1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia

Z jakich powodów dziś się rozstajemy? Rozmowa z terapeutą Jackiem Masłowskim

Czas się rozstać, jeżeli jestem w związku świadomie krzywdzony lub krzywdzona przez drugą osobę. Komunikuję to, ale po drugiej stronie nie ma woli, żeby to zmienić. (Ilustracja iStock)
We współczesnym świecie partnerzy są bardziej zmęczeni, przestraszeni i zamknięci w swoich relacjach. A ciśnienie rośnie. Większość nie potrafi sobie z tym poradzić, dlatego zaczyna się wzajemne oskarżanie i rozczarowanie – mówi terapeuta Jacek Masłowski. Z jakich jeszcze powodów mówimy dziś sobie: żegnaj?

Dlaczego się rozstajemy?
Zwykle dlatego, że mamy jakieś niezaspokojone potrzeby relacyjne, które po pewnym czasie bycia w związku dają o sobie znać. Do tej pory nie znalazły przestrzeni na to, żeby być zauważone, a okazują się fundamentalnie ważne dla jednej z osób. Kolejny powód to pojawienie się rozczarowania związanego z tym, że opada „mgła zakochaniowa”. Ale to znamy od lat, nic nowego. Tym, co wypłynęło w tej chwili i wywołało falę rozstań, są obostrzenia związane z COVID-19 i pracą zdalną w domu. Ludzie musieli się w swoich związkach pozamykać. A przez to doświadczenie bycia w relacji staje się bardziej intensywne, a może lepiej powiedzieć: kompromisowe. Wcześniej związek był tylko jednym z aspektów naszego życia. A jeśli relacja miała wady, można było sobie to kompensować przez różnego rodzaju aktywności. Dzisiaj alternatywy się skończyły, zostały zbanowane. Nagle okazuje się, że nie potrafimy w tym związku być tak, jak jest teraz to od nas wymagane.

Ale jeśli zdajemy sobie sprawę z tego, że problemy w związku spowodowane są w dużym stopniu zamknięciem, to może wystarczy pomyśleć, że jak wszystko, ta sytuacja również przeminie.
To, o czym mówisz, jest rzeczywiście bardzo trafną receptą… Tylko pamiętajmy, że to recepta adresowana do nowoczesnej części naszego mózgu. Tej świadomej. Tymczasem w pandemii zaczęliśmy odwoływać się do gadziego mózgu, czyli tej części, w której leży ciało migdałowate, odpowiedzialne przede wszystkim za tzw. negatywne emocje.

Do tej pory byliśmy przyzwyczajeni do tego, że wiele naszych potrzeb, nie tylko relacyjnych, ale też związanych z „dopaminowaniem się”, czyli tym, że mogliśmy pojechać na urlop w jakieś nowe miejsce, wyjść do restauracji, zmienić otoczenie czy osobę, z którą spędzamy czas – realizowaliśmy. A nagle zostało to mocno ograniczone. Do tego dochodzi cała narracja wokół pandemii, która ma cię zastraszyć i zbudować poczucie niepewności. W rezultacie ludzie mają w sobie masę frustracji. Są coraz bardziej zmęczeni, przestraszeni i zamknięci w swoich relacjach. A ciśnienie rośnie. Większość ludzi nie potrafi sobie z tym poradzić w sposób konstruktywny, dlatego zaczyna się wzajemne oskarżanie i rozczarowanie.

Poza tym cały czas lansowana jest teza, która każe zwracać uwagę na to, jak ty się czujesz i czy tobie jest dobrze. W efekcie wielu ludzi nie ma żadnej refleksji związanej z tym, że sam również wpływam na sytuację, w której się znajduję. Zamiast tego ciągle poszukuję przyczyn na zewnątrz i oczekuję, że to ktoś się zmieni. To prosta droga do tego, żeby szukać szczęścia u boku nowego partnera.

Pandemia pokazała nam też, że życie jest krótkie. Po co się męczyć z drugą osobą? Terapeuci mówią: trzeba rozmawiać o problemach. No to ludzie rozmawiają, ale rozmowy kończą się niczym, problem nie znika…
To nie są rozmowy, tylko oskarżenia i awantury. Tymczasem jeśli mam jakiś konflikt z partnerem i coś mnie złości, to w rozmowie powinienem starać się zrozumieć, dlaczego on w ten sposób postępuje i czemu mnie to złości.

Często jestem świadkiem sytuacji, w której ktoś zachowuje się wobec partnera w sposób prowokacyjny. To odczytywane jest później jako złośliwość, mściwość czy upierdliwość. A tak naprawdę jest wręcz automatycznym, nawykowym zachowaniem, silniejszym od rzeczywistych intencji tej osoby. Ona nie potrafi poprosić: „chcę się poczuć dla ciebie ważna czy ważny!”.

Skąd ja to znam!
No właśnie, wszyscy to znamy. Myślisz sobie: „co za głupek!”. Ten ktoś przecież robi wszystko, żeby ci dopiec. Tymczasem on w swoim procesie życia został nauczony, najczęściej na poziomie nieświadomym, że jeśli chce się być dla kogoś ważnym, to trzeba być dla niego trudnym. No więc prowokuje różne przykre sytuacje. Wtedy ktoś zwraca na niego uwagę, myśli o nim, okazuje mu emocje. Zamiast dostawać obojętność, dostaje złość. A to o wiele lepsze.

Ale zamiast go obdarzać złością, mogę też pomyśleć: to jego problem, niech się ogarnie!
To jest problem tej osoby, owszem. Ale to także problem tej relacji. Z jakiegoś powodu ty zaprosiłaś tę osobę do tej relacji. A jakbyś pogrzebała w tym dokładnie, to może się okazać, że ta osoba zachowuje się bardzo komplementarnie do ciebie. Prowokuje cię do przeżywania sytuacji, które ty dobrze znasz.

Tak się dzieje u bardzo wielu osób z syndromem DDA (Dorosłych Dzieci Alkoholików) czy DDD (Dorosłych Dzieci z Rodzin Dysfunkcyjnych). Bo jeżeli jako dziecko jesteś emocjonalnie zależna od drugiej osoby i wiesz o tym, że ta osoba jest nieprzewidywalna – uczysz się, że musisz być w ciągłej mobilizacji i wytworzyć w sobie pewnego rodzaju system wczesnego ostrzegania, który cię informuje, czy nie zbliżają się symptomy zmiany na niekorzyść.

A teraz przeskakujemy do związku – jesteś już dorosłą osobą i masz partnera, który jest miły i z którym jest ci fajnie. Ale jesteś nauczona tego, że kiedy jest fajnie, to tylko do pewnego momentu. I teraz nie wiesz, kiedy ten moment nastąpi. Wtedy masz do wyboru: albo umrzeć na zawał z lęku, albo sprowokować sytuację, w której będzie niefajnie, ale przynajmniej przejmiesz kontrolę.

Czyli przyczyną są schematy, w jakich tkwimy od dzieciństwa?
To jedna sprawa. Kolejna rzecz, która powoduje, że w ostatnim czasie mamy erupcję rozstań, to niekompatybilność wartości. Ludzie zaczynają być w relacji na poziomie swoich fantazji – na temat siebie, drugiej osoby albo związku i tego, jakie życie chcą prowadzić. Mają różne wyobrażenia zaczerpnięte z popkultury, opowieści rodzinnych albo mogą to być negatywy tego, czego doświadczali, oglądając relację własnych rodziców, którzy się rozstali. To jedynie warstwa powierzchowna, która przez pewien moment życia tej pary może być zrealizowana. Jednak wraz z biegiem czasu będą się pojawiały kolejne kryzysy, zmiany: nowa praca, choroba, narodziny dziecka, kredyt, pandemia, utrata pracy, choroba kogoś bliskiego z rodziny – i będą działały jak woda, która dostaje się w szczelinę i zamarza.

Partnerzy zauważają, co jest dla nich ważne, ale na zasadzie kontrastu. Na przykład jedna osoba dostrzega nagle, że chce wychowywać dziecko zgodnie z wartościami katolickimi. Wcześniej nie było tematu, jakoś sobie razem żyli, a teraz trzeba tego młodego człowieka ochrzcić. Na co druga osoba mówi: „ale zaraz, o co chodzi?” i zaczyna się jazda. Ludzie nie potrafią o tym rozmawiać, ponieważ traktują to jako zamach na swoją tożsamość.

Przyczepię się trochę do tych wartości. Oczywiście ważne jest, żeby mieć wspólne wartości z partnerem czy partnerką. Ale jak bardzo wspólne mają być, skoro się rozwijamy i zmieniamy? Trudno mi sobie wyobrazić, żeby prędzej czy później nam się nie rozjechały.
Masz rację, dzisiaj większość ludzi nie jest wychowywana zgodnie z jakimikolwiek względnie stałymi wartościami. One są płynne. Co więcej, w naszych rodzinach często nie zauważyliśmy wartości, bo nie były ponazywane. Do tego ciągle słyszymy: „możesz być, kim chcesz, i wybrać, co dla ciebie jest ważne”. Dlatego eksperymentujemy z wartościami. To nie oznacza, że one się zmieniają, tylko że dopiero sprawdzamy, co jest dla nas ważne.

A teraz wyobraź sobie, że jesteś w sytuacji, w której środowisko, w którym się wychowujesz, proponuje ci różne rzeczy i mówi: „ważne jest to, żebyś nie zabijała, nie kradła”. Nie tylko mówi, ale też pokazuje. Wtedy wychodzisz do świata z uwewnętrznionymi wartościami, które stanowią coś w rodzaju twojego szkieletu. I takich ludzi wcale nie brakuje. Paradoks polega na tym, że ci ludzie tworzą zdecydowanie bardziej stabilne relacje i związki.

Często słyszę, że dzisiaj to kobieta odchodzi od partnera albo ma romans, bo chce od życia „czegoś więcej”.
Kobiety żyją dzisiaj ze świadomością tego, że mają prawo zaspokajać swoje potrzeby, i często to robią. Bariery, które je ograniczają, zniknęły lub zdecydowanie się zmniejszyły, tylko różnie to jeszcze bywa z realizacją. W gabinecie kobiety mówią: „nie chcę tak dłużej, mój mąż się mną nie interesuje, mamy za mało seksu, nigdzie nie wychodzimy, nie rozmawiamy ze sobą, on mnie nie docenia”. Nazywają to wszystko i w pewnym sensie dają mężczyźnie instrukcję obsługi. Akurat wszystkie kobiety, o których mówię, zostały jednak w swoich związkach. Ale też dlatego, że mężczyźni wyszli naprzeciw ich potrzebom.

Istnieje grupa mężów, którzy natychmiast zaczynają oporować, straszą kobiety, że jeśli tylko coś zrobią i pójdą na bok, to oni się z nimi rozwiodą i puszczą je z torbami. Ale są też tacy, którzy wprawdzie na początku ignorują te potrzeby, ale ponieważ ich żony zaczynają się stanowczo domagać swojego, to oni decydują się na to otworzyć. Czym różni się jedna grupa mężczyzn od drugiej? Pierwsi mają niskie poczucie własnej wartości. Ich poczucie kontaktu ze swoją męskością jest niewystarczająco silne.

Czy kobiety chcą dziś się rozstać z zupełnie innych powodów niż mężczyźni?
Współcześnie te powody nie są już tak odmienne. Mężczyźni przychodzą do gabinetu i mówią to samo, co kiedyś kobiety: że nie czują się kochani, partnerka się nimi nie interesuje; seks wymieniają rzadko. Mam wrażenie, że lepiej radzą sobie z brakiem seksu w relacji niż kiedyś. Zaczynają rozumieć, że związek to coś więcej niż wspólne konto w banku, wychowywanie dzieci czy oglądanie Netflixa wieczorem. Chcą mieć partnerkę, z którą można porozmawiać, pośmiać się, przeżyć coś. Kobiety i mężczyźni bardzo się w tym zbliżyli.

A czy częściej dzisiaj decydują się jednak nie rozstawać, gdy zdrada wyjdzie na jaw?
Widzę trzy różne trendy. Czyli: „zdradziłeś mnie/zdradziłaś – to koniec, nie ma o czym gadać”. Drugi trend: „to mnie boli, przyznałaś/przyznałeś, że to był błąd, że czegoś szukałaś/szukałeś, bo nie dostałaś/nie dostałeś tego ode mnie, ale chcesz to naprawić”. Pojawia się praca z bólem osoby zdradzonej, a później nad budowaniem relacji, ale już na innych zasadach niż wcześniej. Ludzie nadal są dla siebie ważni, dbają o lojalność, ale nie ma tego czynnika, który powoduje, że gdyby doszło drugi raz do zdrady, to zrani mnie tak samo silnie. A trzecia opcja, najrzadsza, jednak powtarzająca się coraz częściej, to związek otwarty.

Jakie problemy w związku to znak, że powinno definitywnie dojść do rozstania?
Czas się rozstać, jeżeli jestem w związku świadomie krzywdzony lub krzywdzona przez drugą osobę. Komunikuję to, ale po drugiej stronie nie ma woli, żeby to zmienić. Na przykład mąż, który nie pozwala żonie wychodzić z koleżankami w piątki wieczorem lub nie jest to przez niego mile widziane – krzywdzi ją. Ograniczanie partnerki jest zachowaniem przemocowym!

Cieszę się, że rozmawiamy o ograniczaniu siebie nawzajem w związkach. Bo dzisiaj wszyscy jesteśmy coraz bardziej ograniczani, niezależnie od słuszności tych powodów.
Dzisiaj okoliczności do ograniczania się jest więcej, bo wszyscy jesteśmy ograniczani m.in. przez władzę. Jest też społeczne i odpowiedzialne ograniczanie siebie nawzajem – noszenie maseczek, zachowywanie dystansu i tak dalej. Od dwóch lat żyjemy w sytuacji, w której ograniczanie jest OK. To ma wpływ na nasze związki.

Istnieje oczywiście dobre ograniczanie, bo jeżeli mam siedemnastoletniego syna, który zaczyna sięgać po narkotyki, to jako rodzic muszę ograniczyć go w tej kwestii. Jeśli jednak jako mężczyzna funkcjonuję w związku z dorosłą osobą i ograniczam jej prawa, to – podkreślmy to raz jeszcze – jest to przemoc.

Jacek Masłowski, filozof, coach, psychoterapeuta w Instytucie Psychoterapii Masculinum, współtwórca i prezes Fundacji Masculinum, współautor książek.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze