1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia

Działam, więc jestem. W poszukiwaniu sensu życia

Ilustracje wykonała Masza Foya, ilustratorka i artystka z Kijowa. Studiowała na Politechnice Kijowskiej, na wydziale sztuk pięknych. Współpracowała z ukraińskimi i zagranicznymi magazynami, wydawcami, mediami i agencjami. Musiała opuścić rodzinny Kijów i zamieszkać w zachodniej części Ukrainy z powodu rosyjskiej inwazji. Wierzy, że to przeprowadzka czasowa.
Pandemia, katastrofa klimatyczna, inflacja, wyniszczające podziały społeczne i polityczne. A teraz jeszcze wojna, coś, o czym nie śniliśmy w najgorszych snach. Szczęście, na szczęście, można odnaleźć zawsze i wszędzie. A nawet odnaleźć trzeba.

Zajmowanie się takim tematem może się dzisiaj wydawać nie na miejscu. Bo kto myśli o tym, jak siebie uszczęśliwiać, gdy ludzie cierpią? Gdy świat jest w permanentnym kryzysie? Gdy dominujące uczucie to lęk o przyszłość naszych dzieci, wnuków?
Warto jednak uświadomić sobie, skąd w takich sytuacjach czerpać siłę, moc, jak uruchomić swoje możliwości. I jak funkcjonować.

Antykruchość

Amerykański filozof, ekonomista, doktor nauk przyrodniczych Nassim Nicholas Taleb, w książce „Antykruchość. Jak żyć w świecie, którego nie rozumiemy” pociesza, że mamy coś takiego jak antykruchość. Czyli siłę, która uruchamia się właśnie w reakcji na kryzys i polega na tym, że się nie poddajemy, nie łamiemy, tylko zmieniamy, odradzamy. Metaforą antykruchości jest hydra, mitologiczne zwierzę o wielu głowach, które odrastały po odcięciu. Im bardziej hydra była narażona na ataki, tym stawała się silniejsza. I tak funkcjonuje wielu ludzi. Taleb uważa, że niektórym z nich wręcz służą wstrząsy. Ci ludzie rozwijają się, rozkwitają, wchodzą na wyższy poziom funkcjonowania pod wpływem zmienności, przypadkowości, nieładu, stresu, a ryzyko i niepewność to ich żywioł. Według Taleba kryzys ustawia do przemiany, a nawet do rozwoju większość ludzi.

Olga Tokarczuk, komentując kryzys uchodźczy na granicy polsko-białoruskiej, wypowiedziała się w podobnym duchu: – Pracowałam jako psychoterapeutka i wiem, że istnieje coś takiego jak rozwój przez kryzys. Bo kryzys jest często niezbędny do tego, żeby zniszczyć skostniałe, przerośnięte, spetryfikowane formy, które powinny ulec rozpuszczeniu. Nie zawsze je rozwala, często przekształca w coś innego, jest impulsem do tego, żebyśmy podjęli zupełnie inne działania, w duchu innego paradygmatu, innego porządku.

O tym, że życie może być dobre mimo kryzysów, niepewnych czasów, przekonuje buddyjska mniszka Pema Chödrön w swoich książkach, między innymi: „Żyj pięknie”, „Twoje wspaniałe życie”, „Życie zaczyna się dzisiaj”, „Nigdy nie jest za późno” (wszystkie wydane przez Wydawnictwo Zwierciadło). Zachęca, żeby w sytuacjach, kiedy nasz świat się rozpada i nagle stajemy w obliczu niewiadomego, zobaczyć moment próby. Twierdzi, że przez taką próbę przechodzi się na wyższy poziom duchowego rozwoju.

Trzy filary dobrostanu

Martin E.P. Seligman, twórca psychologii pozytywnej i autor książki „Prawdziwe szczęście”, uważa, że do osiągnięcia tego stanu prowadzą trzy ścieżki: przyjemność, zaangażowanie i sens.
Zacznijmy od przyjemności. Wiele osób uznaje dzisiaj fundowanie sobie przyjemności za niestosowne, a nawet niemoralne. Ale ci sami ludzie łapią się na tym, że potrzebują humoru, choćby czarnego, przesyłają sobie memy, śmieszne filmiki. Potrzebują odskoczni, więc wyjeżdżają na wieś, zaszywają się w lesie. Szukają azylu, który da im radość. Bez chwil radości nie damy rady, to nasza naturalna potrzeba.

Ragnhild Bang-Nes w książce „Cudowna kuracja. Jak stać się szczęśliwszym w 31 dni” pisze, że radość przychodzi, kiedy jesteśmy obecni, uważni, skoncentrowani na tu i teraz. Wywołuje ją to, co zmysłowe i piękne, zwłaszcza przyroda. Autorka pisze, że choć nasze źródła szczęścia różnią się między sobą i są uzależnione od naszej osobowości, wieku, preferencji i wartości, naszej kultury i osobistej historii – to są wszędzie, trzeba się tylko rozejrzeć i je dostrzec.

Drugim filarem szczęścia według Seligmana jest zaangażowanie. Poczucie sprawstwa, aktywność. Przekonanie, że ja, jeden człowiek, mogę dużo – moje działanie jest ważne dla mnie i dla innych. Dlatego nie powinienem siedzieć bezczynnie. Polacy są dzisiaj pięknym tego przykładem. Działamy. Ktoś jedzie swoim busem na granicę po uchodźców, ktoś robi kanapki, młodzież i dorośli pełnią dyżury wolontariackie na dworcach. Przyjmujemy uchodźców do swoich domów, wpłacamy pieniądze na konta fundacji zajmujących się pomocą. Robimy to oczywiście dla ludzi, którzy tego potrzebują. Ale czyż także nie dla siebie? Dla podreperowania naszego kruchego w tym momencie dobrostanu?

Trzeci filar szczęścia według Seligmana to poczucie sensu. Odpowiedź na pytania: Po co żyję? Po co robię akurat to, co robię? Po co jestem w tym miejscu, w którym jestem? Seligman uważa, że choć wszystkie filary są ważne dla naszego samopoczucia i każdy w odrębny sposób jest powiązany z poziomem szczęścia, to jednak tylko zaangażowanie i sens przekładają się trwale na nasz dobrostan.

Szczęście w nieszczęściu

Teresa Weber-Lipiec, anestezjolożka, specjalistka medycyny paliatywnej i hospicyjnej, od 30 lat pracuje z nieuleczalnie chorymi i – jak mówi – „przeprowadza ich na tamten świat”. Według niej obcowanie ze śmiercią uczy, czym jest życie i szczęście (wywiad z nią można przeczytać w niezwykle mądrej książce „Nad życie. Czego uczą nas umierający”).
Zanim zaczynamy rozmowę, tuż po jej powrocie z oddziału, włącza swojego ulubionego Mahlera, ogrzewa dłonie kubkiem gorącej herbaty, siada w wygodnym fotelu.
– Staram się złapać równowagę między pracą a życiem – mówi. – Muzyka mnie odpręża, wycisza, w ten sposób ładuję baterie. Kocham swoją pracę, ale jest niezwykle obciążająca. Polega nie tylko na zajmowaniu się fizycznością nieuleczalnie chorych, poprawą komfortu ich życia, lecz także na wsparciu duchowym. Wysłuchuję ich, bywa, że się z nimi zaprzyjaźniam. Choroby onkologiczne są dzisiaj chorobami przewlekłymi, trwają długo, ale też w każdej chwili mogą się zaostrzyć. Dlatego staram się uzmysłowić chorym, że może warto coś w życiu zmienić. Ale najpierw poznajemy się, proszę chorego, żeby opowiedział mi o swoim życiu sprzed choroby i o swoich oczekiwaniach wobec mnie.
Niektórzy odpowiadają, że nic ich już nie czeka, nie cieszy. Wtedy lekarka, korzystając z doświadczenia pracy w Fundacji „Mam marzenie”, proponuje: Przypomnij sobie, o czym zawsze marzyłeś. Może chciałbyś spotkać kogoś, kogo dawno nie widziałeś, pojechać gdzieś, gdzie zawsze chciałeś pojechać.
I okazuje się, że sama nadzieja na spełnienie jakiegoś marzenia dodaje siły. A jego realizacja – autentyczne szczęście.
– Nie zapomnę nigdy odchodzącej chorej, która zamarzyła o bieliźnie w kolorze brudnego różu i w tej bieliźnie chciała spotkać się ze swoim partnerem. Córka to jej marzenie spełniła. Inna pacjentka chciała objechać wszystkie polskie sanktuaria. Udało się. Tylko tyle i aż tyle potrzebne im było do szczęścia.

Czego uczą nas umierający

Dla Teresy Weber-Lipiec praca z nieuleczalnie chorymi to uniwersytet życia. – Pacjenci nauczyli mnie, żeby nie przywiązywać się do rzeczy. Od pewnego czasu zatrzymuję sobie tylko to, co niezbędne, wszystko inne rozdaję. Nauczyli mnie także, że nie powinno się odkładać ważnych spraw na potem, bo można nie zdążyć. Więc nie odkładam – zapewnia.
Nieuleczalnie chorzy pokazują każdego dnia, że trzeba cieszyć się z tego, co się ma, a nie czekać na to, co będzie, bo może to nigdy nie nastąpić. Pewna chora powiedziała kiedyś do lekarki: „Nawet nie wyobraża sobie pani doktor, jaka jestem szczęśliwa, że udało mi się pójść samej do toalety”.
– My, zdolni do samoobsługi, tego nie doceniamy – zauważa lekarka. – A kiedy choroba kładzie nas do łóżka, to każda prozaiczna czynność, jak samodzielne wstanie, zjedzenie obiadu przy stole, staje się powodem do szczęścia. Pewien mój pacjent z zaawansowanym stwardnieniem zanikowym bocznym, z rurką tracheotomijną, mówiący pojedyncze słowa, na pytanie, czy czuje się szczęśliwy, pokiwał głową. Bardzo chciał doczekać narodzin wnuka i właśnie tego doczekał. Inna pacjentka prosiła mnie: „Niech pani doktor zrobi wszystko, żebym pożyła parę miesięcy, bo wzięłam kredyt dla wnuczki, która chce otworzyć zakład fryzjerski. A jak umrę, to ona go nie otworzy”. I wie pani co? Tak się zaparła w tej chęci dożycia tego czasu, że cel osiągnęła.

Umierający uczą także tego, jak ważne są relacje. Nikt nie chce umierać w samotności. Nawet najwięksi twardziele pragną przed śmiercią pogodzić się z bliskimi. Doktor Weber-Lipiec pamięta pacjenta, dyrektora dużej firmy, który na wiadomość o chorobie chciał się zabić. Bo wraz z utratą gabinetu, czyli władzy, utracił sens życia.
– Po wielu z nim rozmowach, kiedy pogodził się z byłą żoną, bliskimi, kiedy zaakceptował to, że wkrótce umrze, doszedł do głębi, która nazywa się duchowością albo właśnie sensem życia. Powiedział: „Pani doktor, dobrze, nie będę się zabijał, ale proszę zrobić tak, żebym miał – po porannej toalecie, koniecznych zabiegach, obiedzie, spotkaniu z rodziną, wizycie pani doktor – święty spokój. Przez sześć godzin chcę żyć, w tych sześciu godzinach ma się mieścić sens mojego życia, a resztę doby chcę przesypiać”. Stało się tak, jak chciał. Do końca był spokojny, pogodzony, na swój sposób szczęśliwy. Współczesna medycyna może dzisiaj zaoferować pacjentowi zarządzanie swoim życiem do śmierci, bez bólu i cierpienia.

Doktor Weber-Lipiec zauważa, że istnieje coś takiego jak osobowość onkologiczna. Mają ją ludzie, którzy sami zapracowują sobie na tę chorobę życiem w nieustannym lęku, zamartwianiem się, co to będzie, rozpamiętywaniem tego, co było, niezakończoną żałobą po utracie ważnej wartości, bliskiego człowieka.
– Moja babcia, która dożyła 92 lat, powtarzała mi, że nie wolno się zamartwiać tym, na co nie ma się wpływu. Jak ktoś nie może słuchać wiadomości o wojnie, ciągle płacze, niech wyłączy telewizor i zacznie coś robić dla uchodźców. Stres może mobilizować do działania. Gdy ktoś przeżył traumę, na przykład śmierć bliskiej osoby, to powinien pozałatwiać wszystkie sprawy, przeżyć żałobę, jak trzeba – skorzystać z pomocy terapeuty, psychiatry. I wrócić do normalnego życia, do normalnego budzenia się, do kontaktu ze światem, do swojej pracy. Ale trzeba uzmysłowić sobie własną śmiertelność, bo dobre życie to też dobre umieranie. I zwolnić. Pośpiech zabija, tego nauczyli mnie pacjenci. Dlatego dbam o swój święty czas: o odpoczynek, słuchanie muzyki, czytanie, spotkania z bliskimi. Powtórzę raz jeszcze: nie doceniamy tego, co mamy, gonimy za dobrami. Ja ocknęłam się, jak kupiłam trzeci telewizor. Powiedziałam sobie: Dość, nie chcę nic więcej, żadnych wielkich aut, wystarczy mi moje małe. Chcę mieć czas na spokojne życie i na spełnianie swoich małych marzeń. I zapewniam panią, że dopiero teraz jestem naprawdę szczęśliwa. 

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze