1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia

Kryzys trzech lat to kluczowy moment dla każdego związku – jak go przetrwać?

Rodzina, teściowie, przyjaciele, ekspartnerzy, pieniądze, wychowanie, seksualność – to pięć terytoriów spornych w związku. Większość par prędzej czy później trafia przynajmniej na jedno z nich. (Fot. Milan Popovic/Unsplash)
Motyle w brzuchu, gorąca namiętność, poczucie pełnego dopasowania. Romantyczne początki relacji miłosnej wyglądają za każdym razem podobnie. Tak samo jak ciąg dalszy… Po około trzech latach druga osoba przestaje być już dla nas chodzącym ideałem. I to jest właśnie kluczowy moment dla każdego związku.

Są różne modele opisywania rozwoju związku. Jedna z najbardziej uznanych badaczek długotrwałych relacji miłosnych i autorka popularnej „Anatomii miłości” profesor antropologii Helen Fisher wyróżnia cztery etapy: zauroczenie, wczesna stabilizacja, kryzys, głębokie przywiązanie. Polski psycholog społeczny prof. Bogdan Wojciszke wprowadza podział na pięć faz, czyli kolejno: zakochanie, romantyczne początki, związek kompletny, związek przyjacielski, związek pusty i jego rozpad. Inne teorie zakładają sześć czy nawet dziesięć poziomów relacji, przez które przechodzą pary. Wszystkie one jednak – choć różnią się w szczegółach, czy dochodzi do tego po dwóch, trzech, a może czterech latach – podkreślają, że zaburzenie psychiki, jakim z perspektywy neuronauki jest zakochanie i towarzyszące mu zafałszowanie postrzegania ukochanej osoby, w pewnym momencie mija bezpowrotnie. Choć oczywiście samym zainteresowanym wydaje się, że w ich przypadku będzie inaczej…

Gdzie leży sekret?

„Ile razy słyszałaś o tym, że miłosne uniesienie z początku związku nie trwa wiecznie? A jednak silne emocje nawet nie pozwalają sobie wyobrazić, że mogłoby się tak stać. Zatem czym się niepokoić? Dlaczego nie liczyć na spokojną miłość, która nadejdzie, gdy się skończy etap uzależnienia?” – pisze francuska psycholożka i terapeutka par Camille Rochet w książce „L'amour commence apres trois ans” („Miłość zaczyna się po trzech latach”). Autorka słusznie wspomina o uzależnieniu, ponieważ początek związku wywołuje w mózgu stan chorobowy. Zakochanie stymuluje układ nagrody podobnie jak zażycie kokainy, a porzucenie – jak wynika z badań dr Helen Fisher – prowadzi do czegoś w rodzaju bycia na głodzie. Meksykańska badaczka dr Georgina Montemayor Flores przekonuje z kolei, że stan zakochania jest jak zaburzenie obsesyjno-kompulsywne, bo myśl o tej jednej osobie staje się prawie natrętna. A dodatkowo burza hormonów przyczynia się do nieracjonalnych zachowań. Nic więc dziwnego, że Światowa Organizacja Zdrowia wprowadziła zakochanie do klasyfikacji zaburzeń psychicznych.

Następujący po zakochaniu (i charakteryzujący się namiętnością i intymnością) okres prof. Bogdan Wojciszke nazywa romantycznymi początkami i w swojej „Psychologii miłości” nie pozostawia złudzeń, że osiągnięcie kolejnego etapu, tzw. związku kompletnego, w którym pojawia się jeszcze zaangażowanie, zdarza się dość rzadko.

Co takiego mają zatem pary, którym się udaje? Zdaniem Camille Rochet sekret leży w budowaniu wspólnej przestrzeni w związku. „Ona nie należy ani do jednej, ani do drugiej ze stron; tworzą ją wspólnie i oboje dobrze się w niej czują” – wyjaśnia, nadając tej wspólnej przestrzeni rangę punktu odniesienia dla partnerów.

Meandry pamięci

Wspólną przestrzeń tworzą dwie uzupełniające się sfery. Jedna to tożsame priorytety, wartości, energia, która zasila związek – czyli wszystko to, co składa się na jego fundament. Drugą wyznaczają te elementy codzienności, które sprawiają, że fajnie jest być razem: małe rytuały, intymne przyzwyczajenia, anegdoty nieśmieszne dla innych… Dopiero połączone razem tworzą całość.

A jednak pary często wcale nie pracują nad wspólną przestrzenią albo beztrosko lekceważą jedną z dwóch składowych na zasadzie „co to szkodzi, że raz nie będziemy świętować naszej rocznicy?”. To właśnie takie „pojedyncze razy” prowadzą do rozstań, gdy zrealizowane zostaną już wielkie cele, jak odchowanie dzieci czy awans zawodowy. W rezultacie w chwili kryzysu po upływie statystycznych trzech lat (psychologia ewolucyjna wyjaśnia to m.in. czasem potrzebnym na spłodzenie dziecka i zapewnienie mu opieki do chwili, aż będzie samodzielnie chodzić i jeść inny pokarm niż mleko matki) partnerzy nie mają się do czego odwołać. Trudne świeże doświadczenia całkowicie zamazują im w pamięci to, że kiedyś – choć wprawdzie nie we wszystkim byli jednomyślni – to jednak umieli się porozumieć.

„Bardzo zdumiewa mnie to, jak precyzyjnie i skutecznie działa pamięć negatywnych wydarzeń. Partnerzy z łatwością odtwarzają nieprzyjemne sytuacje, dokładnie przywołując miejsce i czas, gdy się wydarzyły” – przyznaje Rochet. Swoim klientom proponuje więc, żeby sięgnęli do wspólnych zdjęć sprzed kilku lat. Dopiero dzięki nim przypominają sobie momenty, które dla obojga były tak ważne – nawet jeśli całkiem zwyczajne – że chcieli je utrwalić.

Nie taki konflikt straszny

Choć na początku trudno w to uwierzyć, nie jesteśmy z partnerem jednością, więc co jakiś czas będziemy się w czymś nie zgadzać. Ale to nie wyklucza istnienia stabilnej przestrzeni wspólnej, bo ta powstaje dzięki komunikacji, w której nie przemilcza się różnic. Wybierane w najlepszych nawet intencjach przemilczanie często prowadzi bowiem do poważnych kryzysów w związkach. Autorka „L'amour commence apres trois ans” uważa, że wszystkiemu winien lęk przed konfliktem, który przecież w kontekście psychologii relacji nie oznacza nic innego jak jasne wyrażenie różnicy zdań. „Nie należy mylić konfliktu z kłótnią. Kłótnia to efekt nierozwiązanego konfliktu. To dzwonek alarmowy, bo wtedy już nie szukamy porozumienia, tylko regulujemy rachunki” – czytamy w poradniku.

Dwa wspomniane zachowania – przemilczanie i kłótnia – to nic innego jak relacyjna odsłona pierwotnego instynktu, który w reakcji na zagrożenie (bo pojęcie „konflikt” kojarzy się z czymś negatywnym) każe wybrać ucieczkę albo walkę. Ponieważ – pomijając związki przemocowe – konfrontacja między partnerami nie jest dla nich niebezpieczna, Camille Rochet zachęca, by pracować nad powstrzymywaniem automatyzmu w myśleniu i docierać do źródła lęku: dlaczego boję się zderzenia z argumentami partnera? Bo się nim rozczaruję (albo on mną)? Bo strzeli focha? Bo rodzicom będzie przykro, jeśli nie przyjdziemy do nich razem?

Owszem, to wszystko jest możliwe… Może jednak lepiej zastosować swego rodzaju domniemanie niewinności w stosunku do partnera i założyć, że jemu także zależy na budowaniu związku? Takie założenie wymaga jednak zdrowego poczucia własnej wartości. „Jeżeli przekonani jesteśmy o własnej bezwartościowości, a więc o tym, że w istocie nie warto nas kochać – będziemy bardziej skłonni interpretować niejasne zachowania partnera jak wyraz braku miłości niż wtedy, gdy sami jesteśmy pewni, że na miłość zasługujemy” – pisze prof. Wojciszke w „Psychologii miłości”. Camille Rochet mówi z kolei o zaufaniu: do dojrzałości, inteligencji i zaangażowania partnera oraz do własnej tolerancji dla nieuniknionych różnic zdań.

Wielka piątka

Jak pisze francuska psycholożka, najtrudniejsze jest przejście między etapem miesiąca miodowego a pojawieniem się konfliktów nierozwiązywalnych. Najtrudniejsze, bo wymaga odbycia żałoby po iluzji idealnego związku, pełnej harmonii, małżeńskiego raju. To właśnie wtedy wiele par się poddaje, w przekonaniu że realizm zabił miłość i związek jest skazany na porażkę. Tymczasem właśnie zaakceptowanie tego, że w pewnych sytuacjach nie da się znaleźć dobrego rozwiązania, pozwala relacji dojrzewać. Ale uwaga, proces dojrzewania nigdy się nie kończy, więc także tej iluzji warto się pozbyć.

Rochet wyróżnia pięć „terytoriów spornych”: rodzina i teściowie, przyjaciele i ekspartnerzy, pieniądze, wychowanie oraz seksualność – większość par prędzej czy później trafia przynajmniej na jedno z nich. A to wywołuje niekończące się dyskusje, w których nie można się porozumieć, bo przekonania jednej i drugiej strony wynikają często z wychowania, rodzinnych tradycji czy międzypokoleniowych traum. Żadna za stron nie chce ustąpić, bo byłoby to dla niej jednoznaczne z utratą tożsamości. Jednak – zdaniem autorki – nie ma się czego bać, bo to właśnie jest bogactwem związku.

Zatem zamiast opłakiwać koniec fazy romansu, lepiej docenić odzyskaną wolność i poczucie sprawczości. „Po trzech latach zakochanie oddaje pole miłości głębokiej, ale bazującej na wolności. Nie jest to już uczucie wymuszone, które do tej pory samo nam się narzucało. Bo choć nie można się zakochać na zamówienie, to miłość każe dokonywać wyborów każdego dnia” – puentuje Rochet.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze