1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia

Syndrom „muszę dać radę” – do czego prowadzi niepozwalanie sobie na słabość?

Scenariusz jest zwykle identyczny. Najpierw walka ze swoim ciałem – jak długo się da w tajemnicy przed światem. Potem szukanie diagnozy z nadzieją, że doprowadzi do recepty na lek-cud. Kiedy nic już nie działa – przejście do planu minimum, czyli najczęściej: trasy praca – łóżko, bo na nic więcej nie starcza sił. (Fot. iStock)
Ambitni, zapracowani i niedopuszczający do siebie myśli o tym, że z czymś nie dają rady… Ewa Klepacka-Gryz tłumaczy, do czego może doprowadzić niepozwalanie sobie na słabość.

Anię skierował do mnie znajomy endokrynolog. Bardzo mu zależało na szybkim terminie. Przyjęłam ją jeszcze tego samego dnia, choć od południa miałam pacjentów i byłam bardzo zmęczona. Gdy na wejściu powiedziała: „Nie mam siły” – pomyślałam, że to moje zmęczenie ujawniło się w naszej relacji. Ciekawe, co będzie dalej.

Krok 1. Odkrywamy, że Ania cierpi na syndrom „muszę dać radę”

Na komunikat Ani o braku siły zareagowałam spontanicznie: wstałam, przyniosłam z drugiego pokoju poduszkę i koc i zaproponowałam, żeby się położyła. Nie jest to żaden precedens, czasem proponuję pacjentom położenie się na kanapie. Przyznaję, że jest to pewnego rodzaju test na zaufanie. Ania się przestraszyła: – Nie mogę, boję się, że jak zalegnę na kanapie, to… – Co się wtedy stanie? – Nie wiem, ale nie chcę się kłaść.– Powiedziałaś, że jesteś zmęczona, dlatego proponuję ci, żebyś chwilkę odpoczęła. – Nie jestem zmęczona, po prostu nie mam siły i odpoczynek na mnie nie zadziała.

To bardzo smutne, że w dzisiejszych zabieganych czasach nie dajemy sobie prawa do bycia po prostu zmęczonymi, a jeśli już, to musimy znaleźć mocne uzasadnienie takiego stanu.

Poprosiłam Anię, żeby wytłumaczyła mi, jaka jest różnica pomiędzy brakiem siły a byciem zmęczoną. W odpowiedzi wyjęła z torby segregator z wynikami badań. Dziś taki segregator jest jak paszport, dowód albo inny dokument tożsamości. Pokazuje, że dbamy o siebie, nie bagatelizujemy żadnych niepokojących objawów. Odwiedzamy najbardziej znanych specjalistów, robimy setki badań i… niby nic nam nie dolega, a samopoczucie coraz gorsze. W odwodzie mamy jeszcze wizytę u psychiatry, leki „podnoszące nastrój i energię” i ewentualnie terapię, ale nie za długą, bo dziś wszystko musi być w trybie natychmiastowym.

Moja metoda pracy – terapia jednego spotkania – niestety wydaje się idealnym rozwiązaniem dla tych, którzy potrzebują cudu.

Powiedziałam Ani, że nie jestem lekarzem i nie muszę oglądać wyników badań. Poprosiłam, żeby własnymi słowami opowiedziała, co jej dolega. Okazało się, że tropów do postawienia diagnozy było wiele i Ania nalegała, żeby każdy sprawdzać. Kolejne lekarstwa pomagały na chwilę, ale po dwóch, trzech tygodniach czuła się jeszcze słabiej. Zaczęło się od spadku odporności; częste infekcje, w trakcie których opadała z sił, a potem długo do siebie dochodziła. W badaniach nie było niczego niepokojącego.

– To pierwszy typowy objaw przewlekłego stresu – zauważyłam, ale Ania nie zareagowała. – Najgorsze było to, że czasami kładłam się spać całkiem zdrowa, a następnego dnia budziłam się z obrzękniętymi migdałkami i gorączką 40 stopni – powiedziała. – I co wtedy robiłaś? – Najczęściej brałam coś na zbicie gorączki i szłam do pracy, bo tego dnia miałam coś ważnego i nie mogłam nie pójść. – Jak dawałaś radę pracować w takim stanie? – Musiałam.

To ostatnie zdanie zapaliło mi w głowie czerwoną lampkę. Pomyślałam o tych wszystkich młodych ambitnych ludziach, którzy pojawiają się w moim gabinecie zdesperowani i wściekli na ciało, które ich zawodzi, a oni przecież „muszą dać radę”. To bardzo charakterystyczny syndrom współczesnych czasów: efekt tempa życia, wygórowanych ambicji, nastawienia na szybkie efekty i nietolerancji dla słabości. Zrobiło mi się smutno, bo wiedziałam już, co dolega Ani, ale wiedziałam też, że prawdopodobnie nie przyjmie mojej diagnozy i nie zastosuje się do zaleceń, a przynajmniej jeszcze nie na tym etapie. Musi się sporo wydarzyć, żeby zatrzymała się i przestała walczyć ze swoim ciałem. – Wiesz, bardzo dużo energii zużywasz na poszukiwanie tego, co jest przyczyną jej braku. Nie uważasz, że to nieefektywne działanie? – spytałam. Ania chyba nie zrozumiała, o co mi chodziło: – Przecież coś mi musi dolegać, mam 32 lata, a czuję się jak staruszka.

Proszę, żeby pokazała mi bez słów, jak to jest nie mieć energii. Niełatwo namówić ją na to ćwiczenie. W końcu, siedząc na fotelu, pochyla się do przodu, ręce zwisają jej do podłogi, ale ciało jest sztywne i napięte. Podchodzę do niej, kładę dłoń na plecach i proszę, żeby puściła napięcie: – Wyobraź sobie, że jesteś szmacianą lalką. – Nie, nie chcę, to głupie – mówi i sztywnieje jeszcze bardziej.

Krok 2. Okazuje się, że główny problem Ani to chroniczne napięcie mięśniowe

– Twój brak siły nie wynika wyłącznie z przepracowania, bardziej ze zmęczenia utrzymywaniem przewlekłego napięcia w ciele – zaczęłam. – To znaczy? – Przez cały czas twoje ciało jest bardzo napięte, nie możesz się odprężyć nawet na chwilę. Dobrze sypiasz? – Po prochach tak.

Ania opowiada, że kilka miesięcy temu zaczęła źle sypiać, a rano nie miała siły wstać z łóżka. – Czasami było tak źle, że nie mogłam utrzymać się na nogach. W głowie miałam watę, a oczy same mi się zamykały. – Co wtedy robiłaś? – Dzwoniłam do pracy, że przyjdę później i wracałam do łóżka. – Udawało ci się zasnąć? – Nie, bałam się, że jeśli zasnę, to do wieczora nie wstanę.

Proszę, żeby zacisnęła obydwie pięści i nie puszczała, dopóki jej nie pozwolę. To ćwiczenie wyraźnie jej się podoba, zaciska, aż bieleją jej kostki dłoni. No tak, przecież ona musi dać radę, żadne miękkie metody typu: połóż się, puść ciało – nie wchodzą w grę. W końcu daje za wygraną: – Nie mogę już dłużej, nie mam siły, ręce mi mdleją. – To jest powód twojego braku energii. Twoje ciało jest jak te zaciśnięte pięści. Kiedy nie daje rady dłużej trzymać napięcia, omdlewa. – Chyba jest na to jakiś sposób.

Ania ciągle walczy, ciągle szuka magicznej tabletki, która zmieni ją w robocopa. Mam w zanadrzu jeszcze jeden, bardzo drastyczny przykład, który z pewnością ją poruszy, ale… może jeszcze uda się inaczej przemówić do jej wyobraźni. Tak czy siak muszę w końcu nią mocno potrząsnąć, bo inaczej nie ruszymy z miejsca. – Kto ci przepisał leki nasenne? – pytam. – Byłam u psychiatry.

Czyli zdarzył się taki moment, kiedy nie była w stanie już dłużej utrzymać w tajemnicy tego, że nie daje rady. Jaka szkoda, że wtedy do mnie nie przyszła, ile zaoszczędziłaby sobie walki i cierpienia. – Powiedziałam koleżance z pracy, dała mi kontakt do swojego lekarza. Psychiatra dał pigułki na energię i pigułki na sen. Zalecił też terapię… – No i? – Prochy biorę do dziś, na terapię nie mam czasu. – Czasu? – Też ochoty. – A może czegoś się obawiasz? – Ile razy można wracać do przeszłości, chorej siostry i rodziców, którzy nie mieli czasu się mną zajmować? – Musiałaś sama dawać sobie radę? – pytam, choć wiem, że nie zawsze taki jest scenariusz.

Nie zawsze dwudziesto-, trzydziestolatki z chronicznie zaciśniętymi pięściami i dotkliwymi spadkami energii są dziećmi, które musiały dawać radę. Myślę, że to w dużym stopniu kwestia czasów, w jakich przyszło im żyć. Dziś możesz być albo robocopem, albo alternatywnym artystą, który jest powszechnie nierozumiany, nie śmierdzi groszem, za to daje sobie prawo do niemocy, depresji czy nerwicy lękowej.

Krok 3. Czas skonfrontować Anię z jej niemocą

– Myślisz, że to może być Hashimoto? – pyta z nadzieją w głosie. Jasne, Hashimoto to ostatnia deska ratunku dla robocopów, ewentualnie syndrom wypalenia nadnerczy, ale tej drugiej dolegliwości endokrynolodzy nie uznają. – Myślę, że to zwyczajne zmęczenie z powodu chronicznego napięcia. – Nie wydaje mi się… – Czujesz, że źle trafiłaś, że na pewno ci nie pomogę, nie dam pigułki mocy? – Nieee, tylko ja naprawdę nie mam siły na nic; bywa, że nawet nie mam siły mówić. Wracam z pracy do domu i od razu się kładę. Co, jeśli nie będę w stanie pracować? – Brawo, wreszcie dopuszczasz możliwość, że możesz nie dać rady. – Przestań, nawet nie chcę o tym myśleć.

Scenariusz jest zwykle identyczny. Najpierw walka ze swoim ciałem – jak długo się da w tajemnicy przed całym światem. Potem szukanie diagnozy z nadzieją, że doprowadzi do recepty na lek-cud. Kiedy nic już nie działa albo działa na krótką metę – przejście do planu minimum, czyli najczęściej: trasy praca – łóżko. Bo na nic więcej nie starcza sił. I wtedy trafiają do mnie.

– Pokaż mi, w jakiej pozycji najczęściej się budzisz? – proszę. Ania pokazuje wyprostowane, sztywne ciało i zaciśnięte pieści. Zauważyłam, że w trakcie sesji nawet na moment nie rozluźniła dłoni. Tuż po wstaniu z łóżka czuje sztywność w całym ciele, połączoną ze słabością, zwłaszcza nóg. W ciągu dnia pojawiają się niespodziewane spadki energii, czasami pomaga kolejna kawa, innym razem z trudem wytrzymuje do wieczora. Czuje, że z dnia na dzień jest coraz gorzej. A ja czuję, że pora na ostateczny, drastyczny argument. Pokazuję jej w Internecie zdjęcie konia, który padł w drodze do Morskiego Oka. – Czasami tak właśnie się czuję – widzę, że z trudem hamuje łzy. – Sama to sobie zrobiłam, prawda?

Często w tym momencie pacjent wybucha płaczem. Zawsze wtedy pytam, czy potrzebuje przytulenia. Ania chyba nie pozwoliłaby na to. – Czego potrzebujesz? – pytam. – Chciałabym zadzwonić do mamy – mówi po namyśle.

Proponuję, żeby zrobiła to teraz, i wychodzę do kuchni pod pretekstem zrobienia herbaty. Kiedy wracam, po raz pierwszy widzę, że ma ulgę na twarzy i mniej spięte ciało. Przez chwilę siedzimy w milczeniu. Potem Ania wyjmuje telefon i pokazuje mi zdjęcie starszej siostry. To choroba genetyczna, Marta potrzebuje stałej opieki jak dwuletnie dziecko. Kiedy Ania miała 5 lat, a Marta 10, umarła ich babcia i odtąd mama sama musiała zajmować się dziećmi, ojciec pracował za granicą, żeby zarobić na rehabilitację córki.

Zupełnie spontanicznie zaczynam opowiadać bajkę o małej dziewczynce, która musiała być dzielna; sama musiała wiązać buciki i czesać długie włosy, palić w piecu i gotować zupę dla rodziny. A najważniejsze, że nie mogła niczego się bać ani okazywać słabości. Ania uważnie słucha, od czasu do czasu kiwa głową, jakby na potwierdzenie moich słów.

Krok 4. Na zakończenie sesji Ania doświadcza momentu odpuszczenia napięcia

– Czyli co mam teraz robić? – A jak czujesz? – Myślę, że… – Nie myśl, dziewczyno, tylko poczuj. Poczuj wreszcie to swoje biedne ciało, przestań z nim walczyć, posłuchaj, czego ono potrzebuje. – Teraz? – Zacznijmy od teraz. – Mogę się położyć? – I nie czekając na pozwolenie, kładzie się na kanapie. Zamyka oczy i chyba po raz pierwszy wzdycha z ulgą, a potem szepcze: – Uwielbiam rosół mojej mamy. Powiedziałam, że… no… że źle się czuję. Obiecała, że przyjedzie do mnie chociaż na tydzień. Pamiętam, jak byłam mała i zachorowałam, miałam straszną gorączkę i mama położyła mi rękę na czole… i ta ręka była tak cudownie chłodna. Położysz mi rękę na czole?

Autoterapia dla doświadczających spadku energii

  • Kiedy czujesz, że jesteś bardziej zmęczony niż zwykle, zrób podstawowe badania lekarskie, ale kiedy lekarz, do którego masz zaufanie, powie, że somatycznie nic ci nie dolega, nie szukaj choroby tam, gdzie jej nie ma. Poproś o zwolnienie z pracy i po prostu porządnie odpocznij. Jeśli tego nie zrobisz, będzie coraz gorzej.

  • Naucz się efektywnie zarządzać swoją dobową energią. Żeby to zrobić, najpierw musisz poznać swój naturalny rytm: empirycznie sprawdzić, kiedy masz najwięcej energii, zaobserwować momenty spadku energii w ciągu dnia i przekonać się, co pozwala ci się szybko zregenerować, zachować równowagę pomiędzy pracą i odpoczynkiem, byciem wśród ludzi i byciem samemu. Musisz sprawdzić, jaki sposób odżywiania pozwala ci mieć dużo energii i jaka aktywność ruchowa dodaje ci sił.

  • Pamiętaj, aby w ciągu dnia co 50 minut robić przerwy w pracy intelektualnej i fundować sobie przynajmniej chwilę ruchu. To może być pójście do kuchni, żeby zrobić coś do picia, wizyta w łazience i umycie dłoni zimną wodą. W środku dnia pracy, kiedy czujesz zmęczenie, zamiast pić kolejną kawę, wyjdź na dwór, chociaż na 10-minutowy spacer.

  • Kiedy nie radzisz sobie, a spadki energii są coraz częstsze i bardziej dotkliwe – powiedz o tym komuś, komu ufasz. Czasami rada kogoś życzliwego albo chociaż współczucie potrafią zdziałać cuda. Zapisz się na wizytę do terapeuty; zacznij od dobrego fizjoterapeuty albo masażysty. Wybierz się na konsultacje do psychoterapeuty; rozmowa pozwoli ci uświadomić sobie, czy nie za dużo pracujesz, czy zachowujesz równowagę pomiędzy pracą i resztą życia itd.

Ewa Klepacka-Gryz: psycholog, terapeutka, autorka poradników psychologicznych, trenerka warsztatów rozwojowych dla kobiet.

Polecamy książkę: „Metamorfoza, czyli terapia jednego spotkania” Ewa Klepacka-Gryz, Wydawnictwo Zwierciadło

Metamorfoza, czyli terapia jednego spotkania Ewa Klepacka-Gryz Zobacz ofertę promocyjną
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze