1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia

Wybawiciel, ofiara, prześladowca – unikaj trójkątów

Za większością naszych niespełnień życiowych czy rozczarowań relacyjnych stoją trzy role, jakie impulsywnie i nieświadomie odgrywamy w związku, w rodzinie, a nawet w pracy. Te role to: wybawiciel, ofiara, prześladowca. (Fot. iStock)
Raz jesteśmy tą, która ratuje, potem tą, która krzywdzi, a po chwili – ofiarą. Na tym polega trójkąt dramatyczny. Dopóki w nim tkwimy, nie mamy szansy na szczęście ani w miłości, ani w pracy – mówi psychoterapeutka Iwona Firmanty.

Co się kryje za większością naszych niespełnień życiowych czy rozczarowań relacyjnych?
Śmiem twierdzić, że trzy role, jakie impulsywnie i nieświadomie odgrywamy w związku, w rodzinie, a nawet w pracy. Te role to: wybawiciel, ofiara, prześladowca. Odnalezienie ich w sobie i w relacji oraz zaprzestanie ich odgrywania to recepta na szczęście w tych wszystkich dziedzinach. Bo dopóki nie mam świadomości, że wchodzę w związek jako wybawicielka, to ta rola gra mną. Partnera wtedy obsadzam w roli ofiary, a to otwiera drogę do tego, abym stała się w jego oczach prześladowczynią.

Czym są te trzy role, które gramy?
To mechanizmy obronne, czyli postawy i zachowania, jakich nauczyliśmy się zazwyczaj w dzieciństwie. Są efektem dostosowania się do warunków, w jakich przyszło nam żyć. Wejście w nie pozwoliło nam przetrwać. Dlatego są tak mocno w nas wpisane. Na przykład wybawcą stajemy się, jeśli w domu musieliśmy przyjmować na siebie obowiązki dorosłych, kiedy nas zawstydzano lub poniżano, gdy wyrażaliśmy własne potrzeby. Nauczyliśmy się chować własne pragnienia, a na pierwszym miejscu stawiać innych. Ta rola daje nam siłę i sens, ale też skazuje na rozczarowanie, bo ze strony tych, których wybawiamy, doświadczymy odrzucenia.

A rodowód prześladowcy i ofiary?
Prześladowcą stajemy się, jeśli rośliśmy w poczuciu wstydu i pogardy ze strony bliskich. Stłumiliśmy jednak wywołane w nas poczucie bezwartościowości i zastąpiliśmy wściekłością. Jako prześladowca odcinamy się od troski o innych i bronimy zaciekle swoich racji. Atakujemy, obwiniamy, pouczamy, wywyższamy się. Za tą autorytarną postawą skrywamy lęk przed ujawnieniem słabości. I właśnie do tego, aby słabości nie ujawniać, prześladowca potrzebuje ofiary. Ofiarą z kolei jesteśmy, gdy wychowywano nas w przekonaniu, że brak nam sił, że jesteśmy nieporadni, że bez specjalnego wsparcia nie damy sobie z niczym rady.

Gramy tylko jedną z tych ról?
Tragizm polega na tym, że z jednej przechodzimy w drugą i trzecią. Ofiara staje się prześladowcą, bo nieświadomie za swoją nieporadność obwinia wybawcę. Wstydzi się tego, że ktoś musi jej pomagać, i zaczyna nienawidzić tego, od kogo jest zależna. Może też wyspecjalizować się w manipulacji, a to znaczy, że wykorzystuje innych. Partner, który do tej pory pełnił funkcję wybawiciela, łatwo zmienia się wtedy w prześladowcę.

Zawsze w parze rozgrywamy te role?
Bywa, że jesteśmy od nich wolni do chwili, gdy w naszym życiu pojawi się ktoś, kto będzie miał dostęp do naszego serca i ciała. Wtedy dopiero – w odpowiedzi na bliskość – automatycznie wchodzimy w jedną z nich. Moje klientki często stają się wybawicielkami, bo to kobiety zdecydowane i skuteczne. Kiedy ich partnerzy kombinują, jak podejść do problemu, one już mają rozwiązanie. Na tym polegało dostosowanie do warunków życia w ich rodzinach. Wybawicielki myślą, że czynią dobro, ułatwiając drugiemu człowiekowi życie. Tak naprawdę jednak zaspokajają własny głód miłości, starając się udowodnić, że są jej warte. Rola wybawicielki to zły interes, bo zawsze prowadzi do obsadzenia partnera w roli ofiary, a potem prześladowcy. Czyli uruchamia trójkąt dramatyczny.

Musimy przestać „wybawiać”, żeby nie uruchamiać trójkąta?
Można pomagać, ale świadomie. Zastanowić się, co jest moim celem. Na przykład nie mogę patrzeć, jak mój mężczyzna drugi tydzień rozważa, co zrobić z ojcem, który wymaga codziennej opieki. Nie powinnam jednak mówić mu, co ma zrobić, bo to podkopałoby jego męskość. Nie powinnam też urażać jego dumy, robiąc to za niego. Muszę nauczyć się pomagać, nie dewaluując wartości tego, komu pomagam. Czyli uszanować jego proces dochodzenia do rozwiązania, a następnie delikatnie – świadomie i z szacunkiem – nakierować na rozwiązanie, na przykład: „Kochanie, chyba mówiłeś, że dobrze by było zadzwonić do tego ośrodka, gdzie jest mama twojego szefa”. Powiedzieć i poczekać – bo czas inkubacji nowej treści to nawet trzy dni.

To się może wybawicielce udać?
Tak, jeśli akceptuje partnera, bo na przykład wie, że jako dziecko był chwalony za inteligencję, a nie za działanie. Jeśli ona mu teraz
powie, co on ma robić lub zrobi to za niego, to on poczuje, że go lekceważy, i uzna ją za prześladowczynię. Nie powie jednak tego wprost, zacznie się czepiać o drobiazgi. Na przykład o to, że ręcznik kuchenny postawiła tak, że może się zamoczyć. A ponieważ ten papier stał się symbolem jego stresu i frustracji wynikających z tego, że on nie wie, co robić, to jeśli ona na jego uwagę zareaguje w sposób typowy dla asertywnej kobiety, czyli powie: „Postawię go, gdzie będę chciała”, to on potraktuje jej słowa jako atak. Wykorzysta je też do tego, żeby rozładować napięcie, i wybuchnie.

I ona wtedy staje się jego ofiarą?
Dokładnie tak, bo on zaatakuje ją oskarżeniami: „Nie dbasz o nasz majątek, o nic nie dbasz, wszystko traktujesz jak ten papier!”. No i jeśli kobieta nie chce nadal grać w trójkącie, powinna zejść ze sceny. Powiedzieć: „Dobrze, kochanie, postawię ten papier, gdzie potrzebujesz”. Najlepiej zrobi, jeśli zostawi go z jego niepokojem, mówiąc: „Jestem z tobą, wierzę, że jakoś to poukładasz”. „Kochanie, dasz radę!”. Nie! On właśnie myśli: „Nie dam rady”, a z „jakoś poukładasz” sobie poradzi. Mężczyzna, który łatwo wchodzi w rolę ofiary, zazwyczaj cierpi na syndrom wyuczonej bezradności. Brak mu wiary, że potrafi. Ktoś mu wmówił, że jest do niczego. Kobieta musi to wiedzieć, żeby nie stawać się prześladowczynią. Wychodzenie z trójkąta polega na uważnym słuchaniu drugiego człowieka, ale bez reagowania na jego i swoje mechanizmy obronne. Wtedy nie poczujemy się ofiarą i broniąc się, nie zmienimy w prześladowcę.

Kiedy jeszcze stajemy się prześladowcą?
Wybawicielka staje się prześladowczynią, kiedy skupia się na brakach mężczyzny, a nie na jego zasobach. A dzieje się tak, bo czuje się frajerką. Dawała dużo, a niedużo dostała. No i ma za złe! Ale czy on o aż tyle prosił? Znałam kobietę, która wpadła na scenie do zapadni. Obie nogi na wyciągu. Jej mężczyzna powiedział: „Odezwij się, jak się zrosną”. Tymczasem pół roku wcześniej on miał wypadek i jedną nogę połamaną. Ona wtedy przychodziła do niego, gotowała, sprzątała. Mówił: „Nie rób tego”, robiła, bo: „Ja się o ciebie zatroszczę”. Nie mógł z nią po tym być jak mężczyzna z kobietą, bo była świadkiem jego słabości.

To ich nie zbliżyło, tylko oddaliło?
Kobieta, która gra wybawicielkę, nie wchodzi w smutki mężczyzny jak kobieta kochanka, ale jak rozwiązywaczka problemów. Przejmuje kontrolę, uprzedmiotawia go. Narusza godność. Mężczyzna rozgląda się wtedy za kobietą kochanką, której nie mówi o tym, co mu nie wyszło. Potrzebuje tego spojrzenia, które pokaże mu, że jest w jej oczach męski. W ten sposób suplementuje swoje potrzeby.

Bycie zaopiekowanym nie jest jego potrzebą?
Świadoma kobieta nie bierze do siebie problemów mężczyzny. Trzyma go za rękę i mówi: „Przykro mi, bo widzę, jakie to dla ciebie ważne”. Może zapytać: „Jeśli będę mogła jakoś pomóc, daj znać”. On nic nie chce? To ona się nie wyrywa. Bo jak zacznie mu pomagać, patrzeć na niego jak na kogoś, kto jest jej własnością, to stanie się prześladowczynią.

No, ale czasem on może zrobić coś, co naprawdę ją zaboli. Co wtedy?
Emocje muszą opaść. Ważne, żeby się nie odgryzać, bo wtedy stajesz się prześladowczynią. A on – broniąc się – wychodzi z roli człowieka i wchodzi w rolę prześladowcy. Ty wtedy czujesz się jego ofiarą, no i mamy trójkąt w całej krasie i bardzo mało miejsca na spotkanie miłosne dwojga ludzi.

Definitywne zamknięcie trójkąta zaczęłabym od zastanowienia się, jakie zombi nieprzerobionych tematów z przeszłości powodują, że interpretuję zachowanie partnera jako nieokazanie szacunku, odrzucenie, niewdzięczność. Zrobiłabym też listę sytuacji, w których weszłam w rolę wybawicielki.

Ilustracja Adriana Dziewulska

Trójkąt dramatyczny dotyczy także innych relacji?
Może dotyczyć relacji z rodzicami czy z pracownikami. Zosia ma 40 lat i jako szefowa zespołu „wybawia” pracowników, wszystko sama planuje, wymyśla i nawet nie deleguje odpowiednio zadań. Aż w końcu na zakręcie ją wyrzuca i nie daje rady, więc wkurza się na ludzi, a potem, kiedy oni zaczynają jej odpłacać tym samym, czuje się skrzywdzona i niedoceniona. Tymczasem oni czują się tak samo, bo Zosia lekceważy ich kompetencje i zasoby, wciąż ich wybawiając. Ludzie nie chcą z nią pracować. Jest sfrustrowana. Szef to widzi i wysyła ją do coacha. Tam okazuje się, że Zosia była dziewczynką, która wybawiała mamę z jej nieudanego życia. Musiała więc być grzeczna, piątkowa. Iść na świetne studia, mieć najlepszą pracę, i tak dalej. No i teraz, choć ma 40 lat, co niedziela musi chodzić na niedzielne obiady do rodziców.

Chodzi, choć wolałaby zostać w domu ze swoim partnerem. Jak mogłaby nie iść, skoro mama już od piątku stała przy garach?
A więc idzie na ten obiad w roli i wybawicielki, i ofiary. Czyli mamy już dwa wcielenia Zosi? Trzecie pojawi się, kiedy już zje ten rosół i zacznie się jej nim odbijać, dosłownie i w przenośni. Poczuje frustracje i żeby sobie z nią poradzić, spróbuje wybawić matkę, mówiąc coś w rodzaju: „Mamo, są kursy z asertywności, może pójdziesz? Wiesz, że nie trzeba co niedziela gotować rosołu?”. Wtedy usłyszy: „Nie tak cie wychowałam!”. W oczach matki Zosia stała się właśnie prześladowczynią.

Jak Zosia ma wyjść z trójkąta dramatycznego stworzonego razem z mamą?
Warto, by zastanowiła się, na co ma wpływ. Nie zmieni rodziców, nie naprawi ich błędów. To, co może dziś zrobić, to zaakceptować, jak jest. Posmucić się. Pozwolić sobie na słabość. A potem schować te uczucia do pudełeczka. Ale też zadbać o to, aby każdego dnia zrealizować coś ze swoich prawdziwych potrzeb. A wiec powiedzieć rodzicom: „Kocham cię, mamo, jestem ci wdzięczna za to, że dałaś mi życie, bo dzięki temu mogę teraz realizować swoje potrzeby. Życzę ci też, żebyś realizowała swoje. A ponieważ pragnę weekendy
spędzać inaczej, nie będę w niedziele przychodzić na rosół”. Zastanowić się też wspólnie z rodzicami, co może dać im w tygodniu, żeby mieć wolne weekendy. Na przykład: „Może wpadać do was w środy?”.

Ale rodzice mogą zareagować złością.
Jeden rodzic powie: „Nie ma sprawy, będziemy w weekendy jeździć na działkę”. A inny: „Jak to, mamy zostać sami? Przecież my od lat nie rozmawiamy!” Jednak na to Zosia nic nie poradzi. To mogą zrobić tylko sami rodzice, jeśli ona da im szanse i przestanie „wybawiać” z ich życia.

Trzeba mieć dużo odwagi, żeby zamknąć trójkąt z rodzicami.
Schemat trójkąta dramatycznego, stworzonego przez Stephana Karpmana, opiera się na teorii, która mówi, że każdy z nas ma w sobie trzy poziomy: poziom wewnętrznego dziecka, rodzica i dorosłego. Zgodnie z tą teorią na poziom dorosłego weszła ta osoba, która jest świadoma swoich marzeń z poziomu dziecka i swoich obowiązków z poziomu rodzica. A wiec możemy powiedzieć, że dorosły to jest ten, kto jest odpowiedzialny za realizacje swoich marzeń i za ich równoważenie realizacja tego, co w życiu trzeba. No i zgodnie z teoria trójkąta dramatycznego nie zagra w nim osoba, która weszła na poziom dorosłego. A to dlatego, że w trójkącie dramatycznym mamy postać wybawiciela, czyli kogoś, kto myśli, że pomagając innym, zaspokoi swoje niezaspokojone potrzeby miłości własnej lub miłości tej osoby, która wybawia. Dorosły wie, że nie tędy droga.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze