1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia

„Nie warto uciekać od bólu po trudnym rozstaniu” – mówi Katarzyna Miller

Nie łamie się tak łatwo serce, które jest zdrowie. Takie ma właściciela czy właścicielkę, którzy się nim zajmą. Chore serce ma właściciela czy właścicielkę, którzy już nieraz byli odrzuceni, więc się tego spodziewają – mówi psychoterapeutka Katarzyna Miller. (Ilustracja: iStock)
„Napiłbyś się, stary. Co się będziesz przez babę męczył”. „Przestań o nim myśleć, był beznadziejny, nie zasługiwał na ciebie”. O tym, dlaczego nie warto uciekać od bólu po trudnym rozstaniu – Joanna Olekszyk rozmawia z psycholożką Katarzyną Miller.

Co lub kto najczęściej łamie nam serce?
Złamane serce wiąże się głównie z nieodwzajemnieniem naszego uczucia, czyli tym, że ktoś nas nie pokochał tak jak my jego. My marzymy o nim, tęsknimy za nim, chcielibyśmy być przy nim cały czas – a on nas po prostu nie chce. Albo już nie chce. Najpierw dał nam kawałek szczęścia, iluzji czy też nadziei – a potem nas tego pozbawił.

Kiedy to mówię, myślę głównie o osobach dorosłych, czyli takich, które świadomie zakochują się w mężczyźnie czy kobiecie, ale przecież dzieci też miewają złamane serca, bo dorośli, na których im najbardziej zależy, zawodzą. Serce może być złamane nie tylko w wyniku zawodu romantyczno-erotycznego.

Przyjaciel też może złamać serce?
Myślę, że może. Mnie złamała serce właśnie moja najlepsza przyjaciółka. Po latach relacji, o której myślałam, że jest najważniejsza w moim życiu i potrwa do tego życia końca, okazało się, że ona ma żale i pretensje, dla mnie zupełnie niespodziewane i wymyślone. Nie udało się tego wyjaśnić ani naprawić. Przez osiem lat byłam w żałobie po naszej przyjaźni.

Guy Winch, psycholog i „specjalista od złamanego serca”, którego wykład można obejrzeć na TEDx, mówi wprost o potrzebie przeżycia żałoby po wyidealizowanej relacji.
Bo to jest utrata, a nawet śmierć czegoś, co było całym naszym życiem albo ważną i niezbywalną jego częścią. To trzeba opłakać i odżałować. Rozstanie to jest ból emocjonalny, psychiczny, ale i fizyczny. Czasem boli nas całe ciało.

Psycholodzy nazwali najczęstsze objawy stanu złamanego serca. Pierwszy to niemożność przyznania, że to już definitywnie koniec. Były partner czy partnerka wracają do nas we wspomnieniach, snach, wszystko nam się z nimi kojarzy. Drugi – idealizowanie związku i partnera czy partnerki. Nie pamiętamy już przykrych sytuacji, jedynie te dobre. Trzeci – obniżony nastrój lub huśtawka nastrojów. Wszystko może nas doprowadzić do złości lub płaczu. I czwarty – obniżona sprawność intelektualna. Trudno nam się skupić na czymkolwiek innym.
A kiedy się zobaczy tę ukochaną osobę, ma się w sobie rodzaj tajfunu. Im więcej mija czasu, tym ten tajfun jest mniejszym wstrząsem, ale przez pierwsze tygodnie czy miesiące człowiek ma poczucie, że umiera. Nie wie, co ze sobą zrobić. A jednocześnie sam na siebie ten tajfun ściąga, bo robi wszystko, by ją czy jego spotkać.

Winch porównuje to do uzależniania.
Zgadzam się w pełni. Dodam tylko, że to, jak przeżywamy rozstanie, czy to po krótko- czy długotrwałym związku, zależy od konkretnej jednostki. Są osoby bardzo wrażliwe i głęboko kochające, które nie potrafią się pozbyć drugiej osoby z serca i głowy szybko, a czasem w ogóle. Znamy przykłady osób, które już się z nikim innym nie związały i do końca życia kochały tego, kto umarł lub je porzucił.

Właśnie, często serce łamie nam śmierć ukochanej osoby.
Pamiętam pewną młodą kobietę, dawno temu opowiadała mi o swoim bardzo dobrym małżeństwie, a po trzech latach dowiedziałam się, że jej mąż umarł. Pomyślałam wtedy, że to chyba jedna z paskudniejszych rzeczy w życiu: mieć kogoś, kogo znalazłaś, na kogo trafiłaś, kto jest właśnie dla ciebie − i go stracić. Z jednej strony wiesz, że nie byłoby wcale lepiej, gdybyś go nigdy nie spotkała, ale z drugiej wraca ta jedna myśl: dlaczego nie mogło trwać dłużej? Pojawia się wściekłość, żal, tęsknota, poczucie braku i niesprawiedliwości.

Miałam dwie przyjaciółki, których ukochani mężowie przedwcześnie zmarli. Jedna zmarła dwa lata po mężu, druga żyje do dzisiaj i jest z innym mężczyzną – może była bardziej odporna psychicznie... O nich śpiewam w piosence „Pamięć” na mojej płycie „Choćby tylko na chwilę”.

Nie masz wrażenia, że dziś rzadko dajemy sobie przyzwolenie na to, by opłakiwać stratę miłości tak długo, jak tego potrzebujemy? Mamy wziąć się szybko w garść, randkować, szaleć, przebierać w nowych partnerach czy partnerkach. „Przestań o nim myśleć, był beznadziejny, nie zasługiwał na ciebie” – mówią koleżanki. Czy to nas jednak z czegoś nie ograbia?
Nie dajemy tego przyzwolenia sobie, ale też i innym. A jeśli ktoś ze złamanym sercem to nasza przyjaciółka, córka czy siostra – to nie jesteśmy w stanie wytrzymać ich bólu. W ogóle jesteśmy coraz bardziej do tyłu z wytrzymywaniem czegokolwiek. Chcemy się jak najmniej męczyć, jak najkrócej czekać na coś. Nie uczymy się cierpliwości i pokory wobec życia, tylko tego, by mieć wymagania – wobec siebie i innych. To, że ktoś się szybko pozbierał, uważa się za przejaw siły, coś pozytywnego. Ale co to naprawdę znaczy, że „się pozbierał”? Być może na zewnątrz tryska humorem, wigorem i apetytem na nowe doznania, ale w środku jest kompletnie rozwalony. W dodatku nie jest tego świadom i szybko wchodzi w kolejny związek. To jest w ogóle coraz częstsze myślenie po rozstaniu. Szybko muszę z kimś być. Pokazać, że mnie to nie obeszło i że nie jestem żadna gorsza czy żaden gorszy. Że nie rozpaczam. Będę teraz hulała z innymi facetami. Albo od razu zwiążę się z pierwszą fajną dziewczyną i zrobię jej dziecko. I wtedy mój były i moja była będą widzieli, że inni mnie chcą.

Tylko że to trochę bez sensu i bez serca wobec samego siebie. To jest zamykanie swojego bólu w komórce, bo go nie czujemy, nie szanujemy a wręcz się go boimy. Tyle tylko że on się prędzej czy później i tak odezwie. Albo jako ból z jakiegoś innego powodu, albo jako wściekłość, albo jako choroba – bo człowiek zrobił coś przeciwko sobie. Co nie znaczy, że dobrym pomysłem jest błaganie: „Nie odchodź, przecież obiecywałeś”, wicie się u czyichś stóp. Grożenie, że zrobimy krzywdę tej drugiej osobie lub sobie. Mszczenie się – a to mu samochód porysuję, a to będę jej wysyłać maile z obelgami, a to nie pozwolę mu spotykać się z dzieckiem, a to obsmaruję ją w Internecie. Nie jest dobrym pomysłem upokarzanie siebie ani innych. To wszystko pokazuje jedynie nasze urazy. Oraz to, że siebie tak naprawdę nie lubimy.

To znaczy?
Jeśli siebie lubię i ktoś mnie nie chce, a ja jego bardzo – to jest mi oczywiście z tego powodu przykro, ale nie powiem: „Rzucił mnie, bo jestem niefajna”. Mogę pomyśleć: „Nie docenił mnie; może nie byłam taka, jak chciał, ale nie jestem wybrakowanym towarem”. Osoby, które mają problem z poczuciem własnej wartości, nie radzą sobie zbyt dobrze z odrzuceniem: albo je wypierają, albo mu zaprzeczają. Co świadczy o tym, że jest to z pewnością już któreś odrzucenie w ich życiu. To bardzo ważne, co teraz powiem: nie łamie się tak łatwo serce, które jest sercem zdrowym. Ono może przechodzić żałobę, ale się w tej żałobie w końcu utuli. Zdrowe serce ma właściciela czy właścicielkę, którzy się tym sercem zajmą. Chore serce ma właściciela czy właścicielkę, którzy już nieraz byli odrzuceni przez najważniejsze osoby w ich życiu, więc są do tego przyzwyczajeni i nawet się tego spodziewają. Nie pozwalają sobie na okazanie bólu, co nie znaczy, że tego bólu w nich nie ma.

Ich serce tak naprawdę zostało zranione dawno temu i od tego czasu się nie skleiło.
W dodatku wchodząc w nowy związek, przekazali (bez słów najczęściej) tej drugiej osobie: „Oddaję ci serce, ty je sklej”.

A to się może udać?
Może się zdarzyć, że ktoś przez lata wytrwale i cierpliwie kochając drugą osobę – z jej aktywną współpracą – rzeczywiście to serce sklei. Czasem pary kleją swoje serca nawzajem. Przypomina to trochę japońską sztukę naprawiania złotem, czyli kintsugi. Taki stłuczony wazon czy talerz po naprawie jest jeszcze piękniejszy i bardziej wartościowy niż przedtem. Bywa też i tak, że ktoś kogoś uzdrowi, ale ten drugi pójdzie sobie gdzie indziej. Na przykład dla dziewczyny facet był jak ojciec, nauczył ją być w dobrym związku, wypełnił deficyty, ale ona teraz już nie chce tatusia, tylko partnera. A on zostaje z bolącym sercem, bo był niezbędny, a teraz jest zbędny. Odwrotnie też się może zdarzyć. Facet dostaje przez lata od kobiety wsparcie, jakiego nie dostał od matki albo którego nie dostał w życiu od nikogo, a potem ona się bardzo dziwi, kiedy on mówi, że nie może tego dłużej wytrzymać.

Często osoby, które łamią nam serce, mówią, że się odkochały. Można się odkochać czy to znaczy, że nie kochało się w ogóle?
To nie musiała być miłość. To mogło być jedynie – albo aż – poczucie bezpieczeństwa i zrozumienia. Albo potrzeba bycia z kimś, bo się było bardzo samotnym. Ale co to znaczy naprawdę kogoś kochać, nie wie nikt. Są bardzo różne wersje i definicje tego stanu. Jedni mówią, że chodzi o namiętność, inni że o romantyczność, a jeszcze inni, że o głęboką przyjaźń. Powiedzmy, że przyjmiemy wersję, że kochać kogoś naprawdę to znaczy chcieć z nim być. Ale przecież chcemy z kimś być także wtedy, gdy jesteśmy od niego uzależnieni. Można być przez kogoś bitym, a jednak chcieć z nim być...

Guy Winch twierdzi, że największą krzywdą, jaką sami sobie wyrządzamy po bolesnym rozstaniu, jest przeglądanie jego czy jej konta na Facebooku lub Instagramie.
„O nie, już ma nową dziewczynę!”. „Jest z nim w ciąży, a ze mną nie chciała!”. Dla mnie to nic innego jak uzależnienie od cierpienia. Serce łamie się nam na nowo za każdym razem. Nie róbmy sobie tego.

Myślę, że jako społeczeństwo mamy coraz mniejszą tolerancję na osoby, które długotrwale cierpią czy sobie z czymś nie radzą.
No a czego oczekiwać po kulturze narcystycznej? W takiej kulturze się nie przeżywa, tylko obnosi się ze swoją cudownością. „Co za męczybuła, już trzeci tydzień chodzi skwaszony”. „Napiłbyś się, stary. Co się będziesz przez babę męczył“.

Ale jest też druga strona medalu – otóż niektórzy nie chcą rezygnować ze swojego cierpienia, bo lubi się osoby, którym się nie powiodło. To jest w ogóle bardzo dziwny zestaw: z jednej strony mamy tę naszą martyrologię, czyli przekonanie, że my jesteśmy lepsi, kiedy cierpimy, i że nikt tak nie potrafi cierpieć jak my (duchowo symbolizuje to korona cierniowa); a z drugiej mamy narcyzm. W związku z tym ludzie nie wiedzą, jak mają siebie traktować. Nie uczy się nas, co jest dla nas zdrowe. Więc albo udajemy, że nic nam nie jest, i nie dostajemy wsparcia ani współczucia, albo dostajemy współczucie typu politowanie i wsparcie w rodzaju „a bo ona taka biedna”. Dlatego potrzebni są nam prawdziwi przyjaciele i prawdziwa bliskość. Wtedy mamy do kogo się udać z naszym złamanym sercem.

A czy takie serce jest zdolne do pokochania?
Jak jest połamane, to musi się najpierw zabliźnić. Może być wdzięczne za opiekę, ale to jeszcze nie będzie miłość. Jeżeli jego przed chwilą porzuciła kobieta, jest wściekły, rozżalony i mówi: „Ty to jesteś taka cudowna, a ona była taka okropna”, to nie traktuj tego jako wstępu do związku. On jeszcze nie jest wolny. Jeszcze rozgrywa coś ze sobą i z nią, i w dodatku robi to nieuczciwie. Nie chce sam przed sobą przyznać, że ona go naprawdę zraniła, woli myśleć: „Jest nowa dziewczyna, ona mnie chce, będę się grzał w cieple jej zachwytów”.

Nasza miłość nikogo nie uleczy, ten ktoś musi uleczyć się sam. Możemy go w tym wspierać, ale nie na zasadzie, że robimy coś za niego. I nie liczmy na to, że na pewno nas pokochał, bo byłyśmy przy nim, kiedy było mu trudno.

On chwilowo stracił umiejętność kochania.
Czasami ludzie robią sobie z tego nawet taką odznakę: „już nigdy nikogo nie pokocham, miłość jest niedobra, niebezpieczna, nie chcę przeżywać już nigdy czegoś podobnego”. Świadomie postanawiają zamknąć się na miłość.

Jedna sprawa to się zamknąć, a druga to postanowić sobie, że będę teraz traktować mężczyzn czy kobiety tak jak na to zasługują.
Miałam kiedyś pacjenta, którego zdradziła żona. O zdradzie dowiedział się jednak nie od niej, a od kochanka. Rozstali się. Po czym on zaczął podrywać inne babki. Wybierał kobiety już z kimś związane, a że nie był zaangażowany emocjonalnie, dość szybko je uwodził i informował o tym ich mężów. Naliczył takich przypadków 27, zapisywał sobie je w kalendarzyku. Dopiero podczas terapii zrozumiał, że chciał, by ci inni faceci poczuli się tak jak on wtedy.

To jak wyleczyć swoje złamane serce, by ani nie zamknąć bólu w komórce, ani nie skończyć z takim kalendarzykiem w dłoni?
Wyrzuć rzeczy, które z nią lub z nim ci się kojarzą, nie rób z nich ołtarzyka. Nie rozmyślaj nad tym, co było, a jak zaczniesz, powiedz: „Stop. To się skończyło, tego już nie ma”. Wytłumacz sobie, że teraz jest ci źle i smutno, że to naturalne i masz do tego prawo, ale to nie znaczy, że kiedyś nie pokochasz kogoś równie mocno. Na razie ani się za miłością nie rozglądasz, ani nie planujesz. Ale się na nią nie zamykasz.

Pierwszy okres po rozstaniu ma nie polegać na „radzeniu sobie”, a na uszanowaniu tego, że sobie nie radzę i że mnie boli. Płacz, krzycz, napisz parę listów, których potem nie wyślesz. „Boże, jak bym chciała, byś tu przy mnie był. Tęsknię w każdej sekundzie”, „Chciałbym złapać cię, związać i przynieść do domu”, „Chciałabym ci oczy wydrapać, powyrywać włosy twojej dziewczynie”. Pozwól sobie na prawdziwe uczucia, uszanuj, co się w tobie dzieje. Może cię nawet zaskoczyć, w którą stronę to pójdzie. Byle byś była prawdziwa, był prawdziwy.

Potem, gdy już wyleje się kadź żalu, rozpaczy i złości – odpocznij. Po czymś takim można być naprawdę zmęczonym, a jednocześnie pustym. Trzeba więc sobie pospać, pochodzić do lasu i powdychać świeże powietrze, popłakać i pokrzyczeć. A dopiero później brać się do takich rzeczy jak nowe hobby, podróże, sport czy imprezy. One pomagają, ale na dalszym etapie.

Oczywiście człowiek ma też pracę i życie rodzinno-towarzyskie – to się musi toczyć równolegle. Gdzieś to trzeba upchnąć. W pierwszym okresie można nawet poprosić innych o pomoc, by z czegoś cię zwolnili czy w czymś cię wyręczyli. Albo by ktoś z tobą posiedział, posłuchał tego, co w tobie wrze. I prawdziwy przyjaciel lub przyjaciółka powinni wtedy powiedzieć: „Dobra, wylewaj wszystko, co na niego masz”. Ale nie: „Skoro taki był okropny, po co go żałujesz?”. Żałujesz, bo żałujesz. Kropka.

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi” czy „Daj się pokochać, dziewczyno” (wydane przez Wydawnictwo Zwierciadło).

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze