1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia

Kobieca droga do wyjścia z alkoholizmu

Aby się zupełnie wyleczyć z uzależnienia, należy podejść do niego w sposób holistyczny, czyli stworzyć takie życie, od którego nie trzeba będzie uciekać. (Fot. iStock)
W patriarchalnym świecie nawet terapia AA powstała z myślą o mężczyznach i opiera się na zasadach dla wielu kobiet będących codziennością, od której właśnie uciekły w alkohol – przekonuje popularna amerykańska blogerka Holly Whitaker. Swoją drogę wychodzenia z nałogu opisuje w książce „Na zdrowie! Jak trzeźwiałam w kulturze picia”.

Holly Whitaker miała mnóstwo znajomych i równie dużo okazji, by wypić. W sumie niemal każde wydarzenie w życiu zasługuje na to, by uczcić je lampką winą. Opijamy sukcesy i porażki, urodziny i pogrzeby, samotność i spotkania towarzyskie. Wznosimy toast za marzenia i plany, które udało się zrealizować. Pijemy ze stresu i zmęczenia, by odreagować albo dodać sobie animuszu. Sądzimy, że picie to rzecz normalna, a nawet zdrowa, ponieważ robiliśmy to od zawsze. Budowniczowie piramid odbierali część wynagrodzenia w piwie. W Biblii wino to krew Chrystusa, starożytni Grecy czcili Dionizosa, boga wina. A babcia każdą infekcję leczyła nalewką.

Jednak dla kobiet alkohol jest jeszcze czymś więcej– symbolem wyzwolenia i równouprawnienia, bo przez lata w patriarchalnym społeczeństwie nie wypadało im obnosić się z używkami. Jako pierwsza te ograniczenia przełamała branża tytoniowa, która z papierosów zrobiła tzw. pochodnie wolności. Podczas kampanii przeprowadzonej w sobotę wielkanocną 1929 roku w Nowym Jorku kobiety, zachęcane przez ambasadorki American Tobacco, masowo i bezwstydnie paliły papierosy na Piątej Alei, by zaprotestować przeciwko nierówności. Akacja promocyjna odniosła oszałamiający sukces. Papieros stał się symbolem rewolucji feministycznej, a już w latach 70. Amerykanki paliły więcej niż mężczyźni. Sprawdzony model wykorzystali producenci alkoholu.

„Nie musieli nawet przekonywać kobiet, że alkohol to eliksir ich wyzwolenia, wystarczyło włożyć im kieliszek z drinkiem albo winem do ręki, obok papierosa” – czytamy w książce Whitaker „Na zdrowie! Jak trzeźwiałam w kulturze picia” (wyd. Kompania Mediowa).

Upojeni iluzją

Według Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych w Polsce co dziesiąta kobieta w wieku 18–29 lat wypija rocznie ponad 7,5 litra czystych procentów, a nawet 1,5 mln kobiet może być uzależnionych od alkoholu. Z badań wynika, że pijemy więcej niż kiedykolwiek. Autorka książki twierdzi, że to właśnie efekt wpasowania się w marketingowy schemat, zgodnie z którym jedynie alkohol pozwala być szczęśliwą, zrelaksowaną. I jest prawdziwym dowodem na przynależność do świata dorosłych.

„Minęło siedemnaście lat wyparcia, zanim zaczęłam się zastanawiać, czy alkohol przeszkadza mi w życiu. Dzieje się tak, ponieważ nie obwiniamy cennego trunku, nawet nie zastanawiamy się, czy picie jest złym pomysłem, póki zupełnie nie schrzani nam życia. Wmawia się wszystkim natomiast, że na świecie istnieją dwa rodzaje pijaków: normalni, czyli ci, którzy tolerują alkohol, oraz alkoholicy, którzy mają wady genetyczne albo używają trunków w niewłaściwy sposób. To niesłychanie wygodne tłumaczenie, bo odpowiedzialność przenosi na ofiary, uniewinniając jednocześnie substancję uzależniającą” – pisze w swoich wspomnieniach Holly Whitaker.

Społeczna zgoda

Spróbuj wyobrazić sobie świat, w którym narkotyki traktuje się tak samo jak alkohol. Są smaczne i zdrowe dla większości ludzi, a tylko dla nielicznych jednostek trujące: dla tak zwanych narkomanów. (To znaczy, że nałogowcami staną się tylko ci, którzy są genetycznie uwarunkowani lub uczuleni na „dragi”). W tym świecie dilerzy narkotyków nie ponoszą żadnej odpowiedzialności za rozpowszechnianie substancji trujących, bo ich negatywne działanie to wina osób o niefortunnym modelu genetycznym. Brzmi jak aberracja? Ale świetnie obrazuje nasz stosunek do alkoholu, a precyzyjnie mówiąc etanolu, bo dla zabawy pijemy to, z czego produkuje się paliwo rakietowe, farby malarskie, antyseptyki, rozpuszczalniki, perfumy i dezodoranty.

Alkohol to wciąż jedyna społecznie akceptowana substancja toksyczna, ponieważ, po pierwsze, wszyscy go spożywamy, po drugie, jesteśmy przekonani, że szkodzi tylko „alkoholikom”, którzy sami sobie są winni. To jednak tylko iluzja, bo – jak podkreśla amerykańska blogerka – alkohol jest substancją uzależniającą. Nie ma „normalnie” pijących, którzy nie muszą się ograniczać. Żeby mieć stuprocentową kontrolę nad alkoholem, trzeba go zupełnie wyeliminować z życia.

Chwila otrzeźwienia

„Mój problem z piciem – albo jego brak – oceniałam, porównując z piciem innych osób. Nigdy nie wpadło mi do głowy, że ludzie, którzy nie mają kłopotów z alkoholem, nie robią takich rzeczy” – przyznaje Whitaker. Porównywanie przez wiele lat utwierdzało ją w przekonaniu, że wszystko jest w porządku. Nie piła i nie imprezowała częściej niż znajomi. Miewała co prawda kilkudniowe fazy alkoholowe, ale koleżanki też o nich opowiadały.

Alkohol sprawiał, że była atrakcyjna towarzysko i nie odstawała od grupy. A jednocześnie nie przeszkadzał jej robić zawrotnej kariery. Wszystko wydawało się w porządku. Pozbyła się złudzeń dopiero wtedy, gdy zorientowała się, że pije co wieczór kilka butelek wina, na używki wydaje nawet tysiąc dolarów tygodniowo i nie ma już z czego spłacać długów.

Holly dokładnie pamięta słowa swojej pierwszej mentorki, która w sali pełnej kobiet, powtarzała główne zasady AA: „Powiedziała, że musimy być pokorne. Że kilka lat odwyku to za krótko, by się wyleczyć. Musimy bardziej się starać, żeby odzyskać równowagę, uważać na nasze ego, które było poza kontrolą, i zawsze pamiętać, że podczas odwyku trzeba nabrać właściwej miary oraz pokory”. Problem polega na tym, że kobiety uzależnione od alkoholu rzadko cierpią na przerost ego i patologiczny brak pokory. Nie trzeba im mówić, co to znaczy „właściwa miara”, ponieważ niemal przez całe życie starają się być niemal niewidzialne. Nie trzeba im powtarzać, by sobie nie ufały, bo społeczeństwo robi to od stuleci. Nie należy ich pouczać, jak przepraszać, bo przepraszają niemal całe życie.

Krótko mówiąc, Dwanaście Kroków, czyli najważniejszych zasad cieszącego się dużą skutecznością programu wychodzenia z alkoholizmu, to – zdaniem Holly Whitaker – dla kobiet żadna radykalna przemiana, a raczej codzienny los. A to właśnie przed tą codziennością chcą ukryć się w dającym poczucie siły i dystansu nałogu. Może dlatego, że gdy założono pierwsze struktury AA, kobiety nie miały prawa w nich uczestniczyć. Nawet nie podejrzewano ich o picie. Mogły być co najwyżej cierpliwymi i pokornymi żonami alkoholików. Od tamtego czasu w programie leczenia niewiele się zmieniło. A zdaniem amerykańskiej psychoterapeutki Charlotte Kasl pierwszy krok dla kobiet i innych historycznie uciskanych grup nie wygląda tak samo jak dla tych, którzy sprawowali nad nimi władzę lub korzystali z przywilejów bycia na szczycie hierarchii.

Własna ścieżka

Program odwyku, na który trafiła Holly Whitaker, polegał w jej odczuciu na tym, że terapia – podobnie jak przemysł spirytusowy – opierała się na przekonaniu, że to człowiek odpowiada za swój alkoholizm, a nie trujące napoje wciskane mu w sposób, który urąga zdrowemu rozsądkowi. Uwielbiamy chronić alkohol i nasze prawa do spożywania go oraz oczerniać ludzi, którzy nie mogą pić. Czcimy trunek, natomiast potępiamy tych, którzy chorują po jego spożyciu. A najmocniej uderza to w kobiety.

Zatem wychodząc z założenia, że proces uniezależniania polega nie na tym, by wpisać się w to, co działa na większość, ale by znaleźć to, co działa na ciebie – także wbrew zaleceniom lekarzy, znajomych i rodziny – blogerka zrezygnowała ze standardowej terapii i postanowiła uratować się sama. „Aby się zupełnie wyleczyć z uzależnienia, należy podejść do niego w sposób holistyczny, czyli stworzyć takie życie, od którego nie trzeba będzie uciekać” – wyjaśnia. A to oznacza konieczność przyjrzenia się temu, co sprawiło, że przestaliśmy stawiać siebie na pierwszym miejscu. „Dla wielu kobiet pierwszym krokiem jest nazwanie ludzi i instytucji, przez które zostały skrzywdzone. Nazwanie napaści seksualnej, przemocy domowej, rasizmu, homofobii, ubóstwa.

Następny krok to przyjrzenie się temu, jak same robiłyśmy sobie krzywdę lub wręcz pogardzałyśmy sobą. „Musimy odzyskać zdrowie fizyczne i psychiczne, znaleźć dobrego terapeutę, porzucić związki, które nas krzywdzą, nauczyć się zamieszkiwać nasze ciała, medytować, trenować techniki oddychania, ćwiczyć jogę, zmienić sposób myślenia, wypracować nowe rytuały, które z czasem wyprą te destrukcyjne, stworzyć własną grupę wsparcia, odnaleźć sens życia, odzyskać głos i moc, zająć należną nam przestrzeń, wzmocnić ego, przestać przepraszać, zaspokoić własne potrzeby i przeciwstawić się prawie wszystkiemu, do czego byłyśmy przyzwyczajone” – kontynuuje autorka.

Zajęcie się tymi wszystkimi problemami to przytłaczające zadanie, tym bardziej że największą ironią w trzeźwości jest to, że łamie ona istniejące systemy wsparcia oraz związki właśnie wtedy, gdy najbardziej potrzebujesz innych ludzi.

Przez brak więzi

W 2015 roku Johann Hari, autor książki „Ścigając krzyk”, opisującej historię walki z narkotykami, postawił tezę, że przeciwieństwem uzależnienia jest poczucie związku. Nie sączymy wina z powodu braku dopaminy. Upijamy się do nieprzytomności, ponieważ żyjemy w świecie, w którym nasza praca jest naszą wartością, gdzie zanikają rodziny i społeczności, gdzie makijaż Kardashianki przyciąga więcej uwagi niż obozy nielegalnych uchodźców na granicy, gdzie szukamy pracy, która pozwoli opłacić czynsz, zamiast takiej, która nakarmi duszę.

Picie sztucznie aktywuje ośrodek przyjemności w mózgu, powodując, że trafiają do niego duże ilości dopaminy. Z biegiem czasu mózg kompensuje tę nadmierną stymulację, próbując przywrócić homeostazę i skutecznie przytępiając zdolność do odbierania przyjemności ze zwyczajnych rzeczy. Nie jesteśmy więc zmotywowani do wykonywania czegoś, co normalnie przyniosłoby nam radość, a kiedy to robimy, nie odczuwamy tak wielkiej przyjemności, bo tę daje mózgowi już tylko kieliszek wina lub kufel piwa.

Alkohol skłania więc do rezygnacji z rzeczy, które naprawdę dają czystą radość, a w zamian podsuwa truciznę, z którą trudno się rozstać. Ale to możliwe, nawet jeśli nigdy nie udało ci się wytrwać na diecie dłużej niż kilka dni czy rzucić innych używek. Trzeba tylko uparcie szukać własnych dróg ucieczki z nałogu i zaakceptować chwile słabości.

Kiedy chcesz pobiec w maratonie, nie ustawiasz się od razu na mecie pewna, że zdobędziesz medal. Najpierw planujesz, trenujesz i stopniowo przygotowujesz się do tego wyzwania. Jeśli będziesz dla siebie zbyt wymagająca, ciało się zbuntuje. Z rzucaniem nałogu jest podobnie, bo zwykle gdy sądzimy, że potrzebne jest nam więcej dyscypliny, tak naprawdę potrzebujemy więcej samoakceptacji.

„Aby się zupełnie wyleczyć z uzależnienia, należy podejść do niego w sposób holistyczny, czyli stworzyć takie życie, od którego nie trzeba będzie uciekać”

Alkohol skłania do rezygnacji z rzeczy, które naprawdę dają czystą radość, a w zamian podsuwa truciznę, z którą trudno się rozstać. Ale to możliwe!

Polecamy książkę: Holly Whitaker, „Na zdrowie! Jak trzeźwiałam w kulturze picia”, wyd. Kompania Mediowa

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze