1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia

„W nauce też jestem buntownikiem” – rozmowa z prof. Markiem Krzystankiem

Ewa Pągowska przeprowadziła wywiady z najbardziej znanymi polskimi psychiatrami. Książkę wydało wydawnictwo Medical Education. (Fot. materiały prasowe)
Ewa Pągowska w książce „Rozmowy ze znanymi polskimi psychiatrami” przybliża sylwetki znanych polskich psychiatrów, którzy są zarówno naukowcami, jak i praktykami. Z przeprowadzonych rozmów poznajemy nie tylko kamienie milowe ich drogi zawodowej oraz mentorów, lecz także dowiadujemy się, w jaki sposób spędzają czas wolny i jak dbają o swój dobrostan. Poniżej rozmowa z profesorem Markiem Krzystankiem, psychiatrą, seksuologiem i psychoterapeutą.

Ewa Pągowska: Filozof, transcendentalista, esteta, idealista, cynik, kolekcjoner, eksperymentator, hedonista, bokser, anarchista, łapacz chwil, poeta – to słowa, którymi często się pan określa. Przeczytałam też, że interesują pana filozofia fenomenologiczna, psychologia głębi, buddyzm zen i gnostycyzm, a pasją jest gra na puzonie i didgeridoo. Nigdzie jednak nie wspomina pan o miłości do mody. A nawet tu, w gabinecie, ma pan długi wieszak pełen ubrań, które, podejrzewam, zachwyciłyby niejednego znawcę tematu.
prof. Marek Krzystanek: Moda chyba rzeczywiście jest moją pasją. Chociaż zanim pani o to zapytała, nie postrzegałem jej w ten sposób. Na pewno ubrania są dla mnie elementem sztuki i źródłem przyjemności. Są marki, które niezwykle się we mnie wpasowały. Jestem w stanie długo tropić niektóre ich wcześniejsze modele. Nie muszę ich potem wkładać, ale lubię je mieć. Nie znam innego mężczyzny, który miałby tyle ubrań, co ja. Myślę, że w ogóle niewielu panów zwraca uwagę na to, jak wygląda. Nie chodzi o to, żeby ulegać jakiejś presji, tylko by czuć się dobrze we własnej skórze, podobać się sobie w lustrze. Nie wiem, czy jestem trendy, bo to nie ma dla mnie znaczenia. Nie ma jednego dobrego dla wszystkich stylu. Zgadzam się tu z Giannim Versace – jednym z moim ulubionych projektantów, który powtarzał w kółko: „Nie wierzę w dobry gust”. Przez długi czas nosiłem fryzurę przypominającą tę, którą miał Robert Smith z The Cure. Ciągle mnie o nią pytano. Różne snuto teorie, np. że włosy mają mi pomóc w podrywaniu dziewczyn. Zwykle teorie te odzwierciedlały pragnienia pytającego.

EP: Jak życzenia świąteczne.
MK: To prawda – każdy życzy innym tego, czego sam potrzebuje. Ale byłem już tak zmęczony pytaniami i etykietkami typu Einstein czy Chopin, że zacząłem związywać włosy. Dopiero po latach zrozumiałem, że mój wizerunek może być też fantastycznym narzędziem do tego, by przyciągnąć zainteresowanie do moich projektów, wykorzystać go do reklamy tego, co robię.
Te wszystkie określenia cytowane przez panią to często element autokreacji, której celem jest zwrócenie uwagi na konferencję, którą organizuję, czy badania, które prowadzę. Jestem wtedy jak latarnia, która wysoko i jasno świeci, kierując uwagę na jakiś obszar. Te nazwy są odpowiedzią na potrzebę chwili. Refleksją, którą mam w danym momencie, ale to nie znaczy, że się z nimi zawsze identyfikuję. Natomiast jednym z określeń, które od dłuższego czasu są mi bliskie, jest punk. Zostałem nim w młodości i jestem wierny tej filozofii do dziś. Także w nauce.

EP: Jak pan definiuje bycie punkiem?
MK: Punk to osoba, która rezygnuje z rzeczywistości na rzecz samego siebie, czyli w pewnym sensie tę rzeczywistość sobie podporządkowuje, próbuje zmienić świat. Oczywiście nigdy nie jesteśmy całkowicie wolni, zawsze ktoś w jakimś stopniu o nas decyduje, ale chodzi o to, żeby ten obcy wpływ ograniczyć do minimum. Już w dzieciństwie byłem krnąbrny i niedostosowany. Nie robiłem tego, co inni, jeżeli nie czułem się z tym dobrze. W podstawówce większy dyskomfort czułem, gdy byłem ubrany tak, jak tego ode mnie oczekiwano, niż wtedy, gdy koledzy się śmiali z moich ulubionych spranych dżinsów, które cioteczny brat przysłał mi z Kanady. Nikt wówczas takich nie nosił. W pierwszej klasie liceum chciano mnie wyrzucić ze szkoły, ponieważ nie stosowałem się do zaleceń. Z tym postulatem wystąpiła nauczycielka od chemii – bardzo ostra, wszyscy się jej bali – gdyż odmówiłem pójścia do odpowiedzi. Stwierdziłem, że nie mam potrzeby, by ktokolwiek sprawdzał moją wiedzę, bo wystarczy mi świadomość, że ją mam. Nie wiem, skąd się to we mnie brało.

EP: Jak się do tego wszystkiego odnosili pana rodzice?
MK: Nie rozumieli mnie, tak samo jak reszta. Zapewnili mi jednak poczucie bezpieczeństwa i stwarzali duże możliwości: jeśli chciałem iść do tej czy innej szkoły, potrzebowałem takich czy innych książek, chciałem gdzieś pojechać, nie mieli z tym żadnego problemu. Kiedy stwierdziłem, że wyjeżdżam na 3 tygodnie do klasztoru ojców franciszkanów w Tyczynie, dali mi pieniądze.

EP: I pojechał pan?
MK: Tak, byłem tam dwa razy w dwoje kolejnych wakacji. To był jeden z moich sposobów szukania siebie.

EP: Jakie były inne?
MK: Byłem wyznawcą chyba wszystkich religii. Poza tym od 15. r.ż. uprawiałem buddyzm zen, który w zasadzie jest praktyką koncentracji. Nie mogłem znaleźć mistrza, więc nauczyłem się medytować z książki. Po 2 miesiącach praktyki osiągałem już takie stany, jakich według różnych opisów doświadcza się po marihuanie.

EP: Jak psychiatrę punka przyjmuje jego środowisko?
MK: Każdą grupę ludzi można do pewnego stopnia zilustrować krzywą Gaussa i moje środowisko przyjęło mnie jako wartość skrajną. Jeden taki jak ja może być. Nigdy nie czułem się przez kolegów psychiatrów odrzucony. Chociaż spotykając tych, którzy zajmują skrajne miejsce po drugiej stronie krzywej – bardzo tradycyjnych w sposobie myślenia i wyglądzie – miałem wrażenie, że rzeczywiście kłuję ich w oczy.

EP: Jedna z pana książek nosi tytuł „Jak ja leczę”. Co wyróżnia pana podejście?
MK: Myślę, że każdy psychiatra z wieloletnim doświadczeniem ma swoje indywidualne podejście, własne odkrycia dotyczące sposobów leczenia tej czy innej choroby. Można je pozostawić dla siebie albo wyjąć z kapelusza, mówiąc: „Proszę, zobaczcie, to są wszystkie rzeczy, do których doszedłem w ciągu 20 lat praktyki. Bardzo chętnie się nimi z wami podzielę”. Ja reprezentuję to drugie podejście. Lubię się dzielić pomysłami, wiedzą i osiągnięciami. Nie mam poczucia, że w ten sposób coś tracę. Dlatego organizuję konferencję „Sekrety psychiatry praktyka” i napisałem książkę „Jak ja leczę”. Umieściłem w niej sprawdzone receptury farmakologiczne leczenia zaburzeń psychicznych. Opisałem ponad 30 przypadków klinicznych, których część zebrałem od kolegów psychiatrów. Wszystko dla ułatwienia umieściłem w tabelkach. Po lewej jest historia pacjenta: przebieg choroby i zastosowane leczenie, a po prawej – mój komentarz. Wyjaśniam w nim np., dlaczego doszło do zaostrzenia choroby albo jak udało się wyleczyć pacjenta. To jest książka, którą sam chciałbym przeczytać, kiedy zaczynałem specjalizację. Adresuję ją więc przede wszystkim do młodych psychiatrów i lekarzy rodzinnych. Można ją pobrać za darmo ze strony Kliniki Rehabilitacji Psychiatrycznej Śląskiego Uniwersytetu Medycznego.

EP: Co wyróżnia pana jako psychiatrę?
MK: Pozycjonuję się – bo uważam, że każdy psychiatra powinien się jakoś pozycjonować – jako specjalista od trudnych przypadków. Zajmuję się problemami, z którymi inni lekarze sobie nie poradzili. Informuję o tym każdego pacjenta, który chce się do mnie zapisać. Jeśli jego przypadek taki nie jest, proponuję zgłosić się do innego psychiatry. Lubię wyzwania i nie potrafię odpuścić. Nie przyjmuję do wiadomości, że czegoś się nie da zrobić, i pewnie dlatego dokonałem wielu rzeczy, których nie udało się zrobić innym, np. pod koniec lat 90. stworzyłem metodę oznaczenia aktywności fosfolipidazy D w komórkach nerwowych. Takie wyzwanie postawił przede mną mój mistrz naukowy, prof. Henryk Trzeciak. Prace trwały pół roku i dopiero kiedy zakończyły się sukcesem, dowiedziałem się od profesora, że wcześniej dał to zadanie kilku asystentom, ale żaden go nie wykonał. Ludzie uważają, że czegoś się nie da zrobić, i nawet nie próbują. Ja tak nie chcę. Kiedy więc przychodzi do mnie pacjent i na wstępie mówi, że inni lekarze rozłożyli ręce, to nie ograniczam poszukiwań rozwiązania do sposobów, które już zostały wypróbowane, ani swojej wyobraźni do tego, co możliwe. Staję z całą swoją wiedzą przed pustą tablicą. Zwykle wpadam na dwa–trzy pomysły, z których wybieram najlepiej rokujący. Przedstawiam go pacjentowi, wyjaśniam, że to innowacyjne rozwiązanie, do którego jednak doprowadziła mnie wiedza i analiza badań naukowych, i pytam, czy się na nie zgadza. Często przedstawiam graficznie model leczenia, robię rysunek czy tabelkę i nawet zaznaczam, który lek działa na który element modelu.

EP: Jak udaje się panu zrobić to wszystko podczas jednej wizyty?
MK: Mam intuicję i dużą łatwość odczytywania drugiego człowieka. Śmieję się czasem, że żeby sczytać człowieka, wystarczy mi kilkanaście sekund. Mam tak, odkąd pamiętam – taki wrodzony talent, który ułatwia mi życie na co dzień, ale i pracę. Jestem też bardzo kreatywny. Rozwiązania po prostu na mnie spływają. Podobnie zresztą jak wiersze. Przychodzą do mnie w całości w zupełnie nieoczekiwanych momentach.

EP: Proszę opowiedzieć o pacjentach, dla których znalazł pan takie innowacyjne rozwiązania.
MK: Jednym z nich jest mój kolega, który ma chorobę afektywną dwubiegunową. W pewnym momencie czuł się już bardzo bezradny i zmęczony ciężkimi epizodami depresji, bo w tej chorobie leki przeciwdepresyjne nie zawsze są skuteczne. Ich wadą jest też konieczność długiego oczekiwania na pierwsze efekty leczenia. A w chorobie dwubiegunowej epizod depresyjny charakteryzuje się dużą melancholią i poczuciem bezsensu, więc stwarza poważne ryzyko samobójstwa. Ponieważ melancholia jest stanem, w którym zmniejszona jest zdolność odczuwania przyjemności, a ona z kolei jest związana z działaniem układu dopaminergicznego, szukałem substancji, które zwiększałyby wydzielanie dopaminy. Czytałem różne doniesienia i opisy przypadków. Ostatecznie za najbardziej rokującą w tym przypadku uznałem amantadynę. Podałem ją koledze i po kilku dniach doszedł do siebie. Zacząłem więc stosować ją u innych pacjentów z tym samym rozpoznaniem. Artykuł, w którym opisuję te przypadki, cieszy się na świecie bardzo dużym zainteresowaniem.

EP: Czym jest kosmetologia psychiatryczna, o której pisze pan w „Archipelagach psychofarmakologii”?
MK: Podawaniem leków, kiedy tylko pojawią się już pierwsze sygnały tego, że człowiek przestaje sobie radzić. Zająłem się tym w odpowiedzi na realne potrzeby pacjentów. Zauważyłem, że mniej więcej ⅓ osób, które do mnie przychodzą, ma objawy niespełniające kryteriów żadnego zaburzenia psychicznego oprócz zaburzeń adaptacyjnych, czyli reaktywnych zaburzeń psychicznych spowodowanych codziennym stresem. Ci pacjenci byli jednak na drodze do nasilenia choroby. Zacząłem więc stosować wczesne farmakologiczne interwencje w bardziej ograniczonym zakresie, niż to się standardowo robi w przypadku zaburzeń psychicznych. Dzięki temu mogłem zapobiec rozwojowi choroby. Dobrym przykładem jest leczenie bezsenności. Dr Michał Skalski – psychiatra, który jest jednym z największych w Polsce ekspertów od zaburzeń snu – nauczył mnie, że człowiekowi, który nie śpi 3–4 dni, dobrze jest od razu podawać np. nasenną benzodiazepinę przez tydzień. To wyreguluje mu sen i nie dojdzie do rozwoju przewlekłej bezsenności. Długie leczenie nie będzie więc potrzebne. Zresztą ostatnio pojawia się coraz więcej publikacji na temat korzyści płynących z modelu leczenia, który ja nazwałem kosmetologią psychiatryczną. Tyle że jej stosowanie wymaga dużego doświadczenia lub szkolenia u psychiatry z długoletnią praktyką. Sztuką jest właściwie ocenić, czy powinno się już włączyć leczenie, jaką dobrać dawkę i czas stosowania leku. Traktowałbym to jako klasę mistrzowską w psychiatrii.

EP: Farmakologiczne leczenie psychiatryczne kojarzy się raczej z długim procesem. Często można usłyszeć, że leki na depresję trzeba traktować tak jak te na cukrzycę czy nadciśnienie – czasem trzeba je brać bardzo długo.
MK: Ostatnio zaczynamy się w medycynie zastanawiać nad konsekwencjami takiego podejścia. Pojawiły się badania kliniczne dotyczące opozycyjnego modelu tolerancji, z których wynika, że zbyt długie stosowanie leków, także tych na nadciśnienie czy cukrzycę, prowadzi do zmian receptorowych, których konsekwencją jest to, że leków nie można odstawić, mimo że ich działanie słabnie. Zaprzestanie farmakoterapii sprawiłoby, że pacjent poczułby się dużo gorzej. Pojawia się pytanie, czy ludzie chorują przewlekle na depresję czy nadciśnienie, bo są to choroby przewlekłe, czy może w wyniku zmian w liczbie i reaktywności receptorów w komórkach, pomp dla neuroprzekaźników, kanałów jonowych albo enzymów, do których to zmian doszło z powodu przyjmowania leków przez długi czas. Są badania, z których wynika, że jeśli długo podajemy preparaty antydepresyjne, to po pewnym czasie i tak mogą się pojawić epizody depresji. Tak jakby organizm zaadaptował się do tych leków, więc one przestały działać. Mam nadzieję, że zaczniemy z większą ostrożnością je stosować. Chociaż są oczywiście takie poważne zaburzenia jak np. schizofrenia, w których długa farmakoterapia jest koniecznością. Znamy naturalny przebieg tej choroby i wiemy, że to nie leki odpowiadają za jej przewlekłość.

EP: Co pan sądzi o przyjmowaniu przez zdrowych ludzi preparatów, które mają podkręcić działanie mózgu, np. o sięganiu przez zmęczonych dorosłych po leki stosowane u dzieci z ADHD (attention deficit hyperactivity disorder) w celu poprawy swojej wydajności? Ostatnio jest o tym coraz głośniej.
MK: To może od razu zalegalizujmy amfetaminę, bo te leki to również psychostymulanty? Ludzie wymyślają przedziwne racjonalizacje, żeby móc brać narkotyki. Znam osoby, które uważają, że przyjmowanie substancji halucynogennych, np. meskaliny, jest metodą rozwoju osobowości. Synów bogatych rodziców, którzy ciągle w ten sposób w różnych atrakcyjnych miejscach na świecie „szukają siebie”. A to po prostu rekreacyjne ćpanie.
Osobną kwestię stanowi profilaktyczne podawanie leków prokognitywnych zdrowym osobom. Może gdybyśmy wszyscy zaczęli je przyjmować od 40.–50. r.ż., dłużej zachowalibyśmy sprawność umysłową.

EP: Co to za leki?
MK: Poprawiające metabolizm mózgu. Jednym z nich jest piracetam. Stosuje się go w neurologii, głównie w leczeniu łagodnych zaburzeń poznawczych i u osób po udarze, żeby zregenerować tkankę nerwową. Sprawia on, że w wyniku spalania tlenu w mitochondrium – swoistej fabryce energii – powstaje więcej cząsteczek adenozynotrifosforanu (ATP), który jest paliwem dla naszego organizmu. Dzięki temu każda komórka ma więcej energii. Tyle, że – aby dostrzec poprawę funkcji poznawczych – trzeba przyjmować lek przez 4–6 tygodni, a pierwsze efekty można zauważyć najwcześniej po 2 tygodniach.
Są też takie substancje prokognitywne, które rozszerzają naczynia tętnicze w mózgu, powodując zwiększenie dopływu krwi. Do tej grupy należy np. nicergolina. To pochodna ergoliny, którą można znaleźć m.in. w sporyszu. Medycyna ludowa wykorzystywała ją zresztą już wcześniej do leczenia migreny. Nicergolina poprawia pamięć i inne funkcje poznawcze. Profesor, który mnie uczył farmakologii, uważał, że tego rodzaju preparaty powinny być przyjmowane przez wszystkich po to, żeby zwiększyć możliwości zdrowego ludzkiego umysłu.

EP: Tylko co z działaniami niepożądanymi?
MK: Piracetam w praktyce ich nie ma, więc w zasadzie można by powiedzieć, że nie jest lekiem sensu stricto, bo definicja leku mówi, że jest to substancja, która ma działania pożądane i niepożądane. Jedyne na co, przyjmując piracetam, trzeba uważać, to żeby nie brać go po południu ani wieczorem,ponieważ może utrudnić zaśnięcie.

EP: W „Archipelagach psychofarmakologii” zamieścił pan też receptę na farmakologiczne wydłużanie życia. Sam pan ją stosuje?
MK: Jedną z substancji, które tam wymieniam, rzeczywiście regularnie przyjmuję, ale nie zdradzę którą. Chciałbym uniknąć product placement i tego, by ktoś po nią sięgnął, sugerując się moim autorytetem. W książce jest tylko propozycja receptury opracowanej przeze mnie na podstawie różnych doniesień naukowych. Należy ją traktować jako prowokację farmakologiczną i punkt wyjścia do dalszej dyskusji.

EP: W tej recepturze są też m.in. rapamycyna, probiotyki, witamina E i małe dawki litu oraz ibuprofenu. Trochę się obawiam, że jeślibym codziennie łykała 200 mg tego ostatniego leku, jak tu jest napisane, to by mi szybko żołądek wysiadł.
MK: W badaniach naukowych przeprowadzonych na drożdżach wykazano, że ibuprofen wydłuża ich życie, a kwas acetylosalicylowy wydłuża życie nicieni oraz samic myszy, więc wymieniam te substancje jako interesujące w kontekście dążenia do długowieczności. To jednak nie znaczy, że zalecam wszystkim codzienne ich przyjmowanie.

EP: Jest jednak na tej liście coś, co wydaje się panu szczególnie atrakcyjne?
MK: Rapamycyna. Udowodniono, że ten stosowany w chorobach autoimmunologicznych lek wydłuża telomery, czyli takie ogonki przy chromosomach, które skracają się o kilka nukleotydów przy każdym podziale komórki. Dzięki wydłużeniu się telomerów komórka może dzielić się więcej razy, więc zużywa się wolniej, i człowiek może żyć dłużej. Czasami myślę, że może w naturze istnieje substancja, która działa podobnie do rapamycyny, i ją właśnie zażywał chiński zielarz, który żył 256 lat.

EP: Jest taka legenda.
MK: To nie legenda. Istnieją podobno listy gratulacyjne od kolejnych cesarzy, które długowieczny Chińczyk otrzymywał przy okrągłych urodzinach. Są jego zdjęcia z lat 30. ubiegłego wieku. Czytałem przeprowadzone z nim wywiady. Nikomu nie chciał zdradzić swojego sposobu na długowieczność. No ale ja przede wszystkim staram się popularyzować receptę na szczęście. Uważam zresztą, że od niego w dużej mierze zależy zdrowie psychiczne, a co za tym idzie – także somatyczne. Proszę zwrócić uwagę, że kiedy analizuje się przyczyny chorób przewlekłych, obojętnie, czy jest to cukrzyca, nadciśnienie czy choroba Leśniowskiego-Crohna, wszędzie mowa o czynniku psychogennym. Dlatego powtarzam studentom, że to psychiatria, a nie interna jest królową medycyny. Hans Selye – lekarz, który zajmował się badaniem stresu, uważał, że człowiek, który sobie z nim nie radzi, przez pierwsze lata ma objawy psychiczne. Jeśli ten stan się przedłuża, pojawiają się też dolegliwości somatyczne, np. skoki ciśnienia, zmiany stężenia glukozy we krwi i pobolewania w różnych miejscach ciała, które po kolejnych latach utrwalają się w postaci choroby przewlekłej.

EP: W jaki sposób pan popularyzuje receptę na szczęście?
MK: Nierzadko człowiek przychodzi do nas przygnębiony i wyciąga rękę po lek, a tak naprawdę nie ma powodu, żeby być szczęśliwym. Czemu w takiej sytuacji miałoby służyć przepisanie mu tabletek? Czy chodzi o to, żeby mając beznadziejną sytuację w rodzinie, pracy, swoim środowisku, zacząć się uśmiechać? To przecież absurd. Często więc moje rozmowy z pacjentami są rozmowami o szczęściu. Czasem otwieram je pytaniem: „Czy pan uważa, że można się dobrze czuć w sytuacji, w jakiej się pan znalazł?”. Głównym zadaniem psychiatry jest farmakologicznie pomóc pacjentowi stanąć na nogi, po to, żeby mógł podjąć decyzję o zmianie. Trzeba mówić ludziom, że kryzys jest najlepszą na to okazją. Jeśli wszystko nam się w życiu rozsypało i trzeba je na nowo poukładać, to dlaczego od razu nie wznieść lepszej konstrukcji?
Osoba z zaburzeniem psychicznym, która nie wprowadza zmian w swoim życiu, zwykle szybko wraca do gabinetu psychiatry. Jeśli my, lekarze, nie rozmawiamy o tym, tylko dajemy leki, jest to z naszej strony brak odpowiedzialności. Pacjenci często mówią, że ich życie nie ma sensu. Odpowiadam: „Bo życie nie ma żadnego sensu. Trzeba ten sens stworzyć”. Powtarzam studentom, żeby byli przygotowani na takie rozmowy. O szczęściu przez wiele lat rozmawiałem też z licealistami w ramach programu profilaktyki uzależnień realizowanego przez Śląski Uniwersytet Medyczny.

EP: Co im pan mówił?
MK: Nie to, że kokaina i heroina są złe, bo licealiści to wiedzą, chociażby od policjantów, którzy przychodzą do szkół z pogadankami na ten temat. Ta wiedza wcale nie sprawia, że nastolatki nie sięgają po substancje odurzające. Mówiłem im więc o tym, że gdy człowiek jest nieszczęśliwy, szuka sposobów regulacji negatywnych emocji. Stara się albo zastąpić je pozytywnymi, albo przytłumić, a jednym ze sposobów jest właśnie branie narkotyków. Chodzi więc o to, żeby uczyć ludzi świadomie szukać szczęścia, a nie mówić im, że jakieś sposoby regulacji emocji są złe

EP: Jak więc świadomie szukać szczęścia?
MK: Żeby być szczęśliwymi, musimy mieć zaspokojone potrzeby. Najpierw więc musimy je poznać. Często rozmowę z pacjentami o szczęściu zaczynam od pytań o znajomość potrzeb. Według terapii schematów, która jest gałęzią psychoterapii poznawczo-behawioralnej, istnieje pięć podstawowych potrzeb, których zaspokojenie stanowi warunek prawidłowego rozwoju osobowości w dzieciństwie. Pierwszą z nich jest potrzeba autonomii, posiadania własnej tożsamości i kompetencji, druga dotyczy wyrażania własnych potrzeb i uczuć, trzecia to potrzeba spontaniczności i zabawy, czwarta – posiadania bezpiecznych i stabilnych relacji, a piąta to potrzeba samokontroli i samodyscypliny. Jeśli człowiek ma je zaspokojone w dzieciństwie, to jego osobowość może się harmonijnie rozwijać. A człowiek o dojrzałej osobowości jest w stanie, bazując na własnych zasobach, samodzielnie funkcjonować.
Dodatkowo wyróżniam jeszcze trzy potrzeby, które wiążę bardziej z okresem dojrzałości, chociaż niektóre mogą się pojawić wcześniej. Pierwsza to potrzeba posiadania mocy. Człowiek jest nieproporcjonalnie mały w porównaniu z Wszechświatem i próbuje sobie z tą świadomością poradzić, w jakiś sposób sobie to skompensować poprzez zdobywanie wiedzy i umiejętności. Druga potrzeba dotyczy tworzenia dojrzałych relacji. To chęć wypełnienia pustej przestrzeni wokół nas, która pojawia się po oddzieleniu się od rodziny. Trzecią jest potrzeba nieśmiertelności. Można ją zaspokajać na różne sposoby. Niektóre pomysły są zabawne, np. „Napiszę książkę i będę nieśmiertelny”.

EP: Albo: „Urodzę dziecko”.
MK: To jest raczej tragiczny pomysł. To jak narzucić dziecku rolę swojego klona. Najbardziej sensownym sposobem zaspokojenia potrzeby nieśmiertelności jest chyba religia. Rozmawiam z pacjentem o tym, których z tych potrzeb nie ma zaspokojonych i jak to zmienić. Dorosły człowiek może zadbać o swoje wewnętrzne dziecko. W eksperymencie wyobrażeniowym ma szansę przenieść się w dowolny czas oraz miejsce w przeszłości i nadpisać negatywne doświadczenia pozytywnymi. Otrzymuje również możliwość zaspokajania potrzeb, które w dzieciństwie nie zostały zaspokojone. Niektórzy potrzebują kogoś, kto pomoże im przejść trudniejszą część tego procesu. Tym kimś może być np. psychoterapeuta.

EP: W wywiadach opowiada pan o tym, jak w liceum pomagał pan przyjaciółce przejść proces powrotu do zdrowia psychicznego.
MK: Można powiedzieć, że przyjaciółka, która też była punkiem i z którą jeździłem na festiwale do Jarocina, na moich oczach zachorowała na chorobę dwubiegunową. Kiedy po epizodzie manii trafiła z ciężką depresją na prawie 4 miesiące do szpitala psychiatrycznego, odwiedzałem ją codziennie. Czułem się tam tak, jakbym znalazł się w sztuce Stanisława Ignacego Witkiewicza. Miałem wrażenie, że poznaję nowy wymiar rzeczywistości. Przeżyłem też totalną bezsilność. Zobaczyłem koszmar związany z tą chorobą. Być może to doświadczenie bliskości cierpienia, jakie wiąże się z zaburzeniem psychicznym, przyczyniło się do tego, że wybrałem psychiatrię. Chociaż ostateczną decyzję podjąłem dopiero, gdy prof. Trzeciak powiedział, że ponieważ jestem bardzo dobry w psychofarmakologii, powinienem pójść na psychiatrię. Wcześniej rozważałem mikrobiologię, neurologię albo neurochirurgię, bo mam duże zdolności manualne. Dzięki temu zresztą jako student mogłem przez rok preparować zwłoki.

EP: Proszę o tym opowiedzieć.
MK: Na pierwszym roku medycyny z okazji świąt Bożego Narodzenia napisałem futurystyczną sztukę. Rozdałem kartki z jej tekstem wszystkim osobom, które chodziły ze mną na zajęcia, zaprosiliśmy naszego asystenta, stanęliśmy wokół spreparowanego przeze mnie karpia i każdy odczytał swoją rolę. Na koniec złożyliśmy asystentowi życzenia. Bardzo mu się to spodobało. Karp ostatecznie trafił do prof. Ryszarda Aleksandrowicza, wykładowcy anatomii. Ten stwierdził, że chłopak, który tak dobrze spreparował karpia, może preparować zwłoki, które potem były wykorzystywane na zajęciach z anatomii.

EP: Jak wyglądał spreparowany karp?
MK: Tak jak na rysunku w atlasie ilustrującym jego wnętrze. Odsłoniłem skórę i powięzi w taki sposób, że widoczne były wszystkie narządy. Wnętrzności pozostały nienaruszone. Preparowałem ludzkie zwłoki przez rok, dopóki nie zmienił się szef anatomii. Nowy stwierdził, że mogę preparować wyłącznie zwierzęta. Zrezygnowałem, bo nie chciałem przecież zostać weterynarzem.

EP: Od kogo się pan uczył psychiatrii?
MK: Miałem wielu mistrzów, ale najważniejszym była prof. Irena Krupka-Matuszczyk. Podejścia do pacjenta uczyłem się też od dr Marii Maksimowskiej. Poznałem ją, kiedy zacząłem pracować jako psychiatra – w Poradni Zdrowia Psychicznego w Lublińcu. Zaprzyjaźniliśmy się od pierwszego wejrzenia, chociaż ja miałem dwadzieścia kilka lat, a ona była po siedemdziesiątce. Byłem pod ogromnym wrażeniem jej podejścia do pacjentów. Miała z nimi fantastyczną relację. Znała ich od podszewki, a oni bezwzględnie jej ufali. Wierzyli jej i brali leki, które im zaleciła. Rozmawiała z nimi zupełnie swobodnie. Wtedy zrozumiałem, że być dobrym psychiatrą to przede wszystkim widzieć w pacjencie człowieka, a nie zaburzenie, wejść z pacjentem w sojusz przeciwko przeciwnikowi, jakim jest choroba.

EP: Pan do walki z nią stara się zaprząc także nowe technologie. Zaprojektował pan m.in. aplikację dla pacjentów ze schizofrenią i przeprowadził badania nad skutecznością leczenia z jej wykorzystaniem.
MK: Telepsychiatrią zajmuję się od 2002 r. i jestem jej prekursorem w Polsce. Moje badanie nad zastosowaniem technologii w leczeniu schizofrenii było największym tego typu na świecie. Trwało rok i obejmowało 300 pacjentów. Wypożyczyliśmy im smartfony, a prowadzącym ich lekarzom tablety z wgraną aplikacją. Był harmonogram leczenia. Psychiatrzy musieli co najmniej raz w miesiącu odbyć wideowizytę. Pacjenci w aplikacji mieli treningi kognitywne, przypomnienia o przyjmowaniu leków i odpowiedzi na najczęściej zadawane pytania dotyczące schizofrenii. Nagrałem je w formie 53 krótkich filmów. Wtedy, w latach 2013–2015, takie metody budziły kontrowersje. Celem badania było pokazanie, że leczenie telemedyczne jest tak samo bezpieczne i skuteczne jak ambulatoryjne. Wybraliśmy schizofrenię jako najtrudniejszą do terapii chorobę psychiczną, bo wyszliśmy z założenia, że jeżeli ją da się leczyć w ten sposób, to wszystkie inne również. Nasze badania pokazały, że jest to ekwiwalentny sposób leczenia w stosunku do tradycyjnego, a pod niektórymi względami nawet lepszy. Na świecie spotkało się to z dużym zainteresowaniem, ale w polskim środowisku medycznym nie było prawie żadnej reakcji. Nagrody za tę aplikację otrzymałem głównie od świata biznesu. Dziś wszystkie drzwi dla telemedycyny stoją już otworem. W czasie pandemii wyniki mojego badania bardzo się przydały, bo mogliśmy zapewnić lekarzy, że wykorzystanie metod telemedycznych w terapii jest sprawdzone, bezpieczne i skuteczne.

EP: Proszę opowiedzieć o innych projektach.
MK: Wraz z moim zespołem zrealizowałem ponad 20 grantów na przygotowanie różnych rozwiązań telemedycznych, np. aplikacji pomagających regulować emocje i nastrój, wideobibliotek edukacyjnych i cyfrowych systemów kognitywnych. Stworzyliśmy polskiego terapeutycznego voicebota do ekspozycyjnej terapii agorafobii oraz własny system rozpoznawania mowy, który nazwaliśmy Sekretarką medyczną. Naszym największym projektem, który już prawie zakończyliśmy, jest Cyberdoktor, czyli system do leczenia telemedycznego oparty na sztucznej inteligencji. Pozwala on na gromadzenie i przetwarzanie ogromnej ilości danych. Cyberdoktor będzie więc dla lekarza partnerem, który może podpowiadać decyzje terapeutyczne. Szukam integracji cyfrowej w medycynie. Kiedyś był jeden lekarz od wszystkiego, potem się to rozszczepiło na różne specjalizacje i podspecjalizacje, co spowodowało, że zaczęliśmy patrzeć na pacjentów tunelowo. Szansą na to, by znów wszystko było połączone, są właśnie nowe technologie – dzięki nim będzie można objąć bezlik danych, przekraczający możliwości percepcji ludzkiego umysłu. Nasz Cyberdoktor wzbudził duże zainteresowanie Ministerstwa Zdrowia i Ministerstwa Cyfryzacji. Mam nadzieję, że uda mi się z nim włączyć w tworzenie ogólnopolskiego narodowego systemu telemedycznego oraz do systemu Centrów Zdrowia Psychicznego. Chociaż wiele razy przekonałem się już, jak trudno być prorokiem we własnym kraju, to jak już powiedziałem – nie potrafię się poddać.

Prof. dr hab. n. med. i n. o zdr. Marek Krzystanek jest psychiatrą, seksuologiem i psychoterapeutą. Kieruje Kliniką Rehabilitacji Psychiatrycznej Katedry Psychiatrii i Psychoterapii Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w Katowicach oraz oddziałami dziennymi w Górnośląskim Centrum Medycznym SUM. Jest przewodniczącym Naukowej Sekcji Telepsychiatrii Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego i autorem ponad 300 publikacji medycznych, dwóch książek z dziedziny psychiatrii i siedmiu tomików wierszy. Jest laureatem Indywidualnej Nagrody Naukowej Ministra Zdrowia. Kieruje softwarehouse’em, w którym wraz z zespołem programistów realizuje swoje pomysły telemedyczne.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze