1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Nieodcięta pępowina – cichy zabójca związku

Nieodcięta pępowina – cichy zabójca związku

Jeśli zakładasz rodzinę, twoją powinnością jest lojalność wobec partnera w pierwszej kolejności. (Fot. iStock)
„Nie ma mowy o dobrym, silnym związku, jeśli mamy do czynienia z ciągłymi podszeptami. Przerwanie tego schematu to podjęcie przez spętanego pępowiną partnera decyzji, że wybiera wolność. To postawienie jasnych granic – próg mojego domu jest strefą wpływów moich i mojego partnera. Przyjmuję porady, nie zgadzam się na dyrektywy” – mówi psychoterapeutka Iza Falkowska Tyliszczak.

Zastanawiam się, od którego momentu zaczął właściwie istnieć problem – syndrom nieodciętej pępowiny, bo jeszcze nie tak dawno przecież, kiedy żyliśmy w rodzinach, w domach wielopokoleniowych, to chyba nie był kłopot wielu osób…
Nie znam żadnych badań na ten temat, nie wiem, czy w ogóle takie były, ale pewnie rzeczywiście coś w tym jest. Nie odważyłabym się powiedzieć, że w tamtych realiach ten problem nie istniał, może raczej jest tak, że wtedy było w ludziach więcej tolerancji w tym zakresie, to znaczy tolerancji wobec tego, że siłą rzeczy większa grupa ludzi ma wpływ na moje życie. Jestem bardziej zależna/y. Takie są realia. Myślę, że u źródła „rozkwitu” zjawiska, jakim jest nieodcięta pępowina, może leżeć między innymi postkomunistyczne dążenie do indywidualności, sprzeciw wobec kolektywizmu. To wtedy problem mógł zarysować się na większą skalę czy w ogóle mógł stać się rozpoznawalny. Zaczęliśmy dążyć do indywiduacji, poczucie niezależności stało się celem i wtedy można było dostrzec, że są wśród nas tacy ludzie, dla których, z różnych powodów, emocjonalne odcięcie się od rodziny pochodzenia jest trudne.

Oczywisty wydaje się fakt, że nasza rodzina pochodzenia ma na nas wpływ – kształtuje nas. Rozumiem, że zdrową sytuacją jest ta, w której w pewnym momencie to oddziaływanie na nasze „tu i teraz” kończy się zupełnie, czy tak?
Tu cała rzecz tkwi w proporcjach, a konkretnie w tym, czy przekraczane są granice autonomii. Bo jeżeli twoja teściowa chce mieć udział w podejmowaniu wszystkich decyzji, które dotyczą życia twojego i twojego męża/partnera, a on uważa – bo to szalenie ważne dopowiedzenie – że zdanie matki jest w takich rozmowach, momentach „na miejscu”, to ewidentnie jest to problem. Natomiast nie powiedziałabym, że zdrowa sytuacja jest wtedy, kiedy rodzice, dziadkowie nie mają żadnego wpływu na życie swoich dzieci i wnuków. Mają, bo tworzycie jakąś wspólnotę. Jednak rola „starszeństwa” z biegiem czasu powinna się zmienić, z rozgrywających przejść powinni na krzesło ewentualnego doradcy. Ewentualnego, czyli raczej czekającego na pytanie niż inicjującego doradztwo.

Wyobrażam sobie, że dla dorosłego dziecka z nieodciętą pępowiną to degradacja rodzica…
Tymczasem to naturalny, „właściwy” proces. Powiem więcej: dla obu stron, a dla rodzica przede wszystkim, sukcesem rodzicielskim powinno być przejście w tę rolę „biernego doradcy”. To oznacza bowiem, że dziecko wyszło z rodziny gotowe do samodzielnego działania. Co robi matka ptak w odpowiednim momencie życia pisklaka? Wypycha je z gniazda… Odcina pępowinę. Nie ma innej drogi, żeby samodzielnie, bezpiecznie i zdrowo „latać” w dorosłości.

Spróbujmy opisać, czym – z punktu widzenia psychologii – dokładnie jest owa nieodcięta pępowina.
Chodzi o wyzbycie się zależności, czyli podporządkowania, ale także przeciwzależności, czyli buntu, sprzeciwu, protestu. To znaczy mowa o sytuacji, kiedy z jednej strony potrafisz nie być zależna od swojej matki, swojego ojca, nie jesteś podporządkowana temu, co oni mówią, ale jednocześnie możesz też ze „spokojnym sercem” zrobić to, co oni sugerują. Moja znajoma ma sąsiada, który co wieczór ostro kłóci się ze swoją matką. Można z pewnością stwierdzić, że to destabilizuje jego życie, a także życie jego rodziny. Odcięta pępowina to sytuacja, w której dorosłe dziecko jest wolne, swobodne, czyli mówiąc obrazowo, może zrobić coś nawet, kiedy jego matka tego chce.

Czyli nie działam wedle zasady: na złość mamie odmrożę sobie uszy?
Właśnie tak. Jest mi zimno, matka mówi: „Załóż czapkę”, a ja tego nie zrobię, bo „udowodnię”, że ona nie ma na mnie wpływu.

Czy kiedy jedno z partnerów ma nieodciętą pępowinę, jest w ogóle szansa, by ten stan rzeczy nie dewastował relacji małżeńskiej/partnerskiej?
Myślę, że nie ma takiej możliwości, bo wtedy, siłą rzeczy, związek żyje, choćby nieświadomie, w towarzystwie, pod dyktando dodatkowych postaci. Przypomina mi się teraz zdjęcie, które kiedyś widziałam: jest małżeńskie łóżko, pośrodku para, ona i on, a dookoła siedzą cienie rodziców, czyli jest tłum. W umyśle jednego z partnerów ta postać rodzicielska jest stale i nadmiernie obecna. Ciężko wtedy mówić o możliwości budowania zdrowego związku.

Bo w głowie wciąż dudni: „A co powiedziałaby na to matka” itd.?
„Mój ojciec zrobiłby to inaczej” czy „Zapytaj moją mamę, jak się gotuje żurek” to są dziesiątki codziennych sytuacji, w których ktoś więcej niż dwoje partnerów decyduje o tym, co dzieje się w ich życiu, jak ono wygląda.

Ciekawe jest to, że najrzadziej nieodcięta pępowina występuje w relacji ojciec – syn. Prawdopodobnie ma to związek z tym, że mężczyźni rzadziej niż kobiety bywają nadopiekuńczy, a już w szczególności nie bywają nadopiekuńczy wobec swoich synów. To ten kod kulturowy mówiący o tym, że mężczyzna ma być macho, mężczyzna nie płacze, nie roztkliwia się, zatem tak samo twardy, mocny powinien być jego syn. Mężczyźni z reguły radzą sobie także lepiej w sytuacji, kiedy dziecko odchodzi z domu. Syndrom opuszczonego gniazda znacznie częściej dotyka kobiety. To im trudniej jest odnaleźć się, kiedy dziecko wyfruwa.

No tak, bo to zwykle one zdecydowanie bardziej oddane są wychowywaniu dzieci, a mniej temu, co poza gniazdem. Biologia? Patriarchat?
Pewnie po części jedno i drugie.

A czy nieodcięta pępowina to zjawisko wyreżyserowane wyłącznie przez jedną stronę? Chodzi mi o to, czy znaczenie odgrywa tu także ewentualna konstrukcja psychiczna dziecka, jakieś jego skłonności, czy to wyłącznie rodzic pisze ten scenariusz?
Oczywiście, rodzice niosą odpowiedzialność za to, w co wyposażają swoje dziecko. Ale jestem zdania, że dorosłe dziecko od pewnego momentu odpowiada za to, co z tym wyposażeniem robi. Więc jeśli mówimy o nieodciętej pępowinie, to powiedziałabym, że obie strony są odpowiedzialne za to, czy da się ten schemat przerwać, czy nie. OK, matka cierpi z powodu opuszczonego gniazda i nadmiernie ingeruje w życie swojej córki i jej męża albo swojego syna i jego żony, ale to nie może skazywać tych „młodych” na bierne przyjmowanie stanu rzeczy. Postawianie jasnej granicy, stanięcie w obronie partnera/partnerki, ale też zwyczajnie dobra swojej relacji są naszą powinnością. Robimy to, jeśli jesteśmy dorośli, w odpowiednim znaczeniu tego słowa. Dorosły człowiek nie pozwala matce hulać po swoim życiu.

Ale to chyba nie jest takie łatwe, bo nierzadko elementem nieodciętej pępowiny jest szantaż emocjonalny.
Występuje, to prawda. „Ja ci dałam życie”, „To mi nie wolno już w ogóle się odezwać” czy „Tak mi dziękujesz za lata poświęceń”, „Nie liczysz się z moim zdaniem, to znaczy, że mnie nie szanujesz” itd. Tu nie ma żadnego usprawiedliwienia – to po prostu nadużycie i koniec. Tego rodzaju komunikaty w ogóle nie powinny spotkać się z żadną dyskusją czy odpowiedzią.

Ale mam wrażenie, że nieodcięta pępowina nie opiera się wyłącznie na szantażu emocjonalnym. Wyodrębniłabym jeszcze sytuację, w której tę pępowinę trzyma jakiś rodzaj nadmiernej miłości czy też obustronnego pragnienia zbudowania relacji, która jest idealna: tęsknota do symbiozy, „nie ma jak u mamy”.

Ale to także chyba nie jest do obrony w dorosłym życiu – czy się mylę?
To na pewno inny rodzaj, ale też toksyczności rzeczywiście. Bo to można opisać jako z jednej strony tęsknotę, żeby nie być dorosłym, a z drugiej strony pragnienie, by dziecko nie dorastało. Z pewnością niszczące i źle wpływające na życie i związek partnerski takiego dorosłego-niedorosłego człowieka.

Przychodzi mi jeszcze wariant, mam na myśli sytuację, w której dochodzi do parentyfikacji, czyli stawania się rodzicem swoich rodziców. Do chorego przywiązania dochodzi, gdy rodzice pakują się w różnego rodzaju kłopoty, nadużywają alkoholu, uprawiają hazard, planują eskapady, które przerastają ich możliwości. Dziecko czuje się w takiej sytuacji odpowiedzialne za to, by rodzice nie zrobili sobie krzywdy.

Niezależnie od tego, z którym wariantem mamy do czynienia, zawsze owa nieodcięta pępowina paraliżuje nasze życie, bardzo nadwyręża nasz związek.

I zaczyna się wojna między partnerami…
Ona często przybiera formę lawiny wyrzutów, a nawet obelg pod adresem matki partnera czy partnerki, a w rzeczywistości pod tą lawiną kryje się przede wszystkim jedno zasadnicze poczucie: nie jestem dla ciebie ważna/y. A jeśli czujemy się nieważni dla naszego partnera, nie ma szans na poczucie bliskości, to musi być niszczące dla związku.

Każdy dźwiga swój kamień – partner czuje się nieważny, a ta druga strona żyje w ciągłym konflikcie lojalności: wobec kogo być „bardziej” lojalnym? Matki czy męża/żony?
Ten konflikt „zdrowo” rozstrzygnąć można tylko w jeden sposób. Jeśli zakładasz rodzinę, twoją powinnością jest lojalność wobec partnera w pierwszej kolejności. I nie ma tu wyjątków. W naszej kulturze, tradycji wielką rolę odgrywa legendarna matka Polka, ale jedocześnie to Pismo Święte głosi przecież: „Człowiek opuszcza ojca swego i matkę”. Czyli matka idzie w tło, rodzina pochodzenia idzie w tło. Nie wychowujemy dziecka dla siebie, ale innych ludzi, więc powtórzę: sytuacja, w której dziecko pozostaje nadmiernie zależne, jest zwyczajnie porażką rodzicielską.

Są też związki, w których spętanie pępowiną jest w miarę symetryczne po obu stronach.
Wtedy w żadnym z partnerów nie ma wspomnianego poczucia „jestem nieważny”, ale w tym przypadku nie ma też… pary. No bo jeśli oboje partnerów żyje z ciągłym podszeptem rodziny pochodzenia, nie ma żadnego „MY”. Nie ma gorących konfliktów, ale nie ma też relacji.

Jak przerwać szkodliwy schemat, jak ochronić związek, kiedy jedno z partnerów cierpi na syndrom nieodciętej pępowiny?
Chciałabym to wyraźnie powiedzieć: można uczestniczyć w życiu swoich dzieci, ale w taki sposób, który daje im swobodę w samostanowieniu. Można coś proponować, powołując się na swoje doświadczenie. Przecież dzieci, nawet te dorosłe, często potrzebują wsparcia swoich rodziców, ale to wsparcie powinno wypływać z ich potrzeby, a nie z narzucania się rodziców, z ich „panoszenia się”.

Nie ma mowy o dobrym, silnym związku jeśli mamy do czynienia z ciągłymi podszeptami. Jedna ze stron może przez pewien czas udawać, że jej to nie przeszkadza, może to spychać, ukrywać, ale prędzej czy później poczucie bycia mniej ważnym się ujawni. Przerwanie tego schematu to podjęcie przez spętanego pępowiną partnera decyzji, że wybiera wolność, że jest od dziś, od teraz dorosłym, samostanowiącym człowiekiem. To zadanie sobie pytania, czy mój związek, rodzina, którą założyłem/am jest dla mnie ważna. A jeśli tak, to ona staje się moim priorytetem. W myśleniu długofalowym i w codziennych drobiazgach. Przerwanie tego schematu to postawienie, być może po raz pierwszy w życiu, jasnych granic – próg mojego domu jest strefą wpływów moich i mojego partnera. Przyjmuję porady, nie zgadzam się na dyrektywy. Innej drogi nie ma. Ale zawsze polecam też branie pod uwagę faktu, że wiążąc się z drugim człowiekiem, jednocześnie w jakimś niewielkim, ale jednak, procencie biorę jego rodzinę w pakiecie. Takie założenie pozwala stworzyć jakieś ramy elastyczności – to pomaga.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze