1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia

Czy można oswoić lęk przed śmiercią? Rozmowa z psychoterapeutą Benedyktem Peczko

Nasz stosunek do śmierci pokazuje stosunek do życia. Jeśli potrafimy umierać, wtedy każda chwila nabiera nieskończonej wartości; kropla deszczu, promień słońca. Uczestniczymy w cudzie. Możemy przeżywać życie w sposób niezwykle pogłębiony. (Fot. iStock)
– Jeśli mam poczucie więzi z innymi, ze światem, z naturą, mam dostęp do mojej głębokiej tożsamości, wtedy perspektywa śmierci dotyczy małego odcinka mojej drogi. Ja przeminę, ale to, z czym się identyfikuję, większy system, pozostanie. To mnie cieszy, bo życie będzie trwało nadal, a ja jestem cząstką tego życia – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko.

Irvin D. Yalom, amerykański psychoterapeuta, pisze w książce Patrząc w słońce, że borykamy się z wieloma problemami, nie wiedząc, że ich źródłem bywa nieświadomy lęk przed śmiercią.
Tak, moje doświadczenia potwierdzają to. Na przykład na terapii kobieta zgłasza problem w relacjach z dziećmi. Gdy badamy sprawę głębiej, okazuje się, że ona tak naprawdę boi się o życie dzieci. Nawiedzają ją myśli o tym, że dzieciom może coś się stać. Albo problemy w relacjach. Często zdarza się tak, że te problemy są związane z lękiem o życie swoje i partnera, partnerki; że gdzieś, kiedyś będzie jakiś kres. Że on, ona umrze, że nasz związek się skończy. Bardzo się kochamy, ale co potem?

Ten lęk sprawia, że trudno się zaangażować, w pełni oddać życiu.
Problem jest ukryty, jest w tle, nie uświadamiamy go sobie. Albo odsuwamy zajęcie się nim. Stwarzamy wirtualny świat, w którym nie ma śmierci. A raczej wiemy, że jest, ale gdzieś bardzo daleko, więc uznajemy, że nie ma sensu o tym myśleć. Rozdzielamy życie i śmierć, radykalnie. Dzieci boją się śmierci rodziców, nie wyobrażają sobie, jak to będzie, przecież rodzice zawsze byli, od początku życia. I nagle mają przestać być? Jak sobie poradzimy? Jak to będzie wyglądało? Ten lęk trochę słabnie, gdy ma się własne dzieci, ale nigdy do końca nie znika. Śmierć jest traktowana jak wielka tragedia, jak gilotyna, która wisi nad nami, i jedyne, co możemy, to mieć nadzieję, że nie spadnie zbyt szybko.

Yalom zwraca na przykład uwagę na nieuświadomione powody wyborów, których dokonują mężczyźni po pięćdziesiątce, po sześćdziesiątce. Decydują się na kolejny związek, tym razem z dużo młodszą partnerką. I na nowe dzieci w wieku, w którym mogliby być dziadkami.
W dawnych Indiach mężczyźni po odchowaniu dzieci tradycyjnie wycofywali się z aktywności rodzinnej, z życia społecznego i udawali się do aszramu. Ostatnią fazę życia poświęcali na to, by skupić się na zagadnieniach, na które nie było dotąd czasu. Stawali się na przykład mentorami (mistrzami) dla młodych w aszramie. Wielu mężczyzn na Zachodzie decyduje podobnie choć nie trafiają do aszramu, ale wyraźnie zwalniają tempo, stawiają sobie ważne egzystencjalne pytania dotyczące sensu i celu życia. Część mężczyzn natomiast zatacza koło, na nowo wkraczają w aktywne życie, zakładają nową rodzinę, kupują sobie drugą młodość. W restauracji życia składają drugi raz to samo zamówienie. Dla sześćdziesięciolatka jego nowe życie, młoda żona i małe dzieci stanowią dodatkowy bodziec, żeby być aktywnym. Czy to wyraz lęku przed przemijaniem, przed śmiercią? Może tak być. Mężczyzna nie chce przyjąć nowej roli, nie chce z niczego rezygnować. Kontakt z młodą żoną odmładza, kontakt z dziećmi dodaje skrzydeł, wigoru. Zaczyna dbać o kondycję, formę, ciało, dietę. Odmładzając się, oddala od siebie perspektywę śmierci, przemijania.

Mężczyźni często prześmiewają temat śmierci, lekceważą go. Mówią na przykład: „Dokąd to wszystko prowadzi? Do grobu, do piachu”. To nie uśmierza bólu.

(…)

Wydaje się, że świadomość lęku przed śmiercią i konfrontowanie się z nim dotyczą ludzi w drugiej połowie życia: dzieci opuszczają dom, mamy więcej czasu, by zmierzyć się z perspektywą przemijania.
Mam wrażenie, że coś zmieniło się w tym względzie. Widzę na przykład, jak młode matki boją się o życie własne i dzieci. Dlaczego? Żyjemy w czasach szalonego tempa. Doświadczamy mnóstwa zmian w krótkim czasie.

Wielu małych śmierci.
Tak. I to widmo śmierci jest stale obecne. Zmiany, którym podlegamy, to nieustające ćwiczenie śmierci. Trenowaliśmy jeden system społeczno-polityczny przez 40 lat. Przyszedł nowy system, wszystko się zmieniło. Za sprawą globalizacji, środków masowego przekazu przeżyliśmy kilka wojen: w Zatoce Perskiej, na Bałkanach, w Rwandzie. Chcemy tego czy nie, doświadczamy śmierci wokół nas: wystarczy poczytać gazety − tam katastrofa, tu wypadek, trzęsienie ziemi. Jesteśmy w niej zanurzeni. Paradoksalna sytuacja: z jednej strony pytania o sens życia i śmierci są tabu. Z drugiej − na każdym kroku mamy do czynienia ze śmiercią. Może to jeden z czynników, który powoduje, że już młodzi ludzie około trzydziestki zaczynają konfrontować się ze swoimi pytaniami, lękami, stanami depresyjnymi. Kryzys gospodarczy złamał wiarę ludzi w stabilność, w prosperity, w rozwój ekonomiczny; wiarę w to, że będzie coraz lepiej. Bo nagle okazuje się, że w XXI wieku dzieją się podobne zjawiska jak w latach 20. ubiegłego wieku. Nie ma żadnej pewności. To też składa się na poczucie egzystencjalnego zagrożenia i uruchamia lęk przed śmiercią. Wydawało się, że gdy runie mur berliński i Europa się zintegruje, otworzą się przed nami wspaniałe perspektywy, bogactwo, rozkwit. A tu nagle kryzys. Nie da się oddzielić stosunku do przemijania, śmierci, od kultury, społeczeństwa, środowiska, w którym żyjemy. Wszechobecny terroryzm, kryzys gospodarczy, katastrofy ekologiczne uruchamiają pierwotny lęk, bo przypominają o nietrwałości.

Nasze życie jest nietrwałe. Bez względu na katastrofy i kryzys gospodarczy.
Radość nie musi być zepsuta przez to, że w perspektywie mamy kres. Lęk przed śmiercią w dużym stopniu bierze się stąd, że żyjemy w kulturze już nawet nie indywidualizmu, ale separacji jednostek od całej reszty, od świata. Świat jest rozczłonkowany, a my stanowimy niewiele znaczącą drobinkę. A przecież jesteśmy dziećmi natury, należymy do całości, nie jesteśmy atomem wyrzuconym poza orbitę. Jeśli potrafimy cieszyć się światem, przemianą, przemijaniem, potrafimy w tym uczestniczyć, wtedy nasza sytuacja radykalnie się zmienia. Nikt nie jest samotną wyspą, jak napisał Thomas Merton. Nie wystarczy sobie tego powiedzieć, używać jako sloganu, trzeba doświadczyć. Dopiero doświadczenie daje możliwość przekroczenia izolacji, oddzielenia. W cywilizacji, w której żyjemy, kładzie się nacisk na to, że wszyscy jesteśmy osobno: każdy walczy o swoje, prowadzi własne interesy. Zostaliśmy zredukowani do producentów i konsumentów. Jako producenci mamy produkować coraz więcej, a jako konsumenci konsumować coraz więcej. I tyle. Nic dziwnego, że czujemy się samotni, traktowani przedmiotowo, używani, otoczeni przez wrogi świat.

A to dodatkowo wzmaga lęk przed śmiercią.
Bo wtedy życie świata to nie nasze życie. Nasze życie to malutkie poletko, o które walczymy, staramy się przetrwać, wyszarpać, ile się da. Jak żyć bez lęku w takim świecie? System, w którym żyjemy, kładzie największy nacisk na wartości materialne. Liczy się mieć, niekoniecznie być. Przeformułowano to tak, że być znaczy mieć. Jak nie masz, to cię nie ma. Erich Fromm w książce Niech się stanie człowiek opisuje to jako kształtowanie tak zwanej osobowości merkantylnej. Ten typ osobowości zaczął się wyłaniać w XX wieku. Cechuje go przekonanie, że bycie nie jest wartością samą w sobie. Wartością są cechy, które można sprzedać na rynku. Popyt dyktuje, jakie to cechy i jak się zmieniają. Wtedy poczucie przemijalności jest wielokrotnie większe. Bo muszę się zmieniać, dostosowywać. Nie jestem tożsamością, która istnieje. Jestem zlepkiem różnych cech i dostosowuję się w zależności od potrzeb. Wtedy śmierć jest rozpadem tych wszystkich cech, nicością. Znajduję się w zupełnie innej sytuacji, gdy mam poczucie więzi z innymi, ze światem, z naturą, mam dostęp do mojej głębokiej tożsamości. Wtedy perspektywa śmierci dotyczy małego odcinka mojej drogi. Ja przeminę, ale to, z czym się identyfikuję, większy system, pozostanie. To mnie cieszy, bo życie będzie trwało nadal, a ja jestem cząstką tego życia.

Pisze o tym Ken Wilber i inni przedstawiciele psychologii transpersonalnej.
Wilber pokazuje perspektywę życia, które nie ogranicza się do osoby, ponieważ jesteśmy czymś więcej niż osobą. Zwraca uwagę na perspektywę przekraczania dualizmu - ja i reszta, ja i świat. Dualistyczne myślenie - ja, jednostka, kontra świat - wydaje się szalone. Chociaż nasze codzienne życie tak wygląda: przetrwać, poradzić sobie, podołać wyzwaniom. Funkcjonujemy tak, jakby to była jedyna prawda. Boimy się, że poszerzając swoje istnienie, utracimy odrębność. To tak, jakby kropla wody obawiała się tego, że ocean pozbawi ją prawdziwej natury, że gdy zjednoczy się z oceanem, przestanie istnieć. Tymczasem kropla, stając się oceanem, nie ginie, zyskuje to, co ocean posiada.

(…)

Fizyka kwantowa rujnuje do fundamentów powszechne wyobrażenie na temat tego, że świat to jedynie materia. Dla wielu twardych mężczyzn, biznesmenów, odkrycia fizyków kwantowych o całości wszystkiego są odlotowe, abstrakcyjne, niezwiązane z realiami życia. Jednak z czasem i ci najbardziej materialistycznie nastawieni, bardzo aktywni, zaczynają stawiać sobie ważne pytania, bo przeczuwają, że wcześniej czy później nastąpi kres, a wtedy wszystkie wyzwania, osiągnięcia, kryzysy nie będą miały znaczenia. Tak naprawdę nie mamy nic więcej poza oceanem.

Dla Yaloma praca psychoterapeutyczna ze śmiercią polega na tym, że akceptujemy koniec naszej osobowości, przyjmujemy śmierć, łączymy się z nią.
Yalom należy do nurtu psychoterapii egzystencjalnej. Egzystencjaliści zwracali uwagę na konieczność otwierania się na tabu, przekraczania tych granic. To dzięki nim o śmierci zaczęło się mówić. Bo przecież nie chcemy śmierci. Mówimy o pięknych, młodych i bogatych i bez względu na wiek my też chcemy do nich należeć. Spojrzenie w oczy śmierci jest ważnym krokiem, przynosi ulgę. Gdy zaczynamy mówić o śmierci, dzielić się z innymi, włączać śmierć w nurt życia, wydobywamy się z pułapki zaprzeczania. Może nam się wydawać, że gdy zaczniemy mówić o śmierci, przyciągniemy coś strasznego. Lepiej nie wywoływać wilka z lasu. Mówienie, dzielenie się jest cenne, ma terapeutyczne znaczenie.

Co może zrobić terapeuta, gdy człowiek zgłasza temat lęku przed śmiercią?
Przede wszystkim zapewnia uwagę. Dobrze, gdy dzieli się swoimi pytaniami, obawami, wątpliwościami, smutkiem, nadzieją. Najważniejsze, aby zaistniał głęboki rezonans między dwiema istotami ludzkimi, które próbują poradzić sobie z tematem. Takie spotkanie pomaga oswoić tę część, która się boi. Gdy uznaję, że klient jest gotowy, proponuję mu symboliczne spotkanie ze śmiercią. Może wtedy zadać śmierci pytania, wyrazić uczucia, które do niej żywi. Potem klient wchodzi w pozycję śmierci, słyszy pytania adresowane do niej, być może też odpowiedzi, których śmierć udziela. Pomagam też klientom symbolicznie przejść przez moment śmierci i… zrobić krok dalej. Z tamtej perspektywy popatrzeć na swoje „ja”, na drogę życia. Być może sformułować też przesłanie na dalszą drogę.

Przesłanie z zaświatów?
Tak. Symbolicznie oswajamy moment przejścia, moment śmierci, ponieważ lęk dotyczy przyszłości, niepewności tego, co będzie, nieznanego; tego, co nieuchronne. Na zajęciach z Carlem Simontonem wizualizowaliśmy własną śmierć. Nikt nie krzyczał, nie rozpaczał, nie był przerażony. To było dobre, pogodne doświadczenie. Jeśli ktoś płakał, to ze wzruszenia. To krok dalej, niż mówią i piszą egzystencjaliści. To rozbrojenie stereotypów myślenia o śmierci jako o czymś niewyobrażalnym, niemożliwym do przeżycia. Lęk pochodzi z tego typu nieświadomych przekonań. Dlatego mentalne ćwiczenie polegające na wyobrażeniu sobie własnej śmierci prowadzi do zweryfikowania takich przekonań, odczarowania grozy, trwogi, tajemnicy. Chcemy czy nie, tworzymy wyobrażenia także na temat śmierci.

Oswajamy lęk. Bo przecież on nie znika.
To lęk pierwotny; organiczny lęk przed zakończeniem biologicznego istnienia. Gdy oswajamy lęk na poziomie mentalnym, psychologicznym, zmienia się też podejście do lęku biologicznego, przestaje być tak wszechobejmujący. To tak jak wizyta u lekarza, u dentysty. Idziemy, nie ma wyjścia. Jako osoby dorosłe podejmujemy taką decyzję. Uruchamiają się wtedy reakcje czysto biologiczne, pocenie, drżenie, jednak nie uciekamy z fotela, nie traktujemy zabiegu jako nieopisanej tragedii, rozumiemy, że to nieuchronna konieczność, zachowujemy właściwy dystans.

Na pytanie, czego tak naprawdę się boimy, większość z nas odpowiada, że bólu; agonii, która trwa długo. Tego nie możemy znieść: perspektywy bólu nie do zniesienia.
Ból się kończy. Gdybym miał pacjenta z takim lękiem, zastosowałbym intencję paradoksalną, czyli skontaktowałbym go z takim właśnie momentem: z najgorszą w jego odczuciu wersją cierpienia. A potem poprosiłbym go o wyznaczenie chwili, gdy ból się kończy. Robimy wtedy symboliczny krok do przodu, symbolicznie doświadczamy kresu cierpienia.

Co jest za tym kresem?
Różnie. Najczęściej stan, który moim klientom trudno opisać, brak poczucia istnienia. To jest ważne doświadczenie: wszystko przemija, wszystko ma swój kres, cierpienie również. W oswajaniu lęku przed śmiercią ważne jest, żeby jak najlepiej dbać o swoje zdrowie. Żebyśmy mogli powiedzieć: zrobiłem, co mogłem, reszta nie zależy ode mnie, teraz mogę już poddać się procesowi, otworzyć się na to, co się pojawia.

No i oczywiście… memento mori, czyli częste myślenie o śmierci. Następuje wtedy habituacja, czyli przyzwyczajenie, prosty mechanizm psychologiczny: jeśli tysięczny raz o czymś myślę, to mój organizm przyzwyczaja się do tego. Pamiętam o śmierci, czyli przypominam sobie, że moje życie fizyczne, biologiczne nie jest wieczne, że przemijam.

Ktoś zapytał nauczyciela, jak radzić sobie z pracoholizmem, z przywiązaniem do posiadania. Nauczyciel zasugerował, by wynająć pokój z widokiem na cmentarz. To nie znaczy, że mamy rezygnować z aktywności, z posiadania, z kariery, ale oprócz tego potrzebujemy czasu, miejsca i uwagi na sprawy, z którymi wcześniej czy później trzeba będzie się zmierzyć.

Nasz stosunek do śmierci pokazuje stosunek do życia. Jeśli potrafimy umierać, wtedy każda chwila nabiera nieskończonej wartości; kropla deszczu, promień słońca. Uczestniczymy w cudzie. Możemy przeżywać życie w sposób niezwykle pogłębiony.

Śmierć bliskich oswaja ze śmiercią.
Mój ojciec zmarł nagle na atak serca. Miał 62 lata. Ja miałem 36. Był rok 1995, apogeum pędu, rozkwitu, zarabiania, osiągnięć, otwierały się nowe możliwości. Byłem w tym zanurzony. Zachłysnąłem się aktywnością. Tego dnia, kiedy ojciec umarł, snuliśmy plany. Rozstaliśmy się wieczorem, a dwie godziny później już nie żył. Robił coś w kuchni. Nagle pobiegł do pokoju, usiadł na krześle przy stole, zaczął się dusić. Miał astmę, ale też chore serce, o czym nikt nie wiedział. Niczego nie przeczuwałem. To było jak grom z jasnego nieba. Śmierć taty wywróciła mój świat do góry nogami. Zetknąłem się z nietrwałością w sposób bardzo radykalny. Zobaczyłem, jak nietrwałe, nieprzewidywalne jest życie. Ojciec był moim nauczycielem - to, że odszedł w taki sposób, sprawiło, że odkryłem wartość każdej chwili. Miesiąc po śmierci taty na ulicy składałem obcym ludziom życzenia świąteczne. Mówiłem im dzień dobry i czułem, że to pozdrowienie jest szczególne, niepowtarzalne, jedyne. Czułem radość z każdego spotkania. Nie możemy nie planować, nie wyznaczać celów. To część życia tu, na ziemi. Więc planujemy, staramy się najlepiej, jak potrafimy. Jeśli się uda - świętujemy. Jeśli śmierć uniemożliwi realizację planów - trudno, poddajemy się temu, co nieuchronne. Jest taka przypowieść z Dalekiego Wschodu: władca rozległych włości spotyka starca, który wkłada do ziemi sadzonki drzew daktylowych. Pyta go: „Co robisz? Przecież nie zdążysz nacieszyć się owocami!”. Wiele pokoleń przed nami sadziło drzewa, żebyśmy my mogli cieszyć się owocami. Ci, co przyjdą po nas, będą korzystali z owoców tego, co my posadzimy. Możemy odpoczywać w świadomości, że jesteśmy połączeni z większym systemem, z przodkami, ze wspólnotą przeszłych i przyszłych pokoleń. Mamy przywilej należenia do wspólnoty, mamy tu coś do zrobienia. Wykonujemy pracę, z której skorzystają następne generacje. Uczestniczymy w strumieniu życia. Taka świadomość jest lekarstwem na samotność i izolację. Będąc na Cyprze, widziałem rekonstrukcję prehistorycznej wioski. Tamci ludzie chowali zmarłych pomiędzy swoimi chatami. Tak jakby chcieli mieć ich cały czas blisko, w pamięci, w myślach, w sercu.

Fragmenty książki „Możesz odejść, bo Cię kocham. O śmierci, pożegnaniach i nowym życiu” Renaty Arendt - Dziurdzikowskiej.

Benedykt Peczko jest psychologiem, trenerem, coachem i psychoterapeutą, założycielem i dyrektorem Polskiego Instytutu NLP.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Możesz odejść, bo Cię kocham Renata Arendt-Dziurdzikowska Zobacz ofertę promocyjną
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze