1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia

Nierodzice? Powołaniem rodziny zastępczej nie jest robienie kanapek

W rodzinach zastępczych umieszcza się dzieci, których rodzice zostali trwale lub czasowo pozbawieni praw rodzicielskich lub gdy władza ta została im ograniczona lub zawieszona. (Fot. iStock)
Z jednej strony mamy cukierkowe obrazki: gromadka uśmiechniętych dzieci i – również uśmiechnięta – pani, która robi im śniadanie. Z drugiej – kiedy coś pójdzie nie tak, media rzucają się na temat i pokazują nieprawidłowości. Czym jest tak naprawdę piecza zastępcza? Odpowiedź na to pytanie możemy znaleźć w książce „Opowieści Nierodziców”. To zbiór poruszających tekstów – opowieści właśnie – napisanych przez rodziców zastępczych. Powstały podczas warsztatów pisarskich, które poprowadził Mikołaj Grynberg. Z Elżbietą Matusiak, autorką pomysłu (i jedną z autorek tekstów w książce) rozmawiamy o pieczy zastępczej. O tym, co trudne, a co jeszcze trudniejsze. Bo tego, co łatwe, nie ma zbyt wiele.

Zacznijmy od końca – czyli od „Opowieści Nierodziców”. Skąd pomysł? Czy to był sposób na poradzenie sobie z emocjami przez nadanie im literackiej formy?
Na początku nie chodziło mi o poradzenie sobie z emocjami. Myślałam raczej o tym, że ludzie opowiadają o pieczy zastępczej różne rzeczy, zasłyszane z drugiej, a bardziej z dziesiątej ręki, i że tak naprawdę niewielu wie, co robimy i niewielu chce się dowiedzieć. Pomyślałam, że gdybyśmy sami o tym zaczęli pisać, to byłoby to i zgodne z prawdą, i przystające do tego, czym się zajmujemy. To był jeden element. A drugi – że jako Fundacja Projekt ROZ mamy hasło „Zaopiekuj się opiekunem”. Bo jako opiekunowie zapominamy często o tym, że mieliśmy swoje pasje, zainteresowania, gdzieś je zostawiliśmy, zaczynamy być smutni, zgnuśniali. A ci, którzy piszą – jest nas sporo – powinni wrócić do tego, żeby znaleźć radość. I być też przykładem dla dzieci, które mają sobie powierzone. Dopiero trzecim elementem było to, żeby sobie poradzić z emocjami. W moim wypadku, a na pewno wielu z nas ma tak samo, kiedy nam się coś w ciągu dnia z dziećmi czy ich rodzinami przydarza, to to zapisujemy, żeby z jednej strony nie umknęło, z drugiej – żeby sobie oczyścić głowę, nie rozpatrywać tego bez końca. Bo wiem, że to jest, możemy do tego wrócić, przeczytać, co się wydarzyło, żeby móc dalej z tym pracować. W dodatku kiedy zaczęłam o projekcie rozmawiać z Mikołajem Grynbergiem, usłyszałam, że – jeśli się uda – będzie to również literatura. Trudno o lepszą zachętę.

Hasło „Zaopiekuj się opiekunem” ma zastosowanie również w przypadku rodziców biologicznych. Zapominamy o sobie w natłoku zajęć, konieczności, obowiązków. Najważniejsze to przywieźć, odwieźć, ugotować, zadbać…
Tak, myśmy się na początku zafiksowali w fundacji, że będziemy mówić tylko o opiece zastępczej, ale od długiego czasu myślimy, żeby zwrócić uwagę na to, że wszyscy ci, którzy się opiekują innymi, potrzebują wsparcia, żeby mogli robić to lepiej, spokojniej, dłużej. Wróciło to do nas teraz, kiedy wybuchła wojna. Widzimy, że wiele osób rzuciło się pomagać – i szybko przyszło wypalenie. Dlatego mamy związane z opiekowaniem się opiekunami plany jako fundacja, niekoniecznie literackie, choć również takie.

Pisanie pomogło?
Tak, pomogło. Kiedy rozmawialiśmy już później, w trakcie realizacji projektu, piszący zauważyli, jak ważne jest to, że mogli się raz na dwa tygodnie na trzy godziny wyłączyć z życia domowego. I okazuje się, że ten dom nadal stoi, mało tego – rodziny i dzieci widzą, że możemy mieć czas dla siebie. Więcej: że powinniśmy go mieć, żeby potem fajniej i spokojniej funkcjonować, więcej zrobić, więcej dać innym. I to przykład dla dzieci, że każdy ma swoje prawa. A tego trzeba uczyć. Bardzo mnie denerwuje, kiedy dzieci, które przychodzą do nas z różnych miejsc, głównie z dużych placówek, mówią: „Ja mam prawo do tego i do tego”. A kiedy ja mówię: „Ja też mam prawo” – następuje zdziwienie. I zaczynamy się zastanawiać, jak to jest, że ciocia, ta stara baba, która ma się mną opiekować, też ma swoje prawa.

Od początku myślała Pani w ten sposób o swoich prawach czy to po jakimś czasie dopiero do Pani przyszło?
Od początku. Może dlatego, że moja mama nie dawała sobie praw. Z jednej strony o tym mówiła, z drugiej – nie robiła tego. Dopiero kiedy dorośliśmy, ona też dorosła do tego, żeby sobie różne prawa dać. Dzięki temu świetnie teraz funkcjonuje, tworzy, spełnia się. A ma już ponad 80 lat.

Bez tego chyba nie można dobrze wychować dziecka.
Tak, też tak myślę. Wychowuje się w ten sposób małych egoistów. I jak oni potem, kiedy dorosną, mają zrozumieć, że świat wygląda inaczej? Będą starali się dalej od wszystkich te swoje prawa egzekwować i czeka ich szok: dlaczego nikt mi nie powiedział, jak to działa?

Opowieści, które stworzyliście, dotykają emocji na wielu różnych poziomach. Z jednej strony mówią o bezradności wobec systemu, z drugiej – o lęku o dziecko, które trafia do Was często z rozmaitymi obciążeniami, traumami. W dodatku to dziecko może też być u Was tylko na chwilę. Wasze teksty pokazują, jak złożony problem kryje się za słowami „piecza zastępcza”.
To nie jest tak, że przyjmujemy dzieci i tylko przed nimi odpowiadamy. Odpowiadamy przed całym systemem, przed biologicznymi rodzicami, przed naszymi rodzinami biologicznymi, przed samym sobą w końcu. Tych satelit jest mnóstwo, to jedno. Drugie – te teksty dotyczą różnych spraw, bo przecież każdy z nas wychowywał się w innej rodzinie, wchodzi w opiekę zastępczą z innym bagażem doświadczeń. Nie ma jednego wzoru opiekuna, który można łatwo i bez problemów powielać. Wnosimy ze sobą całe nasze doświadczenie życiowe, doświadczenie całych pokoleń, każdy robi to inaczej. No i dzieci są różne. Inaczej się opiekujemy maluchami, które zjawiają się w pogotowiu opiekuńczym, musimy wtedy przede wszystkim szybko i sprawnie opanować sytuację. Inaczej jest, kiedy przyjmujemy nastolatków i mamy świadomość, że jest bardzo mało czasu, żeby coś odkręcić, pokazać, że życie jest inne, że mogą nie tylko z niego korzystać, ale też coś dać od siebie. Jeszcze inaczej wygląda to w przypadku dzieci z niepełnosprawnościami, one wymagają specjalnej opieki i zaangażowania. Każda sytuacja w gruncie rzeczy jest inna. To cały kosmos.

Skąd u Pani decyzja, żeby się w opiekę zastępczą zaangażować?
Nie lubię odpowiadać na to pytanie, bo mam wrażenie, że nie do końca potrafię. To nie jest przecież tak, że jeden guzik się naciśnie i już zapada decyzja. Stoją za tym lata różnych doświadczeń. U mnie głównie z harcerstwa. Byłam w nim od zawsze, nauczyło mnie to pracy zespołowej, otwartości na drugiego człowieka. Tam też poznaliśmy się z mężem. Kiedy mieliśmy już dwójkę dzieci, byłam w ciąży z trzecim, zaczęliśmy rozmawiać o pieczy zastępczej. Że istnieje coś takiego, może byśmy się dowiedzieli, o co w tym chodzi? Kiedyś były wielkie rodziny, wielodzietne, i ludzie dawali radę, to dlaczego nie my? Tyle dzieci potrzebuje przecież pomocy. Zaczęłam drążyć temat. Ludzie, którzy nas sprawdzali, potwierdzili, że się do tego nadajemy. Zdecydowaliśmy, że będziemy rodzinnym domem dziecka. Że przyjmiemy od razu ósemkę. Nigdy nie myśleliśmy o jednym dziecku czy o dwójce. I nigdy nie myśleliśmy o adopcji. Wiedzieliśmy, że praca z grupą to jest coś, co potrafimy robić – i tak zostało.

Ale z drugiej strony adopcja jest w jakiś sposób łatwiejsza. Dziecko staje się po prostu Waszym dzieckiem.
To chyba nie chodzi o to, żeby mieć kogoś na własność. W mojej głowie to nie świtało i nie świta.

Nie chodzi o własność, ale też o cały system, który jednak Was kontroluje, przed którym odpowiadacie. Są też biologiczni rodzice – a może „Wasze” dziecko zaraz do nich odejdzie, a Wy zostaniecie z dziurą w sercu?
Z jednej strony nikt nie kontroluje, ale i nikt nie pomaga. Myśmy już mieli swoje biologiczne dzieci i nasza potrzeba rodzicielstwa była zaspokojona, ale też na pewno każda z rodzin, z którymi by Pani rozmawiała, mówiłaby o tym inaczej. Myśmy mieli świadomość, że potrafimy przyjąć dzieci na trochę, zrobić wszystko, co w naszej mocy, żeby im dać siłę na ciąg dalszy, ale też – że potrafimy się z nimi rozstać i mieć nadzieję, że to, co zrobiliśmy, zaowocuje. Może to brzmi pompatycznie, kiedy tak to mówię, ale faktycznie założyliśmy sobie od razu, że nie liczymy na efekty tu i teraz, natychmiast, że super byłoby, gdyby dzieci, które teraz u nas są, kiedyś, w przyszłości miały taką myśl: „Kurcze, a ciekawe, co by ciocia i wujek na to powiedzieli, czy im by się spodobało, co robię, jak żyję. Czy byliby na tak”. Nie myśleliśmy nigdy o adopcji, zawsze wiedzieliśmy, że te dzieci mają swoje korzenie, swoje rodziny i chodzi o to, żeby jakoś zrozumiały sytuację, która im się w życiu wydarzyła. Nie mówię, żeby się z nią pogodziły, ale zrozumiały, to już dużo. I żeby jakoś uporządkowały to sobie w głowach.

A skąd to się wie o sobie, że da się radę to wszystko, o czym Pani mówi, dźwignąć?
Czuje się. My zresztą od początku byliśmy nastawieni na nastolatki. Wiedzieliśmy, że fizycznie oni u nas długo nie będą, ale właśnie tylko fizycznie. Bo przecież są z nami cały czas. Nie chodzi o to, żeby kogoś trzymać przy sobie, tylko żeby mu dać tę wolność. Większość naszych dzieci, a wypuściliśmy w świat już 22, przyjeżdża do nas na święta, spędza z nami weekendy, dzwoni, pyta, co się u nas dzieje, radzi się, kiedy mają jakiś problem. Po prostu są w naszym życiu.

A co jest najtrudniejsze?
Dla mnie to, że nasze biologiczne dzieci z różnymi swoimi sprawami, problemami, pytaniami w pierwszej kolejności zwracają się do mojego męża, a dopiero później do mnie. Mają świadomość, że tym całym chaosem zarządzam ja, więc mnie „oszczędzają”. Trudno powiedzieć, że przede wszystkim mam czas dla dzieci przyjętych, ale rzeczywiście dla nich czas mieć muszę. Ale trudno mi z tym, że dołączam do wyjścia do kina, na zakupy, do rozmowy, kiedy mogę, a to nie jest zawsze. W środku każda mama chyba myśli, że dla swojego dziecka jest najważniejszą osobą, ja musiałam sobie uświadomić, że chyba jestem dopiero druga w kolejności.

Tytuł „Opowieści Nierodziców” z jednej strony jest jasny. Ale już w pierwszym opowiadaniu autorka pisze o swojej wymarzonej córeczce. Takim właśnie słowem ją określa. Czy to jest tak, że jesteście nierodzicami, a potem stajecie się rodzicami? Jak o sobie myślicie?
To znowu jest złożone. Rodzicami czujemy się chyba wszyscy, bez względu na to, jakim słowem siebie określamy. Ten tytuł wbrew pozorom wcale nie jest taki oczywisty i prosty. Cała grupa opiekunów-rodziców zastępczych specjalnie stosuje ten zwrot. Część z nas mówi o sobie, ja na przykład, że jestem opiekunem zastępczym, część – że jest rodzicem zastępczym, a część – że jest rodzicem. To od lat może nie spór, ale temat obecny w naszych rozmowach. Każdy stara się dowieść swoich racji. Bo z jednej strony słowo „rodzic” to ten, który urodził, więc rodzicem nie jestem, ale z drugiej „opiekun” to trochę za mało. Dlatego zresztą tytuł na okładce naszej książki w słowie „nierodzice” też ma takie wyblakłe „nie”. I to najlepiej oddaje całą tę sytuację: że dla naszych dzieci czasami jesteśmy rodzicami, a czasami nie. Bo też nie jest tak, że wszystkie dzieci, które do nas przychodzą, są z tego zadowolone i traktują nas jak rodziców. Jest różnie. Ale staramy się, bez względu na to, jak siebie nazywamy, robić wszystko tak, jakbyśmy byli rodzicami, jakby to były nasze biologiczne dzieci, wkładamy w to serce, mądrość.

Kiedy planowałam ten projekt, był dylemat, jak go nazwać. Kiedy zapadła decyzja, kilka osób odpisało, że w takim razie to nie jest projekt dla nich, bo oni są rodzicami. Widać, że słowa mają wielką wagę. Wielu mówi o sobie, że są opiekunami, ale gdyby ktoś popatrzył z boku, to nie miałby wątpliwości: to jest rodzic. Po prostu.

Ale nasze dzieci też nas różnie traktują. Jedne przychodzą i mówią „mamo”, „tato” – zwykle te młodsze, ale też różnie z tym bywa. Inne pamiętają rodziców, mówią wtedy do nas „ciociu”, „wujku”. A zdarza się, że najpierw jest „proszę pani”, po pewnym czasie dopiero się przekonują do innego słownictwa. To też zależy od ich nastawienia, od tego, jak funkcjonują ze swoimi biologicznymi rodzinami. Niektóre są na takim etapie, że powielają to, co się w domach działo i bardzo trudno im zmienić sposób życia, funkcjonowania i myślenia. Dla nich jesteśmy panią i panem.

To chyba też trudność, jeśli jest pamięć o domu, więź z biologiczną rodziną.
Ta pamięć i więź cały czas są. Małe dzieci tego nie artykułują, ale często przecież doświadczały różnych rzeczy, przemocy, nadużyć, też to pamiętają, trudno im się nieraz z tym pogodzić. Mamy też czasem dzieci, które przychodzą do nas z domów nadopiekuńczych, w których były zamknięte jak w klatce, i to było dla nich niebezpieczeństwem.

To ciekawe. Myśląc o dzieciach odbieranych rodzicom biologicznym, mamy pewnie na ogół w głowach alkohol, przemoc fizyczną, brak zainteresowania…
A może być nadopiekuńczość tak wielka, że dziecko w czwartej, piątej klasie nie chodzi prawie cały rok do szkoły. Zawsze jest coś. Albo zła pogoda, albo ono niewyspane, albo wczoraj raz zakasłało, więc powinno zostać w domu… Dziecko ma 12 lat i mama opowiada, że jeszcze „nie wprowadziła noża”. Co oznacza, że 12-latek nie potrafi sobie sam posmarować kromki chleba masłem. Takie sytuacje nie zdarzają się może często, ale są. I to jest trudna praca, bo te dzieci muszą się usamodzielnić, a to wymaga od nich wysiłku, są więc nastawione niechętnie. Ale jak odkrywają, że mogą same podejmować różne decyzje, że mogą wychodzić, spotykać się z innymi, odkrywają, że świat jest jednak ciekawy, inny niż ten, który znały – zaczynają rozumieć, że to fajne. No i że w ich domu nie było normalnie i poprawnie.

Z drugiej strony – pewnie myślę schematami – dziecko, które doświadcza przemocy i patrzy na przemoc, a potem trafia w miejsce, gdzie jest spokój i bezpieczeństwo, czuje, że to zmiana pozytywna. A wyrwane z domu, w którym jest miłość – może zbyt duża, może niewłaściwie okazywana, ale jednak miłość, jest z tym domem mocno związane – to chyba opiekunom zastępczym utrudnia działanie?
Zwłaszcza że do tego dochodzi jeszcze bardzo delikatna praca z biologiczną rodziną, która musi pewne rzeczy u siebie przemodelować, żeby to dziecko mogło wrócić. Musi zacząć współpracować. A ma poczucie krzywdy – chcieli przecież dla dziecka najlepiej, wszystko dla niego robili… I dzieci na początku czują, że to dla nich krzywda, bo zostały wyjęte z kokonu. Dopiero po jakimś czasie odkrywają, że można jechać na wycieczkę i dobrze się bawić, że nie umiera się, kiedy się na zimnie parę razy głębiej odetchnie, zaczynają się tym cieszyć, znajdują pasje, zainteresowania, rozwijają się, nabierają poczucia, że są coś warte. Jest duża szansa na powrót do domu, ale cała rodzina musi się zmienić. Ale te dzieci mają już siłę, żeby o siebie zawalczyć.

Niewiele wiemy o pieczy zastępczej. Ja wiedzę czerpię głównie, wstyd się przyznać, z amerykańskich seriali, w których rodziny zastępcze nie są na ogół bohaterami pozytywnymi. Bo na przykład robią to wyłącznie ze względu na wynagrodzenie.
Informacje czerpiemy z zagranicznych seriali, filmów, książek, bo polskich niewiele. Albo temat pojawia się w mediach, bo coś złego się w pieczy zastępczej wydarzyło. A bywa i w drugą stronę: mamy cukierkowe obrazki, jak ciocia robi śniadanie dla 14 osób, zobaczcie, jak pięknie, jaka ona wspaniała. Chyba cały myk w tym, że kiedy dzieci do nas trafiają, to nie trafiają na wystawę czy do zoo, i my nie bardzo mamy miejsce i możliwości, żeby o tym, co naprawdę robimy, opowiadać. To trudność. Nie pokazujemy naszych dzieci, nie mówimy o nich tak, żeby je potem można było rozpoznać. Rodzice o swoich dzieciach mogą mówić wszystko i wszędzie, nas obowiązuje tajemnica ze względu na dziecko. Żeby do tego etycznie podejść, żeby go nie naznaczyć, nie urazić. Dlatego niewiele o pieczy zastępczej wiemy i dlatego warto wynajdywać możliwości, żeby o tym opowiedzieć. Trochę ukrywając, trochę zmieniając, ale jednak opowiadać. I nie o kanapkach i obiadach, ale o emocjach, które temu towarzyszą.

U Pani ósemka cały czas?
Tak, kiedy dziecko od nas odchodzi, pojawia się następne. A dzieci odchodzą, bo albo wracają do rodziny biologicznej, albo przechodzą do rodziny zastępczej, w której jest jedno czy dwoje dzieci, bo tak też bywa – niektóre dzieci zaprzyjaźniają się ze sobą i jeśli w mniejszym środowisku będzie im lepiej, zwłaszcza kiedy nie ma widoków na to, żeby wróciły do rodziny biologicznej, takie przenosiny się czasem robi. I są one na ogół pozytywne. Ale czasem nie są dobrym rozwiązaniem, jeśli to kolejne przenosiny, jeśli są bez powodu, bo pojawiła się ostatnio u nas taka tendencja, że jeśli dziecko jest starsze niż 10 lat, to nagle ktoś podejmuje decyzję: już nie musisz być w rodzinie, możesz iść do placówki, żeby zrobić miejsce młodszemu dziecku – my tylko możemy załamywać ręce. A czasem kończą 18, a w zasadzie 25 lat, bo do tego wieku mogą u nas być, i po prostu się wyprowadzają, usamodzielniają, wtedy mamy wolne miejsce – cenne, bo nie ma ich zbyt wielu w rodzinnych formach opieki – które szybko jest zajmowane przez kolejne dziecko.

Na ile Wy jako opiekunowie macie wpływ na to, co się dzieje z dzieckiem, które jest u Was?

Teoretycznie nasz wpływ jest dość duży – ale znowu: to zależy. Bo tak naprawdę decyduje o tym sąd, decydują kuratorzy, czasem sądy nie pytają nas o zdanie, i to jest kiepskie. Czasem są dobre sądy, które rozmawiają, ustalają, dopytują, rozmawiamy o tym, bo to my znamy najlepiej nasze dzieci i jeśli sąd się liczy z naszym zdaniem, mamy na to wpływ. Ale bywają takie miejsca w kraju, gdzie nikt opiekuna zastępczego nie pyta o zdanie, tylko decyduje za niego. Według przepisów mamy dużo możliwości, ale nie zawsze jest to respektowane i dobrze widziane.

A Wasze emocje? Strach o dziecko?
Są. Kiedy i rodzina, i dziecko są przygotowywani do zmiany, na przykład szykuje się adopcja, bo sytuacja prawna jest uregulowana, to coś zupełnie innego, a jeśli dzieje się coś nagle – a to też się zdarza – rodzice biologiczni potrafią głośno krzyczeć o swoich prawach, choć nie zrobili nic, by poprawić sytuację, i dziecko wbrew swojej woli i naszej opinii wraca do rodziny – to trauma dla wszystkich po kolei. I wielka niesprawiedliwość, z którą trudno jest nam sobie poradzić, nawet mówienie o tym głośno nie przynosi efektów. Zwłaszcza kiedy słyszymy argumenty, że to „dla dobra dziecka”. Tylko pytanie, gdzie naprawdę jest to dobro, na które się wszyscy powołują. Chcielibyśmy, żeby ktoś naszego głosu naprawdę słuchał i nie groził nam później: jeśli tak krzyczysz, że ci się nie podoba, że ci coś nie pasuje, to my z tobą umowy nie podpiszemy, to my ci podziękujemy za pracę, zabierzemy dzieci, umieścimy gdzie indziej… Więc czasem trudno mówić, bo mamy obawy, czy ktoś tak nie zareaguje. Mam wrażenie, że urzędnikom zależy na pracy na zasadzie: mamy zatrudnienie. A nam zależy na tej pracy, bo mamy dziecko. Mamy człowieka. Często dlatego właśnie ludzie kładą uszy po sobie i robią różne dziwne rzeczy, które nie bardzo są im na rękę, ale może dzięki temu ochronią dziecko. To oczywiście nie dzieje się w całej Polsce, jest wiele dobrych środowisk, ale i wiele złych.

Jak w każdej sytuacji: wszystko zależy od człowieka. Kiedy podejmowaliście decyzję o prowadzeniu rodzinnego domu dziecka, nie mieliście obaw, jak będą się z tym miały Wasze biologiczne dzieci?
Mieliśmy duże obawy. Zwykle mówię, że ja sobie coś wymyśliłam, męża do tego namówiłam, a nasze dzieci w to wrobiliśmy. To zawsze jest wielka niewiadoma. W którymś momencie stwierdziliśmy, że dzieci, które przyjmujemy, zawsze coś zyskają, a nasze zawsze stracą ilość naszego dla nich czasu. Ale też coś zyskują. Widzą innych ludzi, słyszą ich, potrafią reagować, współpracować, współdziałać. A to od nas jako od rodziców, od dorosłych zależy, czy ich gdzieś po drodze nie stracimy, czy ich nie zaniedbamy i jak zorganizujemy to nasze życie. Obawy zawsze są, ale nam się w jakiś sposób udało. Mamy czwórkę biologicznych dzieci, czwarte urodziło się, kiedy prowadziliśmy już rodzinny dom dziecka, i bardziej się zastanawiamy, jak będzie wyglądać kiedyś jego rodzina, jego życie, bo on życia w małej rodzinie nie zna. Od początku żyje w domu, w którym funkcjonuje z jednej strony jedna rodzina, z drugiej kilka rodzin jednocześnie.

Trudno mi sobie wyobrazić, jak trzeba poukładać własne emocje, żeby mieć miejsce dla każdego z tej wielkiej gromady. Niesamowite, że Wam się to udaje.
Dlatego w niesamowity sposób trzeba o tym opowiadać. Bo naprawdę naszym powołaniem życiowym nie jest robienie kanapek czy gotowanie obiadów. Liczba umiejętności i zawodów, które w sobie łączymy, jest spora. Rodzice zastępczy to firma wielozadaniowa w dwóch osobach. I przykro, że na zewnątrz tego nie widać. Że nie jesteśmy postrzegani jako osoby kompetentne, które mają wiedzę i umiejętności. Że się o nas nie myśli, a jeśli tak, to często w kategoriach zarabiania pieniędzy na dzieciach.

No właśnie – napisała mi Pani, że nie możemy gadać rano, bo właśnie trwa nauka samodzielnego wychodzenia do szkoły jednego z dzieci. Każde dziecko przychodzi z jakimś deficytem, a Wy na wszystkie musicie umieć reagować.

I w gruncie rzeczy najłatwiej jest reagować na te związane ze zdrowiem, bo przynajmniej wiadomo, co robić, jest prosta ścieżka – z tym problemem do ortopedy, z tym do dentysty. Gorzej z problemami związanymi z normalnym życiem społecznym. To coś, co najpierw trudno wyłapać, potem nauczyć – tak, żeby dodatkowo nie zranić. Teraz będę zmyślać: przychodzi dziewczyna, lat 16, i my ją musimy nauczyć, co to znaczy dbać o swoją higienę. Ona jest prawie dorosła, więc łatwo ją upokorzyć, wzbudzić w niej poczucie, że jest gorsza. Nie można działać brutalnie. Ale działać trzeba. Trzeba najpierw znaleźć odpowiedni moment, a potem odpowiednie słowa. Myślę, że z takimi umiejętnościami trzeba się chyba urodzić.

Kiedy myśli Pani o sobie teraz i o sobie z początków pracy – długą drogę Pani przeszła?
Bardzo długą i skomplikowaną, ale dla mnie satysfakcjonującą, bo mogę powiedzieć, że widzę swój rozwój. Widzę swoje zmiany. Kiedy przypominam sobie, jak reagowałam te już prawie 18 lat temu, a jak teraz, to widzę postęp i w umiejętności rozmawiania z naszymi młodymi ludźmi, i w zrozumieniu, że choćbyśmy nie wiem co robili, to ich rodzice biologiczni do nich w ich życiu wracają, że są ważni, że różne przykrości, których doświadczamy, nie są przeciwko nam. Tego wszystkiego trzeba się było nauczyć, dowiedzieć się przede wszystkim o sobie, żeby inaczej na to patrzeć, inaczej reagować. Ale też nauczyłam się, że ta wolność, ten czas dla siebie są ważne nie tylko dla mnie, ale i dla mojego męża, że on też ma pasje, nie można być egoistą, musimy widzieć partnera. To też kawałek drogi, którą przeszłam.

Zaczęłyśmy od zadań, jakie miała spełnić książka – nie rozczarowała się Pani?
Nie. Projekt spełnił swoje zadanie. Znalazłam wspaniałych ludzi, którzy nam pomogli. I teraz mogę powiedzieć, że był jeszcze jeden cel: ja to zrobiłam także dla siebie. Pisałam i chodziło mi po głowie: kurczę, trzeba by się tego nauczyć, żeby ludziom opowiadać o tym, co robimy. I kiedy pomysł był w głowie, kiedy zaangażowała się w to Anna, wiceprezeska naszej fundacji, pomyślałam: „Teraz trzeba znaleźć kogoś, kto nas nauczy pisać”. Zobaczyłam gdzieś informację o warsztatach, które prowadzi Mikołaj Grynberg i już wiedziałam: to jest to! On nie zastanawiał się długo, i to był strzał w dziesiątkę. Jestem dumna z tego, co powstało.

Książka „Opowieści Nierodziców” powstała na warsztatach pisarskich dla opiekunów/rodziców zastępczych prowadzonych przez Mikołaja Grynberga. Koncepcja i opracowanie projektu: Elżbieta Matusiak i Anna Kopacz, szefowe Fundacji Projekt ROZ Rozwój Opieka Zaufanie. Wydawca: Fundacja Projekt ROZ. Projekt sfinansowany przez Fondation Jan Michalski pour l’écriture et la littérature.

Czym jest piecza zastępcza?

Rodzinna piecza zastępcza jest sprawowana w przypadku niemożności zapewnienia dziecku opieki i wychowania przez rodziców biologicznych. W rodzinach zastępczych umieszcza się dzieci, których rodzice zostali trwale lub czasowo pozbawieni praw rodzicielskich lub gdy władza ta została im ograniczona lub zawieszona. Umieszczenie dziecka w rodzinie zastępczej następuje na podstawie orzeczenia sądu i po uzyskaniu zgody rodziców zastępczych.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze