1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Nie warto powstrzymywać się przed spełnianiem marzeń – mówi Katarzyna Miller

Nie warto powstrzymywać się przed spełnianiem marzeń – mówi Katarzyna Miller

Powiadają: bój się i rób, a co jeśli lęk jest paraliżujący? Według psychoterapeutki Katarzyny Miller, najczęściej boimy się, że kiedy ruszymy z miejsca, to dużo ludzi będzie miało nam to za złe. Nie wierzymy, że spotkamy kogoś, kto nas będzie wspierać. (Fot. iStock)
Mówią, że najtrudniejszy pierwszy krok, ale kolejne też bywają niełatwe. Powiadają: bój się i rób, a co, jeśli lęk jest paraliżujący? Psycholożka Katarzyna Miller wyjaśnia, dlaczego warto iść za tym, co domaga się spełnienia.

Nieraz się przekonałam, że prowizorka bywa najtrwalszą konstrukcją. Zarówno jeśli chodzi o remont mieszkania, jak i urządzenie swojego życia. Czemu tak długo trwamy w sytuacjach, które nam nie pasują i nie służą?
Bo nauczyliśmy się trwać w takim dzieciństwie, jakie mamy, a nie w takim, jakie chcieliśmy mieć. W związku z tym umiemy wytrzymywać rzeczy, które są niedokończone, niesprawiające nam satysfakcji, a nawet męczące. Szafka się nie domyka, nie ma ciepłej wody – to zakładamy gumkę za uchwyt i przynosimy wodę do mycia grzaną w czajniku. I gra! Ale gdzieś pod spodem tli się poczucie, że może nam się w sumie nie należy...

Uczymy się tkwić w tym, co jest. Nie ma w nas ducha zmiany, głodu nowości – bo nas się straszy, że to coś złego, zagrażającego. Faktem jest, że nasza historia przynosiła takie zmiany, które sprawiały ludziom straszne problemy, a niekiedy były wręcz tragedią. Wojny, przesiedlenia, powstania – to wszystko jest backgroundem naszego zbiorowego doświadczenia. Z drugiej strony od dobrych kilkudziesięciu lat w Polsce mamy w miarę spokojny czas – ludzie się pięknie budują i urządzają. Do tego jeżdżą po świecie, oglądają programy wnętrzarskie i coraz częściej mieszkają tak jak chcą, a nie jak mają. Ale aby tak było, trzeba zrobić remont, wynająć kogoś, zapłacić mu, czyli co? Trzeba zdecydować. I tu się zaczynają schody.

Pierwszy schodek jak się nazywa?
„Czy ja mam prawo?”. Na przykład: czy mam prawo zadbać o swój dobrostan, który będzie polegał na tym, że sobie zrobię ładniej, wygodniej i pod moje potrzeby?

To wszystko, co mówimy o mieszkaniu, można przenieść na życie. Na zawód, który wybraliśmy dlatego, że rodzice chcieli. Albo na partnera, z którym jesteśmy, bo chodziliśmy ze sobą na studiach i w sumie było nam dobrze, ale teraz zastanawiamy się, czy to na pewno jest ktoś, z kim chcemy spędzić resztę życia.
Oczywiście, że można przenieść to na życie. A nawet trzeba.

Drugi schodek nazywa się: „A jak ktoś powie, że jestem egoistką albo niedobrym człowiekiem?”. Ten schodek pojawia się, kiedy mamy poczucie, że dbaniem o swoje potrzeby sprawiamy komuś zawód lub robimy krzywdę, bo np. on tak nie ma.

Trzeci schodek to: „A czy to nowe będzie na pewno lepsze?”. Ludzie by chcieli gwarancji. A gwarancji życie nie daje – na nic. Jak ktoś mi powie, że dobrze wybrałam, to pewnie się zdecyduję, a jakby nie wyszło, to będę mogła winę zrzucić na niego. Tymczasem jak decyduję sama i nie uda się tak, jak bym chciała – to kto jest tu winien? Ludzie bez przerwy rozpatrują wszystko w kategoriach winy – to kolejna zasada. Ale przecież jak coś nam nie wyszło, to można to znowu zmienić. Nic nie jest ostateczne.

Czasem można wrócić do poprzedniego stanu: byłego chłopaka, dawnej pracy czy starego wystroju wnętrz.
I też ludzie często wracają. Albo szukają dalej.

Ale mimo to wolimy myśleć, że lepsze znane zło niż nieznane dobro.
To jest czwarty schodek i jednocześnie bardzo zła gospodarka. W nic nie inwestujemy i nic nie zyskujemy. Choć nie – zyskujemy jedno: poczucie, że to przynajmniej znamy. A to jest bardzo specyficzne poczucie bezpieczeństwa, na zasadzie: „Ja już wiem, jak się z tym obchodzić; wiem, jak otwierać tę zepsutą szafkę na gumkę, jakoś sobie z nią radzę”. Boimy się nowego, bo nie wychowuje się nas w atmosferze: „Zajrzyj, zobacz, co jest za rogiem, wyjedź gdzieś, może jest tam coś ciekawego”. Choć najmłodsze pokolenia już częściej wyjeżdżają: na studia, kursy lub do pracy za granicą.

Można się nauczyć podejmowania decyzji?
Można. Trzeba wtedy zacząć od podjęcia decyzji w jakiejkolwiek sprawie, nawet najmniejszej. I od mniejszych przechodzić do większych. Dokonywać drobnych zmian, zacząć choćby od zmiany zasłonek. I zobaczyć, czy dobrze nam z nowymi, czy jednak nie. Jak dobrze, to zmieniać dalej.

Niedawno znów przeczytałam „Błękitny zamek” Lucy Maud Montgomery. Główna bohaterka Joanna jest stłamszona przez rodzinę. Robi to, czego bliscy od niej oczekują, myśli o sobie dokładnie to, co oni o niej myślą, czyli że jest niezbyt ładna, niezbyt mądra i w dodatku chorowita. Pozornie to akceptuje, ale w głębi duszy jest nieszczęśliwa. Wszystko się zmienia w momencie kryzysu. Dostaje diagnozę lekarską, zgodnie z którą został jej rok życia. Nagle zdaje sobie sprawę z tego, że albo tak będzie dogorywać przez rok, albo zacznie żyć tak jak chce.
Czyli zdaje sobie sprawę z tego, z czego powinniśmy sobie zdawać sprawę codziennie – że nasze życie jest kruche i może się skończyć w każdej chwili.

Właśnie! W związku z czym Joanna wyprowadza się z domu, przyjmuje posadę opiekunki, oświadcza się mężczyźnie i zaczyna mówić to, co naprawdę myśli.
Jest też taki cudowny film z Jackiem Nicholsonem i Morganem Freemanem „Choć goni nas czas”. Spotykają się w szpitalu, obaj chorzy, z równie ostateczną diagnozą, z tą różnicą, że jeden jest biedny, a drugi bogaty. Nagle postanawiają wspólnie „odfajkować” kolejne punkty z listy rzeczy, które chcieliby zrobić przed śmiercią, to tzw. bucket list. Skaczą ze spadochronem, oglądają razem Niagarę, a przy okazji się zaprzyjaźniają. Fakt, mają na to fortunę jednego z nich, ale Joanna, bohaterka twojej książki, kasy nie ma, a i tak zmienia życie.

Ale czemu musimy czekać, aż ktoś powie: za chwilę koniec? Nie lepiej zmieniać życie bez takiego deadline’u?
Nie wszyscy tak zareagują na wiadomość, że to koniec. Niektórzy się położą i będą płakać albo skarżyć się wszystkim, jak jest im źle. To jest chyba kwestia jakiejś iskry, która albo jest w człowieku, albo jej nie ma. Dlaczego jedni chcą się rozwijać, podróżować, dokształcać, a inni po pracy lubią wrócić do domu i bardzo prosiliby, by nie zmieniać im linii tramwajowej, którą zawsze jeżdżą? Owszem, dużo zależy od wychowania i tego, czy dawano nam jako dzieciom pole do eksperymentowania, ale też niektórzy, wychowani w zachęcie do eksplorowania świata, jednak wybierają swój mały kącik. Zresztą oni też mają w tym kąciku coś do zrobienia. Jeśli ktoś to lubi, to mu tam bardzo dobrze. Ale pewnie trudniej mówić o spektakularnych zmianach w jego życiu.

Wróćmy jeszcze do tych schodów...
Właśnie, dużo jest powodów, dla których unikamy podjęcia pewnych decyzji. Boimy się, że kiedy się ruszymy z miejsca, to dużo ludzi, którzy żyją tak jak my, będzie miało nam to za złe. Albo nie wierzymy, że spotkamy kogoś, kto nas będzie wspierać. Boimy się, że przekroczymy los naszych rodziców, że będzie nam lepiej niż im – to dla wielu osób bardzo duża blokada.

A czemu w takim razie, pomimo tych powodów, jednak pewne rzeczy zmieniamy?
No bo mamy odwagę, czyli boimy się, ale idziemy. Bo mamy ciekawość, wyobraźnię i zdajemy sobie sprawę z tego, że to, co tutaj, to jeszcze nie wszystko. Bo rozumiemy świat, czyli rozumiemy przemijanie i zmianę. Przemijanie polega przecież na zmianie. Trudno nie zauważyć kolejnych etapów życia, zmiany pór roku – no, chyba że się chce zatrzymać rzeczywistość.

Czasem ludzie zostają zatrzymani w swojej ciekawości świata już w dzieciństwie, jak to się mówi, dostają po łapkach. Ale często obserwuję, także w terapii, jak tamte drzwiczki powoli się znów otwierają.

Dzięki czemu to jest możliwe?
Dzięki nowym możliwościom. Dzięki temu, że ktoś w nich uwierzył. Że ktoś to w nich lubi, akceptuje. Dzieje się to pod wpływem nowego typu bezpieczeństwa: nie są za swoją ciekawość krytykowani, oceniani, ganieni. To szalenie zmienia. Aż bywam zaskoczona, jak szybko.

A powiedziałabyś, że tym czymś, co nas ciągnie do zmian, pomimo lęków i oporów, jest poczucie wewnętrznej misji, pasja, przeznaczenie?
Ależ oczywiście. Wszystkie te słowa bardzo mi się podobają. Widzę, jakie to robi wrażenie na ludziach, kiedy dociera do nich, że mogą się do czegoś nadawać, że coś na nich czekało albo że już wiedzą, po co się urodzili. Sama coś takiego przeżyłam. Jako dziecko nie byłam ani specjalnie strachliwa, ani specjalnie odważna. Trochę szarżowałam przed tatą, bo chciałam, żeby był ze mnie dumny. Potem różnych rzeczy próbowałam, jedne się udawały, a inne nie, ale w momencie, w którym trafiłam do pierwszego miejsca, w którym zaczęłam pracować z ludźmi, w tym wypadku z alkoholikami – olśniło mnie, że to jest moja misja i że ja jestem w stanie temu poświęcić bardzo dużo.

Wtedy wszystko staje się prostsze?
Staje się takie, jak trzeba. Wiem, co mam robić, gdzie mam iść, od kogo się uczyć, jak dalej się rozwijać. Tak jakby siąść na okręt, rozwinąć żagle i popłynąć.

Myślę, że wiele osób odczuwa czasem taki głód lub niewygodę, jakby coś w nas domagało się spełnienia. I to nie daje spokoju.
Przypuszczam, że mają to wszyscy, tylko nie wszyscy odnajdują. Każdy z nas jest do czegoś. Jeden do tego, żeby rośliny ładnie rosły, drugi, by malować obrazy, a trzeci, żeby zajmować się zwierzętami.

Najtrudniejszy pierwszy krok, jak śpiewała Anna Jantar, ale drugi jest często jeszcze trudniejszy. Bo wtedy dopadają nas wątpliwości. „Co ja zrobiłam?”.
Poza tym w pewnym momencie los robi nam „zwody”. Coś się nie udaje, utyka. Myślimy: „To nie ma sensu!”. I wtedy nie wolno się poddać zwątpieniu. Moim zdaniem to niesłychanie ważny moment i przychodzi właśnie po to, by powiedzieć sobie: „Ja jednak wierzę w siebie. Wierzę w to, że jak się na coś decyduję, to ma to sens. Wierzę, że będą mnie w tym wspierać dobre duchy”. I one się pojawiają. To jest czas na to biblijne „fiat”, czyli powiedzenie swojemu przeznaczeniu: „tak, zgadzam się”. I wtedy przychodzi wsparcie.

Tak jakby los chciał poddać cię próbie, by sprawdzić, na ile naprawdę ci zależy.
Dokładnie tak. To jest jak z nauką tańca. Owszem, są ludzie, którzy mają wyczucie rytmu fantastyczne, ale większość musi nauczyć się kroku za krokiem. Na początku idzie nam krzywo i czujemy się niepewnie, a ostatecznie płyniemy po parkiecie. Ale zawsze zaczyna się to od podjęcia decyzji: chcę się nauczyć tańczyć. Może nie będę mistrzem, ale będę to dobrze robić i będzie mi to sprawiało przyjemność.

Niektórych powstrzymuje właśnie to, że nie będą najlepsi, tylko tacy sobie.
Ale jak potrzebni są światu średni tancerze lub średni malarze!

Inni mówią, że czasem jest za późno na zmiany.
Dopóki sobie nie uświadomią, że mamy tylko jedno życie. I jeśli czegoś nie zrobimy teraz, to znaczy, że nie zrobimy tego już nigdy. Moje życie jest dobrym przykładem na to, że nie warto się powstrzymywać przed spełnieniem marzeń. Weźmy moje śpiewanie i płytę „Choćby tylko na chwilę”. Miałam w pewnym momencie myśl: „Po co ja się będę brała do czegoś innego, jak ja mam pracę i jestem w niej spełniona?”. Ale potem pomyślałam: „Ale właściwie dlaczego miałabym tego nie zrobić, skoro mam na to chęć?”. Więc zrobiłam i czuję się dzięki temu o wiele bogatsza.

Czyli ten pierwszy krok to uwierzyć w siebie?
To są różne wierzenia w siebie, bo inaczej wierzysz, gdy coś zaczynasz, inaczej, kiedy już coś robisz, inaczej, kiedy zaczyna ci to wychodzić, a jeszcze inaczej, kiedy wychodzi ci to naprawdę dobrze. Ta wiara stopniowo się gruntuje i potwierdza.

A jak wytłumaczyć sensowność wprowadzania zmian czy nawet rewolucji komuś, kto się na nich „przejechał”?
Nikomu niczego na siłę nie wmówisz ani go do niczego nie przekonasz, jeśli nie jest na to gotowy. Znam bardzo dużo ludzi, którzy mówią: „I co z tego, że się przejechałam? Wzięłam się do następnej rzeczy, która mi wyszła”. Bo niektóre rzeczy nam nie wychodzą, ale inne – już tak. To nie jest żadna porażka, tylko nauka. Może za szybko się za coś wzięłaś? Może się nie przygotowałaś? Może nie z tym człowiekiem? A może nie teraz? Opłaca się wyciągnąć wnioski i się nie załamywać. Najpozytywniejszym procesem jest nauczyć się cieszyć z tego, że odkrywamy swoje błędy.

A czy uważasz, że życiowe rewolucje są zawsze pozytywne czy jednak bywają niebezpieczne?
Mogą być dobre i czasami może nie być już innego wyjścia jak rewolucja. Życzmy sobie wspaniałych rewolucji. Wyłącznie aksamitnych.

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi” czy „Daj się pokochać, dziewczyno” (wydane przez Wydawnictwo Zwierciadło).

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze