1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia

Ewa Woydyłło-Osiatyńska: „W relacji z matką liczy się jakość, a nie dostępność”

Dziecko, które otrzyma od rodzica czas, będzie szczęśliwe. (Fot. iStock)
„Bez odpowiedzialności nie ma dobrego macierzyństwa. Zapytała Pani, jaka mama powinna być, a ja wcale nie powiedziałam w pierwszej kolejności, że kochająca” – mówi dr Ewa Woydyłło-Osiatyńska, psycholożka.

Podobno matka to najważniejsza postać w naszym życiu, relacja z nią jest tą najistotniejszą. Czy rzeczywiście tak jest?
Jest bardzo ważna, ale niekoniecznie musi być najważniejsza. Wszystko zależy od tego, jak podchodzi do swojego macierzyństwa, do dziecka, jak układa życie z nim. Bo przecież sytuacje, konfiguracje są różne. Na przykład, jeżeli matka jest pianistką światowej sławy, jeździ ciągle na tournée, ale zapewni dziecku wspaniałą opiekę: babci, cioci, dziadka, dobrej niani, do tego tata jest obok, wtedy nie będzie odgrywała najważniejszej roli, będzie raczej wytęsknioną figurą.

Może się mylę, ale to już mi brzmi jak naznaczenie. Czy fakt, że matka jest „wytęsknioną figurą”, nie będzie mieć dużego znaczenia w rozwoju dziecka, nie będzie wpływać istotnie na jego przyszłość?
Może wpływać, ale – znowu – wszystko zależy od tego, jaka mama jest, kiedy w domu bywa oraz od atmosfery, która panuje w domu wokół tego, że mamy zwykle nie ma. Jeśli bliscy będą utrzymywać narrację typu: „Ojej, mama znowu wyjeżdża”, to dziecko przyjmie podobny sposób myślenia – „Mama znowu mnie zostawia”. Ale jeśli ta narracja będzie brzmieć w ten sposób: „Zobacz, jak wspaniale, mama będzie w telewizji, oglądamy?”, zdecydowanie mniejsze jest prawdopodobieństwo, że dziecko poczuje się porzucone. Ono przejmuje nie tylko treści, ale też formę przekazu, całą otoczkę. Jeśli wszyscy dorośli wokół są niezadowoleni, odczuwają brak tej matki, dziecko też poczuje się zaniedbane. Natomiast jeśli mama odgrywa ważną rolę organizacyjną, czyli aranżuje życie dziecka podczas swojej nieobecności, tak by niczego mu nie brakowało, ponadto jest szczęśliwa, że ma dziecko – dzieci to doskonale wyczuwają – nie będzie najważniejszą osobą, ale nie wyrządzi też krzywdy.

Chcę powiedzieć tylko, że brak matki dostępnej przez 24 godziny nie musi złamać człowiekowi życia.

Matka jest bardzo ważna, ale z pewnością nie jest najważniejsza jej stała obecność, ale jakość jej relacji z dzieckiem, jakość spędzanego wspólnie czasu.

Jaki powinien być ten wspólny czas?
To powinien być czas wartościowy, czas, w którym buduje się dziecko. Czas, który jest korzystny dla obu stron. Szansa na zbudowanie dobrej relacji jest wtedy, gdy macierzyństwo jest obszarem czy jednym z obszarów spełniających pragnienia i marzenia kobiety. Jeśli zamiast tego przepełnia ją frustracja, dziecko „obdarowane” jest na starcie poczuciem winy, a to nie jest dobry, zdrowy bagaż. Dzieci odczytują wszystkie, werbalne i pozawerbalne, sygnały. Może te drugie nawet przede wszystkim, bo przecież do pewnego momentu nie rozumieją znaczenia wielu słów. Kiedy często widzą mamę zmęczoną, zapłakaną albo opryskliwą, zostają w nich bolesne ślady, czasem przelotne, a czasem trwałe.

Myślę, że to jest pytanie, które zadaje sobie większość matek – jaka powinna być dobra mama?
Zawsze w pierwszej kolejności wymieniam odpowiedzialność. Dobrze, żeby matka była odpowiedzialna. To jest jak z jazdą samochodem. Odpowiedzialność nakazuje nam wiedzieć pewne rzeczy, zanim wsiądziemy za kierownicę. Idziesz na kurs prawa jazdy i uczysz się, co jest w silniku, jak on jest zbudowany, żeby wiedzieć, co oznacza jakiś szmer czy stukot podczas jazdy. Musisz wiedzieć, chociaż mniej więcej, czym kierujesz, co to jest za urządzenie. Musisz też nauczyć się stosować do znaków drogowych, w końcu – musisz mieć oczy dookoła głowy, by nic ci nie umknęło, musisz się rozglądać na innych kierowców, bo oni mają swój udział w twoim bezpieczeństwie bądź niebezpieczeństwie.

Kiedy masz dziecko, jest tak samo, tu też „inni kierowcy” będą mieć swój udział. Twoje dziecko słucha różnych rozmów, spędza czas z rówieśnikami, ogląda telewizję, Internet itd. Tu to dopiero musisz mieć oczy dookoła głowy, dlatego odpowiedzialność to podstawa.

Tylko w przypadku prowadzenia samochodu idę na kurs, uczę się, a potem zdaję egzamin, ktoś ocenia moją gotowość, ale żeby zostać matką, nie muszę mieć żadnego kwitka…
Musisz wystawić go sobie sama, dlatego odpowiedzialność jest tu zwielokrotniona. Matka jest główną sprawczynią świata dziecka – określa kierunek, sprawdza wpływy, miliony wpływów, na które w dzisiejszym świecie wystawione jest dziecko, i je „segreguje” – umożliwia lub ogranicza ich oddziaływanie.

To brzmi przerażająco, jak ciężar nie do udźwignięcia…
Tak brzmi, ale miliony matek dźwigają ten ciężar każdego dnia. To jest do zrobienia. Ale powtórzę, że bez odpowiedzialności nie ma dobrego macierzyństwa. Zapytała Pani, jaka mama powinna być, a ja wcale nie powiedziałam w pierwszej kolejności, że kochająca.

Nie powiedziała Pani, to prawda.
Wspaniałymi wychowawcami dzieci, ich opiekunami byli na przykład Janusz Korczak czy włoska lekarka Maria Montessori. Ani Korczak, ani Montessori nie mieli własnych dzieci, ich nie niosła przede wszystkim miłość, ale kierowały nimi: odpowiedzialność, szacunek, życzliwość, zrozumienie.

Czy mam rozumieć, że miłość jest sprawą drugorzędną?!
Tego nie powiem, ale powiem, że miłość, nawet wielka, ale bez rozumu, czyli bez odpowiedzialności właśnie, bez dojrzałości własnej – może bardzo człowieka pokiereszować, pokręcić.

Mama, która jest chimeryczna, mama, która rywalizuje z dzieckiem, która kłamie nawet w drobnych sprawach, mówi na przykład: „Zosiu, odbierz telefon i jeżeli to pani Marysia, powiedz, że mnie nie ma” itd., nawet kochając bardzo mocno, robi krzywdę. I tyle. Dziecko będzie potem to wszystko odtwarzać, mówiąc oględnie – będzie miało problemy. I pewnie stąd Pani chce w ogóle rozmawiać i pisać o „dobrej mamie”, bo miłość, kochanie nie jest zabezpieczeniem życiowych potrzeb dziecka.

Trzeba wiedzieć, co jest ważniejsze: żeby dziecko miało dużo fajnych, nawet wartościowych zabawek czy dużo mamy? Czy lepiej, żeby mama zarabiała więcej i kupowała książki, czy nie mogła kupić ani jednej, ale za to bywała razem z dzieckiem w bibliotece dwa razy w tygodniu?

Rozumiem, że odpowiedź jest oczywista…
Dla mnie oczywista, ale pewnie przynajmniej kilka osób powie: „Co ta Woydyłło plecie? Jakie ona ma wyobrażenie o życiu?!”. Dla wielu ludzi wartość materialna wyprzedza wszystkie inne wartości, to od niej uzależnia się jakość życia.

Ale też według wielu jest to dawanie dziecku większych możliwości…
A ja mogę na to powiedzieć – i wiem to z całą pewnością, bo dzięki zawodowej praktyce spotykam dużo ludzi, obserwuję życie wielu osób – że najbardziej drogocenną rzeczą jaką należy dziecku zapewnić, to wartościowy czas. A ten nic nie kosztuje. Czas jest za darmo, wszyscy mamy go po równo – 24 godziny na dobę, 365 dni w roku.

Dziecko, które otrzyma taki czas, będzie szczęśliwe. Ten czas nie musi być podarowany tylko od mamy, bo dobrze jest mu zapewnić (to też zadanie matki) krąg rodzinny, przyjacielski. W domu powinno roić się od ludzi. Bo dziecko musi nauczyć się mieć dobre stosunki z ludźmi, wchodzić w bliskie więzi i relacje, kochać i być wdzięcznym. I to właśnie dzieciństwo jest czasem odpowiednim do tego. Dzieciństwo to jest w ogóle czas siewu – jak się zasieje, pole obrodzi. A jak się nie zasieje, będzie jałowe.

Powiedziała Pani o dawaniu dziecku możliwości. Jestem za tym, by mu je dawać. Nie potępiam matek, rodziców, którzy zapisują swoje dzieci na rozmaite zajęcia dodatkowe. Ale warunek jest jeden – to nie może odbywać się kosztem wspólnie spędzanego czasu. Jeśli to dawanie możliwości nie sprowadza się do „tuczenia gęsi”, produkowania wytworu swoich ambicji – OK. Ale zawsze radzę zadać sobie porządkujące pytanie o priorytety i wartości. Czy ważniejsze jest dla mnie, żeby moje dziecko umiało się przyjaźnić, czy żeby znało angielski i włoski? Czy chcę wychować szczęśliwego człowieka, czy przy jego pomocy zdobyć podziw dla siebie? Ale tu już dotykamy patologicznych zachowań, a przeważnie jest tak, że gubimy się na styku między tym, co jest potrzebne i ważne, a tym, co jest modne, często nie do końca przemyślane.

Oczywiście, to nie jest wybór „albo-albo”, bo można wychować pięknego człowieka, który biegle włada trzema językami i gra na czterech instrumentach, ale zawsze trzeba wiedzieć, mieć pewność, co jest ważniejsze. I tu wracamy do wątku odpowiedzialności i dojrzałości matki.

Teraz, podczas pandemii, słyszałam od wielu starszych ludzi: „Moje dorosłe dziecko w ogóle mnie nie odwiedza, nie dzwoni, nie ma dla mnie czasu”. Dlaczego tak jest? No bo nie zostało nauczone tego, o czym mówiłam: wdzięczności, empatii, budowania bliskich relacji itd. A kto miał tego nauczyć?

Mama, która postawiła na języki obce zamiast na nauczenie, jak się przyjaźnić…
Co zasiejesz, to wyrośnie.

Mamy mają też problem z odpuszczaniem w kwestii drobiazgów, rzeczy mniej istotnych. Moje dziecko bawi się właśnie w piachu, widzę, co prawda, że jest zadowolone, ale ja myślę już o tym, że musimy wyszczotkować paznokcie, a potem zrobić jeszcze lekcje. Moje dziecko zapomniało ze szkoły książki, a jutro ma sprawdzian – wściekam się, że nie nauczy się „odpowiednio” dużo. Jak odpuścić dziecku, ale też sobie? Jak się nie spalać?
Odpowiadając, wrócę do pytania o wartości, co jest dla Pani najważniejsze? Nie da się zadbać o wszystko. Bo nie ma ludzi idealnych i nie ma matek idealnych. Trzeba coś wybrać. Znać siebie i chcieć poznać dziecko. Jeżeli ci imponuje ktoś, kto zna trzy języki, to się ich sama naucz. A jak masz dziecko, to poznaj, jakie ono jest. Czy jest introwertyczne czy ekstrawertyczne, czy lubi wspinać się na drzewa, czy lubi czytać książki? Nie szalej, by zapanować nad wszystkim. Wybieraj. Odpowiedzialnie i dojrzale.

Niedawno ukazała się książka pod tytułem „Żyletkę zawsze noszę przy sobie. Depresja dzieci i młodzieży” Małgorzaty Gołoty. Jeśli jesteś matką, przeczytaj ją. Dowiedz się, co mówią dzieci, czego potrzebują. W tej książce wypowiada się nastoletnia dziewczynka, jest po próbie samobójczej, po pobycie w szpitalu psychiatrycznym – i to ona mówi właśnie, że żyletkę już zawsze będzie nosić przy sobie. Nie użyje jej, jeśli spotka kogoś, kto z nią porozmawia…

Może nie warto spalać się z powodu drobiazgów. Może brudne paznokcie i podręcznik, który został w szkole, nie są sprawami wartymi nerwów…

Wspomniała Pani o matczynej frustracji. Czy mama powinna być uśmiechnięta? Nawet jak na ten uśmiech nie ma specjalnie ochoty, powinna uśmiechać się sztucznie?
Zupełnie sztuczne jest to, że wchodzimy do toalety! Powinniśmy się załatwiać się tam, gdzie siedzimy. Powinniśmy dłubać w zębach przy stole, kiedy akurat wejdzie nam fasolka szparagowa! Nie robimy tego – sztucznie się zachowujemy! Ubieramy się, kiedy jest bardzo gorąco, a przecież człowiek nie urodził się w sukience. Ta cała „sztuczność” to po prostu kultura osobista. A kultura to nie tylko to, że nie pluję na podłogę, ale też to, że nie mam skwaszonej miny, kiedy obok mnie są mąż, żona, moje dziecko. W jaki sposób matka może okazać dziecku, że cieszy się, że ono jest? Uśmiechem. To jedno. A drugie, to świadomość, że dziecko mnie naśladuje – więc lepiej, aby naśladowało osobę wykrzywioną czy pogodną?

Tyle chciałabym powiedzieć w kwestii sztucznego uśmiechania się mamy do dziecka. Bo potem to dziecko, ten człowiek, tak samo będzie odnosiło się do świata…

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze