1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia

„Chciałam nauczyć się rzadziej krzyczeć na swoje dzieci” – o korzyściach mindfulness mówi psycholożka dr Carla Naumburg

Dr Carla Naumburg, psycholożka, autorka książek „Jak nie krzyczeć na swoje dziecko” i „Jak ograniczać napady złości u dzieci”. (Fot. Tobia Imbier/ materiały prasowe Wydawnictwa Muza)
Kiedy dziecko jest rozzłoszczone, nie możemy po prostu powtarzać mu, że ma się uspokoić – mówi Carla Naumburg, dr psychologii klinicznej, autorka bestsellera „Jak nie krzyczeć na swoje dziecko”. Jednym z lepszych sposobów, by przekazać coś dzieciom, jest robić samemu to, czego chcielibyśmy, żeby się nauczyły. Dzieci wyczuwają, kiedy nie jesteśmy wobec nich autentyczni.

Jak uważność może pomóc twojemu dziecku?

Kilkanaście lat temu w „New York Timesie” ukazał się artykuł o jedenastolatkach z Oakland w Kalifornii, których w szkole uczono uważności. W tekście przytoczono słowa Tyrana Williamsa, który uważność opisał jako: „Niebicie kogoś po buzi” [Brown 2007]. Wypowiedź piątoklasisty wielokrotnie później udostępniano i cytowano – robili to zarówno nauczyciele uważności, jak i autorzy książek o mindfulness, a to z kilku powodów. Tyran w sposób prosty, bezpośredni i rzeczowy opisał to, co większość rodziców chciałaby widzieć u swoich dzieci: umiejętność wyhamowania i skupienia się na bieżącej czynności na tyle długo, by uświadomić sobie, że doświadcza się silnej emocji, a następnie – by świadomie i z namysłem zdecydować, co robić dalej. Co do samego Tyrana, to praktyka uważności pomogła mu właśnie podjąć decyzję, by nie uderzyć innej osoby.

Wszystko zaczyna się od ciebie: dlaczego własna praktyka uważności to najważniejszy krok ku nauczeniu jej naszego dziecka?

Gdy ktoś dowiaduje się, że praktykuję uważność i uczę jej oraz uważnego rodzicielstwa, często pada pytanie, jak wyglądały moje początki i pierwsze doświadczenia z medytacją. Rozmówcy oczekują chyba opowieści o duchowej drodze ku pełniejszemu zrozumieniu życia, bo często wyglądają na zaskoczonych, gdy mówię, że chciałam po prostu nauczyć się rzadziej krzyczeć na swoje dzieci. Jeszcze przed drugimi urodzinami mojej młodszej córki uświadomiłam sobie, że przy dziewczynkach zbyt często tracę nad sobą panowanie. Zaczęłam czytać o tym, jak mniej krzyczeć, i każda kolejna lektura wskazywała, że powinnam zacząć praktykę uważności. Medytacja nie interesowała mnie wcale. Uważałam, że to zajęcie dla ludzi oderwanych od rzeczywistości, którzy nie mają pomysłu, co ze sobą zrobić. Sęk w tym, że wszystko inne, czego próbowałam, zawodziło. W końcu więc przełamałam się i poszłam na kurs redukcji stresu oparty na technikach mindfulness. Poznałam podstawy medytacji, uważności i jogi, by ku własnemu zdumieniu stwierdzić wkrótce, że rzadziej pokrzykuję na dzieci. Szybko zauważyłam, że moja praktyka ma wpływ również na moje córki – mój spokój sprawiał, że i one były spokojniejsze.

Jak już wspominałam, jednym z lepszych sposobów, by przekazać coś dzieciom, jest robić samemu to, czego chcielibyśmy, żeby się nauczyły. Być może część z was już praktykuje uważność. Może medytujecie, ćwiczycie jogę albo kilka razy dziennie robicie sobie „test uważności”… Jeśli tak, to wiecie już pewnie, że mindfulness jest czymś więcej niż zbiorem regułek i narzędzi. To podejście do świata – świadome, akceptujące, życzliwe i pomagające zachować spokój oraz skupienie nawet wtedy, gdy wokół wszystko zdaje się wariować. Mogliście również zauważyć, że praktyka pomaga zachować spokój w sytuacjach, gdy dziecko prowokuje waszą złość, i że jesteście jako rodzice skuteczniejsi i bardziej empatyczni, jeśli nie ponosi was za każdym razem, gdy wasze dziecko się rozwrzeszczy.

Jeśli praktykujecie uważność od niedawna, może zdążyliście już dostrzec, jak wasze dziecko reaguje na zachodzącą w was przemianę. Może rzadziej „wariuje”? Może, gdy już się to zdarzy, mniej się nakręca? A może, nawet jeśli nie pokazywaliście mu technik mindfulness, szybciej niż kiedyś się uspokaja? Możliwe też, że nie odnosi się do was nic z tego, co wymieniłam powyżej. Może macie poczucie, że mindfulness może wam posłużyć, ale nie bardzo wiecie, od czego zacząć? A może sądzicie, że dobrze zrobiłoby waszemu dziecku, ale niekoniecznie jest czymś dla was? Medytowaliście i nic z tego nie wychodziło? A może ćwiczenia uważności wydały się wam zbyt trudne albo przekombinowane? Rozumiem takie odczucia i wątpliwości. Sama je miałam. Zachęcam, żebyście z otwartymi umysłami podeszli do roli mindfulness w waszym życiu, bo praktyka pokazuje, że raczej nie sposób nauczyć dziecka uważności, jeśli nie stosujemy jej sami.

Zanim się tym wszystkim zestresujecie, weźcie jeden lub dwa głębokie oddechy (serio, zróbcie to – to podstawowy element praktyki mindfulness). Nie ma potrzeby, żebyście przeprowadzali się do aśramu w górach, odbywali dziesięciodniowe odosobnienia czy po kilka godzin dziennie siedzieli po turecku, monotonnie nucąc. Jeśli jednak chcecie dzielić się mindfulness z dzieckiem, to w jakiejś formie sami też musicie dać mu szansę.

Wypróbujcie magiczne oddechy – ćwiczenie

Jeśli w którymś momencie dnia wasze dziecko lub wy sami poczujecie się wycieńczeni, sfrustrowani lub przytłoczeni, możecie zrobić razem trzy magiczne oddechy. Oznacza to przystanięcie tam, gdzie akurat będziecie, i wzięcie trzech głębokich i świadomych oddechów. Proponuję, żebyście wdychali i wydychali powietrze nosem, ale możecie oczywiście zrobić inaczej, jeśli będzie to dla was bardziej komfortowe i uspokajające. Gdy będzie już po wszystkim, zwróćcie uwagę, jak się czujecie. Mam nadzieję, że będziecie nieco spokojniejsi i że poczujecie więcej stabilności i gotowości, by zmierzyć się z pozostałą częścią dnia.

Dlaczego dziecku nie można po prostu kazać się uspokoić?

Nie macie nawet pojęcia, jak bardzo chciałabym czasem kazać córkom po prostu się uspokoić albo móc „spacyfikować” je jakimś prostym gadżetem, ilekroć będą zestresowane lub wystraszone. Często mam dość własnych problemów i sporo kosztuje mnie, by samej zachować spokój. Nie mam energii ani ochoty mierzyć się jeszcze z bolączkami moich dzieci. Kiedy padam z nóg, marzy mi się, by po prostu sobie poszły, same zrobiły ze sobą porządek i wróciły do mnie, kiedy znów będą urocze i skore do współpracy. Niestety – rzadko tak to wygląda; nie tylko u mnie, ale u wszystkich znanych mi rodziców. Kiedy dziecko jest smutne, sfrustrowane albo rozzłoszczone, nie możemy po prostu powtarzać mu za każdym razem, że ma się uspokoić. Jeśli chcemy nauczyć je uważności, musimy czerpać z własnej praktyki. Oto dlaczego.

Dzieci wyczuwają, kiedy nie jesteśmy wobec nich autentyczni

Pierwszy powód jest bardzo prosty: dzieci na kilometr wyczują udawanie, zwłaszcza w wykonaniu swojego rodzica. Jeśli chodzi o naszą niekonsekwencję czy hipokryzję, mają naprawdę czuły radar i przyłapią nas natychmiast. To dla rodziców kłopot z paru powodów, natomiast w tym wypadu efekt będzie taki, że jeśli poprosimy dziecko o zrobienie czegoś (świadomego oddychania, medytowania czy czegokolwiek innego), o czym wie, że rodzice sami tego nie robią, to odmówi albo z braku wyboru zrobi to powierzchownie i na odczepnego – a to przecież odwrotność tego, co chcemy osiągnąć. Jednocześnie dzieci potrafią bez pudła ocenić, kiedy jesteśmy wobec nich szczerzy. Jeśli zwrócimy się do nich z pozycji autentyzmu i współodczuwania, jest znacznie większa szansa, że zareagują ochoczo i z szacunkiem. Pamiętajmy też, że dzieci bardzo interesuje nasze życie i to, jak spędzamy czas. Jeśli będą wiedzieć, że uważność jest dla nas czymś ważnym, to prawdopodobnie same będą chciały dowiadywać się o niej coraz więcej. Zwłaszcza jeśli będziemy dzielić się z nimi praktyką z namysłem i szacunkiem.

Zasada „zjedz warzywka”

Tu przechodzimy do drugiego powodu, dla którego nie można ot tak kazać dziecku, by stało się uważne. Nazywam to zasadą „zjedz warzywka”. Mój mąż uwielbia warzywa i może je jeść na okrągło. Ja natomiast zaczęłam jadać je regularnie dopiero po latach pracy nad sobą. Do dziś mój mąż podpowie czasem luźno i życzliwie, że może zamiast kanapki z tuńczykiem zjadłabym na obiad sałatkę. Cóż – namawia do tego, co sam praktykuje. Wiem o tym i wiem też, że ma rację. Nie przeszkadza mi to jednak wybierać zwykle kanapki. Dynamika takich sytuacji niewiele mówi o naszych osobowościach czy o jakości naszego małżeństwa. To po prostu kwestia ludzkiej natury – nikt nie lubi, by mówiono mu, co ma robić, nawet gdy doradzają nam osoby, które kochają nas, chcą dla nas jak najlepiej i do tego mają rację. Chcemy mieć poczucie, że sami kontrolujemy swoje życie i samodzielnie dokonujemy wyborów. Gotowi jesteśmy posunąć się do tego, by dokonywać wyborów, które są dla nas niezbyt dobre albo wręcz szkodliwe – byle tylko mieć nasze upragnione poczucie samodzielności. Bywa, że nawet najdelikatniejsze i oparte na jak najlepszych intencjach sugestie odbieramy jako zamach na naszą autonomię. Nawet najbardziej rozważnym i dojrzałym z nas zdarzy się zignorować wartość podsuwanego pomysłu, a zareagować wyłącznie z poziomu potrzeby niezależności i poczucia własnej siły (można tu chyba uczciwie dodać, że większość dzieci nie zalicza się do „najbardziej rozważnych i dojrzałych” – ja o swoich nie powiedziałabym tego na pewno. Co więcej, rzadko kiedy nazwałabym tak siebie).

Każdy rodzic, który proponował coś swojemu dziecku, dobrze wie, o czym mówię. Tarcia o zakres autonomii nigdzie nie objawiają się tak wyraźnie jak w relacjach rodziców z dziećmi – nami powoduje nieustanne poczucie odpowiedzialności i chęć sprawienia, by dziecko było szczęśliwe i zdrowe, dzieci natomiast na każdym etapie rozwoju chcą czuć, że rządzą sobą same. Jeśli uważność jest częścią waszego życia i wasze dziecko o tym wie, jest spora szansa, że wyrazi zainteresowanie, gdy zaproponujecie nową praktykę lub zabawę – zwłaszcza jeśli będzie to oznaczać spędzanie czasu razem. Jest też jednak możliwe (zależnie od waszego nastroju, fazy rozwojowej dziecka, a nawet… fazy księżyca), że wasza propozycja wzięcia trzech magicznych oddechów okaże się równie nieskuteczna, co sugestie mojego męża, żebym zjadła sałatkę.

Choć dążymy do tego, by docelowo zrównoważyć bezpośrednie nauczanie i dawanie dziecku przykładu własną postawą, czasem musimy zrobić krok wstecz i po prostu skupić się na swojej praktyce – czy będzie nią jedzenie warzyw, czy medytacja. Jeśli będziemy w niej konsekwentni, to dziecko prawdopodobnie nabierze z czasem zainteresowania i samo będzie chciało spróbować. Może się to stać dopiero wówczas, gdy będzie już dorosłe i zdąży się od nas wyprowadzić, ale tak czy owak warto zasiewać ziarna.

Nie nauczymy czegoś, czego sami nie doświadczyliśmy

Ostatni i najważniejszy z powodów, dla których musimy sami praktykować uważność, jest taki, że tylko w ten sposób da się dobrze zrozumieć, o co tak naprawdę w tym wszystkim chodzi i jak to działa. Uważność to jedna z tych rzeczy, których nie da się kogoś nauczyć, o ile nie doświadczyło się ich samemu. Istnieje masa nieporozumień co do tego, czym jest życzliwe i akceptujące skupianie uwagi na teraźniejszości, i bez względu na to, ile książek ktoś przeczyta na ten temat, nie zrozumie uważności, jeśli będzie tylko o niej myśleć. To jakbyśmy próbowali uczyć dziecko pływać, samemu nie wskoczywszy nigdy do basenu. Możemy przeczytać całą półkę książek o tym, jak utrzymywać ciało na wodzie, jak oddychać przez nos i jak prawidłowo pływać różnymi stylami, ale jeśli sami nigdy nie byliśmy pod wodą, nie zrozumiemy tego, czego będzie doświadczać nasze dziecko. Nie będziemy mieć pojęcia, jak to jest zanurzyć się i nie móc nagle oddychać, a jednak przełamać się i zachować spokój. Nie zdołamy wyobrazić sobie, czego nasz mały pływak może potrzebować, by mieć poczucie, że dobrze mu idzie i że jest bezpieczny. Proponowanie dziecku, by spróbowało praktykować uważność, gdy samemu nigdy się tego nie zrobiło, przypomina trochę sytuację, w której wręczylibyśmy mu kamizelkę ratunkową i stwierdzili, że umie pływać. W ten sposób dajemy tylko bezosobowe narzędzie, które może się w danej chwili przydać, ale które nie może nigdy zostać przez dziecko zinternalizowane. Skończy się to zapewne tak, że nasz uczeń będzie za wszelką cenę unikać konfrontacji z silnymi uczuciami, a gdy ta metoda zawiedzie, poczuje, że zaczyna tonąć – i jak topielec będzie krztusić się i rozpaczliwie miotać. Na szczęście możemy sami wejść do basenu, poćwiczyć i przekonać się, jak to jest. To najlepszy sposób, jeśli chcemy uczyć dziecko. No i przy okazji sami skorzystamy z niesamowitych dobrodziejstw uważności.

Wypróbujcie: więź zamiast reprymendy

Tego typu hasła pojawiają się często w książkach poświęconych wychowywaniu dzieci. Można je odnieść niemal do wszystkich relacji społecznych. Chodzi tu zasadniczo o to, że inni chętniej przyjmą nasze propozycje czy informacje zwrotne, jeśli będą czuć z nami więź. Dlatego właśnie, kiedy dziecko przeżywa trudną chwilę, nie wolno na nie burczeć, żeby się uspokoiło. Jeśli natomiast zadamy sobie trud stworzenia choćby chwilowej więzi i dowiedzenia się, co czuje druga strona, to znacznie wzrosną szanse na to, by przyjęła naszą propozycję. Dlatego kiedy wasze dziecko będzie przechodziło kolejny trudny moment, weźcie kilka głębokich wdechów i uspokójcie się – tak żebyście byli w stanie wytworzyć więź, a nie tylko korygować.

Uważność pomaga ćwiczyć mózg

Uważność pomaga w ćwiczeniu mózgu, tak by skuteczniej reagował na stresujące sytuacje. Dla rozwijającego się umysłu to szczególnie istotne. Wiadomo już, że mózg zmienia się i rozwija na przestrzeni całego naszego życia, a kształt zmian w znacznym stopniu zależy od tego, co robimy. Na nasz mózg składają się miliardy neuronów przesyłających pomiędzy sobą impulsy elektryczne bilionami różnorakich połączeń. Często porównuję pojedyncze neurony do wycinków torów kolejowych, a sygnały elektryczne do pociągów. Neurobiologowie mawiają, że „co się zgra, to gna” – znaczy to tyle, że im częściej wytwarzamy i wykorzystujemy połączenia pomiędzy różnymi obszarami mózgu, tym szybsze i sprawniejsze się one stają. Działanie tego mechanizmu możemy zaobserwować choćby u dzieci uczących się gry w piłkę. Z początku może im nastręczać trudności zwykłe, proste kopnięcie – z czasem jednak nabierają wprawy i nie muszą już myśleć o tym, jak kopnąć piłkę. Po prostu to robią. Uważność działa na tej samej zasadzie.

Za każdym razem, gdy dziecko praktykuje uważność – choćby przez przystanięcie i posłuchanie otocznia czy wzięcie paru oddechów, by nie zadziałać pochopnie – dosłownie zmienia swój mózg.

Przeprowadzone nie tak dawno badania [Hölzel i in. 2011] wykazały, że medytacja uważnościowa może skutkować zmniejszaniem się naszego układu limbicznego (obszaru mózgu odpowiadającego za poszukiwanie w otoczeniu realnych lub urojonych zagrożeń i reagowania na nie ucieczką, walką, przerażeniem czy zamarciem) przy jednoczesnym rozroście i wzmocnieniu kory przedczołowej (czyli obszaru, który pomaga nam zachowywać spokój, myśleć jasno, planować i podejmować racjonalne decyzje). Tego typu zmiana może szczególnie posłużyć dzieciom, ponieważ ich kora przedczołowa osiągnie stadium pełnego rozwoju dopiero wówczas, gdy będą już dwudziestokilkulatkami. To obszar mózgu, który u niemowląt praktycznie nie istnieje – to dlatego nie trafia do nich logiczna argumentacja. Po prostu jej nie rozumieją, za to bardzo łatwo im z najdrobniejszego powodu stracić panowanie nad sobą.

Oczywiście w przypadku większości dzieci mało prawdopodobne jest, by nagle zaczęły medytować po pół godziny każdego dnia. Nie zmienia to jednak samej prawidłowości: im więcej praktyki, intencjonalności, uwagi, życzliwości i akceptacji, tym szybciej będzie się z nich dało korzystać w chwilach trudnych. To po prostu kwestia zmian zachodzących w mózgu.

Fragmenty książki „Jak ograniczać napady złości u dzieci” Carli Naumburg, Wydawnictwo Muza. Wybór fragmentów i skróty pochodzą od redakcji.

Psycholożka Carla Naumburg w swoich publikacjach chce wesprzeć przepracowanych, zestresowanych rodziców. W książce „Jak ograniczać napady złości u dzieci” przedstawia konkretne sposoby na trening emocjonalny dla całej rodziny. (Fot. Tobia Imbier/ materiały prasowe Wydawnictwa Muza)

(Fot. Tobia Imbier/ materiały prasowe Wydawnictwa Muza)

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze