1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia

Nie chcę być singlem, ale nie potrafię zbudować trwałej relacji

Potrzeba bliskości nie powinna zamienić się w rozpaczliwe poszukiwanie partnera, bo to nie ma szans skończyć się dobrze. Ani dla nas, ani dla potencjalnego partnera, którego traktujemy wtedy jak narzędzie. (Fot. iStock)
Odstawienie tego, co szkodzi, to podstawa wychodzenia z nałogu. A przecież nikt nie zachęca do odstawienia miłości, która jest czymś dobrym. Dlatego – zdaniem psychoterapeuty Roberta Rutkowskiego – nie ma czegoś takiego jak uzależnienie od miłości. Czym więc wytłumaczyć dążenie do bycia z kimś za wszelką cenę?

Zacznijmy od definicji. Czym jest uzależnienie od alkoholu, narkotyków, seksu – wiemy. A czy jest właściwie uzależnienie od miłości?
Przede wszystkim kwestionuję taki termin jak „uzależnienie od miłości”. Wiem, że krąży on w przestrzeni, ale dla mnie to fantazja. Nie kupuję tego. Wszystkie zachowania, które mogą nas uzależniać, które wywołują chęć ich powtarzania związane są z biochemią mózgu. Można uzależnić się od różnych zachowań, substancji, ale miłość nie zalicza się do tej grupy. Jest czymś, co nazwałbym nirwaną, to uosobienie czystości, równowagi i harmonii. Miłość jest poza jakąkolwiek klasyfikacją, najpiękniejsze jest w niej to, że każdy może mieć jej własną definicję, jednak wspólnym mianownikiem jest fakt, że człowiek w miłości czuje się bezpiecznie. Jak więc można mówić o uzależnieniu od miłości? W samym określeniu jest według mnie sprzeczność. Nie sposób miłość odstawić, a przecież to, co my, terapeuci uzależnień, robimy w ramach leczenia, to polecamy odstawić to, co szkodzi. Chyba się pani zgodzi, że ciężko mówić o odstawieniu miłości, która jest a priori czymś dobrym.

Zgodzę się.
No właśnie. Mam różne certyfikaty od leczenia tych wszystkich cholernych uzależnień, które toczą ludzi, i nie zgadzam się, by wkładać do tego worka miłość. Ona jest dobrem, natomiast kiedy mówię o uzależnieniu, mówię tym samym o dużej dawce zła. Zatem można przyglądać się rozmaitym trudnościom we wchodzeniu w relację, w budowaniu relacji czy potem w trwaniu w niej pomimo trudności, ale nie o uzależnieniu od niej.

Pierwszy problem, który dostrzegam, to fakt, że bardzo często mylimy miłość z zakochaniem. A to są dwie zupełnie różne rzeczy. Nie chcę teraz nikogo wykluczać, bo są piękne historie miłosne dotyczące młodych ludzi, ale prawidłowość jest raczej taka, że element wieku jest nie bez znaczenia. Miłość to odpowiedzialność i empatia, miłość nie czyni z partnera naszego zakładnika, naszej własności. A do przejawiania takiej postawy zwykle konieczna jest dojrzałość. Jeśli nią dysponujemy, te wszystkie trudności relacyjne występują zdecydowanie rzadziej.

Jak możemy zatem opisać problem osoby, która ma obsesyjną wręcz potrzebę bycia w związku, innymi słowy – osoby, która nie potrafi być sama. Już wiemy, że nie jest to żadne uzależnienie od miłości. Co to w takim razie jest?
No właśnie, krążymy wokół emocjonalnej dojrzałości. Kiedy mówi pani o takiej osobie, mam od razu jedno skojarzenie: dziecko. To dzieci nie chcą być same. Mają histeryczną potrzebę, żeby być wciąż pod opieką, być z kimś. Zresztą w gabinecie słyszę wiele opowieści, traum dotyczących tego obszaru. Dorośli ludzie – kobiety, mężczyźni, opowiadają, jak w dzieciństwie ich zostawiano samych czy na przykład z prawie obcą ciotką. To siedzi w ludziach czasem całe życie.

Potrzeba bliskości jest ważna dla każdego z nas, ale nie każdy z nas buntuje się i tupie nogami, kiedy tej bliskości w danej chwili nie ma, bo nie jest akurat w związku. Nie tupie, bo… jest dorosły. I kiedy nie ma tego, czego by chciał – organizuje swoje życie w taki sposób, żeby pomimo braku normalnie funkcjonować. Dojrzały człowiek nie szaleje w takiej chwili i nie traktuje ludzi dookoła jako tych, którzy muszą mu służyć, bo ma potrzebę, żeby ktoś się do niego w tym momencie, już natychmiast, poprzytulał. Jednym słowem, on nie używa ludzi. Tak robi tylko ten z ogromnymi deficytami. Ten, który swojej trudnej sytuacji nie traktuje jako imperatywu do działania.

To znaczy?
Przed chwilą skończyłem sesję z klientem, poważnym człowiekiem, w sile wieku – jest po pięćdziesiątce. Analizuje ze mną koncepcję wyruszenia w podróż dookoła świata na motocyklu. Wcale nie jest bardzo bogatym człowiekiem, ale przygotowuje się do tego, by zrobić coś, co przyniesie mu wewnętrzny spokój. Poszedł w działanie. Nie udały mu się związki, przeżywał to, ale dojrzał i przestał tupać nogami, zakasał rękawy. Bardzo mu kibicuję, bo dotkliwy brak postanowił mądrze, w sposób przemyślany wypełnić spełnieniem innego marzenia. To ma sens.

Na wyciągnięcie ręki mamy znacznie więcej niż sądzimy, tylko trzeba spojrzeć nieco dalej, szerzej, poza ból dziecka, które w nas siedzi. Ono musi w którymś momencie dorosnąć. Można rozczulić się nad sobą, rozjechać emocjonalnie, krzyczeć, tupać – a można też wejść w tryb działania.

Potrzeba bliskości nigdy nie powinna zamieniać się w rozpaczliwe poszukiwanie partnera, bo to nie ma szans skończyć się dobrze. Ani dla nas, ani dla potencjalnego partnera, którego zwyczajnie traktujemy w tej sytuacji jak narzędzie do osiągnięcia celu. To obok miłości nawet nie stoi…

Niektórzy uciekają ze związku, kiedy tylko coś zaczyna w nim nie grać. Kiedy pojawia się pierwsza trudność, biegną w kolejną relację.
Pamiętajmy o jednej bardzo ważnej rzeczy: wchodząc w każdy nowy związek, siłą rzeczy dokonujemy pewnej inwestycji. Jeśli biegniemy dalej, doświadczamy – nawet jeśli nie zdajemy sobie z tego sprawy – straty, emocjonalnej straty. Choć może wydawać się nam, że jest inaczej – romansowanie nigdy nie jest bezkarne.

Kiedy pojawiają się kłopoty, jakieś niedociągnięcia – a wiadomo, że pojawiają się one w każdej relacji – i my od razu czujemy się zniechęceni do tego, by w tej relacji wytrwać i ją dalej budować, to oznacza, że jest w nas bardzo głęboki problem. Mając wewnętrzny defekt, próbujemy do tego defektu „dobrać” kogoś z zewnątrz, kogo zadaniem ma być jego kompensacja. Powiem wyraźnie: nigdy nie znajdziemy kogoś takiego. Szybkie zniechęcanie się w relacji jest bardzo diagnostyczne, jest jasnym sygnałem o naszym poważnym kłopocie.

Jest też drugi biegun – mianowicie ludzie, którzy nie szukają nieistniejącego ideału, tylko wchodzą w każdą relację – nie mają żadnego sygnału ostrzegawczego, wszystkie systemy obronne są powyłączane.
Czyli jedna grupa to ci, którzy nie czują, że mają w sobie jakieś pęknięcie, deficyt powodujący, że wciąż szukają ideału, a druga to ci, którzy siebie uważają za jeden wielki defekt i, mówiąc obrazowo, „biorą wszystko”. To są osoby o bardzo wysokiej ugodowości, która kastruje w nich asertywność. Obie sytuacje charakteryzuje duży stopień toksyczności.

Jest też grupa ludzi, którzy potrzebują słyszeć wciąż zapewnienia o miłości, deklaracje od partnera, że ten kocha. Z czego to się bierze?
Wszystkie pęknięcia, deficyty, problemy, o których mówimy, są zazwyczaj konsekwencją tego, co kiedyś nie nastąpiło w domu rodzinnym. Chodzi o przekroczenie rubikonu dorosłości, dojrzałości. Posłużę się tu metaforą: otóż dziewczynka musi zostać namaszczona na księżniczkę, a chłopiec na rycerza. W obu przypadkach tego namaszczenia powinien dokonać ojciec. Jeśli go nie ma, ten proces się nie wydarza.

A czym on w istocie jest?
Obecnością, tylko i aż obecnością. Nieobecność rodziców to jest dżuma naszych czasów. Mamy do czynienia już z drugim pokoleniem, które zbiera żniwa transformacji ustrojowej. Ojcowie poszli do fabryk, poszli zarabiać kasę. Mam w tej chwili w gabinecie dzieci tych ojców, które też mają swoje dzieci, a te już doświadczają tego samego braku. Dramat.

Który kończy się między innymi problemami, o których właśnie rozmawiamy: niemożnością zbudowania trwałej, dobrej relacji.
I to się będzie ciągnęło za nami jeszcze długo… Jednak wracając do pani pytania o deklarowanie miłości, chciałbym wspomnieć jeszcze o czymś być może łatwiejszym do nadrobienia. Myślę, że mamy do czynienia także z brakiem pewnych elementarnych, koniecznych do radzenia sobie w życiu umiejętności. W sytuacji, kiedy nie dostajemy tego, co chcemy, możemy zabrać swoje zabawki i udać się na inne podwórko, ale możemy też… poprosić.

Lepiej o coś poprosić niż nie dostać tego w ogóle…
Nasi partnerzy nie są jasnowidzami. I bardzo często nie mają wzorców, nie mają się do czego odwołać. Te wszystkie teksty typu: „podpowiadane się nie liczy”, są kompletnymi bzdurami. Na Boga, nie jesteśmy pępkiem świata!

Jasne, nie ma sensu trwać w związku, w którym nie ma okazywania uczuć, bo te wzorce się przenoszą i szkodzą dzieciom, ale nie ma sensu trwać w nim po wyczerpaniu etapu proszenia. Bo proszę mi wierzyć, że wcale nie tak rzadko jak moglibyśmy sądzić, prośby wypowiedziane stają się prośbami spełnionymi…

Robert Rutkowski, psychoterapeuta uzależnień trener umiejętności osobistych, prowadzi w Warszawie Gabinet Psychoterapii i Rozwoju Osobistego www. robertrutkowski.pl.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze