1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Nie moralizuj, lecz słuchaj – jak wzmacniać poczucie własnej wartości u dzieci

Nie moralizuj, lecz słuchaj – jak wzmacniać poczucie własnej wartości u dzieci

Dorośli, komentując słowa dzieci na swój dorosły sposób, zabierają im radość otwartej i spontanicznej rozmowy o ich świecie. Pozbawiają je prawa do kształtowania przekazu na swój sposób. (Fot. iStock)
Dzieci często czują się przez nas nierozumiane. Zamiast uważnie ich słuchać, mamy w zwyczaju komentowanie tego, co mówią. W komunikacji z nimi powielamy ciągle te same błędy. Co w takim razie zrobić, żeby dziecko chciało z nami szczerze rozmawiać? Jak odkleić je od ekranu telefonu czy komputera i nawiązać z nim bliższy kontakt? – tłumaczy dr Tomasz Srebnicki, psycholog, psychoterapeuta dzieci i młodzieży.

– W co teraz grasz, synu?
– A co cię to obchodzi?!
Jak ja doprowadziłem do tego, że dziecko tak mi odpowiada?
To jedyne sensowne pytanie, jakie może sobie postawić rodzic. I poszukać odpowiedzi.

Beata Pawłowicz: Mówiłeś, żeby nie skupiać się na odklejeniu dziecka od telefonu, lecz na zbudowaniu z nim dobrej relacji. Na opanowaniu zasad dobrej rozmowy z dzieckiem. Ale myślę, że rodzice chcą znaleźć psychologiczne zaklęcie, które sprawi, że ich dzieciak odłączy się od komunikatorów, gier itd., wyjdzie z pokoju, żeby pobyć z nimi. Znasz takie zaklęcie?
Dr Tomasz Srebnicki: „Zostaw telefon, gówniarzu! Założę ci timer i będziesz mógł korzystać tylko godzinę dziennie!”. „Książkę byś poczytał, a nie tylko tak siedział jak głupek”. Te zaklęcia są powszechnie znane, stosowane i całkiem nieskuteczne. Co gorsza, żeby dziecko wyszło z pokoju, musimy zdjąć z niego te zaklęcia, które je do tego pokoju wpędziły i przykleiły do komputera. A te zaklęcia to nasze własne zamiłowanie do telefonu, komputera, gier, a także błędy w komunikacji z dzieckiem.

Jakie tam błędy?! Rodzice nie robią błędów!
Jasne! Dziecko grające albo siedzące na discordzie (aplikacja do komunikacji) może być gotowe do tego, żeby wyjść z pokoju i zjeść z nami obiad przy stole, a nawet porozmawiać o swoim świecie. Lecz jeśli tego nie chce zrobić, a na nasze pytanie: „W co teraz grasz, synu?”, odpowiada: „A co cię to obchodzi?”, to jest tylko jedno sensowne pytanie, jakie powinniśmy sobie jako rodzice wtedy zadać: „Jak ja do tego doprowadziłem, że dziecko tak mi odpowiada?”.

Ja?! Jeśli już, to ten drugi rodzic jest winny!
Właśnie. Nie bądźmy tacy skromni! To naprawdę dość proste – wystarczy, że jako rodzice nie reagowaliśmy na to, co dziecko mówiło, tylko na swoją interpretację jego słów. Na przykład dziecko powiedziało: „Chcę kanapkę”, a ojciec, który boi się, że dziecko będzie grube, bo sam ma kłopot z nadwagą, zamiast zrobić dziecku kanapkę, zaczyna zastanawiać się, co i kiedy dziecko już zjadło. Myśli: „Przecież jadł niedawno.” albo: „A może wcale nie jest głodny, tylko się nudzi? A może chce zwrócić moją uwagę?”. No i te myśli ojca powodują, że odpowiada dziecku: „Godzinę temu jadłeś obiad!”.

Jak długo po obiedzie nie można jeść?
Właśnie. Taki rodzic nie traktuje słów dziecka jako komunikatu, tylko jako informację, która ma znacznie dla przyszłości jego i dziecka. No i w rezultacie syn czy córka mają potem kłopoty z powiedzeniem, że są głodni. Przy ojcu już takich potrzeb nie ujawnią. Ale za to, kiedy ojciec wyjdzie z domu, dzieciak popędzi do lodówki i się obje.

Gdyby ojciec zrobił dzieciakowi kanapkę, toby tego problemu z objadaniem się nie było?
Tak uważam. A więc ten ojciec, obawiający się nadwagi u swojego dziecka, osiąga efekt dokładnie odwrotny, niż zamierzał. Dzieciak jest zagrożony otyłością właśnie z powodu zaburzenia komunikacji z rodzicem w sprawie jedzenia.

Kolejny przykład: dziecko wraca ze szkoły i mówi, że nie lubi kolegi Marka. A rodzic na to: „A dlaczego? Może mu czegoś zazdrościsz? A może w czymś jesteś do niego podobny?”. Rodzic, który zaczyna od razu interpretować słowa dziecka, skutecznie odzwyczaja je od zwierzania się. Podobnie, jeśli wtedy poucza, czyli wychowuje, mówiąc: „Nikogo nie wolno nie lubić!”.

W ten sposób rodzic odzwyczaja dzieciaka od rozmawiania?
Tak. Odzwyczaja, bo karze dzieci za przekazywanie najprostszych informacji – swoją podejrzliwością, pouczaniem, nieprzyjemnymi dla dzieci interpretacjami ich emocji czy słów.

Jak zachowuje się rodzic, z którym dziecko chce rozmawiać?
Jeśli usłyszy: „Chcę kanapkę”, to ją dziecku zrobi. Gdy usłyszy: „Nie lubię Marka”, zapyta: „Czy coś się stało?”, czyli zainteresuje się światem dziecka. I ono mu wtedy o tym świecie opowie. Jak to było z tym Markiem, co ono myśli itd.

A dziecko może nie lubić kolegi?
Co to za pytanie? Tak samo dziecko może kogoś nie lubić jak ty czy ja! Wiedząc, co się stało, rodzic może dziecku pomóc poradzić sobie z sytuacją i z tymi emocjami i być może właśnie pogodzić się z Markiem. Zresztą dzieci szybko zapominają o „konfliktach” i po chwili bawią się razem, jak gdyby nigdy nic. A więc ingerowanie w ich sprawy często nic dobrego nie daje.

Wróćmy do tego, jak wybić dziecku z głowy rozmowy z rodzicami.
Kolejna rzecz, która spowoduje, że dziecko na proste pytanie: „Co robisz?” powie: „Nie twoja sprawa!”, to właśnie wchodzenie ze swoimi mądrościami w słowa dziecka. No na przykład córka mówi: „Bardzo lubię instruktorkę od wspinaczki”, a mama zamiast powiedzieć: „To super”, odpowiada: „Zawsze warto mieć obok siebie ludzi, którzy cię będą wspierać”. Takimi mądrościami matka zmusza córkę do zastanowienia się nad tym, kogo warto obok siebie mieć i czy nie potrzebuje wsparcia, skoro mama tak mówi. A więc mama zmieniła całkiem sens wypowiedzi swojego dziecka, nadinterpretowała je, czyli zachowała się tak, jakby córki wcale nie słuchała. Bo córka nie o tym chciała z mamą rozmawiać, kogo warto, a kogo nie warto mieć obok! Chciała tylko podzielić się z mamą swoją radością. Przekazać jej dobrą nowinę ze swojego świata! Że lubi panią od wspinaczki, dlatego cieszy się, że ta pani będzie ją tej wspinaczki uczyć. I tyle, i już.

No to się trochę panie rozminęły!
To samo dotyczy rozmów o grach komputerowych. Syn mówi: „Tato, zobacz, jaki zrobiłem dom w Minecrafcie!”. A ojciec, zamiast powiedzieć: „Fajny dom, opowiedz, jak go zrobiłeś”, czyli zaciekawić się światem dziecka i posłuchać o tym, jak syn ten dom zrobił, mówi: „Jaka szkoda, że nie wszyscy mogą mieć takie domy!”.

Chce rozbudzić wrażliwość społeczną syna?
Tak się tego nie robi. Tak się buduje w dzieciaku poczucie winy! Niszczy komunikację z nim, bo nie odpowiada się ani na jego słowa, ani na kryjące się za nimi emocje. Ojciec „społecznik” niszczy w ten sposób poczucie własnej wartości dziecka, bo lekceważy to, co dla syna ważne! Natomiast to, co sprawiło, że chłopiec poczuł się dumny z siebie, ojciec zanegował. Jeszcze kilka takich słownych akcji i chłopiec uzna się za złego i niewartego szczęścia egoistę.

Podobnie zniechęci syna do rozmów ojciec, który na pełne dumy słowa chłopca odpowie coś w rodzaju: „A czy ty wiesz, ile to trzeba zarabiać, żeby mieć taki dom?”. Intencje ma dobre, bo chce pokazać chłopakowi różnice między życiem realnym a wirtualnym. Ale nic dobrego nie osiągnie.

Dlaczego?
Patrz wyżej! Podobnie zniszczy chęć chłopca do pogawędek tato, który rzuci: „Życzę ci, żebyś, kiedyś miał taki dom”. Bo znów – nie o to chłopcu chodziło. Syn chciał po prostu zachwytu i zaciekawienia ojca. A że go nie dostał, będzie mu trudno w dorosłym życiu mieć taki dom, bo do tego jest potrzebne poczucie wartości. A poczucie wartości zbuduje ojciec, który dzieciaka słuchał i słyszy. No i odpowiadał na potrzeby dziecka ukryte za tymi słowami.

Dorośli, komentując słowa dzieci na swój dorosły sposób, zabierają im radość otwartej i spontanicznej rozmowy o ich świecie. Pozbawiają je prawa do kształtowania przekazu na swój sposób. Zniekształcają sam przekaz.

Chłopca nie obchodzi, ile kosztuje taki dom i czy inni go mają. On potrzebuje teraz od ojca potwierdzenia, że zrobił coś fajnego! A więc, że może coś takiego zrobić! Takie przekonanie na swój temat przyda mu się na całe życie.

Słuchajmy, co dzieci mówią, i odpowiadajmy na ich słowa, a nie na naszą interpretację tych słów?
No tak, ale rodzice wolą przejąć kontrolę nad rozmową, nad relacją, dlatego ją zakłócają swoimi mądrościami. Kolejny sposób, w jaki to robią – syn mówi: „Idę z kolegami na hulajnogę”, a rodzic: „To dobrze!”.

No i…?
No i po co ocenia to, co syn robi? Czy dziecko go zapytało, czy robi dobrze, idąc z kolegami? No nie. No więc po co? Bo ma potrzebę skontrolowania dziecka. Rodzice muszą się odzwyczaić od ustawicznego oceniania, mają po prostu przyjmować wprost to, co dzieci mówią.

Wydaje się proste, kiedy się to wie!
Kolejna rzecz niezbędna do tego, aby dziecko chciało rozmawiać, jest trudniejsza. Rodzic musi wiedzieć, że dziecko często reaguje na emocje rodzica, a nie na jego słowa. Na przykład starszy brat uderzył młodszego. Mama wkurzona krzyczy: „Przeproś brata!”. A chłopiec w płacz: „On mi zabrał zabawkę!”. Mama jeszcze bardziej zła: „Przeproś brata! Nie wolno bić!”. Dzieciak w szloch: „Nieee!”. „To masz karę!”. Rodzic nie widzi, że chłopiec reaguje na jego złość, a nie na to, że ma przeprosić. Gdyby mama była spokojna, zapytała i wysłuchała syna, jak to się stało, to zapewne chłopiec przeprosiłby młodszego brata.

Kolejny przykład. Dziewczynka mówi do mamy: „Idziemy do skateparku?”, a mama, choć jest zmęczona, próbuje wstać z kanapy, bo nie umie powiedzieć, że nie ma siły. Minę ma jednak taką jak ochotę, żeby iść. Córka to widzi i mówi: „Nie chcesz iść?!”. Dziecko reaguje na emocje rodzica, a nie na jego słowa. Matka odpowiada złością, no i koniec rozmowy.

Czyli też nie udajemy, jeśli chcemy, żeby dziecko z nami rozmawiało, a nie zbywało nas czy było niegrzeczne. A jeśli chcemy naprawić to, co napsuliśmy? Jak naprawić naszą komunikację z dzieckiem? Od czego zacząć, żeby dziecko chciało z nami rozmawiać?
Od tego, żeby dziecko poczuło się słyszane i widziane przez nas, i to na najprostszym możliwym poziomie. A to stanie się wtedy, kiedy będziemy tylko opisywać to, co ono robi. Tak więc pukamy do pokoju dziecka, otwieramy drzwi i mówimy, co widzimy: „Widzę, że grasz sobie”, i wychodzimy. Podobnie, kiedy dziecko wychodzi z domu, możemy powiedzieć: „Widzę, że wychodzisz”. Proste, no nie? Trzeba poczekać, aż dziecko zauważy, że je widzimy.

Druga rzecz to rozpoczęcie zadawania pytań, ale tych, które wyrażają gotowość do rozmowy, a nie chęć kontroli. Nie pytamy więc o to, co nas jako rodzica ciekawi, np.: „Co tam w szkole?”, lecz: „Co tam u ciebie?”. Albo: „Co porabiasz?”, albo: „Co cię dziś dobrego spotkało?”. I dajemy dziecku czas, by chciało odpowiedzieć. Nie zrażamy się, jeśli przez dłuższy czas będzie odpowiadało: „Nic”. Wytrzymujemy! Ignorujemy zrywanie przez dziecko kontaktu. I dalej próbujemy je zachęcić do rozmowy.

To taka nasza pokuta, czas bez wymądrzania się, pouczania i wydawania poleceń?
Możemy też odbudowywać komunikację, pomijając ścieżkę werbalną, jeśli słowa zostały zatrute. Możemy na przykład przynieść dziecku do pokoju sok czy herbatę i postawić na stoliku, kiedy sobie gra. Trzeba też sygnalizować, że się wróciło do domu: „Kochanie, wróciłem”. Witanie się i żegnanie się są bardzo ważne w odbudowywaniu komunikacji.

Warto też dziecko przyciągnąć do relacji jedzeniem – kiedy ugotujemy coś, wołamy je: „Obiad!”, „Podwieczorek!” itd. Możemy też zostawiać liściki, małe karteczki z informacjami…

„Kup dwa kilo ziemniaków, odkurz, nakarm kanarka. Matka” – takie pisane rozkazy pamiętam z dzieciństwa. Dziś to by pewnie były SMS-y. Ale jak one mogą poprawić komunikację?
Mają być w formie informacji lub sugestii czy prośby: „Obiad masz w lodówce” albo: „Pies będzie głodny”, albo: „Będę o 20.00” i nic więcej. A jak chcemy zapytać, to z uzasadnieniem, np.: „O której będziesz w domu, bo robię kolację na ciepło?”.

Co dalej?
Czekać. Nie poddawać się. Jeżeli będziemy widzieli, że dziecko się czymś zdenerwowało w czasie rozmowy z kumplami czy podczas gry albo się czymś ucieszyło i zaśmiało, to możemy zapytać: „Co się stało?”. Jeśli odpowie: „Nic się nie stało”, to stwierdzić: „Jakbyś chciał pogadać o tym, to jestem”.

Musimy też pamiętać, by nie wymuszać komunikacji, nie wchodzić do pokoju dziecka, mówiąc: „Musimy porozmawiać”. Albo jeszcze lepiej: „Powiedz mi, co ja robię źle, że ty mnie tak traktujesz?”, albo: „Dlaczego ty mi to robisz, czemu nie chcesz ze mną rozmawiać?”.

Pełne dramatyzmu i cierpienia wypowiedzi rodziców to chyba słaby pomysł?
Pod spodem jest pretensja, która zamyka, a nie otwiera komunikację z dzieckiem.

Kolejny przykład: jeśli dziecko przychodzi do nas, bo na przykład jeździło bez kasku w skateparku i rozbiło sobie głowę, to nie mówimy: „Zawsze ci mówiłem, do czego doprowadzi jeżdżenie bez kasku”. Staramy się być tu i teraz – i na to, co tu i teraz, reagujemy. A więc patrzymy, co się stało, i podejmujemy adekwatne działania: opatrujemy dziecko, może jedziemy do szpitala. Ale nie mówimy tego, co oczywiste: że wydarzenie jest skutkiem braku przezorności ze strony dziecka. No pewnie, że jest! Ale jeśli to powiemy, to dziecko nie dostanie od nas tego, czego w tej chwili naprawdę potrzebuje, a więc żeby samo mogło nam opowiedzieć o tym, co mu się przydarzyło. A w efekcie, żeby mogło poczuć się widziane, dostrzegane.

Chcemy rozmawiać, to musimy się interesować tym, co powie?
Dokładnie tak, mamy pytać i czekać, aż odpowie – choćby szlag miał nas trafić od słuchania.

Jesteśmy tu i teraz. To ważne!
Pomagamy dziecku poradzić sobie z konsekwencjami tego, co się stało i jak się teraz czuje. Mamy też być gotowi na wysłuchanie dziecka, gdy mówi, co mu się w nas, rodzicach, nie podoba…

Fragment książki „Cyfrowe dzieci” Beaty Pawłowicz i Tomasza Srebnickiego.

Dr n. med. Tomasz Srebnicki: adiunkt w Klinice Psychiatrii Wieku Rozwojowego Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, specjalista psychoterapii dzieci i młodzieży, certyfikowany superwizor-dydaktyk, certyfikowany psychoterapeuta poznawczo-behawioralny, wykładowca w Szkole Psychoterapii Centrum CBT-EDU. Pracuje w Klinice Psychiatrii Wieku Rozwojowego w Warszawie. Prywatnie ojciec 11-letniego Maksa.

Cyfrowe dzieci Beata Pawłowicz, Tomasz Srebnicki Zobacz ofertę promocyjną
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze