1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia

Po pięćdziesiątce życie zaczyna się na nowo!

Zmiana możliwa jest w każdym wieku. To nie jest tak, że dochodzimy do momentu, kiedy pociąg odjeżdża. Dopóki żyjemy, on stoi na peronie. Wciąż jeszcze możemy kupić bilet i ruszyć. (Ilustracja: Aneta Klejnowska)
Pięćdziesiątka to pora podsumowań? Nic podobnego. Kobiety z generacji silver śmiało sięgają po swoje. Mają wreszcie odwagę spełniać marzenia i realizować nowe pomysły na życie. Rozpoczynać studia, otwierać firmy, uprawiać sporty, działać społecznie, podróżować. Tylko podziwiać, kibicować i – to uwaga do młodych – brać przykład.

Joanna Fabicka, uznana pisarka dla dzieci i młodzieży, skończyła 50 lat. I właśnie rozpoczęła nowy rozdział w swoim życiu – czteroletnią Szkołę Psychoterapii. Psychologia od zawsze była jej pasją. Zaczęła ją studiować, ale zrezygnowała, kiedy na zaliczenie z neurofizjologii musiała wypreparować z żaby rdzeń kręgowy, uprzednio pozbawiając ją życia.

– Odeszłam ze studiów, ale nie porzuciłam fascynacji ludźmi – mówi. – Wszystko, co potem robiłam (montaż filmowy, pisanie scenariuszy i książek), było de facto tym samym – tworzeniem światów wewnętrznych bohatera i poszerzaniem percepcji odbiorcy. Praca artystyczna tak naprawdę jest podobna do pracy psychoterapeuty: i tu, i tu chodzi o zrozumienie człowieka i jego wgląd w samego siebie.

Ale rozpocząć nowy rozdział w momencie, gdy poprzedni wieńczy tyle sukcesów? Czyli 12 powieści na koncie, sprzedanych w ogromnych nakładach, tłumaczonych na obce języki, nagradzanych. „Rutka” wpisana na międzynarodową listę White Ravens – najpiękniejszych książek dla dzieci na świecie, wystawiana w teatrze, ze sprzedanymi prawami do ekranizacji.

– Moje książki dały mi, owszem, feedback, że to, co robię, jest doceniane. Ale ja nie piszę po to, żeby zdobyć uznanie, tylko żeby coś w drugim człowieku poruszyć, żeby lepiej żyło mu się z innymi i z sobą samym. Z tego samego powodu zaczęłam studia psychoterapeutyczne.

Każdy ma swoje zasoby

Ale to dla Joanny żaden przełom. Bo ona patrzy na swoje życie nie jak na linię prostą, tylko jak na spiralę, po której wędruje coraz dalej. Ostatnia „wolta” nie jest w jej życiu pierwszą. Po studiach kulturoznawczych kilka lat spędziła w łódzkiej filmówce jako montażystka filmowa – na etacie, ze świetnymi ludźmi i w twórczej atmosferze. Tam zresztą poznała swojego męża, reżysera Sławomira Fabickiego – doczekali się wspólnie między innymi dwóch córek i nominacji do Oscara za film „Męska sprawa”. Montażystka i osoba towarzysząca na czerwonym dywanie w Hollywood – to było jednak dla niej za mało. Chciała tworzyć.

– Po przeprowadzce do Warszawy musiałam wymyślić siebie na nowo. I tak zaczęłam pisać książki. Pisanie dało mi też coś więcej niż tylko artystyczne spełnienie – dało mi żywy, szczery kontakt z ludźmi. Przez wiele lat o piątej rano ruszałam w Polskę na spotkania z czytelnikami. To były setki godzin spędzonych na autentycznych, często intymnych rozmowach. Ludzie otwierali przede mną swoje serca i powierzali mi bolesne sekrety. Coraz częściej myślałam, jak mogę być dla nich bardziej pomocna i użyteczna.

Pamięta pewien poranek przed trzema laty, kiedy nie chciała już dłużej zwlekać. Otworzyła komputer, weszła na stronę Uniwersytetu SWPS i jednym kliknięciem zapisała się na studia podyplomowe. Została mediatorką rodzinną, związała się z warszawskim Komitetem Ochrony Praw Dziecka – ze świetnymi ludźmi stamtąd współtworzy Akademię Dobrego Rozstania, pomaga rodzinom uwikłanym w konflikt okołorozwodowy, prowadzi warsztaty dla rodziców. Wsiąkła w ten świat na dobre. W międzyczasie skończyła w szkole Luisa Alarcona Ariasa zaawansowany kurs terapii skoncentrowanej na rozwiązaniach. To podejście terapeutyczne ją zachwyciło. Terapeuta nie jest tu ekspertem, raczej zaciekawionym towarzyszem pracy klienta, pomaga odkryć mu jego zasoby.

– Traktuję swoje zajęcie jako ogromny przywilej, ale i odpowiedzialność. Zadaniem wszystkich zajmujących się pracą pomocową powinny być ciągły rozwój, podnoszenie kwalifikacji, kierowanie się etyką i dobrem klienta. Dlatego zdecydowałam się na kolejny krok, czyli czteroletnie studia. Czeka mnie ogrom pracy, wysiłku, wydatków, bo w Polsce nie ma bezpłatnych studiów psychoterapeutycznych, poza tym dochodzą superwizje i koszt terapii własnej. Ale to wszystko jest w interesie zarówno psychoterapeuty, jak i człowieka, który przychodzi do niego po wsparcie.

Zaczyna kolejne studia jako pięćdziesięciolatka. Skąd wzięła się w niej odwaga otwierania nowego rozdziału? Siła do życia na pełnych obrotach?

– Myślę, że ukształtowało mnie wiele trudnych doświadczeń; śmierć siostry, której nie zdążyłam poznać. Wzrastałam w poczuciu pustki po niej. Może to jest tak, że muszę żyć za nas dwie? Potem zginął tragicznie mój przyjaciel. Od dziecka uczyłam się żyć ze stratą. Jednak wszystko, co mnie spotkało, jest dziś moim ogromnym zasobem, z którego mogę korzystać. Według mnie jednym z powodów, dla których ludzie tracą sens życia, jest niemożność zrealizowania swojego potencjału. Nie ma nic gorszego od sytuacji, gdy jeszcze wiele chcemy z siebie dać, a nie ma komu tego przyjąć. Smak życiu daje rozwój, i nie chodzi tu o zdobywanie certyfikatów, ale o poszerzanie i integrację perspektywy poznawczej na wielu płaszczyznach – przez emocje, myślenie, percepcję, ale też przez sen, intuicję, akt artystyczny. To miał na myśli Jung, kiedy mówił o indywiduacji.

Kryzys jest szansą

Przed podjęciem studiów miała oczywiście myśli: czy to nie za późno, czy da radę. Ale wiek zawsze był dla niej atutem. Wychowywała się przy akompaniamencie tragikomicznych opowieści swoich dziadków o ich wojennych losach. Rozmawiano z nią jak z dorosłą, bez zmiękczających filtrów. Od początku wiedziała, jak wygląda życie, że jego rytm przeplatany jest kryzysami.

– Mnie kryzysy nigdy nie przerażają, są dla mnie szansą na zmianę. A zmiana zawsze może być na lepsze. Skończyłam 50 lat i po raz kolejny zaczynam życie na nowo. Wszystko jest dla mnie spójne, wynika z tego, co robiłam wcześniej. Znalazłam swoją ścieżkę, swoje plemię, wróciłam do tego, co było moim powołaniem. Dalej będę pisać, ale rzadziej.

Uważa, że – parafrazując tytuł książki „Neurotyczna osobowość naszych czasów” Karen Horney – dziś ta osobowość jest narcystyczna. Świat ma twarz narcyzów i oszustów podszytych lękiem. Ludzie udają kogoś innego ze strachu przed sobą. Jesteśmy społeczeństwem, które boi się emocji, udajemy, że coś czujemy, że czegoś nie czujemy, że kimś jesteśmy albo że nie jesteśmy. Żyjemy w przymusie spełniania cudzych oczekiwań, obca ręka pisze scenariusz naszego życia. To wyniszczające, destrukcyjne. Każdy wiek jest dobry, żeby z tym skończyć.

Płynę tam, gdzie chcę

Co zmieniło się w jej życiu po pięćdziesiątce? – Zaczęłam się inaczej malować i przestałam udawać, że jestem atrakcyjniejsza niż w rzeczywistości. Poza tym już się tak nie szarpię, nie idę w tym rwistym potoku pod prąd, tylko wzięłam głęboki oddech i spokojnie płynę. To wymagało ode mnie ogromnego zaufania do świata i do życia. I odpuszczenia. Przede wszystkim samej sobie. Dziś zaczynam każdy dzień wedle przepisu profesora Osiatyńskiego: „Spójrz rano w lustro, zrób przedziałek i się od siebie odpierdol”. Joanna przekonała się, że gdy szczerze przywołamy nasze pragnienia, to świat nam sprzyja. Nie skończyła psychologii, przez lata uważała, że ma zamkniętą drogę do zawodu psychoterapeuty. Ale w końcu do niej dotarło, że przecież jej wiek, doświadczenie bycia żoną, matką, pisarką, mediatorką rodzinną, wyjście z życiowych kryzysów – to atut w tym zawodzie. Zdała egzamin do szkoły, została przyjęta. Nieustannie przekonuje się, że jeżeli bardzo czegoś chce, szczerze i autentycznie, to drzwi się otwierają. Marzyła o praktyce na oddziale psychiatrycznym. Dziś kończy staż kliniczny pod okiem doktora Cezarego Żechowskiego, jednego z najznamienitszych psychiatrów i psychoterapeutów dziecięcych, twórcy oddziału rehabilitacji psychiatrycznej na wzór skandynawski, gdzie pracuje się nie tylko z dzieckiem, lecz także z jego najbliższym otoczeniem – rodziną, szkołą. Już w trakcie spotkań autorskich z młodzieżą widziała, jak bardzo potrzebuje ona wsparcia. Na oddziale szpitalnym utwierdziła się w tym, że właśnie z tą grupą wiekową chce pracować – z najbardziej bezbronnymi. Z nastolatkami i z ich rodzinami, bo to system rodzinny ich kształtuje. Wzmacnia, ale potrafi też okaleczyć. Tymczasem robi swoje, by pomóc choć na krótkim odcinku – wymyśliła i napisała jedno z opowiadań do charytatywnej antologii „Wszystkie kolory świata”. Do jej spontanicznego projektu na rzecz szacunku i tolerancji przyłączyli się najwspanialsi polscy twórcy literatury dla dzieci i młodzieży oraz wydawnictwo Agora. Wszyscy pracowali za darmo, a ze sprzedaży książki zebrali dotychczas ćwierć miliona złotych, które w całości przekazali na telefon zaufania dla dzieci i młodzieży Fundacji „Dajemy Dzieciom Siłę”, 116 111.

– Żyjemy w ogromnym odcięciu od siebie, od swoich emocji, uczuć, pragnień. Pytam znajomego: Czego się boisz? Słyszę: Nie wiem. O czym marzysz? Nie wiem. Co byś chciał robić? Nie wiem. Czy jesteś szczęśliwy? Nie wiem. Trzeba się w końcu spotkać z samym sobą. Zobaczyć, czy jestem w miejscu, w którym chcę być. Czego chcę od świata i co mogę światu dać. Mnie bardzo pomaga medytacja, to, że przeszłam psychoterapię indywidualną i grupową, wyczyściłam przeszłość. I’m ready.

One dopiero się rozkręcają

Dojrzałych kobiet, które nie tylko nie wyhamowują, ale się rozpędzają, jest coraz więcej. Urszula Dudziak, lat 78. Koncertuje, pisze książki, ma swój program na YouTubie, jest dyrektorką artystyczną Ladies’ Jazz Festivalu, działa we wspólnocie mieszkaniowej, gra w tenisa, niedawno zbudowała dom.

– Czuję się rewelacyjnie, choć w naszym społeczeństwie uważa się, że w tym wieku to fotel, kapcie i życie wspomnieniami. A ja dopiero się rozkręcam!

Helena Norowicz, rocznik 1934, aktorka. Studia w PWST ukończyła w 1958 roku, przez ponad 30 lat występowała w teatrze Studio w Warszawie, zagrała w kultowym serialu „Stawka większa niż życie”, ale sławna została dopiero po osiemdziesiątce, kiedy przyjęła propozycję udziału w kampanii firm modowych. Modelka w tym wieku? A dlaczego nie? Mówi, że najważniejsze z perspektywy jej długiego życia jest robić to, co jest naszą pasją, i nie wyrażać zgody na bylejakość.

Kolejna odważna – jak mówi o niej młodzież – Babcia Kasia, czyli Katarzyna Augustynek, lat 69 lat, z wykształcenia prawniczka. Do niedawna nikt o niej nie słyszał, pracowała jako lektorka. Teraz znają ją wszyscy. Zasłynęła bezkompromisowym protestowaniem w sprawie niezależności sądów, praw kobiet i osób LGBT. Ramię w ramię z młodymi. – Bez nich nic się nie zmieni, z nimi jest energia protestu – mówi. Ale oni bez niej też nie wyobrażają sobie manifestacji. Jest dla nich duchową Babcią, wzorem do naśladowania.

I jeszcze jeden przykład: pedagożka, działaczka społeczna i najstarsza didżejka w Polsce, a może i na świecie, DJ Wika, czyli Wirginia Szmyt, urodzona w 1938 roku. Miksuje tak, że nogi same rwą się do tańca, i to nie tylko seniorom. Wcześniej była żoną dyplomaty, pracowała z trudną młodzieżą. Dziś organizuje międzypokoleniowe potańcówki, gra w modnych klubach. Mówi, że muzyka jest jak dobry seks: pozwala odpłynąć, wejść w trans. I że gdy gra, nie myśli o tym, że pochowała męża, że jest sama, że ma tyle lat. Pokazała, że po siedemdziesiątce też można realizować swoje marzenia.

Anatol Peretiatkowicz, doktor habilitowany nauk ekonomicznych, badał dla IRCenter dwie grupy kobiet: po 50. i po 60. roku życia.

– Przypuszczałem, że będą mało aktywne, nastawione pesymistycznie do życia, zrezygnowane. I pozytywnie mnie zaskoczyły. Kobiety w wieku przedemerytalnym często łączą pracę z pasją, z opieką nad wnukami. Są bardzo aktywne, mają więc mało czasu wolnego. Natomiast bardzo mnie zadziwiły panie po 65. roku życia. Większość jest w dobrym stanie zdrowia i w znakomitej kondycji. Jeżdżą na rowerze, ćwiczą, chętnie zajmują się ogródkiem, działają społecznie, czytają, podróżują, uczestniczą w życiu kulturalnym i towarzyskim, choć pandemia zrobiła w tym obszarze duże spustoszenie. Badane kobiety nie były bardzo zamożne, ale nie obawiały się specjalnie o swoją sytuację materialną. Większość dorabia, przeważnie nie w swoim zawodzie. To dotyczy nadspodziewanie dużej liczby kobiet, wyjątkiem są te schorowane, często to mieszkanki wsi. Spory odsetek to samotne osoby, bo dzieci mieszkają daleko, często za granicą. Najbardziej zaskoczyły mnie ich optymizm i pozytywne nastawienie do życia. One potrafią się bawić, organizują wspólne imprezy. Można powiedzieć, że odzyskały swoje życie. Bo kiedyś żyły dla innych, teraz żyją dla siebie.

– Zmiana możliwa jest w każdym wieku – mówi Joanna Fabicka. – To nie jest tak, że dochodzimy do momentu, kiedy pociąg odjeżdża. Dopóki żyjemy, on stoi na peronie. Wciąż jeszcze możemy kupić bilet i ruszyć.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze