1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia

Samotny nie znaczy sam – fragment książki „Pokochaj siebie. Jak zbudować dobrą relację z samą sobą”

„Pokochaj siebie. Jak zbudować dobrą relację z samą sobą” Silvii Congost zachwyci wszystkich, do których przemówiły „Czuła przewodniczka” Natalii de Barbaro, „Jedz, módl się, kochaj” Elizabeth Gilbert, „Biegnąca z wilkami” Clarissy Estés czy poradniki Stefanie Stahl. (Fot. materiały prasowe)
„Brak partnera nie oznacza, że jesteś sama. Masz siebie – najważniejszą osobę w swoim życiu” – przekonuje Silvia Congost, psycholożka specjalizująca się w obszarach samooceny, zależności emocjonalnej i konfliktów w związkach, autorka poradnika „Pokochaj siebie. Jak zbudować dobrą relację z samą sobą”. Publikujemy jej fragment.

Kiedy mówimy o samotności, często utożsamiamy ją ze stanem fizycznego przebywania w pojedynkę, a lęk przed samotnością kojarzymy z sytuacją, w której nie mamy nikogo, z kim moglibyśmy zbudować więź i realizować tak ważną przecież potrzebę miłości. Choć nie zawsze zdajemy sobie z tego sprawę, to, co najbardziej nas przeraża w samotności, to brak partnera.

Tak naprawdę boimy się nie samotności, ale braku partnera.

I oczywiście jeśli przeanalizujemy to z pewnej perspektywy, zdamy sobie sprawę, że myśląc racjonalnie, wcale nie potrzebujemy partnera, aby przeżyć lub być szczęśliwymi. Z pewnością większość z nas woli mieć partnera, niż go nie mieć, ale to nie oznacza, że jeśli na pewnym etapie naszego życia go nie mamy, to nasze życie zatrzymuje się w miejscu. Nawet gdy ten etap wydłuża się w czasie.

Spotkałam wielu ludzi, w których głowach alarm „niebezpieczeństwo! niebezpieczeństwo! niebezpieczeństwo!” brzmi tak donośnie, kiedy zostają sami, że mają na tym punkcie całkowitą obsesję. Chodzą po świecie dosłownie zdesperowani, aby znaleźć kogoś tak szybko jak to możliwe. Potrafią w tym celu robić naprawdę szalone rzeczy i związać się z pierwszą osobą, która zwróci na nich uwagę lub wykaże minimalne zainteresowanie.

Traktują to jako priorytetową potrzebę, spychają na drugi plan inne sprawy, nawet własne dzieci, stawiając na pierwszym miejscu posiadanie partnera. Nawet jeśli ten rzekomy nowy partner wcale ich nie przekonuje – albo ma cechy, które wręcz im przeszkadzają – lekceważą to albo przymykają na to oko, ponieważ dla nich najważniejszą i najpilniejszą rzeczą jest wydostanie się ze stanu „brak partnera”.

A jeśli z różnych względów życiowych okazuje się, że ten nowy związek ostatecznie się nie udaje i dobiega końca (to znaczy zostają porzuceni, bo takim osobom zostawienie kogoś zwykle przychodzi z dużo większym trudem), to doświadczają tego jako autentycznej tragedii. Ich poczucie własnej wartości leci w dół, tracą wolę życia i w niczym nie znajdują już sensu. Spadają na dno studni, ponownie rozbici, ponieważ zdają sobie sprawę, że wszystko na nic, a ich wysiłki poszły na marne. Dali z siebie wszystko, a nawet więcej, a prawda jest taka, że to nie najlepszy scenariusz na rozpoczęcie związku. Powinniśmy zrozumieć, że dla nikogo nie jest to atrakcyjne ani korzystne.

Udowodniono, że nawet kiedy jesteśmy zakochani i bardzo pragniemy dzielić wszystko z drugą osobą, spędzać z nią każdą chwilę, to im więcej spokoju postaramy się przy tym zachować, im mniej będziemy naciskać, tym łatwiej będzie nam się posuwać naprzód w kierunku ewentualnej długoterminowej relacji. Osoby, które już na wejściu pozwalają drugiej stronie na wiele, podporządkowują się i nie wyznaczają granic, które dają z siebie wszystko, jeszcze zanim zostaną o to poproszone, sprawiają, że ich partnerzy stopniowo tracą zainteresowanie. Wszystko staje się tak bezpieczne i przewidywalne, że magia, która towarzyszy początkowi związku, szybko gdzieś ulatuje.

Nie chcę przez to powiedzieć, że powinniśmy zachowywać się tak, aby nasz partner był niepewny naszych uczuć, nic bardziej mylnego. Twierdzę jedynie, że jak najszybciej powinniśmy mu uzmysłowić, że my również mamy swoją osobowość, swoje preferencje i swoje ograniczenia. Od początku musimy je pokazywać, tak aby druga strona widziała, że nie wszystko jest dozwolone i że niektóre rzeczy lubimy bardziej niż inne. Obejmuje to umiejętność mówienia „nie”, bez względu na to, jak bardzo boimy się odmawiać z obawy, że partner nas opuści i znów zostaniemy sami.

Ważne jest, abyśmy zrozumieli, że człowiek może żyć bez stałego partnera. Wiele osób z powodzeniem to robi, co wcale nie oznacza, że są dziwakami albo że mają jakąś traumę, jak kiedyś sądzono. Są ludzie, którzy przyzwyczaili się, że nie wiszą na czyimkolwiek ramieniu. Są całkowicie niezależni, mają swoje życie wewnętrzne, które pielęgnują, swoje przyjaźnie, o które dbają, a to, że nie mają partnera – być może nawet od dawna – przeżywają jako coś całkowicie normalnego. Po prostu nie spotkali nikogo, kto by im odpowiadał, albo kogoś, kto naprawdę wprawiłby ich serca w drżenie – i to im nie przeszkadza.

Uważam, że w tym właśnie tkwi klucz do sukcesu – w przeżywaniu samotności jako czegoś normalnego, ze spokojem.

Na drugim biegunie są osoby, które przeżywają ją w sposób obsesyjny i rozpaczliwy. W rezultacie stają się smutne i zgorzkniałe. Ich poczucie własnej wartości słabnie, a jakość życia ulega pogorszeniu, zwłaszcza że z czasem ta desperacja staje się widoczna i zdecydowanie nie przysparza im atrakcyjności.

Niewykluczone, że nadejdzie taki dzień, w którym osoba, która dotąd w sposób naturalny i spokojny żyła bez partnera, spotka kogoś nieodpowiedniego i sama utknie w toksycznym związku, z którego trudno będzie jej się wydostać. To może się przytrafić każdemu z nas. Ale najważniejsze jest to, że taka osoba już wie, że może się obejść bez partnera, ponieważ już tego doświadczyła i samotność jej nie przeraża. Zna jej oblicze i wie, że nie jest taka straszna, jak wyobrażają sobie to ci, którzy się jej boją.

Podczas swoich konferencji zawsze kładę nacisk na to, że najpierw trzeba nauczyć się dobrze żyć samemu, aby móc dobrze żyć z partnerem. Kiedy przeżywamy etap samotności jako pozytywne doświadczenie, dowiadujemy się, na czym ona polega, i tracimy ten paraliżujący strach przed nią.

Życie bez partnera to nie piekło. Bycie singlem to ogromna szansa na rozwój. To czas, aby lepiej poznać siebie, nauczyć się być ze sobą, odkryć to, co naprawdę lubimy, i delektować się tym w swoim własnym tempie.

Ze względu na rosnącą potrzebę więzi stajemy się bardziej otwarci (a przynajmniej musimy się bardziej starać, aby takimi być), co pozwala nam spotykać innych ludzi, których w przeciwnym wypadku może nigdy byśmy nie poznali, i sprawia, że przydarzają nam się nieoczekiwane i zaskakujące rzeczy.

Trzeba zrozumieć, że choć utożsamiamy brak partnera z samotnością, to nawet jeśli nie mamy partnera, nie musimy być sami. Czasami to, czy mamy partnera, nie zależy od nas i niewiele możemy zrobić, aby to zmienić, możemy to jedynie zaakceptować. Ale to, czy rzeczywiście będziemy sami, zależy już całkowicie od nas. Jesteśmy otoczeni ludźmi. Owszem, większość z nich to nieznajomi, ale tylko dopóki nie zechcemy tego zmienić. Zawsze możemy zagadnąć kogoś w kawiarni lub w sklepie i całkiem możliwe, że przydarzy nam się coś zaskakującego.


W ciągu naszego życia zazwyczaj udaje nam się z kimś zaprzyjaźnić, nawet jeśli to tylko jedna lub dwie osoby; większość z nas ma również jakąś rodzinę. Raz dogadujemy się z nimi lepiej, raz gorzej, mamy wokół siebie mniej lub więcej bliskich osób, ale zazwyczaj ktoś jest. A jeśli nie mamy nikogo, to powinniśmy się zastanowić, co możemy zrobić, aby to zmienić.
To ostatnio modne, ale trafne podejście – zamiast się czymś martwić, należy się tym zająć. Wszystko w naszych rękach.
Powtórzmy to z całym naciskiem: brak partnera nie musi oznaczać izolacji od świata. Nie potrzebujemy partnera, ale potrzebujemy wokół innych ludzi, na których nam zależy.

Możemy nie mieć partnera i być szczęśliwi, ale nie możemy być szczęśliwi, jeżeli cały czas jesteśmy sami.

Jeśli w danym momencie nie mamy partnera, pamiętajmy o tym, że nie musimy – a nawet nie powinniśmy – być sami. Możemy się skupić na tworzeniu sieci ludzi, z którymi czujemy się komfortowo, z którymi możemy nawiązać więź, poczuć z ich strony bliskość i sympatię. W ten sposób zaspokoimy naturalną potrzebę więzi i unikniemy biologicznego przeświadczenia, że znaleźliśmy się w niebezpieczeństwie i nasze życie wisi na włosku.

Zmarszczka w sercu

Często wspominam moją babcię. Nie ma jej już z nami i bardzo za nią tęsknię. Kilka lat temu, pewnego zimowego popołudnia, wybrałam się do niej z wizytą, aby spędzić u niej kilka godzin. Ilekroć ją odwiedzałam, chciała, żebym opowiadała jej o swoim
życiu, swojej pracy, nowych książkach, projektach i tym podobnych. Tego popołudnia, kiedy zaczęłam mówić o problemach
uczuciowych, zapytała mnie, czy znam legendę o zmarszczce w sercu. Nie miałam pojęcia, o czym mówi, więc skupiłam całą swoją uwagę na tym, co miała mi do powiedzenia.

Stara legenda głosi, że każdy człowiek od urodzenia ma w sercu małą zmarszczkę. To drobna nierówność, która uwiera, a nawet sprawia ból do tego stopnia, że przez całe życie szukamy sposobów na to, jak ją wygładzić. Skąd się bierze? Otóż każdy z nas pochodzi od tej samej wszechogarniającej Całości, jednak przy narodzinach zajmujemy tymczasowe „opakowanie”, jakim jest nasze ciało, zapominając o tym, kim jesteśmy, skąd pochodzimy i dokąd zmierzamy.
W momencie narodzin zostajemy wyrwani, wykorzenieni z tej nadprzyrodzonej materii, z której wyszliśmy i z którą pozostajemy w jakimś stopniu połączeni – i właśnie wtedy w naszym sercu tworzy się zmarszczka. Sam fakt życia w osobnym ciele już na starcie sprawia, że łatwiej nam poczuć osamotnienie, rozdarcie, wykluczenie… To część przygody życia, jednak w głębi duszy pozostajemy związani z Całością, od której pochodzimy i do której pewnego dnia nieuchronnie powrócimy.

Mówią, że ta zmarszczka działa na naszą korzyść, ponieważ pomaga nam zachować świadomość, że najbardziej na całym świecie potrzebujemy miłości, i to dzięki niej nosimy w sobie pragnienie, by wchodzić w relacje z innymi ludźmi. Z tego samego powodu kiedy ktoś okaże nam wystarczająco dużo miłości, może nam się wydawać, że ta zmarszczka znika. To jednak nieprawda. Nadal pozostajemy osobni w stosunku do innych ludzi, ale im więcej dobra od nich otrzymujemy, tym mniej uwagi poświęcamy bólowi wywołanemu przez niewygodną zmarszczkę w naszym sercu. Dlatego tak bardzo potrzebujemy więzi z innymi, choć w najgorszych przypadkach może nas to doprowadzić do swoistej obsesji na punkcie wygładzenia tej dokuczliwej niedoskonałości.
Szkopuł w tym, że w istocie nie jesteśmy ani sami, ani osobni. Tak nam się wydaje, ale w rzeczywistości pozostajemy połączeni z Całością, z której kiedyś wyszliśmy. Osobą, która zwykle dysponuje największą mocą uśmierzania bólu spowodowanego
poczuciem osamotnienia, jest matka, ponieważ po pierwotnym doświadczeniu oddzielenia się od Całości to właśnie ona uspokaja nas swoją bezwarunkową miłością. Później próbujemy łagodzić ten ból w naszych związkach. I dlatego z taką łatwością wpadamy w pułapkę zależności od partnera i nadajemy nieograniczone znaczenie temu, by mieć z kim dzielić życie.

Kiedy zostajemy sami, czujemy się niekompletni i bezradni, nabieramy przekonania, że nasze życie nie ma sensu. A to nigdy nie jest dobre. W rzeczywistości nie istnieje nic zewnętrznego, co mogłoby usunąć tę zmarszczkę, ponieważ wygładzić może ją tylko nasza wewnętrzna świadomość jedności i wiara w życie. Ta świadomość jest w gruncie rzeczy jedynym elementem, który eliminuje
rozpacz i prowadzi nas do spełnienia.

Nie wiem, czy legenda o zmarszczce w sercu, którą opowiedziała mi moja babcia, jest prawdziwa, ale odkąd usłyszałam ją po raz pierwszy, zawsze mnie porusza. Stanowi na pewno cenną metaforę, która pozwala zakwestionować lęk przed samotnością i spojrzeć na życie z dużo szerszej i głębszej, umożliwiającej przemianę perspektywy.

„Pokochaj siebie. Jak zbudować dobrą relację z samą sobą”, Silvia Congost, wydawnictwo Znak Literanova

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze