1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia

Z uchodźcą pod wspólnym dachem – wsparcie i zasady

(Fot. iStock)
„Trzeba dać im poczucie bezpieczeństwa, ale niech nie będzie ono fałszywe. Mogę mojego gościa zaprowadzić na lekcję języka polskiego, a mogę z nim usiąść i nic nie robić. Tylko to drugie do niczego ani jego, ani mnie nie zaprowadzi” – mówi Aleksander Tereszczenko, coach, psycholog w Mind Health Centrum Zdrowia Psychicznego, specjalista od komunikacji. Pochodzi z Ukrainy, od lat mieszka i pracuje w Polsce.

Wojna porusza nasze serca, wiele osób w Polsce przyjmuje pod swój dach uciekinierów z Ukrainy. Każdy z nas czasem ma gości, ale są to osoby nam znane, nasi przyjaciele. Tu sytuacja jest inna. Wprowadzają się do nas ludzie, których nie znamy, o których nic nie wiemy, którzy stracili wiele, czasem wszystko, są w traumie, skrajnym stresie. Chcemy im pomóc. Jak to zrobić mądrze?
Do Polski od lat przyjeżdża wielu Ukraińców, żeby pracować i zarabiać. To ich świadoma decyzja, wybór. Ci, którzy pojawiają się tu teraz, to zupełnie inna grupa. Uciekają przed wojną i w 99 procentach nie byli na ten wyjazd gotowi. Ani fizycznie, ani psychicznie. I efekty tego braku gotowości są różne. Zdarza się na przykład, że Polacy otwierają swoje serca, dusze, mieszkania – a uchodźcy uważają, że to normalne, że to ich obowiązek. Nie chcę mówić źle o ludziach i nie o to w naszej rozmowie chodzi, ale chcę jasno powiedzieć: tak bywa. I Polacy mogą się z taką postawą spotkać. Ja sam czegoś podobnego doświadczyłem. Usłyszałem, że pokój ma być z balkonem, i to wychodzącym na południe, nie na północ. I naturalne jest to, że się takiej postawie dziwimy. Przy naszym Centrum jest punkt pomocy, wysłano na granicę już 15 tirów i 50 busów z zaopatrzeniem. Przychodzą różni ludzie. Trzeba pomagać, ale pomagać tak, by ten, któremu pomagamy, zrozumiał, że to strefa nowego życia. Ci ludzie muszą zdawać sobie sprawę, że to inne państwo, inny język, może inne zwyczaje. Miłość czy życzliwość bez stawiania jasnych granic tylko szkodzą. Można chodzić po hostelu i wybierać pokoje, a można też napić się herbaty i poszukać lekcji polskiego. I ten, kto pójdzie na takie lekcje, za miesiąc nie będzie płakać na balkonie przy kawie, będzie w stanie znaleźć lepszą pracę, zarabiać, utrzymać rodzinę. Uważam, że ludzi trzeba kierować w tę stronę.

Jednak jesteśmy w trudnej sytuacji. Kiedy przyjmujemy gościa, nie mówimy, na którym fotelu ma siadać i z którego kubka pić herbatę. Nie umiemy takich warunków stawiać. A Pan mówi, że to konieczne.
Tylko zwykle, kiedy przyjmujemy gości, to są u nas kilka godzin. Jemy razem kolację, może napijemy się wina i żegnamy. Tu mamy gości na dłużej… Oczywiście na początku muszą się wykąpać, najeść, wyspać. To jasne. Trzeba dać poczucie bezpieczeństwa, ale niech nie będzie ono fałszywe. Jeśli zapewnię mu wszystko, we wszystkim wyręczę, to nie zmobilizuję go do tego, by zaczął żyć swoim życiem. By stanął na nogi. A musi przecież w końcu to zrobić.

Ale czy ja mogę powiedzieć: „Wydaje mi się, że powinieneś rozejrzeć się za pracą, za stałym mieszkaniem”? To tak, jakbym go wyrzucała…
Trzeba o tym rozmawiać. Można tydzień, miesiąc, dwa narzekać tylko, że jest ciężko, ale można też budować plan na jutro. Pani daje swoje mieszkanie i idzie do pracy, a goście siedzą na Pani kanapie, bo mają kryzys. Przy czym ja tego kryzysu nie kwestionuję, to absolutnie normalne i zrozumiałe, ale nie można mu się poddać. I to zadanie dla nas wszystkich – po ciepłym, serdecznym przyjęciu budujemy wspólny plan. Ustalamy, co robimy. To przyniesie korzyści i naszym gościom, i nam.

Różne rzeczy możemy robić wspólnie, ale ten ktoś musi szybko stanąć na własnych nogach. Wsparcie nie powinno polegać na wyręczaniu. Nawet w drobiazgach. Na początku ja robię herbatę, ale potem pokazuję, gdzie co w kuchni stoi. I gdzie jest szczotka, ścierka, pralka. Bo życie składa się też z drobiazgów. Właśnie takich jak umycie po sobie naczyń czy sprzątnięcie kuchni.

Adaptacja w obcym kraju to jedno, socjalizacja, przystosowanie się do warunków wspólnoty, tej większej i tej mniejszej, jak rodzina, do której trafili – to drugie. Jak u Pani mieszkam, to naturalne, że sprzątam podwórko. Bo to wyraża szacunek dla Pani, osoby, która mnie u siebie gości. Uważam, że trzeba o tym mówić. Nie ma co udawać, że nie ma tematu. Bo jeśli się pewnych rzeczy na początku nie wyjaśni, to frustracja po obu stronach będzie tylko narastała.

Ale wyobraźmy sobie, że przyjeżdża do nas kobieta, która chwilę wcześnie urodziła dziecko gdzieś na stacji metra w Kijowie, której mąż walczy, nie wiadomo, czy jeszcze żyje – ona jest w traumie. W niewyobrażalnym stresie. Takich ludzi trochę chyba w Polsce jest…
I mają pytania. Odpowiadajcie na nie. Jeśli nie wiecie jak, szukajcie kogoś, kto wie. Uciekinierzy nie wiedzą, jak załatwić sprawy prawne, jak dostać się do lekarza, jak dostać się do psychologa. Nie wiedzą, że z wielu usług mogą skorzystać za darmo, tak jak w Centrum Medycznym Damiana, gdzie obywatele z Ukrainy mogą umówić się bez opłat np. do internisty, psychologa czy na test antygenowy. Nie znają naszego kraju, więc na tym etapie ich życia dajemy im odpowiedź na wszystkie pytania. Kiedy człowiek dostaje odpowiedzi, jego stres się zmniejsza.

A co, jeśli stres jest tak głęboki, że nie potrafią nawet tych pytań sformułować? Nawet rozmawiać z nami nie są w stanie. Zamykają się w sobie, płaczą z powodu jakiegoś drobiazgu, który obiektywnie nie jest powodem do rozpaczy… Tak pracuje w nich trauma.
Bywa różnie. Czasem trzeba szukać pomocy psychoterapeuty. Czasem trzeba pójść z nimi do cerkwi czy do kościoła. Nie rozmawiać o straży granicznej, ale o ich bólu. Wziąć za rękę, spojrzeć w oczy. Ale nie rezygnować z rozmowy. Tylko pamiętajmy: musimy być wtedy jednocześnie i bardzo miękcy, i bardzo twardzi.

W czym miękcy, w czym twardzi?
Miękkim trzeba być, słuchając o bólu, o strasznych wspomnieniach, o lęku o przyszłość. O tym, że boją się o bliskich. Nie mówić: to, że nie ma soku jabłkowego, tylko pomarańczowy, to nie powód do płaczu, to bzdura.

A twardym trzeba być w ustalaniu zasad. Ten ktoś musi czuć nasze współczucie, naszą gotowość do pomocy, ale jednocześnie wiedzieć, że jego życie jest w jego rękach. Że ważne, by jego dzieci nie widziały tego lęku, żeby nie słyszały płaczu, żeby widziały go w skutecznym działaniu. Zachęcajmy: idziemy razem, robimy plan i go realizujemy. Wtedy pomoc jest prawdziwa i skuteczna.

My, przyjmując uchodźców, w naturalny sposób spodziewamy się wdzięczności…
…a z tą wdzięcznością różnie bywa. Zdarza się już dziś, choć uchodźcy są u nas zaledwie parę dni, że niektórzy Polacy się wycofują, że są wręcz zszokowani wymaganiami ludzi, których do siebie zaprosili. Jeszcze raz podkreślę: nie chcę powiedzieć, że to reguła, absolutnie nie. Ale się zdarza. Bywa też i tak, że uchodźcy są naprawdę głęboko wdzięczni, ale z powodu szoku, traumy, stresu, zagubienia nie potrafią tej wdzięczności okazać.

Ta sytuacja jest trudna dla obu stron. I dla obu stron jest nowa. Myśmy uchodźców nigdy nie przyjmowali, oni uchodźcami nigdy nie byli…
Dlatego ważne, by dbać o największy możliwy komfort obu stron. Wiadomo, że jeśli nie mamy wielkiego mieszkania czy domu, a wprowadzają się do nas dodatkowe osoby, robi się ciasno, niewygodnie, trzeba się dostosować, czasem z czegoś zrezygnować, choćby z jakichś przyzwyczajeń. Dotyczy to i gości, i gospodarzy. Warto z góry ustalić, jak długo to wspólne mieszkanie może trwać. Na jak długo otwieramy nasze domy. Właściwie to gość powinien zapytać, ile czasu może u nas spędzić, ale jeśli tego nie zrobi, my musimy ten temat poruszyć.

Tak po prostu oświadczyć komuś, kogo przyjmujemy do siebie, że to tylko na dwa tygodnie?
Tak! To normalne. Jeśli tego nie określimy, a sytuacja będzie się przeciągać, może się to wszystko okazać zbyt trudne dla obu stron. I trzeba też jasno ustalić zasady. Wczoraj byłem na spotkaniu wolontariuszy. Małe pomieszczenie, oni palą papierosy. Mówię: nie zgadzam się. Mamy tu rozmawiać o ważnych sprawach, nie przyszedłem na papierosa. Dym mi przeszkadza. Usłyszałem, że przesadzam. Ale postawiłem sprawę jasno, oni otworzyli okna i zgasili papierosy. Proszę sobie wyobrazić, że ma Pani alergię na kocią sierść. Przyjeżdża do Pani uchodźca z kotem, mówi, że to członek jego rodziny. No tak, ale Pani kaszle. I ma Pani pełne prawo postawić granicę. To naturalne. I zachęcam, by to robić.

Ale trudno w taki kategoryczny sposób rozmawiać z kimś, kto cierpi, kto właśnie został rozdzielony z rodziną, kto się boi…
Taki stres utrzymuje się do trzech dni. Człowiek, który rozumie, co to przyszłość, co historia, a co dzisiaj – po tym czasie wchodzi na inny etap. Mózg zaczyna funkcjonować, jak powinien, przestawia się na działanie. Nasza pomoc powinna polegać na konstruktywnym wsparciu. Na odnalezieniu się tu i teraz, zrobieniu planu. Co wchodzi w taki plan? Jak się uczyć języka, jak znaleźć pracę, choćby tymczasową, na ten pierwszy okres. Do mnie wczoraj zadzwonił pan z prośbą, żebym mu pomógł znaleźć pracę w jego zawodzie. Jest designerem. Nie zna polskiego. Mówię mu: to robił pan kiedyś, teraz może niech pan w uberze pojeździ. No nie, słyszę, on nie będzie zmieniać swojego statusu społecznego. Zaprosiłem go do siebie, pogadaliśmy pół godziny. Opowiedziałem mu, jak ja to widzę. W moich oczach był spokój, była wiara, świadomość. Nie chodzi o krytykę, ale o realistyczne spojrzenie na rzeczywistość, o trzeźwą ocenę sytuacji. Nauczysz się języka, a w międzyczasie będziesz zarabiał, robiąc, co się da. Choćby sprzątając chodniki. I to jest normalne. Zarobisz, a w przyszłości jeszcze będziesz designerem. W końcu mi podziękował. Powiedział: „OK, wstawił mi pan myślenie z powrotem na właściwy tor”. Gdyby do mnie przyszedł, a ja bym mu powiedział: „Jaki jesteś biedny, rozumiem, jak ci ciężko, idziemy na piwo” – to co? On wróci do domu pijany i nic z tego nie wyniknie. To nie jest pomoc. Są dwa różne wsparcia. Jedno pcha cię do przodu, a drugie topi. Bo wojna jest straszna, wszyscy to wiemy, ale życie trzeba przeżyć. Rozmowa o tym, jak straszna jest wojna, nie prowadzi nas do niczego konstruktywnego.

Trzeba umieć rozmawiać w tak zdecydowany sposób, nie każdy to potrafi.
Nie trzeba od razu być zdecydowanym. Nie chodzi też o to, żeby zaplanować harmonogram: dajemy im trzy dni, czwartego mówimy: „Dobra, to teraz bierzcie się do roboty”. Każdą, najtrudniejszą nawet rzecz można powiedzieć z życzliwością i spokojem. Tak, by nie naruszyć godności drugiego człowieka. Da się, naprawdę. Dla dobra nas wszystkich.

Aleksander Tereszczenko pochodzi z Ukrainy. Od lat mieszka i pracuje w Polsce, w Centrum Skutecznej Komunikacji w Ząbkach pod Warszawą (teralex.net) oraz w Mind Health Centrum Zdrowia Psychicznego. Jest gotowy poprowadzić szkolenia, rozmawiać zarówno z uchodźcami, jak i z tymi, którzy ich przyjmują. Pomóc się porozumieć. I wspólnie odpowiedzieć na ważne pytania.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze