1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia

Narkolatki – lekomania to nowa twarz narkomanii

Żyjemy w czasach, w których narkotyki są dostępne jak nigdy wcześniej. Nastolatek nie musi ich szukać w ciemnej bramie u zakapturzonego typa. W tej chwili dużo substancji można zamówić przez Internet, do paczkomatu czy z dostawą pod drzwi. (Fot. iStock)
Popularność leków przeciwlękowych i nasennych to znak czasów, żyjemy przecież w dobie niepewnej przyszłości: pandemii, wojny, w cieniu katastrofy klimatycznej – uważa psychoterapeutka dr Maria Banaszak. Wyjaśnia też, w jaki sposób rozpoznać, że dzieci nadużywają narkotyków, jak z nimi o tym rozmawiać i dlaczego to dziewczynki są najbardziej narażone na uzależnienie.

Dlaczego tak trudno rozmawia się o narkotykach? Mamy tendencję do unikania lub demonizowania tej kwestii.
Jeśli wypowiadam się w mediach na temat narkotyków, to pretekstem jest na ogół to, że ktoś pod ich wpływem jechał przez miasto samochodem z prędkością 140 kilometrów na godzinę i kogoś potrącił. Czyli dotyczy to dość skrajnych sytuacji, z którymi nikt się nie identyfikuje.

Mamy problem z mówieniem o uzależnieniu jako o realnym zjawisku społecznym, z jakim w większym lub mniejszym stopniu styka się większość z nas. Żyjemy w czasach, w których narkotyki są dostępne jak nigdy wcześniej. Nastolatek nie musi ich szukać w ciemnej bramie u zakapturzonego typa. W tej chwili dużo substancji można zamówić przez Internet, do paczkomatu czy z dostawą pod drzwi. Dzieci zdają sobie z tego sprawę. Wszyscy moi pacjenci mówią, że na ogół po prostu wie się, kto bierze i do kogo się po narkotyki zgłosić. Musimy mieć tego świadomość. To oczywiście nie oznacza, że nasze dziecko na pewno będzie ich używać, ale ma styczność z tym tematem, więc nie unikajmy go, bo to nikomu nie służy. Wydaje nam się, że jak o czymś nie mówimy, to tego nie ma, a jest dokładnie na odwrót. Im bardziej coś jest tabu, tym większą wyzwala ciekawość. A powody pierwszych eksperymentów z narkotykami to zazwyczaj właśnie ciekawość. Im bardziej coś będzie otoczone aurą tajemnicy, niedostępności, tym bardziej będzie dla młodego człowieka interesujące. A jeśli nie będzie miał możliwości rozmawiania z nami, to będzie czerpał wiedzę od starszych kolegów albo z Internetu.

Tak jak w wypadku rozmów o seksie często zaczynamy rozmawiać zbyt późno, kiedy dzieci wiedzą na temat narkotyków więcej niż my.
Zacznijmy od tego, że aby rozmowa była możliwa, trzeba stworzyć w rodzinie atmosferę otwartości. Dziecko od najmłodszych lat musi wiedzieć, że może nam opowiedzieć, co je martwi, czego się obawia, a czego jest ciekawe. Jeśli przez kilkanaście lat nie budujemy prawdziwej relacji i unikamy rozmów na niewygodne tematy, to nastolatek nie powita z entuzjazmem naszego nagłego zapału do rozmawiania.

Dużo oporu ze strony rodziców wynika z kolei stąd, że oni boją się, co mogą usłyszeć, i że nie będą wiedzieli, jak na to zareagować. A przecież bycie rodzicem nie polega na tym, że mamy znać się świetnie na każdej przestrzeni, w której funkcjonuje nasze dziecko. To nie jest potrzebne, żeby kogoś wysłuchać. Nie ma nic złego w tym, że powiem: „Ja się dobrze na tym nie znam, ale spróbujmy się razem tego dowiedzieć z jakichś sensownych źródeł”.

Pewnie niektórzy chcieliby dostać ode mnie poradnik w punktach, co trzeba powiedzieć dziecku, ale tego nie da się zrobić mechanicznie. Są dwie zasady. Po pierwsze, słuchamy i staramy się zrozumieć, nie oceniając, nawet jeśli nam się nie podoba to, co słyszymy. A po drugie, nie boimy się i rozmawiamy otwarcie. Nie ma też nic złego w powiedzeniu, że nie akceptujemy narkotyków. Nie ma nic złego w wyznaczaniu granic, dzieci tego potrzebują.

Jak się zorientować, że dzieje się coś niepokojącego, że to już nie odosobnione eksperymenty?
Eksperymentować będzie większość, statystyki pokazują, że niemalże 40 proc. młodzieży choć raz w życiu paliło marihuanę, a statystyki są niedoszacowane, bo dzieciaki boją się do tego przyznawać nawet w anonimowej ankiecie. Poza tym narkotykiem jest też alkohol. Jednak to nie jest też tak, że każdy, kto dotknie narkotyku, zginie w czeluściach piekielnych nałogu. Uzależnia się mniej więcej 10 proc. osób, które eksperymentują. Uzależnienie oznacza przede wszystkim brak kontroli, takie jest sedno jego klinicznych kryteriów. W momencie przekształcania się eksperymentów w nałóg system wartości nastolatka zaczyna stawać na głowie, nagle dotychczasowe pasje i zainteresowania przestają być ważne. Ktoś, kto trenował piłkę nożną i kochał boisko, przestaje się tym interesować, rzeczy dawniej priorytetowe zostają przesunięte na dalszy plan, a nawet znikają. Sygnałem alarmowym są wszelkie drastyczne zmiany, choć one mogą być też symptomami depresji młodzieńczej albo nieszczęśliwej miłości. Warto zachować czujność, gdy nastąpią zaburzenia rytmu dobowego – jeśli ktoś zaczyna dużo więcej albo dużo mniej spać, dużo mniej albo więcej jeść, jeśli zmienia się grono znajomych dziecka. No i oczywiście zaniedbanie codziennych obowiązków czy nieplanowane niewracanie na noc, zwłaszcza w środku tygodnia. Wiem, że to stereotypowe, ale często tak jest.

(Ilustracja: Adriana Dziewulska)

A co jak znajdziemy w rzeczach dziecka skręty albo dopalacze?
W przypadku marihuany musimy się niestety pogodzić z tym, że ona w świadomości młodego człowieka będzie stała na równi z alkoholem, czasem jest on nawet przekonany, że alkohol jest bardziej szkodliwy, bo trawka to sama natura. Jeśli chodzi o reakcję na znalezione narkotyki, wszystko zależy od tego, czy to jest pierwszy raz, i od ilości. Jak znajdziemy odrobinę, nie warto wpadać w panikę. To jest naturalny czas na robienie głupich rzeczy, popełnianie błędów i ponoszenie ich konsekwencji. Nie zaczynajmy też rozmowy, kiedy dziecko wróci do domu pijane czy odurzone. Jeśli wraca do domu, to sygnał, że czuje się w nim bezpiecznie. Dajmy mu się wyspać, sprawdźmy, czy wszystko w porządku z oddechem, czy nie ma drgawek. Jakikolwiek byłby to narkotyk, pozwólmy opowiedzieć, jak sprawa wygląda z perspektywy dziecka. Nie używajmy haseł w rodzaju: „Straciłeś moje zaufanie”, „Myślałam, że jesteś inna”. Nie wjeżdżajmy z pasywną agresją: „Ja dla ciebie całe życie się poświęcam, a ty mi robisz takie rzeczy”. Dajmy znać, że narkotyki są niebezpieczne, że uzależniają i tego nie akceptujemy, i nie chcielibyśmy, żeby taka sytuacja się powtarzała. Tak naprawdę za pierwszym razem to jedyne, co możemy i powinniśmy zrobić. Znam przypadki, gdy rodzice uznali, że jak postraszą, to następnym razem się już młody człowiek zastanowi. Potrafili na przykład dzwonić po policję, żeby interweniowała w sprawie ich własnych dzieci. Na etapie, kiedy nie jesteśmy pewni, czy możemy mówić o uzależnieniu, to bardzo zły pomysł. Skutek będzie taki, że podzielimy rodzinę na dwa obozy. Możemy być pewni, że jeśli dziecko będzie chciało coś przed nami ukryć, to ukryje.

A jeśli zdajemy sobie sprawę, że to nie jest pierwszy czy drugi raz?
Przy kolejnych sytuacjach przychodzi czas na coraz bardziej konkretne zasady. I tu jest miejsce na żelazną konsekwencję. Musimy zdawać sobie sprawę, że osoby uzależnione są w stanie wszystko sobie zracjonalizować, wytłumaczyć, ale też potrafią umiejętnie grać na emocjach, również naszych. Jeśli uzależnienie będzie się rozwijać, dojdzie do szantaży emocjonalnych, dowiemy się, że jesteśmy złymi rodzicami, robimy własnym dzieciom krzywdę. Pamiętajmy, że nie musimy być z tym wszystkim sami, że istnieją specjaliści psychoterapii uzależnień i w każdej większej miejscowości można znaleźć poradnię. Samo stowarzyszenie Monar, w którym pracuję, ma w Polsce 40 placówek ambulatoryjnych zapewniających bezpłatne porady. Doraźną pomoc można też otrzymać przez Internet czy telefon. Jednorazowa konsultacja nie wymaga skierowania, ale jeśli chcemy się zapisać na terapię dla osób współuzależnionych, będzie nam potrzebne skierowanie od lekarza pierwszego kontaktu. Polecam ponadto terapie grupowe, dzięki nim łatwo się przekonać, że nie jesteśmy w swoim problemie samotni i że nałóg to choroba jak każda inna – ma swój przebieg, ale można sobie z nią radzić.

Według statystyk wśród uczniów największą popularnością cieszą się marihuana i haszysz. Uzależnionych od tych właśnie substancji jest również najwięcej wśród zgłaszających się do leczenia.
Z tym że dzisiaj, jeśli ktoś zgłasza się do leczenia, bardzo rzadko jest uzależniony od jednej tylko substancji. Tak było w czasach opiatowych, czyli w latach 80., kiedy królowała heroina, i w latach 90., gdy w Polsce nastąpił boom amfetaminowy. Teraz najczęściej mówimy o substancji dominującej, ale to są różnego rodzaju miksy. Jakie, to już kwestia nie tylko preferencji, ale i dostępności czy finansów. Bo nawet jeśli ktoś lubi kokainę, to nie zawsze go na nią stać.

Najpopularniejsza jest rzeczywiście marihuana, często łączona z alkoholem. Wbrew pozorom na dłuższą metę to mieszanka bardzo szkodliwa. Ludzie mają po niej wiele problemów, na przykład ze stanami psychotycznymi. Palona w dużych ilościach może powodować też depresję i stany amotywacyjne. Na drugim miejscu są różnej maści stymulanty, na przykład amfetamina, ale też różne syntetyczne odpowiedniki, czyli osławione dopalacze oraz różne pochodne mefedronu, które stały się popularne w pierwszej dekadzie XXI wieku. Trudno je nazywać, bo sami uzależnieni często nie wiedzą, co kupują. Ten nieznany skład dopalaczy powoduje, że służby medyczne mają kłopot z tym, jak pomagać osobom, które je przyjmują. Teraz dopalacze to już nie są tylko syntetyczne stymulanty, właściwie każda grupa narkotyków ma swoje syntetyczne odpowiedniki. Są nawet syntetyczne kannabinoidy, które wyglądają jak susz marihuany lub haszysz, zawierają THC, ale też mnóstwo niebezpiecznej i silnej chemii.
Na kolejnym miejscu są środki uspokajające i nasenne, które w szybkim tempie zdobywają coraz większą popularność. W dodatku w dużej mierze wymykają się statystykom, rośnie grupa ludzi, która nawet jeśli nie jest jeszcze silnie uzależniona, to nadużywa tych substancji. Osoby używające tych środków rzadko idą się leczyć, leki dają wiele powodów do racjonalizacji; skoro są legalne, nawet jeśli kupowane z nielegalnych źródeł, ludzie długo udają sami przed sobą, że mają nad wszystkim kontrolę. Przyszła nowa era, mieliśmy erę heroiny, później erę amfetaminy i następującą po niej erę syntetyków, czyli dopalaczy, a teraz przyszła kolej leków przeciwlękowych i nasennych. To znak czasów, żyjemy przecież w dobie niepewnej przyszłości – pandemii, wojny, w cieniu katastrofy klimatycznej. Leki uspokajające są popularne wśród młodzieży, zwłaszcza dziewczynek, ale też wśród wysoce funkcjonujących dorosłych, w dużej mierze kobiet.

W wyższych klasach szkoły średniej tabletek, zwłaszcza przeciw­lękowych, używa prawie 20 proc. dziewczynek i około 10 proc. chłopców. Co sprawia, że dziewczynki dwa raz częściej sięgają po te leki?
Można powiedzieć, że liczba osób uzależnionych ustabilizowała się w Polsce na stałym poziomie około 15 lat temu. Dziewczynki to jedyna grupa społeczna, w której od kilku lat ta liczba systematycznie rośnie, zwłaszcza jeśli chodzi o leki. Dlaczego tak się dzieje? Dojrzewanie, układanie się z rzeczywistością zawsze jest trudnym procesem, a dziewczynki są pod ogromną presją społecznych oczekiwań dotyczących wyglądu czy zachowania w grupie. Jak jesteś skromną dziewczynką, to źle, bo jesteś „nieciekawa” i „niewarta uwagi”, ale jak zaczynasz wyglądać jak atrakcyjna kobieta, to zaraz się okaże, że to też źle, bo jesteś zbyt wyzywająca. Seksualność jest z jednej strony oczekiwana, a z drugiej – bardzo negatywnie oceniana. Zbyt pewna siebie – źle, zbyt nieśmiała – też niedobrze. Dodajmy do tego jeszcze media społecznościowe kładące nacisk na nieustanne porównywanie się. Dziewczynki są tym wszystkim przytłoczone i najzwyczajniej w świecie się boją. A kultura, w której żyjemy, nie pozwala im na wyrażanie trudnych emocji takich jak złość. Chłopak, którego poniosą emocje, jest przebojowy, walczy o swoje, a dziewczyna to histeryczka. Również rodzice mają zazwyczaj większe oczekiwania odnośnie do zachowania się córek niż synów. To nie przypadek, że nadużywane przez dziewczyny środki to przede wszystkim benzodiazepiny, dzięki nim wreszcie można na chwilę ochłonąć, nie czuć presji i żadnych oczekiwań czy ocen. W ciągu kilku chwil znikają całe napięcie i lęk.

Mówimy tu o silnie uzależniających środkach, które powinno się stosować doraźnie przy bardzo ostrym stresie.
Zależy mi na tym, żeby podkreślić, że leki psychotropowe same w sobie nie są złe i nie można mylić antydepresantów z lekami uspokajającymi i nasennymi. Na przykład inhibitory wychwytu zwrotnego serotoniny realnie pomagają w leczeniu depresji, przyjmuje się je długoterminowo, nie zmieniają świadomości i nie powodują uzależnienia. Same benzodiazepiny również sprawdzają się w niektórych sytuacjach. Bierze się je przy okazji ostrego ataku paniki, ale też w stanach odstawiennych od substancji, które silnie uzależniają fizycznie. Pojawia się wtedy dużo zaburzeń lękowych i one pomagają, ale w ciągu dwóch tygodni systematycznie zmniejsza się ich dawkę, doprowadzając ją do zera. Pod kontrolą lekarza nigdy nie przyjmuje się ich dłużej niż kilka tygodni. Postępuje się tak, bo w organizmie szybko buduje się tolerancja na ich działanie. Jeśli nie odstawimy ich w porę, to musimy łykać coraz więcej tabletek, żeby odczuć ten sam efekt i zaspokoić rosnący głód nałogowy.

Wygląda na to, że lekomania to nowa twarz narkomanii.
Jej niebezpieczeństwo polega na tym, że wydaje się niegroźna. Żyjemy w czasach, kiedy bierzemy tabletki na wszystko. Chce ci się jeść? Dostajesz lek. Nie chce ci się jeść? Dostaniesz lekarstwo na apetyt. Pierwszy pomysł na zaradzenie sytuacji, gdy masz kłopoty ze snem, to zazwyczaj tabletka, podobnie kiedy się czymś denerwujesz albo masz za mało energii. W wypadku benzodiazepin w pewnym momencie człowiek dochodzi do granicy. To nie są substancje, które da się mikrodawkować, potrzeba ich coraz więcej i częściej, w pewnym momencie zaczynają się problemy, choćby z lękiem i bezsennością. Głowa odmawia posłuszeństwa, nie możemy wstać, zawalamy swoje obowiązki, rozregulowuje się cały układ emocjonalny. Prędzej czy później te historie zaczynają się wymykać spod kontroli.

Co wtedy?
Detoksykacja. Trzeba usunąć z organizmu substancje powodujące zależność fizyczną, mogą to być benzodiazepiny, ale też opioidy, czyli silne środki przeciwbólowe i nasenne, czy alkohol; można się mocno zatruć stymulantami czy nawet wzmacnianą chemicznie marihuaną. Odstawianie substancji z dnia na dzień, zwłaszcza jeśli to są opioidy, jest dość koszmarne. Wiąże się ze spazmami, bólem fizycznym, łamaniem w kościach, bólem stawów, rozwolnieniem, wymiotami. Dużo bezpieczniejsza jest detoksykacja w szpitalu, ale to tylko pierwszy krok leczenia. Dopiero później zaczyna się oddziaływanie psychoterapeutyczne i wchodzą zmiany na poziomie emocji i zachowań.

Dzieciaki też przechodzą taką ścieżkę detoksykacyjną i terapeutyczną?
Tak, choć staramy się, żeby trafiały do ośrodków tylko wtedy, gdy jest to konieczne, żeby jak najdłużej pozostawały w domach. Jest kilka ośrodków w Polsce dla dzieci i młodzieży i one są przepełnione. Tam wiecznie brakuje miejsc, co jest przerażające. To niestety problem systemowy.

Jakie są rokowania dla osób, które zaczęły terapię?
Uzależnienie to jest choroba przewlekła, tak jak wiele innych chorób tego typu, zagrożona nawrotami, ale znam mnóstwo osób, które od bardzo wielu lat są trzeźwe i zdrowe. Na szczęście rozumiemy tę chorobę, znamy jej przebieg i umiemy ją leczyć. Oczywiście, jest to czasochłonne i nie można tego zrobić szybko i bez wysiłku. Wierzę w terapię długoterminową, ona powinna trwać około roku, bo to naprawdę skomplikowany proces. Trzeba pamiętać, że układ nerwowy po odstawieniu substancji potrzebuje kilku miesięcy, żeby się zregenerować, żeby myślenie i procesy emocjonalne wróciły do normy. To prawda, że nawrotowość jest wysoka, myślę, że przynajmniej połowa osób, nawet jeśli nie wraca do pełnoobjawowego używania, to doświadcza kryzysów i wpadek. Nie zgadzam się jednak z twierdzeniem, że z nałogiem nic się nie da zrobić. Uważam nawet, że czasami narkotyki stawiają ludzi pod ścianą i zmuszają do tego, żeby coś zrobili ze swoim życiem. Wszyscy znamy takie osoby, które chodzą do pracy, której nie lubią, wracają do rodziny, której nie szanują, oglądają w telewizji programy, które ich nie interesują, i wiecznie narzekają na świat. Czasem narkotyki zmuszają takiego człowieka, żeby dokonał zmian i zaczął żyć po prostu lepiej.

(Fot. Aleksandra Prugar, materiały prasowe)

dr Maria Banaszak, certyfikowana specjalistka psychoterapii uzależnień, pełnomocniczka Zarządu Głównego Stowarzyszenia Monar ds. badań i rozwoju, psychoterapeutka w Ośrodku Monar w Głoskowie oraz doradczyni naukowa PredictWatch (aplikacja Nałogometr). Współautorka niedawno wydanej książki „Hajland. Jak ćpają nasze dzieci” (Wielka Litera).

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
Reklama
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze