1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia

Kryzys wieku średniego – sprawdzian, szansa, druga młodość. O olśnieniach i zwątpieniach dojrzałości

Kryzys wieku średniego jest po to, byśmy coś z niego rozumieli, a nie śmiali się z niego. (Fot. iStock)
Jedni nazywają go „kryzysem połowy życia”, inni „sprawdzianem”, „szansą” czy „drugą młodością”. O tym, co się dzieje z nami w okolicach czterdziestki (choć bywa też, że wcześniej lub później), czyli o olśnieniach i o zwątpieniach dojrzałości – z psychoterapeutką Katarzyną Miller rozmawia Joanna Olekszyk.

Kryzys wieku średniego. To określenie przez lata funkcjonowało jako dość humorystyczny komentarz do sytuacji, w której mężczyzna z czterdziestką na karku, brzuszkiem i przerzedzającymi się włosami kupuje sobie ferrari, zostawia żonę i szaleje z młodymi dziewczynami. Ale od jakiegoś czasu zaczyna się mówić o nim trochę poważniej, w dodatku włącza się w ten temat kobiety, które dotąd kryzysu wieku średniego mieć nie mogły. I w ich wydaniu ten kryzys ma trochę inną postać… Coraz częściej słyszymy, że kobiety 35 plus, 45 plus czy 55 plus zmieniają swoje życie o 180 stopni – chodzą na warsztaty rozwojowe, podróżują, odnajdują dawno porzucone pasje. Obserwujesz coś takiego?
Zdecydowanie obserwuję. Najłatwiejszy i najciekawszy ten kryzys jest dla kobiet, których dzieci już dorosły, bo wtedy mają poczucie, że już zrobiły, co miały zrobić, i nikt nie będzie się ich czepiał, że zajmują się tylko sobą. Co więcej, same siebie się wtedy mniej czepiają. Znajdują w sobie odwagę, by powiedzieć, że one też mają jakieś prawa. I dostają zrozumienie u innych kobiet. Wspólnie chodzą na te warsztaty czy kursy malowania. Zaczynają jeździć na wycieczki, angażować się w zajęcia, typu pieczenie ciast i ich sprzedawanie czy też robienie na drutach – by na przykład mieć własne pieniądze.

Oczywiście nadal jest wiele kobiet patriarchalnych, które będą się zajmować tyko tym, by mężowi uprasować koszulę i zrobić ogórkową, ale te, które się trochę już obudziły, zaczynają dawać sobie wzajemnie ogromnie dużo wsparcia. I myślę, że na tym właśnie polega podstawowa różnica między damskim a męskim kryzysem wieku średniego. I jest to różnica na naszą, kobiecą korzyść.

Widzę to na swoich grupach. Na każdym spotkaniu odzywają się jakieś uczestniczki i mówią: „Ja to się nigdy z kobietami nie kolegowałam, bo ważniejsi byli faceci, dom i codzienna krzątanina, ale teraz zaczęłam to odkrywać i Boże, jakie to jest przyjemne! Jakie to jest ważne! Jakie to jest nowe i cenne!”. Bo to naprawdę wnosi w życie zupełnie inną jakość. Kobiety czują, że przed innymi kobietami nie muszą się popisywać ani udawać kogoś innego. Mogą się przyznać przed nimi do swoich słabości i one też się przyznają do swoich. I jeszcze mówią: „Nie przejmuj się, ja też tak mam”. W ten sposób nawzajem dają sobie prawo do normalności. Bo przy facetach się jednak mocno spinają.

Wszystkie to znamy, wystarczy, że jeden chłop wejdzie do grupy dziesięciu kobiet i zaraz się trzy czy cztery zerwą: „A może herbatki zrobić? Chciałby pan coś zjeść?”. Poprawiają sweterki, wciągają brzuch i trzepoczą rzęsami. A kiedy są same ze sobą, to są prawdziwe. Bardzo to lubią i cieszą się z tego. Daje im to dużo odpoczynku, prawdziwego relaksu. Kobietki w ogóle bardzo dużo się ze sobą śmieją. Wspólny, głośny, frenetyczny śmiech kobiet to jest rewelacja!

Uważasz, że mężczyźni nie wspierają się wzajemnie w kryzysie?
Koleżeństwo mężczyzn jest czymś zupełnie innym. Ono bardzo często jest takim rodzajem czepiania się siebie i dokuczania sobie. Na zasadzie: „Ej, stary byku, co ty tam wiesz? Głupi jesteś i już”. Oczywiście gdzieś tam pod spodem wiedzą, że to jest mówione z serdecznością, że ma pokrywać ich zakłopotanie prawdziwymi uczuciami, jakie przeżywają, tylko nie zmienia to faktu, że przez to bardzo dużo tracą. Bo w efekcie głównie rywalizują: czyje ferrari droższe czy szybsze albo kto przyszedł z fajniejszą dziewczyną na imprezę. Oczywiście kobiety też się porównują, co do tego nie ma żadnych wątpliwości, natomiast myślę, że one szybciej z tego rezygnują, jeśli zaczynają się lubić.

Poza tym kobiety zawsze były nastawione na to, by mieć sprzymierzeńca w drugiej kobiecie, by się z nią dogadać i by było miło i sympatycznie, a czas przyjemnie nam razem biegł. Zobacz, jak się rozejrzysz po kawiarniach czy po knajpach w przeciętnym mieście, to siedzą w nich głównie kobiety. We dwie, we trzy, w pięć czy w sześć. Kiedyś siedzieli tylko faceci albo pary. Teraz siedzą kobitki, i to masowo.

W mężczyznach też się coś zmienia. Może biorą właśnie przykład z nas, kobiet? Wśród moich znajomych i sąsiadów obserwuję na przykład silny trend męskich wypadów. Mówię tu nie o nastolatkach, tylko mężczyznach po 40. Jeden z moich sąsiadów raz w roku bierze swoich kumpli i razem z dziećmi jadą w góry – bez żon i partnerek. Kiedyś coś takiego było nie tyle może ewenementem, ale na pewno rzadkością.

Masz rację, faceci lubią męskie wypady. I bardzo dobrze! A wypady tylko z dziećmi to już w ogóle są genialne! W Irlandii widziałam na przykład w kawiarniach takich kumpli rano przed pracą. Wchodzili po czterech–pięciu, zjadali razem śniadanie lub wypijali kawę i biegli do roboty. Przy czym dużo się śmiali i gadali. Widać było, że są zadowoleni z tego, że są razem. Daj, Boże, chłopakom więcej takiego wspólnego czasu.

Nie uważasz, że ten stereotyp kryzysu wieku średniego mężczyzn krzywdzi?
Każdy kryzys jest po to, byśmy coś z niego rozumieli, a nie się z niego podśmiewali. Bo co jest właściwie takiego zabawnego w mężczyźnie, który nadal chce być atrakcyjny? Tak samo przykro robi się kobiecie, że przestała być młodą, gorącą laską i mało kto się nią interesuje. Pytasz, czy to nie jest krzywdzące dla facetów – jak najbardziej. Bo kultura patriarchalna załatwiła ich tak samo jak nas. My mamy być piękne, miłe i zawsze uśmiechnięte, a oni – prężni, twardzi i ze wszystkim sobie radzić. Ale kiedy zaczynają się czuć troszkę skapcaniali czy nieruchawi, to sobie tak samo dokuczają jak my. Przeglądają się w lustrze czy w wystawie sklepowej i myślą: „Kurczę, kiedyś to ja byłem… king, a teraz?”. I chce im się z powrotem takim kingiem stać. Kobietom też się chce. Zresztą stąd się wziął ten ogromny, globalny i w sumie bardzo miły dla nas trend, że teraz właściwie nie wiadomo, ile babka ma lat, bo jest bardzo zadbana. Dziś różnica między 30. rokiem życia a 45. jest prawie niewidoczna.

A może przechodzisz łagodniej kryzys wieku średniego, jak możesz sobie o nim pogadać w gronie kolegów czy koleżanek?
W ogóle mam wrażenie, że on nam się przesuwa albo przechodzi bardziej łagodnie niż kiedyś. Oczywiście kryzysy i tak będą się pojawiały na różnych fazach naszego życia, to jest niezbędny element człowieczeństwa, bo pozwala nam poczuć, że pewne rzeczy się kończą i przychodzą nowe. Natomiast sam kryzys wieku średniego może po prostu przestać być tym, czym dotąd się wydawał.

Według definicji to kryzys połowy życia. Jeśli założymy, że dożywamy przeciętnie 80, 90 lat – to pojawia się zwykle w okolicach 40., 45. roku życia. I jest związany z tym, że w połowie tego życia zaczynamy się zastanawiać: „Czy to już wszystko? Tylko tyle mnie czeka?”. Kiedyś w wieku 40 lat miało się odchowane dzieci, dom, pracę, status społeczny. Wydawało się, że lista zadań jest już odhaczona. I co dalej? Natomiast teraz słyszymy hasła: „Życie zaczyna się po 50”, „Wiek nie ogranicza”. Ludzie po 60., 70., a nawet po 80. roku życia zaczynają robić nowe rzeczy, zmieniają ścieżki zawodowe, podróżują po świecie. Nic się nie kończy, a dopiero zaczyna.
Bo dziś rzeczywistość ma nam o wiele więcej do zaoferowania niż kiedyś. Co ma swoje plusy, ale i minusy. Minusy są na przykład takie, że tego jest za dużo. Dostajesz nawał informacji i możliwości. Możesz zrobić to, to, to i jeszcze to. Tego posłuchać, tam pojechać, to kupić, tu nagrać filmik, tam wrzucić zdjęcie. Więc dlaczego tego wszystkiego nie robisz? Rosną okazje, ale i wymagania oraz oczekiwania. Z drugiej strony, jeśli ktoś jest rzutki i energiczny, może dziś zdziałać zdecydowanie więcej niż kiedyś.

Dlatego najważniejsza zmiana powinna polegać na tym, że wreszcie zaczniemy widzieć, że choć młodość ma swoje zalety, to dojrzałość i starość dają więcej możliwości. Może warto zacząć budowę nowej wiary w dorosłość? Ktoś dojrzały jest bardziej samoświadomy, bardziej dla siebie dyspozycyjny, wie, czego chce, i ma zwykle już na to fundusze. Poza tym dziś żyjemy często o wiele dłużej niż do 80.

W dodatku dłużej lepiej wyglądamy i dłużej lepiej się czujemy. A przynajmniej możemy lepiej wyglądać i lepiej się czuć. Pierwszy siwy włos jest oczywiście wydarzeniem, ale już cała głowa siwych włosów staje się modna.
Raz – że jest modna, a dwa – jeśli ci się nie podoba, zawsze możesz ufarbować lub wręcz zgolić, i też być modna czy modny. 150 lat temu kiedy 35-letnie matrony prowadziły 14-letnie córeczki na bal, to było wiadome, że one będą siedzieć na kanapach, wachlując się w zapiętych pod szyję sukniach. Natomiast teraz 80-letnia matrona może sobie podskakiwać w klubie, stroić się, w co tylko chce, i jeszcze zakładać konto na Instagramie.

Co nie zmienia faktu, że się starzejemy. Wolniej, ale starzejemy. Strzyka nam częściej w plecach, dochodzimy do siebie dłużej po chorobach czy zarwanych nocach, ale poza tym nie jest tak źle
Zobacz, jaki ten nasz dzisiejszy świat jest dziwny i niejednoznaczny. Z jednej strony ludzie biorą coraz więcej pigułek nasennych i antydepresantów, coraz więcej młodych ludzi nie radzi sobie z presją, hejtem czy problemami tożsamościowymi, a z drugiej coraz więcej ludzi tak wiele osiąga i robi; ma poczucie, że warto w siebie inwestować, że to się opłaca. Można powiedzieć, że te wymogi co do tego, jaki człowiek ma lub może być, jednych motywują, a innych pogrążają, dociskają i męczą – bo jeszcze bardziej na ostrzu noża stawiają to, czy się wyrobisz czy nie.

Dawniej jeśli przynależałeś do jakiejś grupy zawodowej czy społecznej, to sobie w niej zostawałeś na zawsze. Dziś się rozglądasz i widzisz, że twoi koledzy i koleżanki chcą być gdzie indziej albo potrafią być gdzie indziej. I co masz z tym właściwie zrobić? Albo poczujesz, że też tak chcesz, i wtedy znowu młodniejesz, albo to wprawi cię w przygnębienie i depresję.

Możemy sobie przedłużyć młodość, ale nie w nieskończoność. Moment, w którym okazuje się to już niemożliwe, staje się tym większym kryzysem.
No i dochodzimy do kwestii akceptacji tego, że jednak się zmieniamy. Jak już powiedziałam, kryzys będzie się przesuwał i przychodził później – i wtedy będzie dotyczył już nie tego, ile ja mam lat, tylko co ja z tymi latami zrobiłem. Czy ja się jeszcze liczę na jakichś rynkach i w jakichś salonach, czy jeszcze mam coś do powiedzenia.

Jest jeszcze jeden wymiar kryzysu wieku średniego, który mnie bardzo interesuje. To wymiar, który można by określić słowem „sprawdzam”. Mam na myśli to, że rewidujemy, czy droga, którą idziemy, i ludzie, którymi się otaczamy, są na pewno właściwe.
Myślę, że w czasach, które są chwiejne i w których nie dzieje się codziennie to samo, tym bardziej ludzie mają pytania egzystencjalne. Z jednej strony są one otwierające, a z drugiej – lękowe. Zawsze tak było, ale teraz ilość rzeczy, jaka do ludzi dociera, jest naprawdę nieporównywalnie większa.

Ale też znacznie częściej dochodzi do rozwodów, zdrad, romansów – czy nie jest trochę tak, że wmawiamy sobie, że zmiana partnera zmieni całe nasze życie?
Nowy partner nie gwarantuje, że znajdziemy odpowiedź na te pytania – wprawdzie gwarantuje, że będzie inaczej, lecz nie gwarantuje, że będzie lepiej. Ale też dobrze by było, gdyby człowiek, dojrzewając, bardziej wiedział, z kim już nie warto być. Przynajmniej tyle – jeśli jeszcze nie wie, z kim być warto. Tak by było fajniej i mądrzej, prawda? Ogromnym plusem dzisiejszych czasów jest to, że możemy się przestać bać wolności, samodzielności i niezależności. To, że kobiety zarabiają, pracują, kształcą się – oznacza, że nie muszą już opierać się na facecie. Kiedyś jeśli byłaś żoną, to wiadomo było, kim jesteś. Dziś się to zupełnie przestało liczyć. To, czy masz męża, konkubenta, czy jesteś wieczną singielką, nie ma większego wpływu na to, jak ludzie cię postrzegają, oczywiście poza środowiskami bardzo tradycyjnymi.

A czy poszukiwania duchowe, które w tym wieku się często rozpoczynają, to też efekt dojrzałości czy raczej strachu przed śmiercią?
To może być zarówno dojrzałe, jak i lękowe, ale nie widzę w tym niczego złego, bo to poszukiwanie sensu w obliczu ostateczności. Poza tym skoro już mi się skończyło przejmowanie tym, czy mam za co żyć; skoro wiem też, mniej więcej, co potrafię i kim jestem – to teraz potrzebuję czegoś więcej. Zgodnie z piramidą Masłowa – robi się miejsce na duchowość, wiedzę, wyższe wartości. Osobiście myślę, że powinien przyjść jeszcze czas na to, żeby ludzie się bardziej uspołecznili.

A czy ty sama doświadczyłaś kryzysu wieku średniego? I czy wydarzył się on w wieku, o którym mówimy? A może nie wydarzył się wcale?
Kiedy myślę o swoim życiu, to widzę, że miałam parę kryzysów, zresztą sądzę, że to dość powszechne i ludzkie. Ale wiesz, który mi jako pierwszy przychodzi do głowy? Czas, kiedy moja mama się zestarzała, a ja nieodwołalnie weszłam w rolę kogoś, kto już się ani nie buntuje, ani nie korzysta, ani się nie kłóci – tylko musi się rodzicem zająć. Moja mama odchodziła przez dziewięć lat i to były dla mnie bardzo trudne lata. Przez jakiś czas miałam poczucie, że i ja się bardzo zestarzałam. Obserwowałam swój schyłek, schodzenie. Pamiętając, że nie byłyśmy w zbyt dobrej relacji, domyślasz się chyba, że to nie było ciepłe, tylko trudne i bolesne. Dla mnie to był chyba największy życiowy kryzys. Dlatego też po śmierci mamy miałam wrażenie, jakbym na nowo odnalazła siebie samą i już całkiem stanęła na własnych nóżkach.

Oczywiście różni ludzie tracą rodziców znacznie wcześniej, ale też widzę, jak bardzo długo kobiety i mężczyźni zajmują się swoimi rodzicami w sposób, który ich bardzo dużo kosztuje. Mam pacjentkę, która ma 60 lat i jest przez swoją 80-letnią mamę nieustannie ustawiana. Mój inny pacjent, 50-latek, który zaczął przychodzić do mnie, ponieważ żona zajęła się terapią, więc i on się zorientował, że jemu się to przyda – zaczyna dopiero teraz widzieć, jak wiele złych rzeczy przekazuje mu jego mama – jak go straszy, jak mu obniża poczucie własnej wartości, jak go wykorzystuje. To fajny ojciec, mąż, ma swoją firmę, a jednocześnie cały czas jest na sznurku mamusi. Ale nie jest maminsynkiem w tym sensie, w jakim mówimy tak o mężczyznach, którzy we wszystkim słuchają się mamy. Ona po prostu ciągle silnie na niego oddziałuje.

Kiedy czytam książki lub artykuły o wyzwalaniu się spod wpływu krzywdzących, toksycznych rodziców, często zauważam, że dzieje się to właśnie w okolicy 40., 50. roku życia.
Rzeczywiście często dopiero w tym wieku pewne rzeczy do nas docierają i zdajemy sobie sprawę z tego, że to, co uważaliśmy za normalne czy typowe, wcale takie nie jest. Takie olśnienia to ewidentna część tego procesu. Tylko czy potrafimy właściwie z nich skorzystać? Nie obracać ich przeciwko sobie ani przeciwko rodzicom czy innym ludziom, bo to nie o to chodzi. Chodzi o zdanie sobie sprawy z tego, że ja też mam prawo do czerwonego dywanu przed moim własnym domem. A nie tylko wiecznie się zastanawiać: czy to jest w porządku? Czy ja jestem w porządku?

Utarło się, że dojrzałość to 18 lat…
Ależ skąd, w tym wieku to jest się smarkaterią totalną. Dopiero zaczyna się mówić: jestem dorosła i mam prawo palić papierosy, farbować sobie włosy, chodzić na randki i wracać z nich, o której chcę, wyjechać z chłopakiem pod namiot i zacząć zarabiać pieniądze. Gdzie tu dojrzałość?! Są oczywiście wyjątki, ale zwykle dojrzałość zaczyna się dopiero w momencie, kiedy właśnie dopada nas kryzys i każe zadać sobie ważne pytania.

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi” czy „Daj się pokochać, dziewczyno” (wydane przez Wydawnictwo Zwierciadło).

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze