1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia

Jak przepracować deficyty z dzieciństwa? – wyjaśnia psychoterapeutka Monika Wasilewska

Wielu ludzi ma nie do końca udane dzieciństwo, przez co wchodzi w dorosłość z różnymi deficytami. Im są one większe, tym trudniej realizować się w życiu. Jeśli braki były poważne albo trwały przez okres całego dzieciństwa, bez terapii trudno będzie sobie poradzić, bo człowiek sam ich nie zobaczy. (Fot. iStock)
To my sami musimy zadbać o siebie. Czyli o to, żeby nasz wewnętrzny rodzic nauczył się dobrze karmić nasze wewnętrzne dziecko. Biologiczni rodzice już tego nie zrobią. Psycholożka i psychoterapeutka Monika Wasilewska wyjaśnia, jak przepracować własne deficyty z dzieciństwa.

Czy można być szczęśliwym dorosłym bez szczęśliwego dzieciństwa?
Można! Inaczej nasze życie byłoby niezwykle smutne, a w dodatku bardzo niesprawiedliwe. Nie dość, że miałam nieszczęśliwe dzieciństwo, to jeszcze resztę życia mam mieć nieszczęśliwą?

Wielu ludzi ma nie do końca udane dzieciństwo, przez co wchodzi w dorosłość z różnymi deficytami. Im są one większe, tym trudniej realizować się w życiu. Jeśli braki były poważne albo trwały przez okres całego dzieciństwa, bez terapii trudno będzie sobie poradzić, bo człowiek sam ich nie zobaczy. Wprawdzie czuje, że coś jest nie tak, np. nie może poczuć spełnienia w tej czy innej dziedzinie, ale nie jest w stanie określić, dlaczego tak się dzieje.

Zazwyczaj pacjenci przychodzą do mojego gabinetu i mówią: „Jest mi źle, nie umiem dogadać się z ludźmi” albo: „Nie potrafię porozumieć się z moim partnerem”, „Nie mogę znaleźć sobie partnerki”. A deficyty z dzieciństwa najczęściej wpływają na życie osobiste bardziej niż na funkcjonowanie zawodowe.

Psychologia mówi, że nie ma determinizmu wczesnodziecięcego, a jednak gdy sami zostajemy rodzicami, wszystko do nas wraca ze zdwojoną siłą. To chyba dobry moment na przeanalizowanie tego, jak moje dzieciństwo wpłynęło na to, jakim teraz jestem człowiekiem.
Najpierw dobrze jest zastanowić się, na jakim etapie rozwoju człowieka wystąpiły te deficyty, czy istniały już od początku życia dziecka. Tym, co determinuje nasze relacje czy życie emocjonalne, jest tzw. pozabezpieczny styl przywiązania, który kształtuje się mniej więcej do drugiego roku życia. Właśnie wtedy tworzy się matryca, którą człowiek będzie powielał w dalszym życiu, w relacjach z innymi.

Kolejne ważne pytanie: czy na późniejszym etapie życia, tak do szóstego roku, wystąpiło jakieś traumatyczne zdarzenie? Ktoś umarł, zginął czy też matka wyjechała za granicę i na parę lat zostawiła dziecko? Różnie pracuje się z pacjentami w zależności od tego, w jakim momencie ich życia pojawił się określony deficyt. Można tu odwołać się do teorii psychologa Erika H. Eriksona, który twierdził, że w psychospołecznym rozwoju przechodzimy przez kolejne etapy, w których mamy określone zadania do wykonania. W zależności od tego, jak je rozwiążemy, wchodzimy w następny etap z zasobem bądź z deficytem.

Na terapii wspólnie z pacjentem próbujemy więc najpierw ustalić, jak potoczyły się te tzw. kryzysy rozwojowe. Często o ich przebiegu decydują pewne modele i zasady obowiązujące w danej rodzinie. One często uaktywniają się, dopiero kiedy wchodzimy w nowe społeczne role (męża/żony, rodzica). Niestety nie zawsze to, co dały nam poprzednie pokolenia, jest przydatne w dzisiejszej rzeczywistości. Nie zawsze też mamy kontrolę nad tym, co w sposób werbalny lub pozawerbalny przekazujemy kolejnym pokoleniom. Choć bywa i tak, że przychodzą do mnie kobiety i mówią: „Nigdy nie chciałam być w stosunku do mojej córki taka, jaka moja matka była wobec mnie. Proszę mi pomóc, ja tego nie chcę, to dzieje się poza moją wolą i świadomością”. To właśnie kwestia przekazów, które automatycznie powielamy, trzeba nad nimi popracować, żeby je zmienić. Ale najważniejsze, żeby najpierw je sobie uświadomić.

Jak wygląda taka praca?
Pierwszy etap to wgląd intelektualny, czyli uświadomienie sobie tego, co nosimy w głowie. Co kobiety w naszej rodzinie – matka, babka czy ciotka – mówiły o wychowaniu dzieci i roli matki, np. „Pamiętaj, po urodzeniu dziecka już nie będziesz mogła myśleć tylko o sobie”. Ale też jak żyły, jakie decyzje podejmowały. Bo nie trzeba koniecznie czegoś usłyszeć, wystarczy to zaobserwować.

Kiedy już zidentyfikujemy to rodzinne dziedzictwo, nazwiemy je i zaobserwujemy w działaniu, warto zastanowić się nad tym, co konkretnie dany pacjent czy pacjentka chcieliby zmienić, a co jednak uznają za funkcjonalne. Dopiero później wspólnie pracujemy nad tym, jak to zmienić. Chociaż trzeba też podkreślić, że istnieje parę werbalnych przekazów, które na pozór brzmią nie najgorzej, np. „do odważnych świat należy”, a jednak są dysfunkcyjne.

Dlaczego? Co złego w byciu odważną lub odważnym?
Pozornie nic. Można by powiedzieć: „To przecież dobry przekaz, który uczy nas siły”. A jednak ważny jest też kontekst. Powinno być zatem u dołu małym druczkiem dopisane: „Bądź odważna i silna, nie poddawaj się, ale masz prawo czasem odpuścić i być słaba”.

Napisałam kiedyś (razem z koleżanką terapeutką) artykuł naukowy, w którym skategoryzowałyśmy różne przekazy rodzinne i pogrupowałyśmy je na: przekazy do ucieczki, przekazy do walki (siły) i przekazy do uległości. I kiedy zaczęłam się zastanawiać, jacy ludzie przychodzą do mojego gabinetu, zauważyłam, że trafiają tu pacjenci z przekazami z każdej z tych trzech grup. A przecież powinno być tak, że ci z tymi dobrymi przekazami, zachęcającymi do bycia silnymi, świetnie radzą sobie w życiu. Dlaczego zatem trafiają na terapię? Właśnie dlatego, że zabrakło w nich informacji o tym, że nie da się być silnym przez cały czas. System rodzinny powinien w pewnych okolicznościach dawać przyzwolenie na słabość czy porażkę.

W książce „Jak być szczęśliwym dorosłym bez szczęśliwego dzieciństwa” pisze Pani, że wygarnianie prawdy, wylewanie żalu oraz konfrontacja z rodzicem po latach nie mają jednak sensu. Trzeba się liczyć z tym, że nie usłyszymy nawet słowa „przepraszam”.
Z moich doświadczeń wyniesionych z gabinetu wynika, że niewielu rodziców jest w stanie wziąć odpowiedzialność za popełnione błędy wychowawcze. Częściej jest tak, że rodzice mówią dorosłemu dziecku: „Wymyślasz coś, nie pamiętam tego”. A to bardzo boli, bo wtedy dziecko czuje się nierozumiane i staje się powtórnie straumatyzowane.

Rozumiem rodziców, że bronią siebie i swojego bilansu życiowego – i dlatego właśnie nie chcą przyjąć złości czy żalu swojego dziecka. Jednak konfrontacja z taką postawą jest dla dziecka niekorzystna. Dlatego jako dorosłe dzieci takich rodziców powinniśmy się przed tym chronić. Nawet jeżeli przyjmiemy optymistyczny wariant, że istnieje 10 proc. rodziców, którzy potrafią powiedzieć swojemu dorosłemu dziecku: „Przepraszam, nie chciałam/łem cię skrzywdzić” – być może przyniesie nam to jakąś ulgę, ale niewiele zmieni w aktualnej sytuacji. Czasu nie da się cofnąć. Sami musimy zadbać o to, żeby nasz wewnętrzny rodzic nauczył się dobrze karmić nasze wewnętrzne dziecko. Biologiczni rodzice już tego nie zrobią.

A co karmi nasze wewnętrzne dziecko?
Kiedy wypuszczałam najstarszego syna z gniazda i ostatecznie odcinaliśmy pępowinę, powiedziałam mu: „Pamiętaj, synku, żebyś się dobrze opiekował małym Józiem” (mój syn ma na imię Józef). Bo wierzyłam w jego wewnętrznego rodzica. W to, że jest na tyle dojrzały, że rozumie, o co chodzi w trosce o swoje wewnętrzne dziecko. Dlatego nie powiedziałam do Józia: „Uważaj na siebie, moje dziecko!”, lecz powiedziałam do wewnętrznego rodzica Józefa: „Hej, pamiętaj, uczyłam cię tego przez 22 lata, a teraz masz się dobrze zajmować małym Józiem, bo on jest bardzo fajny i wart tego, by ktoś się nim dobrze opiekował, a że ja już nie mogę tego robić, to teraz twoja kolej”.

Można powiedzieć, że w gabinecie pracuję głównie z wewnętrznymi rodzicami pacjentów. Uczę ich być dobrymi rodzicami. Ćwiczymy to wizualizacją, różnymi technikami terapeutycznymi, które pozwalają – w odwołaniu do konkretnych sytuacji życiowych – wyobrazić sobie to, jak dobry rodzic powinien zareagować, gdy dzieje się krzywda dziecku.

Zapewne tłumaczyła to Pani synowi już od dzieciństwa, jednak wielu ludziom trudno zrozumieć koncepcję wewnętrznego dziecka i wewnętrznego rodzica. To dla nich czysta abstrakcja…
A właśnie że nie. Przychodzą do mnie różni ludzie, z różnych środowisk i z różnym wykształceniem czy odmienną wiedzą o sobie, ale nie zdarzyła mi się jeszcze sytuacja, żeby ktoś „nie wszedł” w ten temat. Każdemu tłumaczę, że człowiek ma w sobie trzy postacie: rodzica, dziecko i dorosłego. W skrócie chodzi o to, żeby ten dorosły dobrze funkcjonował. A aby tak się stało, rodzic powinien dobrze zajmować się dzieckiem.

No i zaczynamy przyglądać się temu, jak mała Ania czy Krzysio sobie radzą… Jedni mają większą wyobraźnię, inni mniejszą, przy czym faktycznie łatwiej uruchomić swoje wewnętrzne dziecko kobietom. Ale mężczyźni też sobie dobrze radzą. Pomagam im i mówię: „Niech pan sobie wyobrazi małego Krzysia albo jakąkolwiek sytuację z dzieciństwa. Co pan widzi?”. Ktoś mówi: „Chłopczyka, który siedzi samotnie na huśtawce, wokół nie ma nikogo, chyba jest mu smutno”. Mówię wtedy: „OK, popracujmy z tą sceną. Teraz proszę sobie wyobrazić, że pan jako dorosły Krzysztof jest rodzicem małego Krzysia, podchodzi do niego i próbuje zaspokoić jego potrzeby, porozmawiać z nim, zapytać: Czego byś chciał, synku? Co mogę dla ciebie zrobić? Pogramy w piłkę? Chcesz pogadać?”. Tak to się odbywa.

Co się dalej dzieje w tym scenariuszu?
Oczywiście to wszystko trwa jakiś czas, pacjent przychodzi i na kolejnych sesjach opowiada, co się udało z tym Krzysiem z huśtawki zrobić. Że dajmy na to, poszli razem pograć w piłkę. Generalnie proszę o to, żeby codziennie rozmawiać ze swoim wewnętrznym dzieckiem kwadrans i obserwować, co ono mówi, jak się zachowuje. A jeśli ktoś nie jest w stanie sobie tego wyobrazić, mówię: „A gdyby kręcił pan film i jako reżyser musiał pokazać taką scenę – z małym chłopcem i z jego rodzicem – to co by się tam działo?”. To pomaga zwłaszcza osobom, które mają problem z tym, żeby przypomnieć sobie jakiekolwiek zdarzenie z dzieciństwa.

Te dzieci najpierw mają pięć lat, później dziesięć, piętnaście. One nam w gabinecie „rosną”. Najczęściej to takie skoki co pięć, sześć lat. Wiem, że te rozmowy mogą brzmieć trochę dziwnie, kiedy np. na moje pytanie: „Co tam u twojego wewnętrznego dziecka?”, słyszę: „Wszystko OK, dzisiaj wzięłam je do pracy, jechało ze mną w samochodzie, gadałyśmy sobie po drodze”…

Skąd wiedzieć, kiedy wewnętrzne dziecko jest już zaopiekowane?
Kiedy znika. Czyli pytam: „Czy w tym tygodniu udało się pani porozmawiać ze swoim wewnętrznym dzieckiem?”, a pacjentka odpowiada: „Tak, tylko że teraz przyszła do mnie nastolatka, a tamtej dziewczynki już nie mogę przywołać”.

To znaczy, że nie jest już głodna?
Tak. Bo to są dzieci z naszej przeszłości, które na różnych etapach życia były niedokarmione emocjonalnie. Kiedy już uda nam się nakarmić nasze wewnętrzne dziecko, te rozmowy wyglądają trochę inaczej. Ja mam swoją małą Moniczkę i od czasu do czasu z nią rozmawiam, mówię: „Kochanie, na co miałabyś ochotę? Jak się dzisiaj czujesz?”. A ona odpowiada np., że jest bardzo zmęczona albo że czegoś potrzebuje. Wtedy ja się nią opiekuję i mówię dorosłej Monice, żeby zadbała o te potrzeby. Jeżeli nie mogę zaspokoić ich od razu, to czekam tydzień lub dwa, ale nie zapominam.

Wewnętrzne dziecko to jest ta część, która mówi o naszych potrzebach, a nie o tym, jakie są potrzeby innych – męża, dzieci czy rodziców.

A jeśli ktoś od razu widzi swoje wewnętrzne dziecko, które siedzi uśmiechnięte na słonecznej plaży?
Większość ludzi widzi jednak pewne deficyty. Dziecko smutne, płaczące albo niewidzialne czy też nieokazujące emocji. Niewielki procent widzi dziecko, które się uśmiecha.

Może być też tak, że ten brak pojawił się na późniejszym etapie rozwoju – w okresie adolescencji czy wczesnej dorosłości. Są również ludzie, którzy przychodzą na terapię i okazuje się, że mieli szczęśliwe dzieciństwo, a kryzys wystąpił nie z ich winy ani nie z winy rodziców – tak też bywa, ale jednak rzadziej.

Czy jeśli deficyt wystąpił w pierwszych dwóch latach naszego życia, to oznacza, że czeka nas najwięcej pracy?
Im wcześniej nastąpił deficyt, tym większe mogą być zaburzenia. Z kolei kryzys w wieku późnoadolescencyjnym czy w okresie wczesnej dorosłości może się objawiać depresją czy stanami lękowymi. Z tym pracuje się już dużo szybciej i łatwiej.

Jedna sprawa to być wystarczająco dobrym rodzicem dla siebie, druga – dla naszych własnych dzieci. Wiele osób boi się, że temu nie podoła, bo nie miało wzorca. Ojciec był nieobecny, matka nadopiekuńcza albo oboje są antywzorem
Wystarczająco dobry rodzic to nie jest rodzic idealny. Tymczasem wielu młodych rodziców dąży dziś do perfekcji. Nie chcą popełniać absolutnie żadnych błędów! Ich dziecko ma mieć w pełni zaspokojone wszystkie potrzeby. Ale tak się nie da, bo w rezultacie otrzymamy rodzica wiecznie napiętego i zestresowanego. Co on sprzedaje swojemu dziecku? Własne napięcie i stres. Przecież każdemu zdarza się czasem o czymś zapomnieć. Wtedy dobrze powiedzieć dziecku: „Przepraszam, wyleciało mi z głowy” i pokazać, że dorośli również popełniają błędy.

Mam nawet autorską koncepcję recepty na wystarczająco dobrego rodzica. Takiego rodzica cechują: zaciekawienie, responsywność i akceptacja. Zaciekawienie to postawa, w której patrzymy na to, czego potrzebuje dziecko, o co mu chodzi. Podążamy za dzieckiem, a nie za naszym wyobrażeniem o nim i o jego potrzebach. Responsywność jest już jej następstwem – to zaspokojenie faktycznych potrzeb dziecka. No i akceptacja, czyli zgoda na to, że np. nasze dziecko nie będzie wirtuozem skrzypiec albo nie pójdzie w ślady tatusia, tylko będzie sobą.

A czy w każdym, nawet tym najgorszym, rodzicu można znaleźć coś dobrego?
Przynajmniej należy próbować. Często ten nasz niewystarczająco dobry rodzic i tak dał nam więcej niż sam otrzymał od swoich rodziców. Warto to zobaczyć i zrozumieć, może też wybaczyć. To przyniesie nam ulgę.

Bywa jednak i tak, że z pozycji dorosłego czujemy, że powinniśmy zrozumieć swoją matkę czy ojca, i nawet się to udaje, natomiast nasze wewnętrzne dziecko nadal czuje złość. Wtedy powinien wkroczyć nasz wewnętrzny rodzic, który powie: „Trudno, chodź, Jasiek, teraz ja jestem twoim rodzicem i wiem, jak dobrze się tobą zaopiekować”.

dr Monika Wasilewska, adiunkt w Instytucie Psychologii Stosowanej UJ. Prowadzi prywatną praktykę psychoterapeutyczną, pracuje w nurcie systemowym zarówno z klientami indywidualnymi, jak i z parami. Autorka książek „Depresja porodowa” oraz (wspólnie z Moniką Szubrycht) „Jak być szczęśliwym dorosłym bez szczęśliwego dzieciństwa” (wyd. Mando).

Polecamy książkę: „Jak być szczęśliwym dorosłym bez szczęśliwego dzieciństwa”, Monika Szubrycht, Monika Wasilewska, wyd. Mando

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze