1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia

Bartek Jędrzejak: „Postawiłem sobie za cel walkę z tzw. psychostygmą”

Bartek Jędrzejak (Fot. East News)
"Mam odczucie, że wszystko, co ma przedrostek „psy” – psycholog, psychiatra, psychika, psychiczny, od razu wywołuje w ludziach, choć często nie mówią tego głośno, ale widać to w ich zachowaniu, w dystansie, skojarzenie typu Hannibal Lecter – zaraz wytnie nam czaszkę i widelcem zacznie zajadać nasz mózg…”, mówi Bartek Jędrzejak, dziennikarz telewizyjny.

Co sobie myślisz, dziś po doświadczeniu choroby, po roku walki z depresją i nerwicą lękową, kiedy słyszysz, że chłopaki nie płaczą, mężczyzna musi być macho i inne tego typu określenia?
Powiem ostro: wściekam się i myślę gówno prawda! Mężczyzna ma takie samo prawo jak kobieta do przeżywania i okazywania emocji, wszystkich emocji. Dziś wiem też, że trzeba mieć bardzo duże poczucie własnej wartości, dużo siły, żeby słabość umieć okazać. I to jest obraz właściwie pojmowanego twardziela. Twardziel płacze, twardziel cierpi, twardziel potrafi powiedzieć: „Przepraszam, pomyliłem się. Ostatnio rozmawiałem z jednym z byłych piłkarzy Lecha Poznań i reprezentacji narodowej, powiedział mi: „Wiesz, jakiś czas temu byłem w takim stanie, że siadłem i płakałem”. Jestem pełen podziwu dla takich deklaracji. To jest podobnie jak z hejtem. Pytamy kogoś czy hejt go dotyka, a ten odpowiada, że nie. W ogóle nie robi na nim wrażenia. Według mnie tylko psychopata, tylko osoba, która nie ma kontaktu ze swoimi emocjami, może tak sądzić, jest w stanie zupełnie nie przejmować się tym, co sądzą i mówią o niej inni. Ktoś może przejmować się mniej, ktoś inny bardziej, ale jeśli masz emocje – przeżywasz. Takie jest moje zdanie. I podobnie jest z przyznaniem się do słabości – każdy z nas ma słabsze chwile, gorsze momenty. Tu panuje demokracja, nie ma wyjątków.

Ja mam dość tych stereotypów, bo one – wkładane nam do głów od najmłodszych lat, z czasem, w dorosłym życiu stają się naszą zmorą. Po kątach upychamy ból, bo nie wypada nim epatować, i tak hodujemy w sobie, często latami, bombę, która prędzej czy później wybucha… Jesteśmy „twardzi”, jesteśmy „mocni”, a w środku rośnie na przykład właśnie depresja, która jak wiadomo jest bardzo ciężką chorobą, bywa że kończy się samobójstwem.

Ty też byłeś tym fałszywie rozumianym „macho”?
Tak, ja też dałem się zawładnąć temu kulturowemu przekazowi. Żyłem z przekonaniem, że mężczyzna, który przyznaje się do słabości, to jednocześnie ten, który nie daje sobie rady w życiu, ten który boi się wyzwań, nie ryzykuje, itd. Że to się wyklucza. Co za bzdura! I domyślam się, że teraz wielu czytających, pomyśli w pierwszej chwili: „Co za truizmy, co za oczywistości...”. Jasne, w teorii jesteśmy biegli, ale czy nie jest tak, że w życiu, w praktyce, próbujemy, panowie, trzymać fason za wszelką cenę…? Zostawiam to pytanie każdemu do zadania sobie w bezpiecznym zaciszu, w samotności…

Ja dopiero dziś, po chorobie i będąc od wielu miesięcy w terapii, tak naprawdę, tak uczciwie, potrafię dać sobie prawo do wszystkiego – do tego, żeby się śmiać i tańczyć na całego i do tego, żeby być słabym i płakać, też na całego. Dziś mam też odwagę, żeby stanąć i powiedzieć publicznie: miałem depresję i nerwicę lękową. Leczę się.

Bałeś się powiedzieć to głośno?
Tak, miałem obiekcje, bo ja bardzo nie chciałbym stać się teraz psychocelebrytą. Nie chcę, żeby na hasło „depresja” wyskakiwał ludziom Jędrzejak. To jedna strona medalu, ale druga to chęć walki ze stygmatyzacją. Poziom wstydu, który towarzyszy osobom cierpiącym na choroby psychiczne wciąż jest gigantyczny. Mnie też doradzano, żebym nie robił coming outu. Słyszałem, że ludzie mnie lubią, bo zawsze jestem uśmiechnięty, energetyczny, pogodny, i że na tym zbudowałem sympatię. Jeśli powiem jak jest, z czym się zmagam – stracę wszystko: widzów, kontrakty. Bałem się hejtu, ale – tak jak powiedziałem ci wcześniej – przeważyła niechęć do bycia częścią tej grupy ludzi, którzy pozwalają, pomagają stereotypom mieć się świetnie.

Zaryzykowałeś…
Tak. I zdecydowałem, że skoro już mówię, to powiem wszystko, bez cenzury. Powiem o atakach paniki, o obsesyjnych myślach, że umieram, o strachu przed zamykaniem drzwi w domu, o wymiotowaniu na samą myśl, że trzeba wstać z łóżka i wyjść do ludzi, itd.

Nie żałuję, że to zrobiłem. Wiesz dlaczego? Bo nie ma dnia, żebym nie dostał od przynajmniej jednej osoby wiadomości, że mi dziękuje za szczerość, bo pomogłem jej/jemu się odważyć i poprosić o pomoc, pójść do psychiatry.

Wydaje się, że od pewnego czasu już całkiem sporo mówi się o depresji, o tym jak ciężka i poważna jest ta choroba.
No właśnie, wydaje się… Mówi się za mało, za cicho. I jak przychodzi co do czego, okazuje się, że wiedza społeczeństwa wciąż jest na poziomie zero. Widać to o czym mówisz, to nadal perspektywa mieszkańca dużego miasta… W związku z moją pracą dużo podróżuję, po całej Polsce. I sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Ostatnio przedstawiałem prognozę pogody w teatrze. Po zejściu z anteny podeszła do mnie jedna z aktorek i powiedziała: „Bartek, dziękuję, że mówisz o tym publicznie, bo moja mama zmaga się z depresją i fakt, że ktoś taki jak ty mówi o tym głośno powoduje, że ludzie trochę inaczej patrzą na tę chorobę.”. Postawiłem sobie za cel walkę z tzw. psychostygmą. Mam odczucie, zaobserwowałem to wielokrotnie, że wszystko, co ma przedrostek „psy” – psycholog, psychiatra, psychika, psychiczny, od razu wywołuje w ludziach, choć często nie mówią tego głośno, ale widać to w ich zachowaniu, w dystansie, skojarzenie typu Hannibal Lecter – zaraz wytnie nam czaszkę i widelcem zacznie zajadać nasz mózg.

Ludzie dziś niby coraz bardziej o siebie dbają. Tworzymy kampanie, troszczymy się o kości, o nerki, o serce, o zęby, łykamy preparaty na wątrobę, mówimy o jelitach, że to nasz drugi mózg… A co z tym pierwszym mózgiem?! Co z naszymi emocjami? Wciąż o nich za mało…

Zresztą ty też szukałeś przyczyn swojego pogarszającego się stanu w chorobie któregoś z narządu… Depresji długo nie brałeś pod uwagę.
To prawda. Z depresją nie jest jak z anginą czy koronawirusem, nie wystarczy zajrzeć do gardła, czy zrobić test, by móc postawić trafną diagnozę. Depresja często rozwija się latami, pogarszania się naszego stanu to proces, dopiero w pewnym momencie następuje jaskrawe i widoczne załamanie. Ja dopiero rok przed diagnozą w ogóle cokolwiek zauważyłem. Miewałem tzw. huśtawki nastroju, od radości po łzy i wycofanie. Czułem się zmęczony, źle i krótko spałem. Aż w pewnym momencie przestałem jeść, zacząłem chudnąć. I kiedy widziałem zmieniającą się liczbę na wadze zaczęła się moja paranoja. Chudnę – wiadomo – rak. Maraton po lekarzach i szukanie drania, gdzie siedzi? Kiedy wszystkie wyniki były dobre moja chora, jak się potem okazało, głowa podpowiadała – na pewno pomylili wyniki, fiolki z krwią, niemożliwe, że wszystko jest w porządku. Teraz wiem, że te myśli były efektem nerwicy lękowej. Miałem ataki paniki, kiedy kładłem się spać zostawiałem w domu otwarte drzwi, żeby, kiedy umrę, kiedy coś mi się stanie, ratownicy z pogotowia nie musieli ich wyważać. Najgorsze były wieczory i poranki. Zaczynanie dnia, to był koszmar, na samą myśl, że muszę wstać i coś zrobić, zaczynałem wymiotować. Potwornie się bałem. Wszystkiego. Przez ten cały czas nie zwierzałem się z tego, co się ze mną dzieje nikomu. Ukrywałem się przed wszystkimi. Kiedy w pracy mówili: „Bartek, jak ty schudłeś, wszystko ok?”. Odpowiadałem: „Tak, wszystko dobrze, jestem po prostu trochę przemęczony.”. Aż pewnego dnia coś we mnie pękło. Poczułem, że jeśli mam tak dalej żyć, nie dam rady. Zadzwoniłem do mamy, która jest psychologiem klinicznym i powiedziałem jej wszystko. Mama bardzo mi pomogła, natychmiast zareagowała, umówiła do psychiatry.

A kiedy w gabinecie padła diagnoza byłeś zaskoczony?
Nie czułem nic, dosłownie nic. Mnie już wtedy było wszystko jedno. Dostałem leki. I zapewnienie, że pomogą, ale po pierwsze – one same nie załatwią sprawy, po drugie – zaczną działać za jakiś czas, muszę poczekać przynajmniej trzy tygodnie. I tu znowu jest klika mitów, z którymi chcę się rozprawić. Otóż, leki same w sobie nas nie uleczą. One bardzo pomagają, ale ich wzięcie nie jest jak dotknięcie magicznej różdżki. To pierwszy etap, kolejnym jest praca nad sobą, podczas psychoterapii. I kolejny mit – leki nie zmieniają naszej osobowości. Nie jesteśmy po nich zombie, a z kącików ust nie cieknie ślina. To nie jest „Lot nad kukułczym gniazdem”. Mowa o preparatach najnowszej generacji, które pozwalają podczas ich zażywania w miarę normalnie funkcjonować. Jedynym skutkiem ubocznym, o którym zostałem uprzedzony jest obniżone libido. Ale uwierz mi, na tamtym etapie to nie miało dla mnie absolutnie żadnego znaczenia…

Czego najbardziej potrzebuje od ludzi osoba zmagająca się z depresją?
Potrzebuje tego, żeby… być. Nic więcej. I nie chodzi o trzymanie za rękę czy długie rozmowy każdego dnia. Powiedzmy sobie otwarcie – chorujący na depresję nie jest znakomitym kompanem. Ciężko słuchać wciąż tego samego, że źle, że ciężko, że boli. Ale takiej osobie naprawdę wystarczy świadomość, że może na kogoś liczyć, wystarczy sms wysłany raz na jakiś czas o treści: „Jestem, myślę, wiem, że jest źle, jeśli czegoś potrzebujesz – daj znać”. To już bardzo dużo. Mnie moja pani psychiatra dała swój numer telefonu, zapewniła, że gdyby się coś działo, mogę zadzwonić o każdej porze. Ani razu nie skorzystałem z tej możliwości, ale świadomość, że mogę to zrobić była dla mnie bardzo ważna. I podobnie jest ze znajomymi, przyjaciółmi. Dajcie komuś, kto choruje na depresję znak, że jesteście. Moja lista znajomości podczas choroby solidnie się zweryfikowała. Byli na niej tacy, którzy zniknęli. Tak jakbym przestał istnieć. Dziś, z perspektywy, oceniam te koleżeńskie przetasowania za bardzo cenne. Mnie nie jest potrzebna do szczęścia długa lista kontaktów w telefonie, mnie jest potrzebna sprawdzona w boju lista kontaktów w telefonie…

To czego jeszcze potrzebuje osoba zmagająca się z depresją to wiedza. To znalezienie kogoś, kto przeszedł podobną drogą albo ktoś, kto o depresji właśnie dużo wie, rozumie przez co przechodzisz. Bo podczas zdrowienia pojawia się wiele wątpliwości, momentów zwątpienia, wtedy potrzebujesz kogoś, kto powie: „Czujesz tak i tak, to jest normalne, to minie, demon próbuje jeszcze na chwilę podnosić łeb, spokojnie, nie daj się zawrócić z drogi”.

Nie będę oszukiwał, to nie ma sensu, zdrowienie nie jest łatwym procesem. Trzeba stawiać drobne kroki, małe cele – cel wstać z łóżka i je pościelić, cel – pójść na spacer, cel – wziąć prysznic, umyć zęby, itd. Z czasem, powoli, przy wsparciu farmakologii, psychoterapii i sprawdzonych ludzi wokół, robi się coraz lepiej.

Aż w końcu robi się całkiem dobrze. Jesteś żywym „dowodem”, publiczną osobą, którą można zobaczyć w telewizji, by się przekonać, że z depresji da się wyjść. Czy powiesz każdemu, że z tego da się wyjść?
Powiem więcej: z tego da się wyjść i da się zbudować lepszą rzeczywistość, lepsze życie niż to, sprzed choroby. Powiedziałem mojemu lekarzowi jakiś czas temu, że gdybym mógł cofnąć czas, nie wymazałbym gumką mojej choroby, nie oddałbym depresji. Bo choć było ekstremalnie ciężko, bo choć miałem momenty, kiedy wydawało mi się, że świat się kończy, zyskałem coś bezcennego. Poczucie siły, poczucie własnej wartości. Dopiero podczas psychoterapii zobaczyłem jak irracjonalnie dużo od siebie wymagałam. Moje „muszę”, zamieniło się w „mogę”. Ja nadal chcę od życia wiele, ale już nie czuję presji.

Bartek Jędrzejak, od 2006 pracuje w TVN, początkowo jako prezenter pogody w TVN Meteo, następnie również w programie porannym Dzień dobry TVN. Ponadto w 2019 prowadził szóstą edycję programu Big Brother dla TVN 7. Za swoją pracę w telewizji był nominowany do Telekamery w 2015 i 2018 w kategorii „Prezenter pogody”. W 2021 odebrał Telekamerę za wygraną w tejże kategorii.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze