1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia

Walka i ograniczanie ojcu opieki – typowy scenariusz po rozwodzie. Przegrane jest dziecko

Jednym z trzech głównych powodów rozpadu związków są dzisiaj różnice w sposobie wychowywania czy opiekowania się dziećmi, np. gdy jedna osoba myśli w kategoriach genderowych, a druga jest bardziej tradycyjna. I zaczyna się walka. (Fot. iStock)
„Do wszystkich rozwodzących się i wiecznie walczących ze sobą ojców i matek mam gorący apel: »Opamiętajcie się! To, co robicie, jest skrajnie egocentryczne i nie ma nic wspólnego ze zdrowym rodzicielstwem«” – mówi psychoterapeuta Jacek Masłowski.

Rozwód to kryzys dla wszystkich członków rodziny. Rodzina jest rozdarta i często, choć nie zawsze, to duży problem dla mężczyzny, który wyprowadza się z domu i traci codzienny kontakt z dzieckiem. Niektórzy mówią nawet o utrudnianiu kontaktu przez ich byłe partnerki. Dlaczego tak się dzieje?
Moim zdaniem alienacja rodzicielska to specyfika polskiego piekiełka. Rzadko występuje na Zachodzie czy w krajach skandynawskich, gdzie ludzie rozstają się jak dorośli, a nie jak dzieci rywalizujące o swoje zabawki. A właśnie w ten sposób wygląda typowy rozwód w naszym kraju. Dlaczego tak się dzieje? Myślę, że kobiety także są ofiarami tej sytuacji, podświadomie realizują „skrypt ofiary”, przez co traktują rozwód jak życiową klęskę i krzywdę. Niestety wciągają w to również dzieci. Zaznaczam, że nie wszystkie ekspartnerki zachowują się w ten sposób. Ale dla niektórych to forma zemsty na mężczyźnie. Finalnie odbija się to na dzieciach, to one są głównymi pokrzywdzonymi tej sytuacji.

To piekiełko dotyczy też mężczyzn, którzy unikają płacenia alimentów i sami sobie te kontakty ograniczają.
Owszem, bywa też tak, jak mówisz – że mężczyźni, którzy unikają płacenia alimentów, sami ograniczają sobie kontakt z dzieckiem. Ja jednak obserwuję następującą kolejność zdarzeń: kiedy zaczyna się wojna na krzywdzenie siebie nawzajem, kobieta wykorzystuje swoją broń w postaci dzieci i regulacji kontaktu z nimi, bo na przykład mężczyzna ją zdradzał. Wtedy on, w odwecie, przestaje płacić alimenty. Uwierz mi, takich historii w gabinecie czy na warsztatach mam setki.

Mężczyźni przychodzą do mnie najczęściej z poczuciem bezradności, wściekłości albo całkowitej rezygnacji. Szukają wsparcia w zrozumieniu sytuacji i w przygotowaniu strategii postępowania tak, żeby utrzymać swoją relację z dzieckiem. W Polsce nie ma takiej możliwości prawnej, żeby skutecznie wymusić na byłej żonie, czyli matce dzieci, zapewnienie kontaktów, które są prawnie usankcjonowane. Artykuł 18 Konstytucji RP gwarantuje ochronę i opiekę „macierzyństwu i rodzicielstwu”, nie wymieniając ojcostwa na równi z macierzyństwem. Tymczasem coraz więcej ojców chce mieć czynny udział w wychowaniu dzieci, pomimo że są po rozwodzie z ich matką. Oczywiście to nie jest tak, że mężczyźni mają dzisiaj masowo orzekany zakaz kontaktu z dziećmi. Chodzi o to, że na sprawie rozwodowej są wyznaczane terminy lub tak zwana opieka naprzemienna, a w praktyce mężczyzna często nie jest w stanie wyegzekwować tych spotkań. Dlatego wpada na pomysł, że będzie kontrapunktował kobietę, regulując alimenty. Myśli: „Skoro była partnerka ogranicza mi kontakty z synem lub córką, to muszę zrobić coś, żeby poczuć się sprawczym”.

Dwie strony sporu zaczynają współzawodniczyć, kto komu bardziej dokopie. Szkoda tylko, że żadne z nich nie usiądzie w ciszy, nie uspokoi emocji i nie zwróci uwagi na to, że to wszystko uderza w ich córkę czy syna. Tak postępujący rodzice redukują się do pozycji zbuntowanych dzieci. Zachowują się jak małe histeryczki i mali histerycy.

Jednak rozstając się z partnerem lub partnerką, musimy ich trochę zdewaluować, żeby poradzić sobie z żalem po stracie. Szczególnie gdy obiekt rozstania nie był jednoznacznie zły.
A właśnie, że nie musimy tego robić! Znam mężczyzn mieszkających w Wielkiej Brytanii, Australii czy Szwecji, którzy nie deprecjonują swoich partnerek. Rozumieją, że wszyscy mają prawo do wolnego wyboru, i żyją ze sobą w dobrym kontakcie. Oczywiście zdarzają się sytuacje alienacji, ale nie na taką skalę jak w Polsce. W Polsce to norma, a tam margines. Z czego to wynika? Moim zdaniem z niskiego poczucia wartości.

Bo jeśli moi rodzice się rozwiedli, a później obserwowałem wojnę pomiędzy nimi i byłem w niej wykorzystywany, to wchodzę w świat dorosłych bez poczucia własnej wartości. Jestem uprzedmiotowiony. No i nawiązując relację z drugą osobą, mam oczekiwanie, często niewyrażone wprost, że ta druga osoba będzie dla mnie gwarantem np. dobrego życia. Więc gdy nagle mówi mi: „Słuchaj, oboje jesteśmy dorośli i nie jestem od tego, żeby ci cokolwiek w życiu gwarantować”, to uruchamia się we mnie „skrypt ofiary”.

Jak nie wchodzić w ten skrypt?
W krajach, w których nie ma tak częstego problemu alienacji rodzicielskiej, wychowują cię w kulturze, która mówi: „Jesteś wartością sam lub sama w sobie”. W poczuciu, że masz wpływ na swoje życie, możesz robić, co chcesz, jesteś skupiona na samorealizacji i otoczona różnymi możliwościami. A w Polsce dalej funkcjonuje mit matki Polki, która musi się poświęcić dla rodziny i zrezygnować z siebie, żeby zrealizować swoją życiową misję, którą jest wychowanie dzieci. Do tego patriarchat dalej wskazuje na mężczyznę jako głównego żywiciela rodziny. A jako społeczeństwo postkolonialne – bo trzeba pamiętać o tym, że nasza kultura to mnóstwo lat funkcjonowania w upokorzeniu i ograniczeniu – jesteśmy wyznawcami kultu ofiary, świętujemy głównie porażki. Jeśli komuś dobrze się powodzi, to pojawia się polska zawiść. I właśnie zawiść dobrze widać w sytuacjach rozwodowych. „On odchodzi, a ja zostaję sama z dziećmi, czyli to on będzie miał lepiej niż ja i nie chcę mu na to pozwolić, bo dlaczego to ja mam być pokrzywdzona?”. W drugą stronę działa to samo, jeśli to mężczyzna jest porzucany.

To zresztą paradoks, bo gdy czytam statystyki spraw rozwodowych, okazuje się, że częściej to kobiety pragną się rozstać. Na tej podstawie można by stwierdzić, że to one porzucają mężczyzn, a to nieprawda. Widzę przecież, jak to wygląda w gabinecie. To jest reakcja kobiet na to, że mężczyźni już wcześniej wycofali się ze związków albo też związek obumarł z różnych powodów.

Wyobraź sobie, że czyta nas teraz kobieta i myśli: „Już nie mogę słuchać o tym, że mężczyźni są tacy pokrzywdzeni i mają dzisiaj gorzej”…
Nie chcę rozmawiać o tym, czy to mężczyźni, czy może jednak kobiety mają dzisiaj gorzej. Najgorzej mają dzieci. Bo kobieta i mężczyzna po rozwodzie sobie poradzą: pójdą na psychoterapię lub znajdą innego partnera. Są dorośli, dlatego mają zasoby, żeby się ogarnąć. Inaczej jest z dziećmi, którym dzieje się w tej sytuacji olbrzymia krzywda. O tym chcę mówić. Dlatego mam apel do wszystkich rozwodzących się i walczących ze sobą ojców i matek: „Opamiętajcie się. Ponieważ to, co robicie, jest skrajnie egocentryczne i nie ma nic wspólnego ze zdrowym rodzicielstwem!”.

Dzieci nie potrafią obronić się same, w dodatku w ten sposób uczą się, że to jest naturalny sposób funkcjonowania w rodzinie czy relacji. A także tego, że są przedmiotem, za pomocą którego ktoś sobie coś udowadnia. Wchodzą w dorosłe życie z olbrzymią raną w sercu i zapraszają drugiego człowieka do relacji po to, żeby im tę ranę wyleczył. Tutaj właśnie pojawia się problem. A wracając do tego, czy bardziej pokrzywdzeni są dzisiaj panowie, czy panie, odpowiedź brzmi: krzywdzimy siebie nawzajem.

Skoro to kobiety częściej zajmują się dzisiaj samorozwojem, trudno mi sobie wyobrazić, że taka samoświadoma kobieta, która zdaje sobie sprawę z tego, że alienacja dziecka jest dla niego krzywdą, nadal to robi.
To prawda, dziś statystycznie więcej kobiet zajmuje się samorozwojem. Z drugiej strony często widzę ludzi – zarówno kobiety, jak i mężczyzn – którzy chodzą od kursu do warsztatu, nabijając sobie głowę nowymi pomysłami, ale odbywa się to jedynie na powierzchni, nie wnika do ich głębi i nie prowadzi do pracy nad sobą. Jestem zwolennikiem prostego myślenia, czyli tego, że lepiej wiedzieć o jednej rzeczy i faktycznie ją praktykować, niż wiedzieć o pięćdziesięciu, a potrafić o nich tylko opowiedzieć. Poza tym gdy mówimy, że kobiety inwestują w samorozwój, to nie możemy powiedzieć, że tak robi większość kobiet, tylko że robi tak więcej kobiet niż mężczyzn. Nie znam badań na temat tego, jaki procent kobiet zaangażowanych w samorozwój alienuje swoje dziecko, ale mam głęboką wiarę w to, że to jednak niewielki odsetek.

Myślę, że kobieta, która wchodzi w tryb alienacji rodzicielskiej, realizuje w ten sposób swoje zamrożone emocje – wywołane jej relacją z ojcem, a później przeniesione na partnera. Często rozmawiamy o nieobecnych ojcach w kontekście ich synów, czas na to, żeby głośno powiedzieć o tym, że kobiety też są poranione, tylko inaczej niż mężczyźni. Mężczyźni mają olbrzymi problem z definiowaniem swojej męskości i tożsamości. Kobiety noszą w sobie poczucie odrzucenia, zaniedbania i wykorzystania. Patrząc z tej perspektywy, jeśli pojawia się w życiu takiej kobiety mężczyzna, a później pojawiają się dzieci, po czym on mówi: „Niestety, nie będę kontynuował z tobą tej przygody”, to odrzucenie boli ją podwójnie.

Uświadomienie sobie tego, jak wygląda moja relacja z ojcem i w jaki sposób wpływa na moje zachowanie, może mi pomóc uwolnić się od automatycznej reakcji – alienowania ojca dziecka?
Tak, chociaż nie twierdzę, że zawsze, bo znam i mogę sobie wyobrazić takie przypadki, kiedy mężczyźni zachowali się w stosunku do kobiet w niegodny sposób, co daje przestrzeń do tego, żeby realizować swoją złość i niechęć do nich. Jednak jeśli mówimy o kobiecie, w której pojawia się chęć do ograniczenia kontaktów ojca z dzieckiem nie w reakcji na jego karygodne zachowanie, radziłbym, by zadała sobie pytania: Co to mówi o mnie? Nie o tym mężczyźnie. Czy uważam, że dzieci nie potrzebują ojców? Skąd to przekonanie? Czy sama wychowałam się bez ojca?

Raport Michała Gulczyńskiego „Przemilczane nierówności. O problemach mężczyzn w Polsce” z maja 2021 roku pokazuje, że co szósty ojciec deklaruje, że jego umiejętności w sprawowaniu opieki nad dzieckiem są podważane przez matkę. „Ponadto umiejętności podobnego odsetka ojców są podważane również przez inne osoby z otoczenia” – czytamy. Jak sobie z tym poradzić, jeśli każdy z nas ma inną optykę, inny model wychowania – czy można się dogadać?
Wielu mężczyzn nie potrafi sobie z tym poradzić inaczej niż poprzez agresję, złość albo wycofanie się. Bo co można z tym zrobić? Powołam się na mojego mentora Wojciecha Eichelbergera, który kiedyś powiedział: „Najlepsze, co możesz zrobić dla swoich dzieci, to zaoferować im bardzo różnorodne doświadczenia”. A zatem im więcej osób jest zaangażowanych w wychowanie dzieci, tym więcej widzą różnych postaw, sposobów realizacji potrzeb, załatwiania spraw czy radzenia sobie z emocjami. To pozwala im wybrać takie metody, które będą dla nich najlepsze i najskuteczniejsze w procesie indywiduacji.

A jeśli mówimy o perspektywie „wiem najlepiej, co jest dla mojego dziecka dobre”, mówimy o nadopiekuńczości, a to jest przemoc! To pozbawianie małego człowieka podmiotowości. Zgodnie z mitem, że moje dziecko ma być wychowywane tylko tak, jak ja uważam. Komunikat: „Nie jestem zadowolona ze sposobu, w jaki opiekujesz się naszym dzieckiem, bo ja zrobiłabym to lepiej” – sygnalizuje, że kobieta powinna wykonać pewną pracę nad sobą. Wyjątkiem jest sytuacja, gdy ojciec jest przemocowy wobec dziecka.

Ale czasem faktycznie jedno z partnerów w większym stopniu odnajduje się w przestrzeni domowej. Każdy z nas ma umiejętności w innych obszarach życia i może chcieć doradzić coś drugiej stronie.
Doradzanie a ocenianie to dwie różne rzeczy. W poprzednich pokoleniach znaczna część kobiet zajmowała się domem, a ich mężowie byli nieobecni albo stale w pracy. Dlatego współczesne kobiety mają wzorzec: wiedzą, jak prać, gotować, sprzątać, ubierać dzieci, odrabiać z nimi lekcje… Zaś mężczyźni mają wzorzec nieobecnych ojców. A zatem wiedzą, czego nie należy robić, i dzisiaj muszą eksperymentować, żeby znaleźć własną drogę realizacji ojcostwa. Dlatego mogę się z tobą zgodzić, że kobiety mają prawo uważać, że są bardziej kompetentne. Każdy z nas ma inne umiejętności, jednak nie dzieliłbym ich na lepsze czy gorsze.

Ale skoro tak silnie rozwija się proces podziału obowiązków domowych, to powinien pójść za tym ruch podziału obowiązków wychowawczych. Wychowawczych, a nie opiekuńczych. Opiekowanie się polega na prostych czynnościach, a wychowywanie to pokazywanie świata, sposobu radzenia sobie w różnych sytuacjach czy uczenie wartości.

A co, jeśli okazuje się, że mamy z partnerem inne wartości? Ja mówię: „Śmiało, synku, pomaluj sobie paznokcie”, a męska część naszej rodziny stawia opór. Czy takie różnice są do pogodzenia? Czy można się różnić, czy trzeba trzymać zawsze wspólny front?
Dotykasz sedna sprawy, bo kluczem w tworzeniu zdrowych relacji jest opieranie się na wspólnych wartościach. Jeśli tak nie jest, pojawiają się konflikty. Jednym z trzech głównych powodów rozpadu związków są dzisiaj różnice w sposobie wychowywania czy opiekowania się dziećmi, np. gdy jedna osoba myśli w kategoriach genderowych, a druga jest bardziej tradycyjna. I zaczyna się walka. Dlatego powtórzę raz jeszcze: dziecko i tak wcześniej czy później wybierze swoją drogę – taką, która będzie dla niego najkorzystniejsza. Dlatego rodzice mogą się spierać, kluczowe jest to, czy potrafią się dogadać.

A może też czasem mężczyźni pozwalają się alienować z wychowaniu, na przykład z wygodnictwa?
Ponieważ, jak już powiedzieliśmy, współcześni mężczyźni mają wzorzec ojca nieobecnego, niektórzy w momencie, gdy robi się trudniej, po prostu wchodzą dokładnie w ten sam sposób zachowania. Wychowywanie dzieci to gigantyczna robota, angażująca energetycznie i emocjonalnie. Mężczyźni przychodzą na moje warsztaty głównie dlatego, że nie potrafią obsługiwać tych wszystkich emocji, są one dla nich niejasne i nie do udźwignięcia. Mały człowiek jest często nachalny, skupiony na tym, żeby zaspokajać jego potrzeby od razu. I nie ma barier w komunikowaniu swoich frustracji. No i wielu facetów przy tym wymięka. „No dobra, jak tak bardzo chcesz, to wychowuj sama te dzieci, lepiej ci to idzie”. Czy wiesz, jak często słyszę w swoim gabinecie od facetów: „Robię to dla dobra dzieci”…?

To jak im pomóc, żeby nie wchodzili w ten schemat z dzieciństwa, który wiąże się z wycofaniem i brakiem zaangażowania w życie dziecka?
Oni nie mają wcale potrzeby, żeby im ktoś pomagał.

A gdyby jakiś mężczyzna czytał teraz naszą rozmowę i pomyślał, że na jakiś czas wycofa się z bycia ojcem, a gdy dziecko podrośnie, wtedy wszystko mu wytłumaczy. Co byś mu powiedział?
Istnieją mężczyźni, którzy będą myśleli: „Skoro ja nie miałem ojca i dałem radę, ty też, synu, sobie poradzisz”. Dziesięciu na dwunastu facetów z moich warsztatów deklaruje, że w przestrzeni publicznej kompletnie odcina się od emocji, co według nich pozwala na osiąganie wysokich rezultatów społeczno-ekonomicznych. A później okazuje się, że prawie wszyscy mają patologiczną relację z ojcem lub są DDA.

Co bym powiedział takiemu mężczyźnie? Anegdotę z ostatnich warsztatów, kiedy jeden z uczestników stwierdził, że do tej pory emocje były dla niego kompletnie nieistotne. Zorientował się, gdy parę lat temu żona nagle poprosiła go: „Powiedz, co czujesz”. A on, w akcie dezorientacji, zaczął wąchać powietrze.

Czy są takie przypadki, kiedy alienacja rodzicielska ma sens?
Kiedy ktoś, bez względu na płeć, jest rodzicem tworzącym szeroką patologię, czyli przemocowym fizycznie bądź psychicznie.

Co może zrobić alienowany mężczyzna, który pragnie kontaktu z dzieckiem, a alienacja nie jest konieczna?
W sprawie skutecznych metod egzekwowania prawnych ustaleń opieki nad dzieckiem przez ojców odsyłam ich do prawników. Ja staram się pracować nad ich niezłomnością, żeby wytrwali i nie rezygnowali z bycia obecnym ojcem dla swojego dziecka. Bo konflikt między rodzicami z czasem jednak słabnie, np. gdy kobieta znajduje sobie nowego partnera.

A co to znaczy być dobrym ojcem po rozwodzie?
Dokładnie to samo, co przed rozwodem, czyli poświęcanie dzieciom uwagi, interesowanie się nimi, pokazywanie im świata, organizowanie czegoś dla nich, po prostu dbanie o tę relację.

Sądzisz, że zjawisko alienacji rodzicielskiej będzie przybierało na sile?
To zależy od tego, co będzie się działo w pokoleniu, które teraz zaczyna mieć dzieci. Jednak jestem optymistą. W gabinecie zauważam, że im bardziej kobieta jest wyedukowana i zaangażowana w budowanie kariery zawodowej, tym rzadziej w rodzinie występuje zjawisko alienacji. Dlatego cała nadzieja w kobietach, które mają wysokie poczucie własnej wartości i realizują się na różnych obszarach, nie tylko przez wychowywanie dzieci.

Jacek Masłowski: filozof, coach, psychoterapeuta w Instytucie Psychoterapii Masculinum, współtwórca i prezes Fundacji Masculinum, współautor książek.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze