1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Kompromis w relacji to pójście na ustępstwo nie z partnerem, ale z samym sobą…

Kompromis w relacji to pójście na ustępstwo nie z partnerem, ale z samym sobą…

Kompromis w relacji to jest godzenie się z realnością, tolerowanie faktu, że w dorosłym życiu musimy doświadczać niepewności, ambiwalencji, frustracji – bo nie wszystkie nasze potrzeby będą zaspokojone, oraz – bardzo ważne – akceptowanie utrat - różne rzeczy mijają i są bezpowrotnie niedostępne, partner nie ma ani obowiązku, ani możliwości, by nam je zapewnić.(Fot. iStock)
W mądrej relacji trzeba umieć patrzeć na to, co się dzieje z własnej pozycji, ale też z pozycji związku, spojrzeć z góry i odpowiedzieć sobie na pytanie czy tym, co robię, służę relacji czy jej szkodzę. - mówi psychoterapeutka Krystyna Mierzejewska-Orzechowska. 

Znam osoby, które gdy słyszą, że związek nie przetrwa bez kompromisu, krzywią się i protestują, bo negocjować można, ale w interesach, a nie w miłości. Co właściwie oznacza kompromis w relacji partnerskiej?
Kiedy biznesmani siadają do negocjacji mają zdecydowanie łatwiejsze zadanie. W ich przypadku kompromis oznacza, że jedna strona „sporu” ustępuje trochę drugiej, druga robi to samo wobec tej pierwszej dzięki czemu zbliżają się w swoich stanowiskach i problem rozwiązany. Jeśli chodzi o kompromis w związku sprawa jest o wiele trudniejsza. Relacja biznesowa jest bowiem w pewnym sensie „czysta”, ta partnerska – już niekoniecznie.

Co to znaczy?
Mam na myśli to, że relacja partnerska już na starcie obciążona jest psychologicznie w taki sposób, który ewentualny kompromis będzie utrudniać. Nie przypadkiem zakochujemy się właśnie w tej, a nie innej osobie, nie przypadkiem z tą, a nie inną osobą dobieramy się w parę. Matrycą bliskości w intymnym związku są bowiem nieświadome wzorce przywiązania. Czyli, na przykład, spotykają się i łączą ze sobą dwie osoby, które mają deficyt w postaci emocjonalnego niezaopiekowania. Jedna strona radzi sobie z tym tak, że będzie ciągle domagać się troskliwych gestów partnera, by ten swój deficyt w ten sposób zasypać, a druga będzie tą „silniejszą”, która przed światem i sobą udaje, że opieki w ogóle nie potrzebuje. I wtedy prawda o parze jest taka: dobrali się jednocześnie na zasadzie podobieństw – mają ten sam deficyt, i na podstawie różnic - w skrajnie różny sposób sobie z tym radzą. Jest komplementarnie. A co za tym idzie – ciężko będzie o kompromis.

Wydawałoby się, że świetnie się rozumieją i łatwiej im będzie pójść na kompromis...
Nie będzie. Bo kompromis w relacji nie jest tak naprawdę pójściem na ustępstwo z partnerem, ale z samym sobą... Kompromisem jest wyrzeczenie się nieuświadomionego zwykle pragnienia, by ta druga połowa zaleczyła nasze rany, wypełniła braki i deficyty. To jest prawdziwy kompromis w relacji, który umożliwia miłości trwanie, radzenie sobie z trudnościami, które się pojawią.

Czyli, pójść na kompromis oznacza przestać oczekiwać, że on/ona mnie uszczęśliwi?
Dokładnie tak. Trzeba uświadomić sobie, że zasadniczy konflikt w tym przypadku to nie spór między mną a partnerem, ale to mój wewnętrzny konflikt. Konflikt między mną, a kimś, kto w przeszłości doprowadził do moich deficytów. Partner dostaje „tylko” wypłatę za tego, kto na przykład się nami nie zaopiekował. Więc to sobie trzeba odpuścić. I to jest bardzo trudny moment, ponieważ trzeba opłakać (nie zapomnieć) utratę tego, co należało się dziecku, którym byłem. Dziś jestem dorosłą osobą i muszę umieć sam zaopiekować się tą dziecięcą częścią we mnie.

A po czym mogę poznać, czy sytuacja wymaga rzeczywiście kompromisu z partnerem, naciskania na niego, by trochę ustąpił, czy raczej konieczny jest właśnie kompromis z samym sobą?
Jeśli ciągle ma pani do partnera pretensje o te same rzeczy, i w tych obszarach jest pani bardzo wrażliwa, wręcz nadreaktywna, dotykają panią „do żywego”, i wciąż domaga się pani od męża, by ustąpił, to oznacza, że trzeba poszukać tego kompromisu raczej w sobie, powiązać tę sytuację ze swoimi własnymi doświadczeniami z przeszłości.

Kompromis w relacji to jest godzenie się z realnością, tolerowanie faktu, że w dorosłym życiu musimy doświadczać niepewności, ambiwalencji, frustracji – bo nie wszystkie nasze potrzeby będą zaspokojone, oraz – bardzo ważne – akceptowanie utrat - różne rzeczy mijają i są bezpowrotnie niedostępne, partner nie ma ani obowiązku, ani możliwości, by nam je zapewnić.

Ludzie przekreślają ideę kompromisu, bo sądzą, że to rozwiązanie do kitu – każdy idzie na ustępstwo, więc nikt nie jest usatysfakcjowany.
Ale to wynika z faktu, że niewłaściwie o kompromisie myślimy. Myślimy, że aby związek był dobry trzeba mieć duże oczekiwania wobec partnera. A ja powiem tak, owszem, trzeba mieć duże oczekiwania, ale nie wobec partnera, ale wobec samej relacji. Bo co to znaczy dobry związek? To znaczy móc być z samym sobą w obecności drugiej osoby. To nie jest spełnianie oczekiwań i „doklejanie się” do drugiej strony, albo ciągła walka, ale bycie ciekawym tego, dlaczego w tej danej sprawie partner myśli inaczej niż ja. I jeśli to rzeczywiście usłyszę, być może mogę za tym pójść, ale jeśli z ważnych dla mnie powodów nie jest to możliwe, powiem o tym szczerze i otwarcie. Trzeba być w kontakcie ze swoimi autentycznymi uczuciami i trzeba umieć je wyrażać.

A no właśnie, przygotowując się do rozmowy usłyszałam od kogoś, że kompromis jest dla niego formą oszustwa. Bo jeśli dla mnie coś jest naprawdę ważne, to nie mogę w tym obszarze pójść na kompromis, bo będzie to brak lojalności wobec samego siebie, a jednocześnie oszustwo wobec partnera.
Mogę się z tym zgodzić, to jest sensowna koncepcja, ale tylko pod pewnym warunkiem. Trzeba pamiętać bowiem o tym, że będąc częścią większej całości, czyli związku, musimy też umieć brać pod uwagę potrzeby relacji i te potrzeby odnosić do swoich własnych. Czyli, czy te moje potrzeby, moja prawda chronią także mój związek, czy może jest przeciwnie – obciążają go, niszczą...

Czyli, musimy ciągle ważyć te dwie racje – swoją i rację związku?
Tak, na tym polega mądra relacja. Trzeba umieć patrzeć na to, co się dzieje z własnej pozycji, ale też z metapozycji, czyli z pozycji związku, spojrzeć z góry i odpowiedzieć sobie na pytanie czy tym, co robię służę relacji czy jej szkodzę. Kiedyś usłyszałam taką myśl: Dlaczego tak bardzo nienawidzimy tych, których kochamy? Tylko dlatego, że są różni od nas. Różnimy się i tyle. Jeżeli tylko nie robisz mi krzywdy tym, że jesteś inny, to proszę – bądź sobą.

Kompromis dla wielu ma też niesmaczny podtekst – coś za coś. „Dobrze, idź na piwo z kolegą dziś, ale w następną środę ja wychodzę z przyjaciółką”.
To jest targowanie się. Z miłością ma niewiele wspólnego, ją raczej charakteryzuje opis: szukanie przyjemności w tym, że robię coś, co dla ciebie jest dobre. Jest w tym odrobina – niemodne słowo – poświęcenia. Ale poświęcenia z chęci, a nie z przymusu. Wtedy kompromis nie ma już niesmacznego podtekstu.

Niektórym kompromis pachnie też konformizmem – układam się, robię coś dla świętego spokoju, jednym uchem wpuszczę, drugim wyleci...
I to jest lekceważące wobec partnera. A we właściwie rozumianym kompromisie chodzi o to by być sobą, być szczerym, nie bać się podjąć ryzyka i powiedzieć, że chcę czegoś innego niż ty. Bo traktuję ciebie poważnie. Jest moja subiektywna prawda, twoja subiektywna prawda, i pytanie co my, razem, możemy z tymi prawdami zrobić, by nie ucierpiał na tym nasz związek, by go chronić.

Rozmawiamy dotąd o kompromisie na poziomie uczuć, emocji, ale jest też ten „zwykły”, codzienny kompromis. Wchodzimy w związek z nawykami, przyzwyczajeniami i musimy się dotrzeć.
Tak, powiem znowu – różnimy się. Ale dorosłość polega także na umiejętności bycia elastycznym. Każdy ma swoje nawyki, to prawda, ale związek może, czasem na ich bazie, a czasem nie, stworzyć nowe, swoje własne, autorskie rytuały. Chodzi o coś, co nazywam uwspólnieniem. I tu właśnie to uwspólnienie jest rodzajem kompromisu. Ale nie jest też powiedziane, że jednemu z partnerów nie spodobają się „stare” nawyki tego drugiego. Być może w jego domu rodzinnym było coś, czego ta druga osoba, kiedy posmakuje, zwyczajnie zechce.

Czyli, chodzi o to by z zaciekawieniem popatrzeć na czyjeś rozwiązania, a nie na dzień dobry mówić im: „Nie” i kurczowo trzymać się swoich „starych” metod postępowania.
Absolutnie tak. Często mówię, szczególnie młodym ludziom, ale nie tylko, żeby potraktowali życie jak szwedzki stół, by spróbowali wszystkiego, oczywiście poza tym, co ma etykietę trucizna, i sprawdzili, co im rzeczywiście pasuje. W parze, w związku to się świetnie sprawdza – takie traktowanie życie jak szwedzkiego stołu może być, z jednej strony formą kompromisu, a z drugiej genialnym źródłem rozwoju dla obojga partnerów.

Jednak muszę zaznaczyć, że metafora szwedzkiego stołu jest zasadna wtedy, gdy partnerzy czują się bezpiecznie w związku, ponieważ tylko wtedy jesteśmy w stanie angażować się w relację, być spontanicznym, cieszyć się, razem się bawić. Tak wygląda bliskość, droga do niej jest trudna, ale nie ma człowieka, który bliskości nie potrzebuje.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze