1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia

Czy żyjemy w czasach dla introwertyków? – pytamy psycholożkę Katarzynę Miller

Wszyscy, niezależnie od tego, gdzie na tej skali od ekstrawertyzmu do introwertyzmu się znajdujemy, potrzebujemy dostarczać sobie zarówno kontaktów społecznych, jak i kontaktów z samymi sobą. (Fot. iStock)
Szybkie randki, small talki, fake newsy, celebryckość... Cóż, to z pewnością nie są łatwe czasy dla introwertyków. Psycholożka Katarzyna Miller zauważa, że na powierzchownym kontakcie i pozornej wymianie informacji tracimy jednak wszyscy. Bo ekstrawertyzm w swojej skrajnej postaci jest bardzo płytki. Zubaża nasze relacje i nasze życie wewnętrzne.

Jak określiłabyś siebie: gdzie jesteś na skali między ekstrawertyzmem a introwertyzmem?
Sądzę, że gdzieś w połowie, z lekkim wskazaniem na ekstrawertyzm, tak mniej więcej 60 na 40. Czyli bardzo ekscytuję się, kiedy jestem z ludźmi, ale też potrzebuję pobyć sama. Czasami mi niedobrze, kiedy za długo jestem sama ze sobą, ale też bywa mi niedobrze, kiedy jestem za długo z ludźmi. Co chwila muszę więc łapać taki balans, zresztą jak każdy. Bo wszyscy mamy w sobie obie te wartości, tylko w różnym natężeniu. Niekiedy wszystko zależy od konkretnej sytuacji, momentu, poziomu naszej aktualnej energii czy też od wpływu otoczenia.

A nie masz wrażenia, że od kilku dobrych dekad, a zwłaszcza odkąd pojawiły się media społecznościowe, żyjemy w zbyt ekstrawertycznym świecie? Liczy się to, by bywać, znać odpowiednie osoby, by się umieć sprzedać i pokazać.
Mam takie same obserwacje i bardzo nad tym boleję. Tracą na tym wszyscy, ekstrawertycy i introwertycy. Bo to, co jest w ekstrawertyzmie bardzo przyjemne, to się w dużym stopniu traci, a co jest w nim negatywne – się podkręca.

Czyli co konkretnie?
Tracimy bliskość, serdeczność, taki cudowny rodzaj cieszenia się ze swojej obecności oraz spontaniczną zabawowość. Natomiast podkręcamy do granic możliwości celebryckość i bywanie, które zasadzają się na mylnym przekonaniu, że im więcej znam ludzi, to tym bardziej sam jestem znany, a im częściej się o mnie mówi, tym lepiej. Nie przypadkiem wciąż się słyszy, że nasza kultura jest coraz bardziej narcystyczna. Zobacz, ile jest obecnie takich sytuacji społecznych – premier, spotkań czy promocji – w których ludzie biorą udział tylko dlatego, by się pokazać, by zrobili im zdjęcie, oznaczyli na Instagramie.

Dla introwertyka takie spotkania to największa groza...
Tłumy, nie ma gdzie usiąść, jest za jasno i zbyt głośno, więc nie ma nawet jak porozmawiać. Pandemia trochę takie wydarzenia zastopowała albo ograniczyła, ale przecież wszyscy wiemy, że jest i było ich mnóstwo. Powiem więcej, one męczyły nawet samych ekstrawertyków.

Wyznam ci, że od dłuższego czasu mam wielką, wręcz ogromną tęsknotę za prawdziwymi, głębokimi rozmowami. Także tymi odbywanymi zawodowo. Na przykład z tobą bardzo fajnie mi się gada, bo każda nasza rozmowa, jest jednocześnie wymianą naszych poglądów czy obserwacji, ale czasem dzwonią do mnie dziennikarze z prośbą o wywiad i potem żałuję, że się w ogóle zgodziłam.

Dlaczego?
Bo wygląda to mniej więcej tak: pyta mnie jedna, bardzo miła dziewczyna o jakąś rzecz, ja rozwijam temat, pogłębiam, nawijam od dobrych paru minut, po czym ona zadaje mi pytanie, na które już odpowiedziałam w pierwszej wypowiedzi. Czyli co? Albo ma wypisane pytania, które ma mi zadać, niezależnie od tego, co odpowiem, albo kompletnie mnie nie słucha.

Mam wrażenie, że strasznie dużo zrobiło się takich rozmów. Czyli niby rozmawiamy na ważny dla wszystkich temat, ale nawzajem się nie słuchamy. Niby robimy to po to, by w czymś pomóc ludziom, którzy ten wywiad przeczytają czy obejrzą, ale czy oni coś z tego dla siebie wezmą – nie jestem pewna. To jest między innymi kazus telewizji śniadaniowej, w której każdy – nawet bardzo skomplikowany, wielowątkowy i trudny temat – porusza się przez pięć góra dziesięć minut i zaraz potem przechodzi się do kolejnego.

To jest też kazus czasów, o których mówimy. News goni news. Przejmujemy się czymś i ekscytujemy przez dzień lub dwa, ale zaraz potem pojawia się coś nowego, na co przerzucamy nasze zaangażowanie, a o tamtym już nawet nie pamiętamy.
A potem się będziemy w tych samych śniadaniówkach pytali: ale co się dzieje, że dzieci się zabijają w wieku 10 lat? Szlag mnie trafia, kiedy to słyszę. Bo mam poczucie, że żyjemy w papierowym świecie, w dodatku pokrytym brokatem. I że nikomu z osób, które właśnie mogłyby innych wychowywać i edukować, na tym nie zależy, bo chodzi o to, by samemu błyszczeć i się tym brokatem posypać.

Pamiętam lata świetnej telewizji edukacyjnej w Polsce, kiedy moi koledzy i koleżanki robili bardzo dużo programów pokazujących, co się dzieje między ludźmi. A teraz mamy docudramy i reality shows, gdzie wszystko jest do bólu wyreżyserowane.

Pamiętam też, jak dawno temu robiłam badania dla jednej z gazet na temat tego, jacy handlowcy są najskuteczniejsi. Oczywiście okazało się, że skrajni ekstrawertycy, bo ich nie zbija z tropu, że ktoś im powie: „proszę pani, mnie to nie interesuje” albo: „proszę już nie dzwonić w tej sprawie”. Nie, taki handlowiec zadzwoni ponownie, przyjdzie jeszcze raz, a jeśli trzeba będzie – wejdzie kominem. On ma poczucie, że coś dobrego załatwia i że jest to ważne dla niego, więc jest ważne dla wszystkich, prawda? Ekstrawertyzm, w swojej skrajnej postaci, jest naprawdę bardzo płytki.

Dlatego w dzisiejszych czasach introwertyk może być chyba tylko naukowcem albo artystą – pisarzem, malarzem, projektantem. Jeszcze informatykiem, programistą czy hakerem. Bo oni robią swoje, nigdzie nie muszą się pokazywać ani siebie sprzedawać, a są cenieni za swoją pracę.

Introwertycy to też są dobrzy stratedzy i psychologowie. Poświęcają dużo czasu na obserwację i potrafią wyciągać bardzo trafne wnioski.
Bo mają wszystko dobrze przemyślane i raczej nie udzielają odpowiedzi, których nie są pewni. I nigdy nie gubią sensu.

Są skupieni na rozmowie i drugim człowieku. Rzecz dziś rzadka.
Introwertycy wolą spotkać się z jedną osobą, ale wyjątkową, czyli taką, z którą będą mieli głębszy kontakt, będą mogli porozmawiać, ale i pomilczeć – niż z kilkoma czy kilkunastoma naraz. Bo jeśli tej osobie coś powiedzą, to mają pewność, że ona to doceni, usłyszy, dopyta, poczeka na ciąg dalszy. A nie odbije piłeczkę: „No popatrz, a ja mam inaczej”. To jest prawdziwy koszmar! Te wszystkie odpowiedzi typu: „Co ty powiesz? Ja to w ogóle się tym nie przejmuję” albo: „Ja to bym nie dała sobą tak pomiatać”. No, kurde, rozmawiaj z kimś takim.

O introwertykach niesłusznie się mówi, że nie lubią ludzi i od nich stronią. Z kolei o ekstrawertykach, że są non stop głodni wrażeń, ludzi, nowości. Nic ich nie zraża, nic ich nie peszy. Są jak takie towarzyskie tarany.
Ano właśnie niekoniecznie. Ekstrawertyk też potrafi – i ma prawo – mieć dość wszystkich i wszystkiego. Tym bardziej że przecież, jak już powiedziałyśmy, nikt nie jest w stu procentach ekstrawertykiem.

Przyznam, że jako młoda dziewczyna długo obawiałam się introwertyków, bo oni nie od razu ujawniają swój stosunek do człowieka. Słuchają, patrzą, stoją z boku – i nie wiesz: czy on mnie lubi czy nie, czy ja mu się podobam czy nie, czy jak mu coś zaproponuję, to on mnie ofuknie czy przyjmie. Dopiero w liceum zauważyłam, że te pozamykane w sobie osoby są tak naprawdę bardzo interesujące. Kiedy się z nimi zakolegujesz, posłuchasz ich, a zwłaszcza kiedy ich do siebie przekonasz – to możesz uzyskać nie tyle nawet więcej niż od innych, ale możesz uzyskać coś zupełnie innego.

Z ekstrawertykiem polecisz sobie na balangę, poznacie tam 50 osób i będziecie szampańsko się bawić. Z introwertykiem porozumiesz się na zupełnie innym poziomie. Nie żeby z ekstrawertykiem tego porozumienia nie było, bo nawet taniec jest konwersacją ciał, ale introwertyk zaoferuje ci rozmowę na tematy, na jakie na co dzień się nie dyskutuje. A to też jest nam potrzebne.

Oni często są prawdziwymi ekspertami w danych zagadnieniach.
Właśnie, oni są jak chodzące encyklopedie – dzięki czemu podczas zwykłej towarzyskiej pogawędki możesz, ku swojemu zaskoczeniu, dowiedzieć się mnóstwa ciekawych rzeczy, jakich normalnie dowiadujemy się z książek czy filmów dokumentalnych. Oczywiście jeśli masz na to ochotę i czas, a nie zaraz musisz biec do kolejnego tematu.

Inny krzywdzący stereotyp jest taki, że introwertycy nie mają w sobie siły przebicia i dlatego nie mogą być liderami. Kłam temu zadaje w swojej książce „Ciszej, proszę” Susan Cain. Autorka podaje przykład Rosy Parks, działaczki na rzecz praw człowieka, uznawanej za symbol walki z segregacją rasową w Stanach Zjednoczonych. Rosa w 1955 roku odmówiła ustąpienia miejsca w autobusie białemu mężczyźnie. Została za to aresztowana, razem z mężem stracili pracę, a jednak jej cichy protest zapoczątkował m.in. bojkoty autobusów miejskich – akcję, którą prowadził młody, mało znany wtedy pastor Martin Luther King.
To, co zrobiła Rosa Parks, to był akt ogromnej odwagi, który odbył się w absolutnej ciszy, bez okrzyków, sztandarów czy manifestacji. Cudowną introwertyczką była choćby bohaterka grudniowej okładki SENSu Wisława Szymborska, która też przecież odniosła wielki sukces. Wszystko, co robiła, robiła w skali mikro, a jednocześnie w skali makro. W dodatku stroniła od wywiadów, pokazywania się, błyszczenia. Sprawiała wrażenie, jakby literacki Nobel był najgorszym, co jej się w życiu przydarzyło, ale z pewnością też się tym cieszyła, tylko bardziej w głębi i w gronie bliskich znajomych.

Introwertycy zostali nieoczekiwanymi bohaterami minionego roku. Podawano ich jako przykład jedynych, którzy cieszą się na myśl o nadchodzącym lockdownie. Tymczasem najnowsze badania przeprowadzone na uniwersytetach w Bernie, australijskim Wollongong czy Alberta w Kanadzie dowodzą, że lockdown i dla nich był dotkliwy. Kontakt z ludźmi jest naszą podstawową potrzebą, introwertycy też cierpieli z powodu jego braku.
Poza tym ekstrawertycy z pewnością masowo korzystali z różnych komunikatorów, jak Zoom, Teams czy Skype, których z kolei introwertycy nie znoszą. Oni zdecydowanie preferują spotkania twarzą w twarz, a tych było podczas pandemii mniej. Można powiedzieć, że ekstrawertycy byli tak zajęci tym, by sobie samym pomóc, że nie myśleli już o introwertykach.

Te badania pokazują także, że wszyscy, niezależnie od tego, gdzie na tej skali od ekstrawertyzmu do introwertyzmu się znajdujemy, potrzebujemy dostarczać sobie zarówno kontaktów społecznych, jak i kontaktów z samymi sobą.
Dlatego tak ważna jest autodiagnoza. Czyli to, żeby człowiek siebie posprawdzał i wiedział, z czym mu dobrze, a z czym mu źle. Jak działa, ile wytrzymuje z ludźmi, a ile bez nich. Kiedy są mu potrzebni, a kiedy go już męczą. I iść za tymi potrzebami.

Ja na przykład uwielbiam momenty sam na sam ze sobą. I bardzo się na nie cieszę. Mówię nawet wtedy moim bliskim: „Przepraszam, ale teraz idę się spotkać z moją ulubioną dziewczyną, Kasią”. W przeszłości w trudnych sytuacjach lubiłam pójść sobie na dworzec, usiąść na ławce i posiedzieć. Chciałam poczuć ludzi dookoła, ale obcych ludzi. Nie przyjaciół. Nie miałam siły na rozmowy, ale też nie chciałam siedzieć w samotności.

Introwertyk może być zadowolony wtedy, kiedy sobie siedzi w kawiarni i czyta książkę, jest wśród ludzi, a jednocześnie jest osobny. I jestem pewna, że tak jak każdy ekstrawertyk, ucieszył się bardzo, kiedy zniesiono obostrzenia i takie sytuacje stały się możliwe. Z drugiej strony dla wielu ekstrawertyków czas zamknięcia był pierwszym od wielu lat, kiedy wreszcie zatrzymali się w swoim biegu.

Znajmy i szanujmy swoje potrzeby ale szanujmy też potrzeby innych. Dawajmy sobie i innym przestrzeń na to, byśmy wszyscy mogli czuć się sobą.

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi” czy „Daj się pokochać, dziewczyno” (wydane przez Wydawnictwo Zwierciadło).

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze