1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia

Środek życia – kryzys, przełom czy przebudzenie?

„W połowie życia widzimy, że pewnych rzeczy już nie zrobimy, ale jest jeszcze sporo czasu na pewne zmiany” – mówi Ela Kluska-Łabuz. (Ilustracja: Adriana Dziewulska)
Coś takiego dzieje się z kobietami w okolicach 30. lub 40. roku życia, że nie potrafią i nie chcą już dłużej robić tego, co dotąd robiły. Ani być tym, kim były. Grać w gry, w które grały. Czy to słynny kryzys wieku średniego? A może dopiero teraz docierają do prawdy na temat tego, kim naprawdę są?

„Przychodzi taki czas w życiu kobiety, gdy odrzuca ona swoje dotychczasowe przyzwyczajenia niczym znoszone buty. Gdy drze listę swoich powinności i zobowiązań. Gdy pali na stosie nierealne oczekiwania” – zaczyna swoją książkę „Radykalne przebudzenie do autentycznego życia” doktor Shefali Tsabary, psycholożka kliniczna. Tytułowe radykalne przebudzenie zaczęło się u niej w momencie, w którym ocknęła się we własnym samochodzie, w rowie, ale zupełnie nie pamiętała, jak się tam znalazła. Wyczerpana opieką nad małym dzieckiem, a jednocześnie coraz większymi wymaganiami studiów doktoranckich, bez wsparcia niani czy krewnych, zasnęła za kierownicą. Na szczęście nikomu nic się nie stało, nie ucierpiał nawet samochód. Za to ona się przebudziła. Zrozumiała, że dalej tak nie może. I nie chce. „Byłam tak dobra w ukrywaniu swojego życia wewnętrznego, że nikt nie dostrzegał mojego chaosu i rozpadu emocjonalnego” – pisze. „Moja chwila oświecenia była zarazem traumą i objawieniem”. Pojawiła się pewność, że nie może już dłużej trwać w swoim małżeństwie. „Coś się musiało zmienić – ja, mój ówczesny mąż albo cała sytuacja”.

Znali się przez swoje całe swoje nastoletnie i dorosłe życie. Odkąd się pobrali, czyli przez 22 lata, nawet nie spojrzała na innego mężczyznę. Kiedy decydowali, że spędzą ze sobą resztę życia, byli zbyt młodzi, by uczynić to naprawdę świadomie. Głębokie rany z dzieciństwa przypisały im w tej relacji określone role – ona została „obsadzona” jako żywicielka, ratowniczka, ta, co ciągle naprawia – w związku z czym jej własne potrzeby pozostawały niezaspokojone, co wypaliło ją emocjonalnie. Tsabary odkryła jednak, że musi przestać oczekiwać od męża, że ten zrezygnuje ze swoich wzorców; to raczej ona powinna pożegnać swoje.

Zaczęła zupełnie inaczej się odżywiać i ubierać, mówić stanowczo, z podniesionym podbródkiem, prostować plecy, nawiązywać kontakt wzrokowy z rozmówcą. Jej nowa postawa wywołała wielkie poruszenie w jej najbliższym otoczeniu. „Gdy zaczęłam się budzić, każdy aspekt mojego życia uległ drastycznej przemianie – nie tylko moje małżeństwo, ale wszystkie moje relacje. Dotąd byłam cicha i nieśmiała, teraz ośmielałam się protestować i przeciwstawiać. Wcześniej zgadzałam się na kompromisy i poświęcenia, teraz odważnie stawiałam siebie na pierwszym miejscu. Do tej pory pozwalałam, by mną poniewierano, teraz ze spokojem wyznaczałam mocne granice”.

Wystąpiła o rozwód. Postanowiła, że wbrew temu, do czego zachęcał jej adwokat, nie będzie się targować z mężem o to, kto bardziej zawinił. Ani obrzucać się nawzajem oskarżeniami czy wyzwiskami. I dopięła swego. W następnej kolejności zajęła się swoim stosunkiem do samej siebie. Zobaczyła, jak bardzo okrutna była dla swojego ciała i swojej seksualności, którą – z lęku przed obcesowo zachowującymi się wobec niej mężczyznami – tłumiła, odkąd była nastolatką. Dopiero po trzydziestce i urodzeniu dziecka doszła do wniosku, że musi coś w sobie zmienić, bo inaczej przekaże tę wewnętrzną tyranię swojej córce. „Zdałam sobie sprawę, że to nie moje ciało jest brzydkie; brzydki jest sposób, w jaki postrzega je kultura” – pisze. Bo też w istocie nie ma czegoś takiego jak brzydkie ciało, jest tylko ciało zdrowe lub chore. Zrozumiała też, że troska, którą zawsze okazywała innym i z której w głębi ducha była dumna, płynęła ze strachu, wahania i unikania, wewnętrznego stanu zależności, wiecznej potrzeby i braku. Odgrywała rolę dawczyni, zamiast nią naprawdę być. Uznała więc, że kończy z tym fałszywym wizerunkiem. Owszem, wiele znajomości nie przetrwało tej decyzji. Ale ani przez chwilę jej nie żałowała.

„Gdy docieramy do punktu, gdzie nie ma mowy o negocjacjach, gdy decydujemy, że nigdy i dla nikogo nie wyrzekniemy się swojej prawdy, harmonizujemy nasze otoczenie z naszym światem wewnętrznym. To tak, jakbyśmy wydzielały określony zapach wyczuwany przez inne osoby. Ci, którzy nie są w stanie poradzić sobie z naszą prawdą, będą trzymać się od nas z daleka. Bliżej podejdą tylko ci, którzy podążają ścieżką podobną do naszej” – pisze.

Kryzys 30-latki – złote legginsy

U Agnieszki Schmidt też coś się zaczęło zmieniać w okolicach trzydziestki. A dokładnie w jej 30. urodziny. Czy był to słynny kryzys wieku 30 lat? Zrobiła wtedy rzecz niewielką, ale radykalną. Wyłączyła na Facebooku informację o dacie urodzenia. Nie chciała otrzymywać tego dnia grzecznościowych postów od osób, z którymi na co dzień nie ma kontaktu, a ostatnio widziała się w podstawówce. „Od tego momentu nie ma wokół mnie osób przypadkowych, jedynie te, z którymi naprawdę mnie coś łączy” – mówi. Pamięta, że tego dnia powiedziała też do koleżanki z pracy: „Powiedz mi coś podnoszącego na duchu. Mam doła, bo kończę trzydziestkę”. Koleżanka się uśmiechnęła: „To piękny czas, bo dopiero po trzydziestce zaczynasz odpuszczać. Nie przejmujesz się wszystkim tak bardzo jak kiedyś, zyskujesz luz i dystans”. I choć nie od razu to poczuła, to koleżanka miała rację. To po trzydziestce urodziła córki. To wtedy też – dopingowana przez męża – poszła na wymarzone studnia z psychologii, które właśnie kończy. Oraz na własną terapię.

Zaczęła się też kolorowo ubierać. „Wcześniej chodziłam głównie na szaro lub biało-czarno. Zdarzało się, że znajomi z pracy pytali, czy mam żałobę. A to po prostu był mój styl – zachowawczy, niezwracający uwagi, nikogo nieobrażający. Po trzydziestce nagle poczułam, że pragnę kolorów. Że ta czerń i ta szarość to nie jestem ja. Dziś moimi ulubionymi ubraniami są bluza z lwem i… złote legginsy. Wyłapuję spojrzenia innych rodziców, gdy przychodzę w nich odebrać córki z przedszkola. Spoglądają trochę z dezaprobatą, a trochę z zaciekawieniem. Na początku przeszkadzało mi, że zwracam na siebie uwagę, ale po jakimś czasie naprawdę przestałam się tym przejmować. Dziś czuję się z tym dobrze, a czasem nawet bardzo dobrze”.

Przestała też się przejmować tym, że pewne znajomości nagle się urwały. Usłyszała gdzieś zdanie, że kiedy ktoś odchodzi z twojego życia, to robi miejsce dla kogoś nowego. Nie jeździ już na wszystkie rodzinne zjazdy. „To, do czego dojrzałam, to postanowienie, że chcę się czuć dobrze. Kiedy wiem, że tam, gdzie pójdę, spotkam osoby, w których jest pewien rodzaj usztywnienia czy napięcia, to bez żalu rezygnuję” – mówi. Coraz częściej zastanawia się, czy na pewne rzeczy, projekty czy spotkania nie szkoda jej czasu, energii albo nawet pieniędzy. „A kiedy co do jakiejś decyzji mam wątpliwości, mówię sobie, że stoi za mną doświadczenie tych trzydziestu paru lat, które przeżyłam. Znam siebie i swoje potrzeby, szanuję je, bo szanuję siebie. Ciągle uczę się sobie ufać – to strasznie trudne, ale też bardzo budujące”.

(Ilustracja: Adriana Dziewulska)

Ostatnio bardzo podoba jej się tytułowe hasło z książki Ewy Winnickiej i Małgorzaty Grzebałkowskiej, by starzeć się bez godności. Czuje w sobie bunt wobec rzeczy, które przystoją w pewnym wieku – zarówno jeśli chodzi o wygląd, jak i o zachowanie. Zastanawia się, jak by to było zacząć chodzić bez biustonosza, uwolnić swoje ciało. Ma opory, bo ma duże piersi i boi się ciekawskich spojrzeń. Na razie testowała to podczas rodzinnych wakacji na Fuercie. Wycięte body, luźniejsze bluzki. Czuła się z tym wspaniale!

Długo była dziewczyną, która za wszystko przepraszała: „Przepraszam, czy mogę wejść?”, „Przepraszam, że się spóźniłam”, „przepraszam to”, „przepraszam tamto”. Teraz Agnieszka wyrzuciła to słowo ze swojego słownika. „Nie chcę już podchodzić do innych z podkulonym ogonem lub podawać za każdym razem pięciu powodów, dla których odmawiam przyjścia na jakieś spotkanie. I widzę, że inni wcale się nie oburzają, przyjmują to ze spokojem, zrozumieniem”. Trochę trudniej być tak radykalnie asertywną wobec bliskich osób, ale ćwiczy to.

„Zdałam sobie sprawę z tego, że zawsze byłam dla innych, nigdy dla siebie. Że to potrzeby innych stawiałam przed własnymi. Bardzo chciałabym, by moje córki nie popełniły tego błędu. By widziały, kim są i czego potrzebują, i umiały o siebie w tej kwestii zadbać. To, czego najbardziej mi brakowało w życiu, to luz i dobre relacje z ludźmi – takie, które pozwalają wyrażać swoje zdanie, bez obawy o bycie ocenioną, skrytykowaną czy zawstydzoną. I jeszcze jedna bardzo ważna rzecz: kobiecość. Aż się zapowietrzyłam, kiedy to powiedziałam. To jest coś, co obecnie odkrywam na nowo. O co siebie samą ciągle pytam i do czego mnie ciągnie. Szukam towarzystwa innych kobiet, wspólnej wymiany myśli i doświadczeń. Niedawno po raz pierwszy byłam na warsztatach tylko dla kobiet. Potem trafiłam na krąg kobiet – poczułam się tam przyjęta, zaakceptowana, uspokojona. Tego też bym pragnęła dla moich córek – czerpania radości z bycia w gronie innych dziewczyn, a potem kobiet”.

Kryzys wieku średniego – prawdziwe „ja” kontra fałszywe ego

Jak wyjaśnia Shefali Tsabary, jako terapeutka zawsze wyczekuje momentu, w którym jej klient uderza o dno. Bo oznacza to potencjalną śmierć ego, czyli naszego fałszywego „ja”. Ego powstaje, gdy wyrzekamy się siebie na rzecz jakiejś siły zewnętrznej – cudzego głosu, zwłaszcza osób nam bliskich, ale też kultury, w której zostaliśmy wychowani, lub systemu przekonań, który zawładnął naszą wyobraźnią. Jak zauważa Tsabary, znacznie częściej przydarza się to dziewczynkom, bo żyjemy w spatriarchalizowanym świecie, w którym chłopcy mogą być chłopcami, czyli sobą, a dziewczynki uczy się, że mają być jakieś. „W dzieciństwie nie byłyśmy zdolne do stawania we własnej obronie. Dorastając, nie miałyśmy innej możliwości, jak tylko poddać się cudzemu warunkowaniu, nawet jeśli oznaczało to rozstanie z własną esencją” – pisze. I wyznaje: „Upłynęły dziesiątki lat, zanim nazwałam to, z czym się borykałam. Żyłam w takim lęku przed dezaprobatą innych, że obwiniałam siebie za własne doświadczenia, aby zachować równowagę i spokój. Jeśli ktoś postępował źle, powodem było coś, co ja zrobiłam”. Środowisko kulturowe uczy nas, abyśmy swoim poświęceniem zapracowywały na czyjąś miłość. Takie wyrzeczenie może przybierać wiele form: od zarzucania swojej kariery na rzecz zajmowania się domem, po bycie cichą i potulną czy też ogarnianie kilku rzeczy naraz. Choć daje pozorną satysfakcję, to jednak po latach pozostawia nas wyczerpanymi. Zbroja, maska, fasada, mur – czy jakkolwiek inaczej nazwiemy to, co zakładamy czy też wokół siebie budujemy – zaczyna pękać. Dochodzi do czegoś na kształt kryzysu, przełomu, jakim dla Tsabary był wypadek drogowy. „Po raz pierwszy obdarte z naszych ról, z jednej strony być może czujemy się ich pozbawione, ale z drugiej – ogarnia nas dziwne ożywienie” – pisze. Szczeliny zaczynają się powiększać, a przez nie zaczyna przesączać się światło. Ego nie jest już w stanie ich zalepić ani naprawić. Gdy dojdzie do takiej sytuacji, często określamy ją mianem załamania, a jeśli stanie się tak na późniejszym etapie naszego życia – kryzysem wieku średniego. Według Tsabary powinniśmy nazywać ją ratunkiem, bo to szansa dla naszego prawdziwego „ja”, by wreszcie wydostało się na powierzchnię. Najpierw musimy jednak zadać sobie ważne pytania: Kim jestem bez moich skryptów i wzorców z dzieciństwa? Bez tego, co narzucała mi kultura? Bez moich ról i przyzwyczajeń? Bez tego wszystkiego, co czyniło mnie tym, kim byłam?

I dotyczy to też naszego wyglądu. „Maskujemy swoją wewnętrzną pustkę na wiele sposobów: niekończącymi się dietami, biustonoszami push-up, wstrzykiwaniem botoksu, sztucznymi rzęsami. (…) Zużywamy oszałamiającą ilość energii na przepełnione niepokojem »naprawianie« naszego wyglądu” – pisze Tsabary. Jej zdaniem jesteśmy poddawane presji, by jeszcze bardziej stać się kimś, kim nie jesteśmy. Oczywiście mężczyźni także są zmuszani do noszenia masek: powstrzymywania płaczu, ukrywania swoich obaw czy seksualności. „Toksyczny system więzi wszystkich” – puentuje Shefali Tsabary.

Od wczesnego dzieciństwa większość kobiet jest szkolona, aby łaknąć tego, co ona nazywa potrójnym zagrożeniem: aprobaty, uprawomocnienia i pochwały. To stopniowo prowadzi do zacierania własnej tożsamości na rzecz tego, czego oczekują od nas inni ludzie oraz środowisko kulturowe. Stajemy się „dobrymi” lub „grzecznymi” dziewczynkami. Nosimy te słowa niczym odznakę, tymczasem są raczej piętnem lub przekleństwem. „Grzeczna dziewczynka musi przedkładać dobro innych ponad swoje, bo w przeciwnym razie okaże się niewystarczająco troskliwa i opiekuńcza. Jeśli nie zaspokaja potrzeb innych osób, uważa się ja za samolubną i okrutną, a jeśli stawia wymagania, dostaje łatkę suki” – pisze Tsabary. Pomiędzy byciem autentyczną a byciem dobrą istnieje naprawdę ogromna różnica...

Oczywiście to nie dzieje się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Przebudzenie to proces. U Tsabary trwał dwa lata, wypełnione pracą nad sobą, medytacjami, rozmowami z mężem, który nie chciał się pogodzić z jej decyzją, i z córką, wobec której czuła największą odpowiedzialność za zmiany, jakie wprowadza w życie. Nie było łatwo. „Jako urodzone opiekunki kobiety niechętnie dokonują wyborów, które mogą wprowadzić zamęt w życie innych ludzi. Tak bardzo zależy nam na cudzym dobrostanie, że czujemy się tym przytłoczone, a podjęcie decyzji o zadbaniu o siebie jest dla nas trudne” – wyjaśnia.

Co ciekawe, gdy zaczynamy się budzić, zmienia się nasz sposób postrzegania innych kobiet. Nie stanowią już one dla nas zagrożenia czy konkurencji, a stają się sojuszniczkami. „Gdy kobiety się budzą, okazują samym sobie szacunek. To on pozwala nam wyznaczać nowe standardy w naszym życiu, często takie, które nie podlegają żadnym negocjacjom. (…) Jeśli chcemy przemówić, robimy to. Jeśli chcemy płakać, robimy to. Nie musimy nikogo prosić o przyzwolenie ani nikogo obwiniać. Stajemy się swoimi matkami, kochankami i najlepszymi przyjaciółkami”.

Kryzys 30-latki czy przełom?

Katarzyna Miller, psycholożka i psychoterapeutka, w książce „Kasia na kryzys” zauważa, że coraz częściej obserwuje kobiety 35 plus, 45 plus czy 55 plus, które zmieniają swoje życie o 180 stopni – chodzą na warsztaty rozwojowe, podróżują, odnajdują dawno porzucone pasje. „Najłatwiejszy i najciekawszy ten moment jest dla kobiet, których dzieci już dorosły, bo wtedy mają poczucie, że już zrobiły, co miały zrobić, i nikt nie będzie się ich czepiał, że zajmują się tylko sobą. Co więcej, same siebie się wtedy mniej czepiają. Znajdują w sobie odwagę, by powiedzieć, że one też mają jakieś prawa. I dostają zrozumienie u innych kobiet. Wspólnie chodzą na te warsztaty czy kursy malowania. Zaczynają jeździć na wycieczki, angażować się w zajęcia, typu pieczenie ciast i ich sprzedawanie czy też robienie na drutach – by na przykład mieć własne pieniądze” – mówi. „Oczywiście nadal jest wiele kobiet patriarchalnych, które będą się zajmować tylko tym, by mężowi uprasować koszulę i zrobić ogórkową, ale te, które się trochę już obudziły, zaczynają dawać sobie wzajemnie ogromnie dużo wsparcia. I myślę, że na tym właśnie polega podstawowa różnica między damskim a męskim kryzysem wieku średniego. I jest to różnica na naszą, kobiecą korzyść. Widzę to na swoich grupach. Na każdym spotkaniu odzywają się jakieś uczestniczki i mówią: »Ja to się nigdy z kobietami nie kolegowałam, bo ważniejsi byli faceci, dom i codzienna krzątanina, ale teraz zaczęłam to odkrywać i Boże, jakie to jest przyjemne! Jakie to jest ważne! Jakie to jest nowe i cenne!«. Bo to naprawdę wnosi w życie zupełnie inną jakość. Kobiety czują, że przed innymi kobietami nie muszą się popisywać ani udawać kogoś innego. Mogą się przyznać przed nimi do swoich słabości i one też się przyznają do swoich. I jeszcze mówią: Nie przejmuj się, ja też tak mam. W ten sposób nawzajem dają sobie prawo do normalności”.

Jak zauważa, kryzys wieku średniego nam się przesuwa albo przechodzi łagodniej niż kiedyś. To już nie jest tak dramatyczna zmiana, jak przedstawiano to jeszcze w pokoleniu naszych rodziców czy dziadków. „Oczywiście kryzysy i tak będą się pojawiały na różnych fazach naszego życia, to jest niezbędny element człowieczeństwa, bo pozwala nam poczuć, że pewne rzeczy się kończą i przychodzą nowe. Natomiast sam kryzys wieku średniego może po prostu przestać być tym, czym dotąd się wydawał” – mówi.

Ela Kluska-Łabuz, psycholożka, psychoterapeutka i interwentka kryzysowa, na temat kryzysu połowy życia pisała doktorat. „Nazwa błędnie sugeruje, że to zawsze musi być kryzys, załamanie, dlatego poprawniej jest używać sformułowania: przełom połowy życia. Można bowiem przechodzić ten etap na przynajmniej trzy sposoby, które dotyczą zarówno kobiet, jak i mężczyzn. Część osób w wyniku bilansu dotychczasowego życia dochodzi do wniosku: »Okej, jestem w dobrym miejscu i chcę to kontynuować. To jest moja droga«. Inni wprawdzie uznają, że bilans połowy życia jest pozytywny, ale widzą, że to przestaje być już aktualne, potrzebują zmiany dostosowanej do nowego etapu życia. Trzecia grupa, ta najbardziej kryzysowa, jest rozczarowana dotychczasowym życiem. Dochodzi do wniosku, że albo nie wykorzystała danych szans, albo szła wcale nie swoją drogą, lecz cudzą. To powoduje chęć i potrzebę szybkiego wprowadzenia zmian: od drobnych po te bardzo radykalne”. Eli najbliżej tego drugiego sposobu.

(Ilustracja: Adriana Dziewulska)

W jej prawie czterdziestoletnim życiu następuje właśnie taka zmiana, że schodzi z poziomu głowy do poziomu serca. Brzmi patetycznie, ale inaczej nie potrafi tego nazwać. Do tej pory była bardzo zadaniowa, przechodząca zgrabnie od jednego celu do kolejnego, i niesamowicie skuteczna. A jednak od jakiegoś czasu zaczęła zwalniać, szukać drugiej części siebie, tej, która została gdzieś zepchnięta, która przez lata była niezauważana. W jej poczuciu związana jest ona z kontaktem z ciałem, z emocjami, z byciem w większej uważności. „Carl Gustav Jung mówił o tym, że w połowie życia dochodzi do procesu, który nazwał integracją przeciwieństw. Nie do końca to kiedyś rozumiałam, teraz wreszcie to poczułam. Czuję, że jestem w procesie integrowania dwóch energii: miękkiej, łagodnej, ciepłej i spokojnej z dotychczasową zdecydowaną, silną, skuteczną w działaniu. Od jakiegoś roku porzuciłam życie według planu i celu, działam w trybie intuicji. Coś mnie woła, pociąga, nurtuje – i idę za tym. I widzę, czuję, że to jest dla mnie dobre”.

Podobnie jak Agnieszka, wiele rzeczy odpuściła, choć nie tak od razu. „Miałam w sobie duży lęk związany z tym, czy jak przestanę być działająca i widzialna, to nadal będę wartościowa. Mam poczucie, że właśnie rozwala się jakaś moja fasada i zaczynam docierać do środka siebie. Zawsze mi się wydawało, że mam dobry kontakt ze swoimi emocjami, ze swoim ciałem, teraz zrozumiałam, że to było tylko do pewnego stopnia, po powierzchni. Przestałam naginać się do tego, co nie jest dla mnie dobre. Nauczyłam się akceptować w sobie różne stany, również te, które są trudne w przeżyciu, i zamiast próbować je od razu zmienić w coś pozytywnego, zauważam je i zaciekawiam się, co mi chcą przekazać o mnie”.

Zainspirowana lekturą książki „Czuła przewodniczka” Natalii de Barbaro zaczęła kierować się w stronę kobiet, odkrywania tajemnic swoich przodkiń. Poczuła, że po niedawnej przeprowadzce z Trójmiasta pod Kraków zwyczajnie potrzebuje poznać fajne kobiety, zawrzeć nowe przyjaźnie, i tak zaczęła chodzić na kręgi. „Wśród innych kobiet zwalniam, staję się spokojniejsza, ukołysana wspólną energią. Bardzo dużo od nich biorę, ale też dzięki czemuś, co wnoszę na te spotkania, mogę dać prezent innej kobiecie. W kobiecym kręgu jesteśmy w bezpiecznej przestrzeni wzajemnego słuchania, miękkości, ciepła, kontaktu z ciałem i emocjami. Dzięki temu czuję, że nawiązuję inny kontakt ze sobą. Brakowało mi tego”.

Podczas gdy wiele kobiet ma problem z tym, że były uczone być miłą i uległą, ona raczej umiała zadbać o swoje potrzeby. Skoncentrowana na sobie, można powiedzieć: egocentryczna. Teraz uczy się czerpać od ludzi, zauważać ich. „Zawsze miałam dużą łatwość w nawiązywaniu relacji, i nadal ją mam. Uświadomiłam sobie jednak, że w pewnym momencie stawiam barierę, która powoduje, że trudno mi o prawdziwą bliskość z innymi. Moim największym odkryciem jest, że już dłużej tak nie chcę. Uczę się, jak poprzez prawdziwy kontakt ze sobą i swoimi emocjami nawiązywać prawdziwą i głęboką relację z ważnymi dla mnie osobami”.

Od bankiera do malarza

Kilka lat temu w Internecie krążyły słowa, rzekomo wypowiedziane przez 73-letnią dziś Meryl Streep, nazywane jej manifestem: „Nie mam już cierpliwości do pewnych rzeczy, nie dlatego, że stałam się arogancka, ale po prostu dlatego, że osiągnęłam taki punkt w moim życiu, gdzie nie chcę tracić więcej czasu na to, co mnie boli lub mnie nie zadowala. Nie mam cierpliwości do cynizmu, nadmiernego krytycyzmu i wymagań każdej natury. Straciłam wolę do zadowalania tych, którzy mnie nie lubią, do kochania tych, którzy mnie nie kochają, i uśmiechania się do tych, którzy nie chcą uśmiechnąć się do mnie. Nie poświęcę już ani minuty na tych, którzy chcą manipulować. (…) A na domiar wszystkiego nie mam cierpliwości do wszystkich, którzy nie zasługują na moją cierpliwość”. Tak naprawdę były to słowa portugalskiego pisarza i life coacha Joségo Micarda Teixeiry, mylnie przypisane aktorce. Co tylko potwierdza, że od męskiego kryzysu i wynikającej z niego mądrości wcale nie tak daleko do kobiecego. „Kobiety i mężczyźni wcale nie przechodzą inaczej kryzysu wieku średniego, zresztą klasyczne przedstawienia tego momentu jako próby odmłodzenia się nowym samochodem czy młodszą dziewczyną było i jest wobec nich obraźliwe. Moim zdaniem dziś przełom połowy życia jest związany z potrzebą integracji energii kobiecej i męskiej w każdym z nas. I dotyczy to też mężczyzn. W kryzysach zawsze chodzi o integrację odmiennych energii” – mówi Ela Kluska-Łabuz.

Zwraca uwagę na jeszcze jedną tendencję. Kiedy już przyjrzymy się temu, co za nami, i ocenimy to pozytywnie lub nie – pojawia się myśl: „Dobra, teraz o wiele bardziej interesuje mnie to, co przede mną”. „Z badań wynika, że ma to związek z innym niesamowitym zjawiskiem, które nazywa się interioryzacją śmierci. Czyli uwewnętrznieniem własnej śmiertelności i zwróceniem się w stronę czasu, który nam pozostał. W połowie życia widzimy, że pewnych rzeczy już nie zrobimy, ale jeszcze jest go sporo na pewne zmiany, które mogą stać się nieosiągalne za jakiś czas. Interioryzacja śmierci sprawia, że zaczynamy pełniej żyć”. W końcu przed nami jeszcze – jak dobrze pójdzie – druga połowa życia. Zaczynamy zwracać bardziej uwagę na to, na co poświęcamy swój czas, kogo i co nim obdarowujemy.

„Mam w sobie akceptację i otwartość na zmiany, także te, które zachodzą w moim ciele. Postanowiłam na przykład, że nie będę farbować moich pierwszych siwych włosów. Lubię siebie w tym wieku, lubię moje ciało, podobam się sobie jako dojrzała kobieta” – wyznaje Ela. W końcu tyle na świecie jest cudownych przykładów na to, co można ze swoim życiem zrobić po czterdziestce. Iris Apfel, projektantka wnętrz, największą sławę zyskała po dziewięćdziesiątce. To wtedy stała się influencerką i modelką, a w wieku 100 lat zaprojektowała kolekcję dla H&M. Ewa Woydyłło w okolicach czterdziestki zaczęła studiować psychologię w Stanach i robić to, za co dzisiaj jest uwielbiana. Tina Turner też dopiero w wieku 40 lat odeszła od męża i zbudowała swoją karierę praktycznie od nowa. Agatha Christie, najbardziej znana na świecie autorka kryminałów, debiutowała jako czterdziestolatka, a dziesięć lat później ponownie wyszła za mąż za archeologa, który zaszczepił w niej miłość do Bliskiego Wschodu i wykopalisk. Po czterdziestce swoje pierwsze książki wydały Julia Child czy Katarzyna Grochola. A Magda Gessler „Kuchenne rewolucje” zaczęła prowadzić w wieku 57 lat.

Psychologia zna pojęcie syndromu Gauguina. Polega na porzuceniu dotychczasowych ról społecznych i spojrzeniu na siebie na nowo. Często wiąże się ze spektakularną przemianą – przeprowadzką, zmianą pracy lub zawodu, rozwodem i wejściem w nowy związek. A wszystko to dzieje się właśnie w połowie życia. Nazwa wzięła się od pewnego bankiera, który po czterdziestce rozwiódł się z żoną, sprzedał majątek i wyjechał na Tahiti, by poświęcić się malarstwu. Z pożytkiem dla siebie i świata sztuki – Paula Gauguina znamy bowiem dzisiaj głównie jako znakomitego postimpresjonistę.

Kryzys połowy życia jest związany z ponownym kształtowaniem się naszej tożsamości. Pierwszy raz ma to miejsce w okresie nastoletnim. Teraz ponownie siebie pytamy: Kim jestem? Czego chcę? Co jest moje, a co nie? Z tą różnicą, że jak jesteśmy nastolatką czy nastolatkiem, to wprawdzie dużo przeczuwamy, ale nie mamy jeszcze doświadczenia i zaufania do siebie. Teraz mamy to i to. Dostajemy więc drugą szansę. W dodatku jesteśmy już wolni od presji i nakazów społecznych. – Badania pokazują, że to jest najbardziej bogaty i różnorodny okres w naszym życiu – zauważa Ela Kluska-Łabuz.

Zatem do dzieła!

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze