1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia

Zbuntowane i spragnione miłości – o dziewczynach ze schronisk dla nieletnich mówi psycholożka Aneta Głuchowska

Uwrażliwienie dziewczyn i pokazanie, że droga, którą wybrały, nie była dobra, to podstawa procesu resocjalizacji. (Fot. iStock)
Przekraczającej granice prawa czternastolatce łatwiej pomóc niż jej kilka lat starszej koleżance. Jednak do żadnej z nich taka łatka nie musi przylgnąć na całe życie. Jak wydostać się z systemu? Czego najbardziej brakuje zagubionym młodym dziewczynom? Odpowiada Aneta Głuchowska, psycholożka za schroniska dla nieletnich.

Kto trafia do schroniska dla nieletnich?
Schronisko dla nieletnich to odpowiednik aresztu śledczego dla dorosłych. W Polsce mamy cztery takie miejsca dla dziewczyn: Falenica, Zawiercie, Mrozy i Koronowo. Trafiają do nas nastolatki, które ukończyły trzynasty rok życia i popełniły jakiś czyn karalny zapisany w Kodeksie karnym. Z założenia na trzy miesiące, przy czym niejednokrotnie ich pobyt wydłuża się o kolejne. Często mają one już za sobą historię pobytu w ośrodkach wychowawczych lub ucieczek z domu. Są też takie, które nigdy wcześniej nie miały do czynienia z wątkiem przestępczym, przesądziła o tym jedna sytuacja.

Katalog spraw jest niezwykle szeroki, poza takimi przypadkami, jak podejrzenie o współudział w zabójstwie, zabójstwo czy ostre zranienie kogoś pod wpływem impulsu, są też np. groźby karalne kierowane przez Messengera. Teraz mamy bardzo dużo emocjonalnie pogubionych dziewczyn. Chcą być akceptowane w grupie, zaistnieć, pokazać, że są fajne.

Robisz coś głupiego, żeby pokazać się przed grupą i sprawa wymyka się spod kontroli. To nie musi być patologiczne środowisko, tylko nastoletnie balansowanie na krawędzi plus nieszczęśliwy zbieg okoliczności…
Charakterystyka dziewczyny, która do nas trafia, nie jest już tak jednoznaczna jak kiedyś: dziewczyna miała w domu tatę lub mamę uzależnionych od alkoholu albo ojciec był przemocowy czy nieobecny. Teraz nie zawsze jest to patologiczny dom. Często to rodziny, w których jest za mało miłości albo rodzice nie potrafią jej właściwie okazać. Albo autorytarny dom, nastawiony na wywiązywanie się z różnych zadań bez autentycznej miłości czy okazywania czułości i bliskości – rodzice mają za wiele wymagań, których dziecko nie jest w stanie spełnić.

Na ile to problemy na linii córka – ojciec wpływają na trudności w życiu tych dziewczyn?
U dziewczyn, które do nas trafiają, bardzo często obserwuję zaburzoną relację z ojcem; albo ci ojcowie zniknęli na wczesnym etapie ich życia czy też byli nieznani, albo byli chorzy. Na przykład ojciec leczony jest psychiatrycznie, a przez to nie jest postrzegany jako autorytet, dziecko się go wstydzi. Albo choroba wyzwala w nim niekontrolowane zachowania, których dziecko się boi i w rezultacie trafia do domu dziecka. To może być też ojciec, który kocha, ale swoją miłość pokazuje w sposób autorytarny, karzący, nazbyt surowo i agresywnie, często też, niestety, przy alkoholu.

Na czym polega proces resocjalizacji, który przechodzą te dziewczyny w schronisku? Czy chodzi o to, żeby zaspokoić ich potrzeby?
W proces resocjalizacji zaangażowany jest cały sztab ludzi: wychowawców, nauczycieli, pedagogów, terapeutów, a także grono pracowników administracyjnych – po to, żeby pokazać nastolatkom, że świat może wyglądać inaczej. Są u nas po to, żeby dokonać jakiejś refleksji nad tym, co się w ich życiu wydarzyło. Zawsze im powtarzam: „To, że się u nas znalazłyście, stało się z jakiegoś powodu. Warto go odnaleźć. To po prostu wybranie złej drogi, pójście w złym kierunku. Miejsce, w którym się aktualnie znajdujecie, potraktujcie jak czerwone światełko, ostrzegawczy sygnał. Zastanówcie się nad tym, jak chciałybyście, żeby wyglądało wasze życie”. Uwrażliwienie dziewczyn i pokazanie, że droga, którą wybrały, nie była dobra, to podstawa procesu resocjalizacji. Oczywiście są także osoby niewzruszone, o rysie psychopatycznym, wtedy praca staje się niezwykle trudna, czasem niemożliwa. Takie dziewczyny nie mają w sobie pokładów winy ani potrzeby przeproszenia za krzywdy, które wyrządziły innym. Robią to jedynie z powodów strategicznych, wiedzą, że to jest dobrze widziane w sądzie.

Większość podopiecznych ma też duże problemy z nauką, a rodzice niekoniecznie zadbali o to, żeby nadrobić zaległości. U nas mogą zdobyć dodatkowe umiejętności na kursach zawodowych, skończyć szkołę. Gwarantujemy im całą ofertę oświatowo-kulturalną, pokazujemy, że wolny czas można spędzić w inny sposób niż na ławce z piwem czy na dyskotece. Że można pójść do teatru, do kina, na wystawę czy spacer do parku.

Im więcej różnorodnych zajęć i możliwości zagospodarowania czasu wolnego, tym mniej miejsca na tak zwane drugie życie i poszukiwanie rzeczy, które nie są dozwolone. Tym nastolatkom trzeba zorganizować czas, bo one nie mają ochoty ani pomysłów na aktywne jego spędzanie. Przez wiele lat współpracował z nami profesor Marek Konopczyński, który stworzył pojęcie „twórczej resocjalizacji”. Z jego inicjatywy powstał w Falenicy teatr.

Zastanawiam się, na ile możliwe jest to, żeby pracować nad swoimi emocjami, przygotować się do zawodu, zaangażować w różne zajęcia kulturalne w zaledwie trzy miesiące? Bo tyle trwa pobyt w schronisku. Z Pani punktu widzenia, ile powinien trwać taki proces, żeby to miało sens?
Myślę, że kluczowy jest rok albo dwa. Z tym że najlepiej jeśli dziewczyna trafia do nas w czasie naturalnego buntu rozwojowego, czyli jako 13-, 14-latka. Wtedy krok po kroku pokazujemy jej konsekwencje różnych działań. Bo kiedy zaczyna już dojrzewać, inaczej myśli i postrzega siebie czy świat. A my widzimy, że praca rzeczywiście przynosi efekt.

Gorzej, jeśli trafiają do nas dziewczyny starsze, około 17-letnie, z trudnymi doświadczeniami, kiedy w grę wchodzi dodatkowo dysfunkcyjne otoczenie, np. nieodpowiedni partner lub uzależnienie od substancji psychoaktywnych. To wszystko ma duży wpływ na deklarowany poziom szczęścia i wzmaga poziom złości, którą odczuwają.

Jakie metody stosuje Pani w swojej pracy? Co jest najważniejsze? Co się sprawdza?
Pracuję przede wszystkim nad zaufaniem i budowaniem relacji z dziewczynami. Bez tego nie jest możliwa żadna głębsza praca. Oczywiście ważne, żeby zachować w tym dystans, jednak umieć pokazać siebie jako autentyczną osobę, ze wszystkimi słabościami.

Na zajęciach grupowych wprowadzamy różnorodne oddziaływania, jak muzykoterapię, arteterapię, socjoterapię, profilaktykę uzależnień, różne programy psychoedukacyjne, filmoterapię. W ten sposób próbujemy minimalizować ich deficyty i pracować na zasobach, rozwijając u nich ciekawość, pokazując im świat. Pamiętam, jak byłyśmy na sztuce „8 kobiet” w reżyserii Adama Sajnuka w Och-Teatrze, która wywołała ciekawe spostrzeżenia. Temat był mocno zbliżony do ich doświadczeń: dom na pustkowiu, osiem kobiet, każda ma motyw, by zabić, każda ma alibi. Duże emocje wzbudził też film „Cicha noc” Piotra Domalewskiego, z mocno obecnym tematem choroby alkoholowej i trudności życia w rodzinie. Ten film otworzył w dziewczynach wiele wątków prywatnych.

Wiele programów ma charakter autorski, ja opracowałam m.in. program zajęć w ramach Falenickiego Dyskusyjnego Klubu Filmowego, gdzie pokazuję odcinki programu „Kobiety na krańcu świata" Martyny Wojciechowskiej. To ma walor zarówno edukacyjny, bo dziewczyny mają ogromne zaległości, jeśli chodzi o wiedzę o świecie, jak i rozwojowy – nastolatki poznają historie różnych kobiet, które są dla nich inspiracją do rozmów o kobiecości. To ważne, bo one często nie mają interesujących wzorców, z których mogą czerpać.

Co je najbardziej porusza?
Mocno poruszył je odcinek o niezwykle otyłej kobiecie ze Stanów Zjednoczonych, która była przekarmiana przez swoich partnerów. Dziewczyny bardzo przeżywały tę sytuację – widziały, ile ta kobieta je i jak wygląda. To była nie tylko kwestia fizyczności i obrazu ciała, ale także tego, jak bardzo kobieta jest w stanie ulec mężczyźnie jedynie po to, żeby z nim być. Dziewczyny nie miały w sobie na to zgody. Nie wyobrażały sobie siebie w takim związku.

Trafiłam na badania, z których wynika, że zarówno chłopcy, jak i dziewczęta najchętniej oglądają kino grozy. A szczególnie horrory. Dlaczego tak się dzieje?
Nasze dziewczyny również wybierają takie kino! Nawet przez chwilę zastanawiałam się nad tym, czy pójść za ich potrzebą, bo sama nie widziałam sensu w pracy z horrorami. A jednak, kiedy przypomnę sobie siebie w ich wieku, na etapie szkoły podstawowej, widzę, że też lubiłam oglądać takie kino. Może to kwestia etapu rozwojowego.

Poza tym kontakt z kinem grozy uwalnia osobiste lęki, uwalnia adrenalinę, której potrzebują. Co ciekawe, dziewczyny uwielbiają oglądać również bajki! Myślę, że to z kolei wynika z niespełnionego dzieciństwa, niezaspokojonej części życia, która nie miała okazji przebiegać tak jak w tych bajkach. Dzieciństwo tych dziewczyn nie wyglądało w ten sposób. Ba! One nawet nie miały czasu oglądać bajek, bo miały tyle zmartwień na głowie. W młodszym wieku szukały doświadczeń i wrażeń przypisanych zdecydowanie starszym, a przecież starsi nie oglądają już bajek...

Czy pobyt w schronisku, a potem w zakładzie poprawczym – to „łatka” na całe życie?
Dziewczyny, które trafiają do naszego schroniska, a potem są kierowane do zakładu poprawczego i wychodzą z niego przed ukończeniem 21. roku życia – nie mają w swoich tzw. papierach żadnej informacji o tym, że były karane.

Komu udaje się wyjść z tego systemu? Jak później toczą się życiorysy tych dziewczyn?
Udaje się tym, które mają wsparcie rodzinne, czyli prawdziwe zainteresowanie mamy, taty lub dziadków. W naszym ośrodku prowadzimy warsztaty dla rodziców i opiekunów. Staramy się zapraszać wszystkich dorosłych, żeby pomóc im odbudowywać relacje z dziećmi. Jeżeli opiekunom na tym zależy, dziewczyny to widzą, a to dla nich bardzo ważne w procesie resocjalizacji.

Mam przed oczami historię jednej dziewczyny, która pod wpływem miłości do partnera zrobiła coś złego. Jednak jej dom był fajny, dostała dużo miłości, ogromne ciepło mamy, taty. Nie wiem oczywiście, jak potoczą się jej losy, ale myślę, że tam, gdzie jest autentyczne zainteresowanie, a do tego dziewczyna znajdzie wartościowego partnera, który jest wolny od nałogów, to sukces jest prawie że murowany.

A co, jeśli dziewczyna nie ma wspierającego domu?
Jeżeli widzimy, że dom nie daje gwarancji i mimo różnych rozmów oraz pracy pracownika socjalnego z ośrodka pomocy społecznej, trudno jest namówić rodziców na jakąkolwiek zmianę czy współpracę – wtedy zachęcamy, żeby dziewczyna jak najszybciej usamodzielniła się poza miejscem zamieszkania, znalazła pracę i wynajęła mieszkanie. Odcięła się od środowiska, które nie jest karmiące.

Jak rodzice powinni reagować w podobnej sytuacji, nawet niezakończonej sądem? I jak najczęściej reagują? Czy się angażują?
Podobnie jak w relacji psycholog – dziecko, najważniejsze jest zbudowanie zaufania. Trzeba dotrzeć do sedna problemu, rozmawiać i jeszcze raz rozmawiać. Nawet jeśli dziecko tego nie chce, ponawiać próby. Pokazać też, co ja jako rodzic czuję w związku z tą sytuacją. Nie krytykować, nie być agresywnym. Szanować tego młodego człowieka.

Czyli najważniejsze jest pytanie: „Jak mogę ci pomóc”?
A także: „Co do tej pory nie zagrało? Jak ty to widzisz?”. Bo często okazuje się, że nie mamy autentycznego kontaktu z dzieckiem. Co z tego, że wiem, jakie ma oceny, ale nie interesuję się jego życiem prywatnym, bo nie mam na to czasu. Albo wydaje mi się, że skoro dziecko samo o tym nie mówi, to wszystko OK. Córka może powiedzieć: „Mamo, nie chcę o tym rozmawiać”, ale jako rodzic mam być w jej świecie. Angażować się i pytać: „Co mogę dla ciebie zrobić?”, ale też: „Co ciekawego dzisiaj robiłaś? Jak minął ci dzień?”.

Warto też zastanowić się nad tym, jak ja jako rodzic oceniam, na ile mój dorastający syn czy córka są osobami odpowiedzialnymi. Niektórzy rodzice nie wierzą w to, co mówią inni o ich dziecku. Zbyt pobłażliwie podchodzą do wszelkich zgłaszanych problemów, wierząc tylko i wyłącznie swojemu dziecku. Wybielając je, nie korygując, nie krytykując jego niewłaściwych zachowań. Dlatego warto też słuchać innych i nie obawiać się szukać pomocy. Bo jeśli rodzice nie znajdą wsparcia u specjalistów lub nie zmienią swojego postępowania wobec dziecka, skutki mogą być naprawdę opłakane.

Czego najbardziej potrzebują młode dziewczyny, z którymi Pani pracuje?
Kiedy rozmawiam z dziewczynami o ich potrzebach, to na pierwszym miejscu stawiają miłość i rodzinę. To słowa klucze. „Rodzina, którą sama chciałabym stworzyć, taka której nigdy nie miałam”. Poza tym czują pragnienie akceptacji i posiadania pewnych zasad w życiu. Bo choć te dziewczyny tak często się buntują, to jednak pragną mieć bardziej poukładany świat. Potrzebują przewidywalności. Nie chcą domu bez zasad, w którym można robić wszystko. I właśnie to dostają w placówkach jak nasza, gdzie jest określony rytm dnia, zajęcia, znany wszystkim sposób oceniania. Znając reguły, czują się bezpieczne. Potrzebują też, żeby rodzic zainteresował się nimi i powiedział: „nie idź tą drogą”.

Aneta Głuchowska, psycholożka w Schronisku dla Nieletnich i Zakładzie Poprawczym w Warszawie-Falenicy. Pracuje z młodzieżą i dorosłymi.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze