1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia

Lęk egzystencjalny – jak boisz się o swoje życie?

(Fot. iStock)
Lęk przed śmiercią to jedna z najsilniejszych emocji, z którą – w mniejszym lub większym stopniu – mierzymy się od momentu narodzin. Rozmowa z Patrycją Wójcik – psychoterapeutką, psycholożką kryzysu i interwencji kryzysowej oraz pedagożką z PsychoCare.

Lęk egzystencjalny jest nieokreślony – nie wiadomo, czego się boimy. Chcemy się go pozbyć albo przynajmniej zmniejszyć. Odczuwamy nieuświadomioną chęć zamiany tego lęku na strach, czyli uprzedmiotowienie go, znalezienie przyczyny. Dziś, po dwóch latach pandemii, wojnie w Ukrainie, w czasach galopującej inflacji itp. – niemal wszyscy odczuwamy i wiemy, co to lęk. Boimy się, że: zima będzie ciężka, zabiją nas ceny energii, będą wyłączać prąd, podwyżki nas wykończą itd. Chcemy się bać konkretów, chcemy znać tego wroga, śledzimy informacje – co wzrośnie, o ile…
Lęk egzystencjalny dotyczy śmierci, ale też starzenia się, pogorszenia statusu życiowego, zaprzestania czy niemożności samorozwoju. Uwielbiamy znajdować obiekt lęku, bo wtedy czujemy sprawczość, wydaje nam się, że mamy na to jakiś wpływ. Lęk egzystencjalny jest w nas bardzo ważny, tylko my najczęściej nie potrafimy sobie poradzić z jego objawami – napięciem, które rośnie w ciele, gonitwą myśli, z ciągłym poczuciem zagrożenia.

Dlatego chcemy się go jak najszybciej pozbyć. Niedawno pracowałam z pacjentką, która trafiła do mnie z powodu lęku, ale nie potrafiła go ani nazywać, ani nawet opisać. Poprosiłam, żeby opowiedziała, co się z nią dzieje, kiedy odczuwa lęk. Wspomniała o odczuciu mrowienia i drętwienia rąk i nóg, ale najważniejsze było dla niej, że te objawy zostały rozpoznane, w tym przypadku jako objawy tężyczki. Poczuła ulgę, kiedy lekarz nadał etykietkę jej lękowi. I przepisał tabletkę – lek z grupy benzodiazepin. To leki, które niemal natychmiast „wyłączają” lęk, pacjenci bardzo je lubią, choć wiedzą, że trudno je odstawić. Bywa, że dla niektórych uzależnienie od leków wydaje się mniej groźne od skonfrontowania się z lękiem.
To prawda, a jeśli nie benzodiazepiny, to nadmiarowe uprawianie sportu, ryzykowne zachowania seksualne, czyli wszystko to, co nas może od tego lęku odsunąć, podnieść poziom dopaminy. To działa, ale tylko przez chwilę. Stymulujemy układ nagrody w mózgu, przez chwilę nie czujemy lęku, ale potem on wraca, czasami jeszcze bardziej intensywny.

Bardzo lubię pracować z lękiem egzystencjalnym. Na przykład kiedy przychodzą do mnie starsi pacjenci, którzy się układają z życiem. U młodych ludzi lęk egzystencjalny częściej objawia się w obszarach takich jak obawy przed przyszłością: jak sobie poradzę w życiu, czy nie zginę w tym wielkim świecie?

Do mnie często przychodzą młodzi pod koniec studiów, tuż przed wkroczeniem w „prawdziwe” – tzn. dorosłe – życie. Kiedyś przeciągali moment startu, np. biorąc kolejną dziekankę. Dziś, oczywiście całkiem nieświadomie, uciekają w chorobę. Nerwica lękowa, tężyczka, depresja. Być może to jest pierwszy taki newralgiczny moment, kiedy lęk egzystencjalny się pojawia?
Ależ skąd, dzieci również mają lęki egzystencjalne. Psychodynamicy i psychoanalitycy twierdzą, że lęk przed śmiercią czy unicestwieniem odczuwamy jako pierwszą najsilniejszą emocję w momencie narodzin. Z tego powodu jesteśmy w gotowości do budowania więzi, bo czujemy, że tylko więź uratuje nam życie. Tak twierdzą również psychologowie ewolucyjni – dziecko zaczyna płakać, kiedy nie ma nikogo dookoła, bo się boi, że przyjdzie wielki zwierz i je pożre. Dlatego nawołuje matkę jak małe szczenię. Ok. 4., 5. roku życia ten lęk przechodzi w lęk przed stratą rodziców.

Myślę, że wszystkie kryzysy – nie tylko te rozwojowe, ale także życiowe – uruchamiają lęk egzystencjalny.
Zdecydowanie. Kryzysy rodzinne, zawodowe, ale przede wszystkim – zdrowotne.

Możemy powiedzieć, że ogólnie lęk egzystencjalny to lęk przed stratą, która jest pierwotnym lękiem, zaczynającym się w chwili przecięcia pępowiny. Podobno pierwszy oddech – rozprężanie się pęcherzyków płucnych – jest bolesny, więc strata zapisuje się w ciele w pakiecie z bólem, cierpieniem.
To prawda. Wierzę również w to, że jesteśmy w stanie przekazywać lęki dziecku w okresie prenatalnym – kiedy np. pod wpływem określonej sytuacji stresowej organizm matki produkuje duże ilości kortyzolu, to dochodzi do zwężenia naczyń krwionośnych, a co za tym idzie – zmienia się smak wód płodowych i dziecko otrzymuje mniej tlenu. Dlatego dzieci matek, które przeżywały w ciąży wiele trudnych chwil, są bardziej niespokojne w pierwszym okresie życia.

Jak pracujesz z lękiem egzystencjalnym?
Metody pracy dostosowane są do osobowości i problemów pacjenta, ale podstawą w pracy z lękiem egzystencjalnym jest przede wszystkim zbadanie stylu więzi z matką lub innym najważniejszym opiekunem i praca na tej więzi. Jeśli okaże się, że styl więzi był ambiwalentny albo lękowy, to pacjent na pewno będzie miał objawy lękowe.
Zarówno w lękowym, jak i w ambiwalentnym stylu przywiązania (matka raz jest, raz jej nie ma) dziecko ma wpisane w swoją podświadomość ciągłe poczucie zagrożenia i ciągłe poczucie tego, że nie ma opiekuna, który by się nim zajął, uratował je przed zagrożeniem.
Dlatego odbiera świat jako miejsce zagrażające, niebezpieczne, jako miejsce, w którym trzeba włączyć tryb przetrwania, a nie być w trybie normalnego funkcjonowania – rozwoju, uczenia się itd. Dziecko, które się boi – zamraża się. To wynika z ewolucji – niemowlę porzucone przez rodziców podczas ucieczki plemienia najpierw nawoływało matkę, a kiedy ta nie nadchodziła – cichło, nieruchomiało, żeby nie zwrócić na siebie uwagi potencjalnego drapieżnika. Ale to nie znaczy, że przestawało się bać.

W lękowym stylu przewiązania odczuwamy ciągłe zagrożenie, mimo że tego zagrożenia nie ma – niepokój w ciele, podwyższony poziom gotowości, nadwrażliwość na hałas.
Pacjenci rzadko potrafią nazywać, że to chodzi o lęk. Raczej opowiadają o gonitwie myśli, że nie potrafią odpoczywać: jak siądą na chwilę, to zaraz muszą wstać i coś robić.

Czy w przypadku lęków egzystencjalnych warto włączać leki?
Jako terapeutka bardzo lubię leki i bardzo ich nie lubię. Lubię, bo są skuteczne i pomagają, ale czasami w paradoksalny sposób – tzn. pomagają pacjentom pędzić dalej, zamiast zatrzymać się i zastanowić, że „może coś mi się dzieje”. Rozumiem to, bo uczucie lęku jest najpodlejszym uczuciem, jakiego możemy doświadczać.

Lepsza jest terapia?
Terapia nie znosi lęku całkowicie, tylko trochę go redukuje, uczy pacjenta tolerancji pewnego poziomu lęku. Pozwala też odkryć, skąd ten lęk, z czego wynika, i pokazuje, jak pracować z lękiem, radzić sobie z jego najsilniejszymi objawami.
Moi pacjenci często mówią, że po terapii nie tylko poziom lęku im spadł, ale też czas trwania rzutu lękowego, a także że szybciej dochodzą do siebie.

Porozmawiajmy o rodzinnych uwarunkowaniach w temacie lęku egzystencjalnego.
Lubię pracować z przekazami rodzinnymi, bo mam wrażenie, że one „robią” nam połowę życia. Eric Berne, amerykański psychiatra, który zajmował się przekazami rodzinnymi, stwierdził, że każdy z nas ma w sobie taki wpisany skrypt złożony z tych przekazów; oparty przede wszystkim na nakazach i zakazach oraz na sytuacjach, których musimy się bać. Ten skrypt steruje naszym życiem, a my rzadko mamy tego świadomość.
Z mojego osobistego życia – babcia powtarzała mi: „Nie siadaj na rogu, bo zostaniesz starą panną”. Czyli po pierwsze: nie znajdę fajnego męża, jak będę siedziała na rogu. Po drugie: jeśli babcia mówi w ten sposób, to znaczy, że w naszej rodzinie nie jest dobrze widziane nie mieć męża. Mimo że tego sobie nie uświadamiałam, za każdym razem, kiedy siadałam przy stole, unikałam rogów.
Inny przekaz – rodzina, która mówi do potomstwa: „Nikt was nie będzie tak kochał jak my”. To buduje w nas takie poczucie, że nie możemy zaufać tak do końca innym ludziom. Że partner nie może być ważniejszy niż rodzina.
Albo taki: „Przecież ty wcale tak nie myślisz”. Co to oznacza? Że chyba nie powinnam ufać temu, co myślę, bo rodzic – autorytet – mówi, że ja wcale tak nie myślę.
Mamy jeszcze taki: „Rodzic jest starszy i wie lepiej”. Przekaz ten powoduje, że nie tylko sobie nie ufam, ale też ślepo ufam autorytetom. To może mnie skrzywdzić. Sprawić, że nie trzymam granic w świadomy sposób.

Zastanawiam się, na ile – jeśli nawet decyduję się robić coś wbrew rodzinnym przekazom – nie odzywa się we mnie egzystencjalny lęk przed porzuceniem i groźbą pożarcia przez dzikie zwierzę. Zdarzyło mi się na sesji całkiem nieświadomie powiedzieć coś, co (jak się potem okazało) było w sprzeczności z rodzinnymi przekazami pacjenta, i widziałam, jak pacjent zamiera w przerażeniu.
Lęk przed byciem nielojalnym wobec matki czy ojca to kolejny potężnym lęk. Jest w nas wpisana potrzeba lojalności i bezgranicznego zaufania rodzinie. Poza tym nielojalność grozi utratą relacji. To również jest silny lęk egzystencjalny – odrzucenie przez rodzinę. Najlepiej jest radzić sobie z tym lękiem w obecności terapeuty, bo wtedy jest się w bezpiecznym środowisku.
Inne przekazy, np. w stosunku do młodych ludzi, którzy wchodzą w życie: „Umiesz liczyć, licz na siebie”. Czyli: nie wolno poprosić o pomoc, nikt ci nie pomoże, tylko cię oszuka. Albo: „Sama musisz sobie radzić, nikt nie będzie wiecznie przy tobie”.
Paradoksalnie rodzice często mówią to z intencją popchnięcia nas w dorosłe życie, ale to nie tak się powinno robić.
Najgorsza grupa przekazów to te mówiące o roli, jaką dzieci mają w rodzinie: „Dzieci i ryby głosu nie mają” czy: „Co wolno wojewodzie to nie tobie…” albo: „Ty mnie wpędzisz do grobu”, „Ty myślisz tylko o sobie”.

Albo: „W naszej rodzinie nie było rozwodów” – takie zdanie rzucone niby mimochodem, a dla dziecka czy potem młodego człowieka oznacza, że gdyby mu się związek nie udał, to… rozwód jest równoznaczny z wypadnięciem z rodziny, a bez rodziny sobie nie poradzisz. Czy bardzo dobrze znane wielu z nas: „A nie mówiłam?”.
To jest grupa przekazów nieuświadomionych. Dziecko nie rozumie niezwerbalizowanych lęków matki, ale widzi oznaki jej niepokoju i wie, że samo musi być w gotowości: nie może zasnąć, nie może się bawić, musi spiąć mięśnie i czekać.
Albo babcia wraca z kościoła i mówi: „Wiesz co, ta Halinka miała nieuprasowaną bluzkę. Bardzo źle to wyglądało”. I mimo że nie mówi o mnie, tylko o Halince, w mojej głowie zapisuje się przekaz, że w mojej rodzinie nie wypada mieć nieuprasowanej bluzki.

Potem w dorosłym życiu idę na rozmowę kwalifikacyjną i całą uwagę kieruję na to, by mieć uprasowaną bluzkę, jakby od tego zależało, czy dostanę tę pracę. Albo dziwnie reaguje w jakiejś sytuacji, w której inni zachowują się całkiem normalnie, bo czyjeś zdanie uruchomiło we mnie jakiś ważny rodzinny przekaz.
Dziwnie reagujemy, ale też wiele tracimy, bo np. z powodu niewyprasowanej bluzki nie dostaję tej pracy, bo koncentrując się na bluzce, wypadam znacznie gorzej, niżbym mogła.

W terapii staram się dojść z pacjentem do źródeł tych „dziwnych” zachowań. Często proponuję, żeby wypisał przekonania, które pamięta, bo one pokazują nam kierunek. Następnie rozprawiamy się z nimi: wypowiadamy je, zapisujemy na kartce, którą potem drzemy, bo już nie chcemy, żeby one rządziły naszym życiem. W to miejsce ustalamy swoje własne, np. „Nie interesuje mnie, jak mnie ludzie oceniają”.

Nosimy w sobie przetrwałe strategie radzenia sobie z lękami w obliczu rodzinnych przekonań. W dzieciństwie te strategie chroniły nas przed utratą więzi i skazaniem na pożarcie. W dorosłym życiu nam szkodzą. Np. pacjentka, która ma dwie szafy: jedną, z której korzysta na co dzień, i drugą, z której ubrania zakłada, gdy jedzie na obiad do mamy albo do babci. To jest dla niej bardzo trudne. Jej ciało protestuje, krzyczy. Ona boi się z pozycji dziecka. Z roli dorosłej kobiety spokojnie poradziłaby sobie z niezadowoleniem mamy. Jako dorośli mamy zasoby do poradzenia sobie ze wszystkim. Jako dzieci – nie.

Odczuwamy lęk, że przeciwstawienie się przekazom rodzinnym „zabije” rodziców?
Tak: „Do grobu mnie w pędzisz” – nadal działa. Na to się nakłada mnóstwo racjonalizacji typu: „Mama jest stara, schorowana, nie będę się jej przeciwstawiać. Nic mi się nie stanie, jak założę sukienkę, którą mi kupiła, choć normalnie w takich nie chodzę”. W porządku, tylko rób to świadomie: „Wybieram pojechanie do matki w tej sukience, bo wiem, że nie lubi mojego stylu ubierania, a ja nie mam zamiaru dziś się z nią kłócić”.

A co z lękiem przed śmiercią?
W tym temacie to sami sobie zrobiliśmy przykrość. Lek przed śmiercią ma sprawić, że tej śmierci będziemy unikać, a nie odwrotnie. On ma za zadanie nas i cały nasz gatunek utrzymać przy życiu. Natomiast w naszej kulturze śmierć jest tematem tabu. Ludzie starzy, chorzy się nie liczą, bo nie przynoszą pieniędzy do budżetu, a od tego zależy w dzisiejszych czasach wartość człowieka. Więc wykluczamy ich, nie oswajamy się z tematem śmierci na co dzień. Kiedyś z umierającym było całe plemię, dziś ludzie umierają w zaciszu szpitalnym czy domowym. Były obrządki, które pomagały, a dziś sobie ze stratą i smutkiem radzimy sami. Albo raczej nie radzimy. Zamiast oswajać śmierć – unikamy jej. Tymczasem warto akceptować swój lęk przed śmiercią, nie zaprzeczać jej, opiekować się sobą w tym lęku.
Prof. Vetulani zapytany, czy boi się śmierci, potwierdził i powiedział, że radzi sobie w ten sposób, że eksploatuje się bez reszty, przekazując swoją wiedzę na tysiące sposobów – ciało zmarło, ale on nadal żyje.

Patrycja Wójcik, psychoterapeutka, psycholożka kryzysu i interwencji kryzysowej oraz pedagożka z PsychoCare; www.psychocare.pl

Ewa Klepacka-Gryz, psycholożka, terapeutka, autorka poradników psychologicznych, trenerka warsztatów rozwojowych dla kobiet; www.terapiavia.com

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze