1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia

Bycie DDA to nie wyrok. Rozmowa z Ewą Woydyłło-Osiatyńską, psycholożką i terapeutką uzależnień

Wrodzona siła i odporność, zwana w psychologii rezyliencją, pozwalają nam zbudować sobie lepszy świat. Chodzi o swoistą sprężystość emocjonalną, odejście od „tkwienia w bólu”.(Fot. iStock)
„Każdy człowiek, niezależnie od tego czy pochodzi z rodziny dysfunkcyjnej z powodu alkoholu, czy to z innego powodu – na przykład ciężkiej depresji matki czy powtarzających się zdrad ojca albo nawet po prostu z głębokiego ubóstwa materialnego – mierzy się z rozmaitymi trudnościami. Powiem więcej, większość z nas mierzy się w jakiś sposób ze swoim dzieciństwem, bo prawda jest taka, że dzieci odczuwają absolutnie wszystko, co dotyczy przeżyć najbliższych dorosłych, a ci nierzadko mają naprawdę poważne problemy ze sobą. Ale czy bycie DDA zamyka nam drogę do szczęścia? Absolutnie nie” – mówi Ewa Woydyłło-Osiatyńska, psycholożka i terapeutka uzależnień.  

Czy mam szansę na dobre, „normalne” życie, na zbudowanie zdrowych i trwałych relacji, jeśli jestem DDA? Bo bycie dorosłym dzieckiem alkoholika przez wielu traktowane jest niemal jak dożywotnie naznaczenie…
Mam dwie odpowiedzi. Tak, to jest dozgonne naznaczenie, to biograficzny rys, podobnie jak ten, że ktoś urodził się na wsi albo w mieście. To są ślady, które trzeba brać pod uwagę, bo to po prostu fragment naszej biografii. Ale czy bycie DDA zamyka nam drogę do szczęścia? Absolutnie nie. Czy odbiera nam możliwość radzenia sobie z wyzwaniami, z trudnymi sytuacjami w życiu, łącznie z tymi, które dotyczą rodziny pochodzenia? Absolutnie nie. Są badania, pierwotnie przeprowadzone w Stanach Zjednoczonych, a potem powtórzone w wielu krajach, w Polsce także w latach 90. przez Instytut Psychiatrii na populacji dorosłych dzieci alkoholików, z których wynika jasno, że tylko jedna taka osoba na trzy ponosi szkody tak głębokie, że wymagają one profesjonalnej pomocy psychiatry czy psychoterapeuty. Pozostałe dwie osoby, chociaż z różnymi trudnościami po drodze, wychodzą na prostą. To bardzo pocieszający wniosek.

Zatem nasz start może być trudny, ale on nie zamyka drogi do dobrego życia.
I chcę to bardzo wyraźnie podkreślać, bo wiem, że nawet przeczytanie czegoś w książce czy w artykule właśnie dla niektórych osób ma wielkie znaczenie.

Wyobraźmy sobie, że jestem młodą dziewczyną i mam 148 centymetrów wzrostu. Przeczytałam gdzieś, że niskie osoby nie mają w życiu powodzenia. Czy wie Pani jak dalece ta informacja może popsuć moje myślenie o sobie, jak może „zaprogramować” to, jak będę postrzegać siebie i swoje możliwości? Są osoby, u których bardzo silnie wpłynie to na obniżenie pewności siebie.

Dlatego będziemy w tej rozmowie powtarzać, że nie wolno sugerować się nadmiernie tym, co w naszej biografii lub w naszych atrybutach jest niekorzystne lub odbiegające od wysokich standardów, jak np. nieszczęśliwe dzieciństwo czy niezbyt atrakcyjna sylwetka.

Każdy człowiek, niezależnie od tego, czy pochodzi z rodziny dysfunkcyjnej z powodu alkoholu, czy to z innego powodu – na przykład ciężkiej depresji matki czy powtarzających się zdrad ojca albo nawet po prostu z głębokiego ubóstwa materialnego – mierzy się z rozmaitymi trudnościami. Powiem więcej, większość z nas mierzy się w jakiś sposób ze swoim dzieciństwem, bo prawda jest taka, że dzieci odczuwają absolutnie wszystko, co dotyczy przeżyć najbliższych dorosłych, a ci nierzadko mają naprawdę poważne problemy ze sobą.

Ale jednocześnie są osoby pochodzące z rodzin, w których nadużywano alkoholu, a mimo to dobrze funkcjonują. Mają udane związki, szczęśliwe rodziny, radosne dzieciaki, są ciepli, kochający, są fajnymi kumplami i dobrymi przyjaciółmi. Bo na osobowość, charakter, na stosunek do życia składa się milion czynników.

I nie są to wcale osoby, które przeszły długoletnią terapię…
O nie. Wbrew temu, co moglibyśmy sądzić, terapia w Polsce to wciąż temat dotyczący niewielkiego procenta ludzi. Różne rzeczy się na to składają: świadomość potrzeb, dostęp do terapeutów, możliwości finansowe, ale nie tylko. Dziś przeczytałam na przykład na Facebooku wpis pewnego księdza. Sens był taki: spowiedź jest niezwykle ważna, bo kto nie chodzi do spowiedzi, to NIESTETY może wylądować na psychoterapii… Inny niepokojący przykład: jakiś czas temu byłam na spotkaniu w bibliotece jednej z dzielnic w Warszawie i usłyszałam: „Proszę pani, co zrobić, bo mam problem z dzieckiem, ale przecież jak poślę je do psychologa, to wszyscy powiedzą, że jest wariatem”. Pytam: „Jacy wszyscy?!”. A mówimy przecież o dużym mieście…

DDA to osoba, która wychowała się w rodzinie alkoholowej, czyli właściwie jakiej?
Czyli w takiej, w której przynajmniej jedna osoba nadużywała alkoholu. Po czym poznajemy, że ktoś nadużywa alkoholu? W największym skrócie – po tym, że upija się i zachowuje się źle. Czyli na przykład: awanturuje się, potrafi uderzyć, obraża innych, trwoni pieniądze, zaniedbuje obowiązki, niszczy przedmioty, staje się niebezpieczny dla siebie i innych. W skrajnych przypadkach w domu pojawia się policja, interweniują sąsiedzi, ktoś się boi, ktoś płacze itd. W takiej rodzinie nie ma poczucia bezpieczeństwa, panuje chaos i nieprzewidywalność. Dziecko chłonie tę atmosferę. Może niewiele rozumieć, ale niezależnie od wieku – czuje, że dzieje się źle. Zawsze wyczuwa napięcie. Siłą rzeczy staje się uczestnikiem rozgrywek między dorosłymi.

Od czego zależy to, że wyrastając w takim domu, ktoś będzie jedną z tych dwóch na trzy osoby, które nie potrzebują leczenia, lub tą jedną, która pomocy będzie potrzebować?
Badania pokazują, że jeżeli dziecko z dysfunkcyjnej rodziny trafi choćby na jedną dorosłą osobę, która wyciągnie do niego pomocną rękę i zaopiekuje się nim, to ma szansę nie ucierpieć zbytnio od tego, co dzieje się w domu. To może być ciocia, pani w szkole, trener sportowy, tata czy mama kolegi, to może być każdy, kto zauważy, że dziecko cierpi, i okaże mu przyjaźń i wsparcie. Czyli wypełni dobrą rolę wychowawczą, którą w zbyt małym stopniu wypełnia dom rodzinny. Pozyska zaufanie dziecka i swoim wsparciem, zainteresowaniem pokaże, że dziecko zasługuje na szacunek, jest w czymś dobre, nie musi się wstydzić za problemy dorosłych, a poza tym po prostu okaże serce i uwagę, zapewniając to, czego dziecku brak w domu.

Czyli w skrócie można powiedzieć, że szansę na znalezienie się w tej „zwycięskiej” grupie ma to dziecko, które nie zostanie z alkoholową rodziną samo…
Tak. Był taki czas, gdy w szkołach organizowano świetlice socjoterapeutyczne dla „zaniedbanych” dzieci, finansowano kolonie dla dzieci z rodzin alkoholowych. W ten sposób powstawało coś w rodzaju „getta” dla takich dzieciaków– i to nie było dobre. Stygmatyzować można także z dobrego serca.

Mogło to jeszcze silniej naznaczać.
Tak, zdaje się, że już się tego nie praktykuje. Żadne getto nie jest dobre, bo po pierwsze, tak jak Pani zauważyła, dodatkowo naznacza, po drugie, powstaje miejsce, w którym spotykają się same smutne, zakompleksione dzieci, a przez to ich tożsamość tylko się wzmacnia. Tymczasem trzeba zdjąć z dziecka poczucie odpowiedzialności za to, skąd pochodzi, i pokazać mu, że nie musi powtarzać modelu chorej rodziny. Dziecko jest bardzo plastyczne, można je szacunkiem i ciepłym podejściem uwolnić od poczucia winy za patologię rodziców, kładąc nacisk na jego własne mocne strony. A przede wszystkim pomagając zaistnieć w sposób pozytywny w społeczności rówieśniczej oraz na drodze do rozwijania własnego potencjału. A to jest zadanie nauczycieli, pedagogów i psychologów.

Poza tym warto dodać, że każda osoba posiada specyficzne cechy osobowości i charakteru, każde dziecko też. I niektóre z nich są po prostu bardziej odporne na wpływy, nawet te rodzinne.

Czyli loteria…
No tak, wszyscy mamy jakiś wzrost, jakąś budowę kości, jakiś temperament itd. Wszystko, co stanowi o sile naszego charakteru, o naszej odporności, także zależy od naszego wyposażenia biologicznego. Jedno dziecko wciąż się przeziębia, inne biega w mrozie bez czapki, szalika i zawsze jest zdrowe. To samo odnosi się do tego, jak reagujemy na dobre i niedobre przeżycia… Po jednym dziecku to, co dzieje się w domu, spłynie jak woda po kaczce – będzie szukać sobie zajęć poza rodziną, szybko się zaprzyjaźni z innymi itd. Wrodzona siła i odporność pozwolą mu zbudować sobie lepszy świat. Bo nie jest z natury „podatny na tkwienie w bólu”. To się w psychologii nazywa rezyliencją. Chodzi o swoistą sprężystość emocjonalną. Jeśli dziecko ją ma, zdecydowanie lepiej sobie poradzi. Podam przykład: mały Jasio i Stasio są na wakacjach nad morzem, bawią się w piasku na brzegu. Nagle pojawia się ogromna fala, zalewa jednego i drugiego. Skotłowany Jasio wybucha płaczem, w panice szuka mamy i do końca pobytu już ani razu nie zbliży się do morza. Natomiast Stasio, którego skotłowała ta sama fala, otrząsa się i wchodzi coraz dalej, żeby zalała go kolejna fala i jego do końca wakacji nie można wyciągnąć z wody. Różnica reakcji wynika z tego, że mają odmienny stopień odporności na stres, emocje i zagrożenie. System nerwowy jest takim czujnikiem, który sygnalizuje, jakie natężenie mocnych wrażeń jest dla nas znośne albo nieznośne. I to przekłada się na to, jak poradzimy sobie w dzieciństwie – a potem w dorosłości – z mniej lub bardziej burzliwymi doświadczeniami, między innymi w rodzinie alkoholowej.

Załóżmy, że nie miałam szczęścia – nie trafiłam na właściwego dorosłego, nie mam charakteru Stasia, a pochodzę z rodziny alkoholowej. Co powinnam zrobić, co mogę zrobić, by nie iść przez całe dorosłe życie ze sztandarem: „Jestem DDA, więc jestem nieszczęśliwa”?
Autosugestia, szczególnie ta poparta smutnym, trudnym doświadczeniem, ma wielką moc. Trzeba jej unikać, bo to tak, jakbyśmy powiedzieli sobie: „OK, ta układanka się zgadza, tu wszystko do siebie pasuje, tak musi być, nie mam wyjścia”. No nie! Te puzzle trzeba właśnie ułożyć na nowo. Zdarzało mi się usłyszeć kiedyś od pacjentki, że jest DDA i przez to jest złą matką, wiadomo – nie miała odpowiedniego wzoru. Pytam: „A czy zna pani jakiś język obcy?”. Patrzy na mnie ze zdziwieniem, ale odpowiada: „Tak, angielski i francuski”. Mówię: „A, to mama panią nauczyła angielskiego, a może tata był Francuzem?”, ona z jeszcze większym zdziwieniem: „Nie, sama się nauczyłam”. A ja na to: „No właśnie, dokładnie tak samo może pani nauczyć się bycia dobrą mamą”. Zmiana polega na uczeniu się tego, czego nam brakuje. Właśnie temu służy terapia — pomaga uruchomić zmianę w tych dziedzinach i sprawach, które wymagają ulepszenia. Terapia pomaga uruchomić proces zmiany. Bywa to czasem trudne i bolesne, ale dla poprawy własnego życia warto wypróbować każdą, nawet najtrudniejszą drogę. Trzeba tylko podjąć decyzję i wybrać najlepszy dla siebie sposób. Dorosłość polega na wzięciu na siebie odpowiedzialności za swoje życie tu i teraz. Przeszłości nie zmienimy. Ale teraźniejszość i przyszłość możemy zmieniać. W domu rodzinnym mogło być źle, ale dziś to każdy sam decyduje, jak chce żyć. Bycie DDA nie powinno stać się usprawiedliwieniem niedobrego życia. W domu się czegoś nie nauczyłam, to nauczę się tego dziś.

Rozumiem, że według Pani nie należy zbyt długo „taplać się” w swoim dzieciństwie…
No zawsze lepiej uczyć się szybciej niż wolniej. Ale jedni potrzebują więcej czasu, inni mniej, to zależy od bardzo wielu uwarunkowań, wewnętrznych i zewnętrznych. No i przede wszystkim zależy to od rodzaju krzywd, traum i głębokości doznanych zranień, zwłaszcza tych wciąż niezabliźnionych i niewybaczonych. Terapia to przecież właśnie leczenie… Gdy komuś ciąży złe dzieciństwo, to konieczne jest poszukanie pomocy zamiast cierpienia w milczeniu, izolacji i smutku. Nie wolno nigdy przekreślać swoich szans na poprawę jakości życia.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze