1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia

Rodzice powinni stać za swoimi dziećmi w każdych okolicznościach. O młodzieży z dysforią płciową

Wyobraź sobie, że jesteś nastolatką i słyszysz, że w twoim mieście jest strefa wolna od ciebie. Łatwo sobie wyobrazić to poczucie nieadekwatności, które staje się zaczynem różnego rodzaju zaburzeń. (Fot. iStock)
To na brak wsparcia najczęściej skarży się młodzież w gabinetach terapeutycznych. O trudnościach nastolatków z dysforią płciową rozmawiają dziennikarka Marta Szarejko i psychiatra Joanna Puchała.

Marta Szarejko: Latem 2020 roku napisałaś na Facebooku: „Jestem psychiatrą dzieci i młodzieży. W odpowiedzi na to, co dzieje się obecnie w naszym kraju, postanowiłam przyjmować młodzież LGBT w kryzysie psychicznym jedynie za opłatą gabinetową. Proszę o udostępnianie tej informacji, być może dziecko znajomych będzie w potrzebie”…
Joanna Puchała: Zrobiłam to zaraz po tym, jak Przemysław Czarnek zasłynął wypowiedzią, że osoby LGBT nie są na równi z normalnymi ludźmi. Dokładnie pamiętam moment, kiedy przeczytałam, co powiedział. I swoją wściekłość, ponieważ mam wielu pacjentów LGBT, więc natychmiast zaczęłam sobie wyobrażać, co mogą czuć, słysząc takie słowa. Bardzo mnie to zbulwersowało, dlatego napisałam, że zapraszam młodzież LGBT. Za opłatą gabinetową.

Czyli bez honorarium dla siebie.
Tak.

Jaki to jest koszt?
Pięćdziesiąt złotych, mniej więcej.

I jak to się rozwinęło?
Poruszenie było ogromne. Zgłosił się facet, który powiedział, że jeśli pojawi się osoba, której nie będzie na to stać, on pokryje koszty. Zgłaszała się nie tylko młodzież, lecz także zgłaszali się młodzi dorośli, którzy wykraczają poza moją działalność, więc kierowałam ich dalej. Mam sporo pacjentów z tej grupy – ostatnio przychodzi wiele osób skarżących się na dysforię płciową.

Czyli niezgodność pomiędzy odczuwaną płcią a tą przypisaną.
Dysforia przejawia się w kilku aspektach: wyraźnej niechęci do własnego ciała, odgrywaniu ról płci przeciwnej – nie tylko w wyobraźni – preferowaniu zabawek, pasji, czynności kulturowo przypisanych płci przeciwnej. No i w silnej niechęci do własnych narządów płciowych, zmian w ciele pojawiających się w okresie dojrzewania. Najczęściej przychodzą dziewczynki.

Jakie objawy najbardziej martwią rodziców?
Dziewczynki coraz bardziej się izolują, ucinają kontakty – najpierw było ograniczanie tych szkolnych, codziennych, potem tych, które podtrzymywały przez Internet. Ostatecznie oddalają się od rodziny, po prostu przestają wychodzić z pokoju. Rodzice zauważają niepokojące objawy, które odczytują jako depresję: zaleganie w łóżku, brak koncentracji, unikanie lekcji, więc w konsekwencji też pogorszenie ocen. Często pojawiają się samouszkodzenia – i wtedy rodzice sięgają po pomoc.

Z czego one najczęściej wynikają?
Powody są różne, ale często jest to problem z regulacją emocji – u osób w spektrum [autyzmu − przyp. red.] jest on większy. Więc w pewnym sensie to, że takie dziecko trafi do gabinetu psychiatry, to oczywisty ciąg wydarzeń. Właściwie codziennie mam pacjentów, którzy się okaleczają, mają myśli samobójcze. Według raportu policji z pierwszego kwartału 2021 roku dziewiętnaście nieletnich osób odebrało sobie życie. Ta liczba wzrosła o 25 proc. względem poprzedniego roku.

Który już i tak był w tym kontekście potworny. Jesteśmy na drugim miejscu w Europie.
Skala zjawiska jest przerażająca. Zwłaszcza że nie ma gdzie tych dzieci kierować. No nie ma. Media czasem podają suche statystyki, ale jeśli nie zna się konkretnych historii, trudno z nimi empatyzować. Oczywiście wiem, dlaczego to robią: chcą uniknąć efektu Wertera – wolą nie epatować szczegółami, żeby nie dawać przykładu, wzorca, nie wpływać w ten sposób na młodych ludzi.

WHO zwróciło uwagę na to, jak wielki wpływ mogą mieć media na suicydalność nastolatków, zaraz po tym, jak na Netfliksie pojawił się serial „Trzynaście powodów”. Po jego emisji liczba prób samobójczych skoczyła o 40 proc. Producenci ostatecznie wycofali scenę samobójstwa, ale jej wpływ na wyobraźnię dzieci był jednoznaczny – widać to na wykresach.

Nastolatki, które się wahają, mają takie myśli, ale nie do końca sprecyzowane; widząc coś takiego, mogą nabrać większej pewności i zdecydować się na samobójstwo. Więc media rzeczywiście są w klinczu: trudno nie informować o tym, jak bardzo przerażającą mamy sytuację, ale trudno też informować tak, żeby nie podsuwać ludziom tej myśli.

O efekcie Wertera dość często się mówi – o efekcie Papageno już nie.
To bohater opery „Czarodziejski flet”. Zdewastowany utratą ukochanej chce się targnąć na swoje życie. Pomaga mu rozmowa z przyjacielem. Krótko mówiąc: efekt Papageno to przeciwieństwo efektu Wertera, określa pozytywną rolę, jaką mogą odegrać media. To niezwykle istotne: wsparcie przyjaciół, rówieśników, bliskich osób. Ważne, by dawać sygnał, że jest możliwość pomocy, mówić o tym wprost, żeby osoby, które rzeczywiście są w trudnej sytuacji, wiedziały, jak jej szukać. W Polsce mamy mało takich rozwiązań, ale jakieś są.

W reportażach, wywiadach, opowieściach dzieci, które leczyły się w różnych szpitalach, i w wypowiedziach ich rodziców przewija się jeden stały wątek: oddziały dla dzieci zasila młodzież LGBT.
Bo to nastolatki LGBT częściej podejmują próby samobójcze. Młoda osoba LGBT czterokrotnie częściej ma myśli samobójcze niż jej heteronormatywny rówieśnik. Stres mniejszościowy, który sprawia, że osoby LGBT są znacznie bardziej narażone na zaburzenia nastroju, depresję, uzależnienia, zaburzenia lękowe i myśli samobójcze, jest opisywany wszędzie. To chroniczne podleganie podwyższonemu poziomowi stresu doświadczanego przez przedstawicieli grup mniejszościowych w społeczeństwie. Przez to, że przeżywają nieustający stres, mają podwyższone tętnicze ciśnienie krwi i odczuwają niepokój, co prowadzi je do osłabienia zdrowia psychicznego i fizycznego. Dlatego powinny być bardziej zaopiekowane w kontekście zdrowia psychicznego.

Do tego dochodzi przemoc rówieśnicza w szkole, hejt w Internecie. I wiktymizacja, czyli proces stawania się ofiarą, który bardzo wpływa na postrzeganie własnej osoby. Zresztą wystarczy posłuchać wiadomości: wyobraź sobie, że jesteś nastolatką i słyszysz, że w Twoim mieście jest strefa wolna od Ciebie. Łatwo sobie wyobrazić to poczucie nieadekwatności, które staje się zaczynem różnego rodzaju zaburzeń: osobowości, lękowych, nastroju. Nastolatek widzi siebie przez pryzmat innych osób, dlatego jest tak podatny na wpływ i zależy mu na opinii innych osób. Patrzy w lustro i to, co widzi w odbiciu, uznaje za siebie.

A jeśli jest otoczony przez osoby, które nim gardzą, nienawidzi siebie. Uwewnętrznia homofobię.
Jeśli dziecko, które wie, że nie jest heteroseksualne, ale nie wie dokładnie, kim jest, żyje w rodzinie z bardzo silnym przekazem homofobicznym, to ono w końcu to uwewnętrzni, zacznie to w sobie pielęgnować, zacznie nienawidzić siebie.

Czy ten stres jest bardziej dotkliwy dla młodych ludzi?
Myślę, że przeżywanie go jest bardziej złożone w kontekście kryzysu adolescencji. Ten czas w ogóle jest trudny: człowiek zaczyna separować się od rodziców, tworzyć własną tożsamość, sam nie wie, jaki jest, zastanawia się nad swoim charakterem, temperamentem, swoją osobowością – wszystko to jest bardzo żywe, na wierzchu. Więc w tym momencie sama świadomość, że bardziej skłania się ku odmiennej tożsamości, powoduje lęk.

Według raportu Kampanii przeciw Homofobii z lat 2015–2016 prawie 70 proc. młodzieży LGBT ma myśli samobójcze, niemal 50 proc. z nich – objawy depresji. Dla porównania: na depresję choruje 5 proc. ogółu społeczeństwa.
Jak nastolatek LGBT może czuć się dobrze, jeśli z każdej strony czuje brak akceptacji?! Nie tylko w mediach słyszy, że jest niechciany, lecz także często nie tolerują go też najbliżsi. Z raportu, o którym mówisz, wynika, że wciąż niewielu rodziców akceptuje dziecko LGBT – zaledwie 25 proc. matek i 12 proc. ojców.

Jak to wygląda w Twoim gabinecie?
Przychodzące do mnie dzieci są wyoutowane przynajmniej przed jednym z rodziców, który to akceptuje bardziej lub mniej, ale wie. Trzeba jednak zaznaczyć, że moja próba jest bardzo ograniczona: to dzieci z dużego miasta, raczej z zamożnych rodzin. Łatwiej im znaleźć osoby, które mają podobne inklinacje, zainteresowania, identyfikują się z grupą LGBT. W mniejszych miastach na pewno jest trudniej, dlatego tak wiele osób LGBT przy pierwszej lepszej okazji stamtąd ucieka. Dzieci w całej Polsce boją się ujawniać, stąd internalizacja złości, nienawiści, a w konsekwencji samouszkodzenia i próby samobójcze.

Co nastolatki mówią w gabinecie? Co jest dla nich najtrudniejsze?
Problem z akceptacją ze strony rodziców. Dziewczynki mówią na przykład, że bardzo chciałyby, żeby rodzice je zaakceptowali i kupili im binder na piersi. Albo żeby zwracali się do nich w formie męskiej.

No i?
Często pada pytanie, czy mogłabym z nimi porozmawiać. Rozmawiam, a rodzice mówią: „Jeszcze nie wiemy, czekamy na konsultację z seksuologiem”. Wciąż mają nadzieję, że to minie, że to może coś innego. Może jakieś hormony? Podłoże biologiczne? Na pewno nie transseksualizm. Długo się nie poddają, ostateczna diagnoza jest dla nich znacząca. A dla mnie jako psychiatry nie ma to znaczenia – jeśli stwierdzam dysforię płci, odnoszę się do niej, ponieważ to ona powoduje dyskomfort i stres. Jeżeli dziewczynka czuje, że jej piersi są źródłem cierpienia, to dlaczego miałaby je eksponować?

Jak rozmawiasz z rodzicami?
Staram się przyjmować narrację niezbyt nakazującą, za to praktyczną, w stylu: „Spójrzcie na to z tej perspektywy. Jeśli coś może złagodzić cierpienie waszego dziecka, to może warto wziąć to pod uwagę?”.

Ilu się otwiera na taką perspektywę?
Większość. Ale czasem nawet tym, którzy deklarują otwarte, liberalne poglądy, przychodzi to bardzo trudno. Okazuje się, że te poglądy trochę się zmieniają, jeśli zaczynają dotyczyć własnego dziecka. Jeżeli nastolatek marzy o korekcie płci, zwykle oczekując bardzo szybkiej diagnozy i jeszcze szybszych rozwiązań, jest to trudny proces dla całej rodziny.

Mam teraz kilku pacjentów w trakcie tranzycji, którzy zaczęli już przyjmować hormony. Jeden z nich ma zaplanowaną mastektomię na wakacje. To pacjent, który trafił do mnie z bardzo nasilonymi myślami samobójczymi, samookaleczeniami i ciężką depresją. Dopiero w toku leczenia wyszła dysforia płci. Był pod opieką seksuologa, psychologa, psychiatry i endokrynologa – w końcu ten ostatni powiedział: „Okej, zaczynamy hormonoterapię” – i pacjent zaczął przyjmować testosteron. Minął mniej więcej rok od pierwszej dawki i muszę powiedzieć, że to zupełnie inny dzieciak. Zadowolony z siebie, ma plany na przyszłość – niebo a ziemia!

Ile ma lat?
Osiemnaście. Wszystko wyglądałoby inaczej, gdyby miał czternaście. I chociaż wiem, że większości zmiany służą, nawet jeśli dzieją się szybko, to cieszę się, że ostateczne rozwiązania są możliwe dopiero po osiągnięciu pełnoletniości.

Coś porusza Cię w narracji rodziców na temat swoich dzieci?
Zawsze bardzo mnie cieszy, jeśli rodzic jest za swoim dzieckiem – akceptuje, prze do przodu, staje sam przeciwko systemowi. Jeśli w szkole toczy się walka o to, jakich używać zaimków, pójdzie do dyrektora i będzie o tym rozmawiał. Taki rodzic, nastawiony na działanie w obronie, jest bardzo ważny dla dziecka, ponieważ ono widzi, że ktoś o nie walczy.

Fragment książki „Stany ostre. Jak psychiatrzy leczą nasze dzieci?” Marta Szarejko, wyd. Słowne. Wszystkie skróty pochodzą od redakcji.

Joanna Puchała: psychiatra dzieci i młodzieży, szkoliła się w terapii poznawczo-behawioralnej. Pracuje m.in. w Centrum Pomocy Profesjonalnej.

Marta Szarejko: dziennikarka, reportażystka, autorka książek m.in. „Seksuolożki. Sekrety gabinetów” i „Stany ostre. Jak psychiatrzy leczą nasze dzieci”.

Polecamy książkę: „Stany ostre. Jak psychiatrzy leczą nasze dzieci?” Marta Szarejko, wyd. Słowne

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze