1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia

Rozmawiajmy i słuchajmy – relacje z nastolatkiem

Jeśli jesteśmy smutni, przestraszeni, agresywni, to lepiej powstrzymajmy się od przekazywania nastolatkowi tak zwanej życiowej mądrości. (Fot. iStock)
Milczenie nastolatka to zawsze niepokojący sygnał, który należy czytać dość dramatycznie: stracił nadzieję, że ktoś jest ciekawy, co się z nim dzieje – mówi psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Rozmowy z nastolatkiem zamieniają się często w przemowy. To nasz najpoważniejszy błąd w komunikacji z dzieckiem w tym wieku?
Podstawowym błędem jest to, że traktujemy nastolatków tak, jakby nadal byli dziećmi, bo nam, rodzicom, wydaje się, że nastolatka można jeszcze wychować. To, co teraz powiem, jest niepopularne: nastolatka nie da się już wychować. Na wychowywanie mamy czas do momentu, gdy młody człowiek osiągnie 13–14 lat. Dlatego nastolatków nazywa się strzałą wystrzeloną z łuku. Wszystkie parametry lotu tej strzały i cel, do którego zmierza, są zdeterminowane tym, co zdarzyło się wcześniej. Jeśli łuk był dobrze napięty, cięciwa w dobrym stanie i ci, którzy strzelali z tego łuku, czyli rodzice, celowali w dobrą stronę, to strzała osiągnie cel. Trzeba się przestawić i zacząć rozmawiać z nastolatkiem po partnersku, jak z dorosłym. Problem się nasila, jeśli nie potrafimy rozmawiać także z dorosłymi.

Naszym grzechem we wszystkich relacjach jest przekonanie, że wiemy lepiej. W relacji z nastolatkiem takie nastawienie nas pogrąża?
Tak, właśnie z niego trzeba zrezygnować. A to dla rodziców bardzo trudne. Przytoczę po raz kolejny opowieść o rozmowie syna z ojcem, który się tak rozgadał, że nie zauważył, iż syn już dawno go nie słucha. Gdy urażony zapytał syna, dlaczego go nie słucha, ten odpowiedział: „Słuchałbym, tato, twoich rad chętnie i uważnie, gdybyś był szczęśliwym człowiekiem”. To oczywiście nie znaczy, że jako rodzice mamy obowiązek być szczęśliwymi, ale skoro tak nie jest, to trochę pokory i umiaru w dawaniu rad dorastającym dzieciom byłoby wskazane. Tak długo, jak jesteśmy smutni, agresywni i przestraszeni, lepiej powstrzymujmy się od dzielenia się z dziećmi naszą tak zwaną życiową mądrością.

Słuchanie to podstawa rozmowy, a nam z trudem przychodzi słuchanie tego, co mówią dzieci.
Jeśli rodzice nie słuchają dziecka, to jest prawie pewne, że ono takich rodziców nauczy się nie słuchać. Niewielu ludzi potrafi słuchać. Nawet po ukończeniu psychologii bardzo niewiele wiedziałem o słuchaniu. Dopiero w trakcie treningu terapeutycznego zrozumiałem, że niesłuchanie się nawzajem jest powodem większości nieporozumień i konfliktów. Zauważyłem też, że nie słuchają najczęściej ci, którzy nie mają zamiaru zmienić swoich poglądów czy przekonań, a także ci, którzy sami nie wierzą w to, co mówią, i usiłują nas oszukać.

Co to jednak tak naprawdę znaczy słuchać?
Nie czekać, aż ktoś skończy mówić, tylko słuchać uważnie, a potem sprawdzać, czy dobrze usłyszeliśmy, i parafrazować po swojemu, czy to, co usłyszeliśmy, jest zgodne z tym, co druga strona miała na myśli.

To się nazywa słuchanie odzwierciedlające.
Tak. Polega ono na tym, że sprawdzam, czy dobrze usłyszałem i zrozumiałem, ale też sprawdzam, czy ja zostałem dobrze usłyszany. Jeśli tego nie robimy, każdy słyszy, co chce, i nawarstwiają się nieporozumienia.

Często, gdy nastolatek do nas mówi, układamy sobie w głowie scenariusz odpowiedzi, szukamy argumentów.
I przestajemy rozmawiać o tym, o czym chcieliśmy. Tak rodzi się konflikt, który polega na niezrozumieniu tematu, terminów, których używamy, intencji… Drugą zasadniczą sprawą w rozmowie, której bardzo trudno się nauczyć, jest pokora poznawcza, czyli nieustanne przypominanie sobie, że to, co widzę, słyszę, czuję – jest subiektywne. Fizycy kwantowi twierdzą, że nie jesteśmy w stanie wypowiedzieć ani jednego zdania, które by miało obiektywny charakter. Jeśli uznamy subiektywność naszego doświadczania świata, czyli na przykład że ja czuję ciepło, a ty czujesz chłód, to mamy szansę na wzajemne zrozumienie. Tej zasady w komunikacji międzyludzkiej trzeba z uporem maniaka pilnować. Powinniśmy od małego uczyć dzieci tego, że cokolwiek powiedzą o świecie i innych ludziach, jest subiektywne: ja tak uważam, ja tak to widzę, ja tak czuję. Ta zasada odnosi się także do uczuć. Zgodnie z nią nie mogę więc powiedzieć, że zezłościłaś mnie albo że sprawiłaś mi ból. Mówimy w ten sposób na zasadzie skrótu myślowego – ale przez to utrwala się w nas fałszywe przekonanie, że za nasze emocje i uczucia odpowiadają inni, a nie my sami. Dobrze by było zdobyć się na nieco dłuższe zdanie, na przykład: „Na to, co mówisz/na to, jak mówisz, reaguję bólem i lękiem. Nie obwiniam cię za to, co czuję, ale informuję cię, jak reaguję na to, co mówisz i jak mówisz”.

Takie rozmowy z nastolatkiem prawie się nie zdarzają. A potem narzekamy, że nie możemy do niego dotrzeć.
Nie możemy dlatego, że nasilamy presję na zmianę zachowań dziecka i uszczelniamy kontrolę. To najgorsze, co można w tej sytuacji zrobić. Nacisk i kontrola sprawią jedynie, że nasz nastolatek zamknie się, wycofa z kontaktu z nami lub przejdzie do głębokiej konspiracji. Pocieszanie i dobre rady typu: Nie bój się, nie martw się, rozchmurz się, zajmij się czymś, weź się do nauki – też rodzą opór i poczucie nieadekwatności u dziecka.

Wycofane, smutne dziecko to sygnał, że czas pytać je o sprawy ważne: Czego się boisz, czym się martwisz, z czym ci ciężko, co jest ci trudno powiedzieć czy wyrazić, co dusisz w sobie? A potem słuchać, słuchać, słuchać.

(Ilustracja: Katarzyna Bogucka)

Pytanie nastolatka o jego zdanie i uczucia to klucz otwierający ponownie na kontakt?
Absolutnie tak. Pod warunkiem że my, rodzice, będziemy podkreślali subiektywizm naszych odczuć, opinii i przekonań. Nie mówimy więc: „Lepiej będzie dla ciebie i dla wszystkich, jeśli zrobisz tak i tak”. Zamieńmy to na: „Przypuszczam, że…” Albo na: „Zależy mi na tym, żebyś zrobił to i to”. Wystrzegajmy się też stawiania warunków i emocjonalnego szantażu, na przykład: „Będę cię bardziej kochać, jeżeli tak zrobisz”. Dziecko czyta to jako komunikat: Czekam na to, żebyś tak wpasował się w moje oczekiwania, abym wreszcie mógł/mogła cię pokochać.

Czyli teraz kocham cię warunkowo.
To w ogóle nie jest miłość. To nieuczciwa transakcja – miłość za posłuszeństwo i rezygnację z siebie. Powołanym przez nas do życia dzieciom miłość bezwarunkowa, szacunek, uznanie i troska należą się w pakiecie urodzeniowym. Jeśli nie potrafimy im tego dać, to znaczy, że mamy do przepracowania swoje istotne ograniczenia. Z pewnością nie jest to wina naszych dzieci.

Często nastolatek, mimo rozmów z nim, i tak robi swoje. Rodzice wątpią więc w sens rozmów.
Powinien zrobić swoje, bo jest nastolatkiem. A my, rodzice, powinniśmy się ucieszyć, bo to znaczy, że nie odebraliśmy mu wiary w siebie, że nie uczyniliśmy z niego konformisty i ślepego naśladowcy wzorców. Pamiętajmy, że dzieci nie są po to, aby uszczęśliwiać nas, rodziców, poprzez stawanie się naszymi wyznawcami. To my, rodzice, jesteśmy po to, aby uszczęśliwić nasze dzieci.

Unikamy ostrej konfrontacji z nastolatkiem, a o wiele gorsze niż konflikt czy bunt jest jego milczenie.
To zawsze niepokojący sygnał, który należy czytać dość dramatycznie: dziecko straciło nadzieję, że ktoś jest ciekawy, co się z nim dzieje, że jest gotów je wysłuchać. Wiele dzieci milczy, bo czuje, że nie ma szans być wysłuchanymi, skoro ukryty przekaz ich skarg będzie jednocześnie obciążał rodziców: Jestem ofiarą waszych problemów, błędów i braku pokory.

Na drugim biegunie są nastolatki agresywne. Jeszcze nie zdążymy nic powiedzieć, już się złoszczą.
Bo być może mamy jakąś minę albo mowę ciała, którą odbierają jako zagrażającą lub odrzucającą. Pamiętajmy, że porozumiewamy się z innymi także niewerbalnie – mową ciała. Wydajemy groźne pomruki, robimy miny przekazujące dezaprobatę, drapiemy się za uchem, unosimy oczy do nieba albo chwytamy się za głowę. Tego typu – często nieświadomie wykonywane – gesty niosą przekaz dewaluujący i agresywny: „Głupstwa gadasz, skąd ty się wziąłeś/wzięłaś, nie mogę cię słuchać”. Nie ma się więc co dziwić, że na taką zakamuflowaną agresję nastolatek reaguje agresywnie. Nie wierzy w szczerość naszych deklarowanych, pojednawczych intencji i podejrzewa nas o kolejną próbę wywarcia presji i zaostrzenia kontroli.

I reaguje obronnie.
Tak. Dlatego ważna jest rodzicielska refleksja dotycząca intencji, z jakimi przystępujemy do rozmowy z nastoletnim dzieckiem. Czy naprawdę chcemy się czegoś dowiedzieć, nawet gdy to będzie dla nas trudne czy bolesne? Czy potrafimy założyć, że dziecko jest jak walizka, więc wyjmujemy z niej tylko to, co do niej włożyliśmy – także to, co włożyliśmy do niej nieświadomie? Czy gotowi jesteśmy rozmawiać po partnersku, czyli dzielić się także swoimi problemami i wątpliwościami? Czy potrafimy założyć, że w psychice i problemach dziecka odbijamy się jak w krzywym zwierciadle, które często wyolbrzymia nasze rodzicielskie ukryte problemy, intencje i zachowania?

Przyznasz, że niełatwo jest rozmawiać z wrogo do nas nastawionym nastolatkiem, zwłaszcza gdy mamy poczucie, że włożyliśmy w jego wychowanie tyle wysiłku, nieprzespanych nocy i wyrzeczeń.
I gdy czujemy się jak pracownicy zwalniani z pracy, za niewinność…
To niewątpliwie trudne. Wszystkie te strategie i techniki, o których mówimy, łatwiej stosować, jeśli nie mamy emocjonalnych i biograficznych zaszłości z dzieckiem i silnego pokrewieństwa. Ten luksus jest przywilejem terapeutów – wszakże pod warunkiem, że mają oni dokładnie przerobione swoje dzieciństwo i dojrzewanie. Ale jedna zasada z repertuaru terapeutycznego jest stosunkowo łatwa do zastosowania i bardzo ją polecam: w rozmowach z nastolatkami koncentrować się nie na objawach/zachowaniach, lecz na istotnych, ukrytych przyczynach tych objawów/zachowań. Druga zasada to szukanie metapoziomu w rozmowie. Na przykład zauważamy, że nieustannie wikłamy się z dzieckiem w spory o to, kto ma rację w różnych, często drobnych i banalnych sprawach. Wtedy zaprzestańmy kłótni i skoncentrujmy się w rozmowie na pytaniu: Dlaczego my się tak często kłócimy? O co nam w tym naprawdę chodzi?

A jeśli mamy dobrą relację z nastolatkiem i nagle kontestuje on wszystko, co mówimy? Co wtedy?
Przyjąć na klatę, że nie istnieją idealni rodzice, że my też nimi nie jesteśmy. Zrozumieć, że bunt jest pożądanym etapem w rozwoju naszego dziecka. Że jest przejawem jego dążenia do autonomii, do stawania się odrębną, niepowtarzalną osobą. Jeśli zalewamy dziecko dobrocią, bezgraniczną wyrozumiałością, nigdy się nie denerwujemy, nie stawiamy granic i nie podnosimy głosu, to w odbiorze dziecka jesteśmy sztuczni. Wtedy nastolatek nie będzie w stanie się zbuntować, bo bez reszty, konformistycznie wpisze się w tę idealną iluzję. Albo będzie chciał odróżnić się od rodziców, a zarazem wyrazić to, co ukryli przed samymi sobą pod przykrywką upozowanej rodzicielskiej doskonałości.

Zaraz, zaraz, czegoś tu nie rozumiem. Niedenerwowanie się i niekrzyczenie na dziecko to coś nieprawidłowego?
Miałem klienta, który na grupowym spotkaniu nie był w stanie krzyknąć, nawet wtedy, kiedy trzeba było kogoś ostrzec przed niebezpieczeństwem. A w dodatku uważał to za cnotę. Okazało się, że w jego domu panowała bezwzględna reguła niepodnoszenia głosu, mówienia cicho i uprzejmie – bez względu na okoliczności wewnętrzne i zewnętrzne. Kiedy ten mężczyzna wreszcie przełamał swoją fizjologiczną i mentalną barierę, by wydobyć z siebie wielki krzyk, to w ślad za nim ruszyła lawina gniewu i rozpaczy adresowanych do jego rodziców, którzy tak bardzo ograniczali jego naturalną ekspresję.

No dobrze, mamy dużo na sumieniu w kwestii komunikacji z nastolatkiem. Czy jednak możemy się jeszcze nauczyć rozmawiać?
Dzieci mamy również po to, by uczyć się od nich i przy nich siebie samych. W ich zachowaniach, błędach i kryzysach odbijają się nieuświadomione części naszych charakterów, a także nasze: niekompetencje, lenistwo, hipokryzja, uprzedzenia, arogancja i tym podobne. To ogromna szansa, by się wiele nauczyć.

Od czego zacząć?
Od spojrzenia swojemu dziecku w oczy i przyznania: „Gdy teraz patrzę na swoje odbicie w twoich oczach, to widzę, ile błędów popełniłem, ile mam zaniedbań na sumieniu, ilu rzeczy byłem nieświadomy”.

Znam nastolatka, który jako mały chłopiec był pytany przez rodziców o zdanie w każdej rodzinnej sprawie. Teraz o wszystkim chce za nich decydować.
Cóż, jako dziecko był traktowany jak dorosły, a teraz traktuje rodziców jak dzieci. Widać tu jak na dłoni, że to rodzice ponoszą odpowiedzialność za to, jakie będą ich relacje z nastolatkiem. A relacje buduje się między innymi przez rozmowy. Dzięki nim możemy naprawić wiele niezamierzonych krzywd i zaniechań.

Tylko musimy nie bać się przyznać do błędów?
Tak, bo ważną lekcją dla nastolatka jest to, żeby zobaczył w nas, rodzicach, zwykłych ludzi, którzy błądzą, ale którzy zarazem potrafią przyznawać się do swoich błędów, żałować ich i przepraszać za nie. Bo nastolatki oczekują od swoich rodziców przede wszystkim szczerości, szacunku i wiary w ich możliwości radzenia sobie w życiu i dokonywania właściwych wyborów. Szczerość oznacza, że rozmawiamy z nimi jak dorosły z dorosłym, nie ukrywamy swoich błędów, zaniechań, swojego żalu i potrzeby zadośćuczynienia. Szacunek polega na tym, że przestajemy kontrolować nastolatka, nie obrażamy go, nie mówimy: „Jesteś idiotą”, co najwyżej: „Czasami zachowujesz się jak idiota”. Czyli zachowanie odróżniamy od zawsze godnej szacunku osoby. Wiara w dziecko sprowadza się często do przynajmniej niewpadania w panikę na temat jego przyszłości.

Bo to samospełniająca się przepowiednia?
W rzeczy samej. A także wyraz braku wiary we własne kompetencje rodzicielskie. „Wierzę, że sobie poradzisz” – to oczekiwane, prawdziwe, pozytywne, pełne wiary błogosławieństwo dla zbierającego się do odlotu nastolatka.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze