimi: akceptację, kiedy się pojawiają, oraz zgodę na to, że odchodzą. Ze zrozumieniem, jaką informację nam przekazują. Z tym, że – jak zaznacza psychoterapeuta – wewnętrzna swoboda nie oznacza impulsywnego wyrzucania ich z siebie, bez oglądania się na skutki.

(Ilustracja: Joanna Gwis)

Śpijmy, bądźmy kreatywni, bawmy się

– Jeśli sytuacja okołopandemiczna i wprowadzony lockdown siłą wyrwały nas z kołowrotka codziennych spraw i aktywności, które tylko zasłaniały, i tak pod spodem obecny, brak namacalnego sensu życia... to może lepiej, że stało się to teraz niż dopiero u schyłku życia – zauważa Paweł Malinowski. – Lata w końcu nieubłaganie płyną, wcześniejsze przewartościowanie życia daje jeszcze czas, żeby coś z tym zrobić.

Dlatego to, co przeżyliśmy, paradoksalnie, może pomóc w odkrywaniu na nowo siebie i tego, co jest dla nas ważne. Potrzebne do tego będzie życzliwe zaciekawienie tym, o co nam w życiu chodzi, zamiast skupiania się jedynie na obowiązkach i codziennej rutynie. Zacznijmy na nowo odkrywać, co lubimy robić, jakie są nasze marzenia, wartości, co nam daje poczucie spełnienia. Jakie mamy możliwości, a jakie ograniczenia, i co z tego chcielibyśmy zmienić. Jaki jest nasz stosunek do życia oraz poglądy, te mniej i bardziej świadome – które z nich wspierają nasze dążenia, a które podcinają nam skrzydła.

Rozwój duchowy obejmuje także troskę o swoje ciało i dobrostan fizyczny. To odpowiednia ilość snu, umiejętność odpoczywania, właściwy sposób odżywiania i ruch na co dzień. Ale też zadbanie o znaczące relacje, a więc takie, w których okazujemy sobie uczucia, czujemy się akceptowani, chciani i potrzebni. O drobne i większe radości. Ważne są też własne zamiłowania, kreatywność, zabawa, a więc te wszystkie działania, które nadają naszemu życiu smak. – Choć brzmi to banalnie, jest naprawdę ważne – tłumaczy Paweł Malinowski. – Przekłada się na gospodarkę hormonalną, wytwarzanie energii, poziom neurohormonów, sprawność układu immunologicznego. Łykanie magnezu tu nie wystarczy. A codzienne wlewanie w siebie kawy i energetyków nie jest dobrym sposobem dbania o energię. Tak jak zajadanie frustracji słodyczami nie podniesie nam zadowolenia z życia.

Do tego wszystkiego psychoterapeuta dodaje jeszcze tak zwane mikroregulacje. – Co pewien czas zwracajmy uwagę na to, co dzieje się w naszym ciele i umyśle. Róbmy taki mały przegląd, przez kilka sekund. To pozwala wyłapywać na bieżąco momenty, kiedy nawykowo wchodzimy w przeciążenie, nadmierny pośpiech czy niepotrzebną zadaniowość albo gonitwę myśli. Albo kiedy aktywuje nam się „wewnętrzny krytyk” – mówi. – W ten właśnie sposób pomagamy sami sobie wychodzić z samozaniedbania, a więc wyuczonej nieumiejętności bycia dla siebie samego mądrym i życzliwym opiekunem. Takie trudne momenty często są też przejawem jakiegoś flashbacku emocjonalnego, a więc wybudzających się dawnych przeżyć z dziecięcych lat, których okoliczności możemy już nawet dziś nie pamiętać. Uważność na siebie łatwiej będzie rozwijać, jeśli włączymy do naszej codzienności jakąś praktykę medytacji albo focusingu.

Szum liści, głębia wody

Renata Arendt-Dziurdzikowska, wieloletnia dziennikarka „Zwierciadła”, trenerka rozwoju osobistego i coach, od lat mierzy się z tematem straty. Właśnie ukazało się kolejne wznowienie jej bestsellerowej książki „Możesz odejść, bo cię kocham”. Składają się na nią rozmowy z ludźmi, którzy w najróżniejszych okolicznościach stracili bliskich. Renata przeprowadzała je przez blisko 20 lat! Prawie tyle samo pracowała z ludźmi podczas warsztatów, kręgów kobiet czy na indywidualnych sesjach. Sama też traciła – bliskie przyjaciółki, ważne ciotki, mentorki, a w tym roku tatę. – Dzielę się doświadczeniami, nie tylko wiedzą – zastrzega. A te doświadczenia można podsumować krótko: kiedy cierpisz – nie rób nic i nie idź do ludzi.

Dlaczego to podkreśla? Bo według niej w naszym podejściu do tego tematu pokutują dwa szkodliwe mity. Pierwszy, że nic tak nie pomaga na smutek i cierpienie jak działanie („zrób coś, działaj, pracuj, a wtedy zapomnisz”), oraz drugi, że nikt nie jest w stanie nas pocieszyć równie dobrze jak inni. – Nie wiem, czy to jest prawda, czy nieprawda, mówię tylko, że ani moja praktyka pracy z ludźmi, ani moje wywiady, ani moje osobiste doświadczenia tego nie potwierdzają. Wręcz przeciwnie. Pierwszy chyba zwrócił na to uwagę Thích Nhat Hanh, mnich buddyjski. Powiedział: „W kryzysie nie rób nic”. A każda strata jest kryzysem, szokiem, a nawet traumą. Dlatego tak ważne jest, by pozostać w ciszy, spokoju i w samotności.

Jak się jednak okazuje, doświadczenie to potwierdzają badania. Podczas niedawnej konferencji online, na której Renata była prelegentką, z uwagą przysłuchiwała się wykładowi innej ekspertki, Małgorzaty Sieczkowskiej, psychoterapeutki i bohaterki jednej z jej rozmów w książce. Przytaczała aktualne wyniki badań na temat tego, co najbardziej pomaga poradzić sobie z traumą. Wymieniła trzy rzeczy. Pierwsza to natura. Druga to zwierzęta, a dopiero na trzecim miejscu ludzie. – Zanotowałam to, bo wydało mi się to niezwykle ważne i prawdziwe – opowiada Renata. – Bardzo wiele moich bohaterek po utracie instynktownie zwróciło się do natury. Na przykład Ewa Korczak, która w jednym roku straciła męża i córeczkę, mówiła, że na początku odsunęła od siebie wszystkich i przez cały miesiąc, gdy tylko wyprawiła starszą córkę do szkoły, szła do ogrodu, kładła się na ziemi i po prostu wyła. Oddawała ziemi swój ból. Jak dziś mówi, to ją wtedy uratowało. Podobnie zrobiła zresztą Małgosia Sieczkowska po samobójczej śmierci męża. Jej pomogło to, że całe dnie siedziała i patrzyła na wodę, która ją kołysała i „dawała przestrzeń i głębię, które mieściły łzy”. Cisza wypłukuje ból. Uspokaja, rozluźnia, odpręża.

Małgorzata jako terapeutka pracująca z traumą radzi często swoim pacjentkom: „Idź w pole i krzycz”. Z kolei Ewa Korczak wspomina o uzdrawiającej wizycie u przyjaciela w leśniczówce. Poprosiła, by zostawił ją tam na tydzień, podczas którego była w stanie tylko kołysać się w bujanym fotelu na werandzie i pisać haiku. Inne kobiety mówiły Renacie, że instynktownie szukały takich miejsc w naturze, gdzie szumią liście, zwłaszcza delikatny ruch liści brzóz przynosił im ulgę, albo szły boso po polach i łąkach. Dlatego wiosna i lato to najlepszy czas na leczenie traum i dochodzenie do siebie także po takim doświadczeniu, jakim była dla nas wszystkich pandemia. Kiedy natura wzrasta, my też. Gdy zakwitają kwiaty, i w nas się coś otwiera, bo natura jest naszym domem.

(Ilustracja: Joanna Gwis)

Drobne gesty, energia zwierząt

– To są oczywiste i znane sprawy, jednak warto o nich przypominać. W regeneracji, w powrocie do harmonii pomaga zatrzymanie: jak najmniej obowiązków, jak najwięcej rozluźnienia w ciele i jak najwięcej odgłosów natury – podkreśla Renata.

Wbrew pozorom wprowadzić je w życie nie jest łatwo. Z doświadczenia Renaty, a pracuje głównie z kobietami, wynika, że to jest bardzo „nasz” temat. Jesteśmy troskliwe, zaangażowane, oddane, zdolne i skłonne do poświęceń, pracowite, gorliwe; mnóstwo obowiązków i pracy narzucamy sobie same. Zatrzymanie jest nam potrzebne jak woda i powietrze. – Świat się nie zawali, jak przez chwilę nie będziemy się nim zajmować. A nawet jeśli, to niech się zawali! Wyjedźmy gdzieś choćby na tydzień, zostawmy dzieci pod opieką, weźmy urlop w pracy i skupmy się na sobie.

Z drugiej strony, paradoksalnie, pomaga też zajęcie się kimś słabszym, kimś, kto nas potrzebuje. Na przykład zwierzęciem. – Jedna z moich klientek po zakończeniu wieloletniego związku znalazła na wycieraczce swojego mieszkania szczeniaka. Do tej pory nie wie, jak to się stało, czy ktoś jej go podrzucił przypadkiem, czy celowo zostawił. Zajęła się tym pieskiem i dzięki temu przetrwała najgorsze chwile – tłumaczy Renata. – Ale pomaga też oczywiście sama natura psa, który zazwyczaj reaguje na nas radością, jest wierny, lojalny i oddany. Koty z kolei znane są z tego, że wyczuwają najsłabsze miejsca na naszym ciele i po prostu kładą się na nie. Zwierzęta z miłości do nas przejmują nasz ból i choroby, jak twierdzi Amelia Kinkade, Amerykanka, która rozmawia ze zwierzętami. Energia zwierząt koi i leczy.

Natura, zwierzęta i dopiero na trzecim miejscu ludzie. Dlaczego tak daleko? – Jedna rzecz to rady – uwielbiamy je dawać, a dla zszokowanego, cierpiącego człowieka są jak dodatkowe kamienie do udźwignięcia – mówi Renata. – Gorsza jest jednak ludzka ciekawość. Te wszystkie pytania: A jak to było? Od czego się zaczęło? Zaspokajanie cudzej ciekawości wyczerpuje i pozbawia energii, pogłębia ból i depresję.

Terapeutka Ewa Foley mówiła o tym, że ludzie czasem są tak zszokowani czyjąś stratą, że zaczynają płakać. Co w takiej sytuacji ma zrobić osoba pogrążona w żałobie? Często zaczyna pocieszać innych! Co, rzecz jasna, do reszty ją wyczerpuje. Ludzie nie radzą sobie z perspektywą jakiejś własnej utraty, dlatego w kontakcie z kimś, kto tego doświadczył, stają się pomieszani, zrozpaczeni.

Jednak ludzie też – oczywiście! – są naszym zasobem. – Szukajmy ludzi wrażliwych, obecnych, współczujących, delikatnych, ale też takich, którzy mało albo wcale nie mówią. Nie mówią, ale robią – tłumaczy Renata. – Nam się wydaje, że ludzie przeżywający ból są tak wytrąceni z równowagi, że nie wiadomo, jakie działanie mogłoby im pomóc. Tymczasem chodzi o proste gesty, to słynne ugotowanie zupy, posprzątanie mieszkania, umycie okien. Jedna z osób mówiła mi, że ktoś jej wyczyścił buty – i to była dla niej największa pomoc. Ewa Foley powtarza: „Nie zrażaj się. Postaw zupę na stole, usiądź, nic nie mów, poczekaj, w końcu ją zje”.

Drugi typ ludzi to ci, którzy sami doświadczyli podobnej straty – oni rozumieją i wiedzą, jak się zachować. Trzeci – zawodowi pomagacze i słuchacze, czyli terapeuci, psychologowie, przewodnicy duchowi, którym ufamy. To może być nawet kilka spotkań. Chodzi o to, by pomogli nam przejść przez te wszystkie trudne, ale całkiem naturalne uczucia: niezgody, wyparcia, smutku, żalu, złości, wściekłości i akceptacji. Dobrze, by towarzyszył nam ktoś mądry i wrażliwy. Profesjonaliści pomagają także przejść przez codzienne problemy. Bo szok i trauma dezorganizują życie i trzeba je uporządkować. Po pierwsze, zrozumieć, że coś się stało i się nie odstanie. Po drugie, przeżyć emocje. Po trzecie, zadbać o więź, czyli o wspomnienia, zdjęcia po utraconej osobie. Kiedy w styczniu zmarł tata Renaty, zrobiła w domu ołtarzyk z jego zdjęciami, zapala teraz na nim świece, stawia świeże kwiaty.

Po czwarte, zadbać o znaczenie, jakie ma dla nas ta strata. Znaleźć sens dla siebie, bo dla każdego może on być inny. I w końcu zorganizować życie na nowo. Oczywiście wszystkie te etapy radzenia sobie ze stratą przenikają się; mogą dziać się po kolei, ale też jednocześnie.

To my jesteśmy życiem

Renata podkreśla rolę wzmacniających przekonań. Ale, jak zaznacza, można je wprowadzić dopiero na późniejszym etapie. Na początku emocje są tak trudne, a napięcia w ciele tak silne, że żadne mądre wzmacniające przekonania nie są w stanie przebić się do świadomości. Jednak z czasem mogą zdziałać bardzo wiele dobrego, naprawdę głęboko nam ulżyć, uspokoić, ukoić.

Na przykład takie zdanie: „To naturalny proces. Życie jest wieczną utratą, wszystko kiedyś stracimy. Nic nie dzieje się przeciwko nam, po prostu takie jest życie”. Buddyści mówią nawet: „To nic osobistego”. Bo dotyczy wszystkich. – Jest też inne piękne buddyjskie powiedzenie: „Cierpienie jest wtedy, kiedy chcesz dostać od życia coś, czego życie nie może ci dać”. Życie nie może nam dać stałości i trwałości, ponieważ jest wieczną zmianą – mówi Renata i dodaje: – To zdanie kiedyś bardzo mi pomogło.

Jest też w tym procesie złoto skryte w mroku, esencja mądrości i wolności. Dzięki stracie kogoś bliskiego poznajemy rzeczywistość. Ona nas uczy i zmienia. Stajemy się mądrzejszymi, wrażliwszymi, bardziej współczującymi osobami. Już wiemy, że my też przeminiemy, więc każdy dzień i każda chwila stają się bezcenne. – To są właśnie te słynne dary śmierci. Umiejętność doceniania tego, co mamy właśnie teraz, tutaj, w tym momencie – tak nadzwyczajnym i niepowtarzalnym – zauważa Renata.

To może być też dar tych trudnych ostatnich miesięcy. – Ludzie często mówili mi, że utrata związana z pandemią wiąże się dla nich z odcięciem od życia – opowiada Renata. – Protestowałam; to nie jest możliwe, by być odciętym od życia. Od świata – tak. Ale nie od życia, bo to my jesteśmy życiem. Jeśli źródło szczęścia lokujemy na zewnątrz, zawsze cierpimy. Pandemiczne odcięcie nazwałabym raczej niewpuszczaniem chaosu świata. My podczas ubiegłego roku nie straciliśmy życia, straciliśmy jedynie pewne doświadczenia. Ale w doświadczeniu nie ma trwałego szczęścia. Życie jest bogate także w odosobnieniu, w ciszy, w samotności. To zależy od nas – od tego, gdzie kierujemy naszą uwagę.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze