1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia

Związek to współpraca, a nie wyścigi – o rywalizacji między partnerami rozmawiamy z psychoterapeutką

„Przyznając się do swoich kompleksów i słabości, poczujemy się pewniej w relacji. Ukrywając je, zaczniemy rywalizować, gdyż poczujemy się gorsi” – mówi psychoterapeutka Renata Pająkowska-Rożen. (Fot. iStock)
Rywalizacja zdarza się w każdych relacjach, także w związku. Zatem nie problem w tym, że partnerzy współzawodniczą ze sobą, tylko o co. A także jak sobie z tym radzą. O wskazówki poprosiliśmy psychoterapeutkę Renatę Pająkowską-Rożen.

Czy jako terapeutka często spotykasz się z problemem rywalizacji w związkach?
Wielu ludzi, słysząc o rywalizacji z partnerem, czuje wstyd. To dlatego, że wyobrażają sobie związek jak komedię romantyczną, a więc jako świat idealny, bez egoizmów, złych uczuć. A prawda jest taka, że rywalizacja może pojawić się w każdej relacji, ponieważ różnimy się od siebie, każdy ma swoją perspektywę, indywidualne potrzeby. Rywalizowanie może nie mieć wiele wspólnego z tym, co nas łączy, zatem samo w sobie nie podważa siły naszego uczucia.

Przecież związek to partnerstwo, współpraca, a nie wyścigi…
Pytanie, o co ludzie ze sobą współzawodniczą i jak sobie z tą rywalizacją radzą. I czy ta rywalizacja jest świadoma czy nie. Jeśli rywalizujemy o to, kto więcej kilometrów przebiegł czy książek przeczytał, rozmawiamy o tym, dzielimy się doświadczeniami, bez oceniania, bez pouczania, to taka rywalizacja może nas motywować. Nie ma w niej nic niepokojącego. Jeśli jednak rywalizujemy nieświadomie, to jesteśmy w sytuacji bardzo trudnej. W taką formę rywalizacji są wpisane lęk, poczucie bycia gorszym od partnera. A więc energia wzmacniająca kompleksy i budząca dewaluujące przekonanie, że nie jestem w pełni wartościowym człowiekiem.

Leczące w takiej sytuacji jest zdanie sobie sprawy z tego, że powodem naszego poczucia gorszości jest to, co sami o sobie myślimy, a nie co myślą inni. Kiedy to uznamy, jesteśmy na prostej drodze do poprawienia swojej samooceny i także relacji.

Ważne jest to, by ten, kto ma więcej wiary w siebie, umiał odpuszczać i wspierał tego, kto ma jej mniej. Bo wtedy mniej pewny siebie nie wchodzi w rywalizację na każdym kroku, by przekonywać, że jest coś wart.

Jeśli nie wierzymy w siebie, to jesteśmy skazani na wieczne zmagania?
To jak zachowujemy się w bliskiej relacji, zależy od tzw. stylu przywiązania, czyli od tego, jak opiekowano się nami we wczesnym dzieciństwie. Jeśli matka była dominująca i nadopiekuńcza, nauczyliśmy się w tej pierwszej bliskiej relacji stylu, który nazywany jest unikowym. W dorosłym życiu unikamy bliskości, gdyż się jej boimy. Stosujemy więc różne strategie, by trzymać partnera na dystans, m.in. okazujemy mu zainteresowanie i jednocześnie lekceważymy, umniejszamy, pokazując, w czym nie daje rady, tłumimy rozwijające się uczucie, bo obawiamy się, że kiedy pokochamy, zostaniemy znów zawłaszczeni, wchłonięci.

Jeśli z kolei matka była zimna i niedostępna, styl budowania relacji, jakiego nauczyliśmy się, nazywany jest lękowym. Musimy wtedy wciąż potwierdzać, że jesteśmy ważni i kochani, wciąż zabiegamy o miłość drugiego człowieka, bo czujemy się niewarci tego uczucia. Wyręczamy go we wszystkim, pomagamy, co jest odbierane jako sygnał, że czujemy się od niego lepsi, że uważamy, że on sam sobie nie poradzi. W ten sposób też nieświadomie zaczynamy rywalizować z partnerem o to, na kim ma spoczywać więcej uwagi czy pochwał.

Który styl jest lepszy?
Potrzebujemy bezpiecznej bazy, z której możemy czerpać pocieszenie i siłę, by rozwijać się i budować miłość. A taką bazę daje nam jedynie trzeci styl przywiązania – tzw. bezpieczny. Jeśli umiemy tak budować relacje, to znaczy, że nie kieruje nami ani lęk przed wchłonięciem, ani przed porzuceniem, jak w stylach unikowym i lękowym. Dzięki stylowi bezpiecznemu możemy być blisko drugiego człowieka. Pokazać się tacy, jacy jesteśmy, i przyjąć go takim, jakim jest. A jeśli poczujemy, że wkrada się do naszego domu rywalizacja – rozmawiamy o tym. Wzory możemy mieć różne. Na przykład w domu mężczyzny rządziła mama, w domu kobiety wszystko kontrolował ojciec. No a jak to ma wyglądać w naszym domu?

Czego najczęściej dotyczy rywalizacja?
Może powiedzmy o takiej sytuacji, kiedy kobieta pomaga mężowi w karierze, sama zajmując się domem i dziećmi. Nie ma w tym nic złego, jeśli umówili się, że to będzie trwało jakiś czas, i jeśli on szanuje ją tak samo jak na początku. Bo bywa, że choć dzieci i dom są zadbane, to żona czuje, że mąż ja lekceważy. Albo nie pozwala wrócić do pracy. Takie lekceważenie to sygnał, że kobieta przegrała w rywalizacji, którą z nią toczył, i czas zacząć budować swoją autonomię.

Przegrała, bo on z nią nie rywalizował na to, by być lepszym w wycieraniu kurzu czy praniu!
Właśnie, bo mężczyzna sobie takie domowe „krzątactwo” odpuszcza, ma być zrobione.

Która rywalizacja jest najtrudniejsza?
Dotycząca uczuć. To taka sytuacja, że jeśli ja miałam zły dzień, to nie ma znaczenia, co spotkało partnera. Nie pytam go nawet, jak mu minął dzień, bo to mnie nie interesuje, najważniejsze jest to, że ja potrzebuję jego przytulenia i wsparcia.

Jeśli się to zdarza raz czy dwa, to partner niedostrzegany w swoich potrzebach emocjonalnych da radę. Ale jeśli wciąż się to powtarza i on musi tłumić własne potrzeby i zgadzać się na to, że jest niedostrzegany, to poczuje się gorszy, mniej ważny.

Mamy sobie dawać tyle samo troski o emocje?
Powiedziałabym raczej, że jesteśmy jak naczynia połączone. Jeśli jednej stronie jest gorzej, to druga go wspiera, ale potem może być odwrotnie. Najważniejszy jest przepływ uwagi i wsparcia w zależności od sytuacji.

Warto tu wspomnieć o zjawisku koluzji, czyli nieświadomej grze, której celem jest to, aby partner zaspokoił moje potrzeby niezrealizowane w dzieciństwie. Chcę być dla niego najważniejsza i zaopiekowana, czyli dostać to, czego nie dostałam jako dziecko. Na początku, kiedy jesteśmy zakochani, czujemy się najważniejsi, ale potem trzeba iść do pracy, po zakupy i to się kończy. Jeśli wtedy nadal chcę to mieć, to zaczynam rywalizację z partnerem o uwagę i ważność emocjonalną. Kieruje mną wtedy egocentryzm dziecka.

Jak uświadomić sobie rywalizację, której nie widzimy?
Zwrócić uwagę na narracje. Jeśli często mówię: „bo on…” albo „bo ona…”, to warto zastanowić się nad tym, co ja – a nie co mój partner czy partnerka – robię w tym związku dobrego, a co złego. Założyć, że każde z nas wnosi jedno i drugie w naszą relację. Dobrze nawiązać kontakt ze sobą, poznać swoje kompleksy, miejsca, nad którymi warto popracować. No i ich nie ukrywać. Wchodzimy w związek, udając ideały. Ale kiedy zamieszkamy razem, nie ukryjemy, że nimi nie jesteśmy. Przyznając się do swoich kompleksów i słabości, poczujemy się pewniej w relacji. Ukrywając je, zaczniemy rywalizować, gdyż poczujemy się gorsi.

Czy zazdrość o sukcesy też często się zdarza?
Umniejszanie sukcesów partnera to umniejszanie jego samego. Weźmy przykład pary, w której on jest chirurgiem, a ona aktorką. Ona ma premierę, on operacje. Początkiem końca ich związku jest jego stwierdzenie, że on ratuje ludziom życie, a ona tylko ich bawi. Nie można porównywać tego, co robimy czy co mamy, bo w ten sposób porównujemy to, kim jesteśmy.

A rywalizacja na dzieci i ważność rodzica?
Przychodzą do mnie osoby, które mówią, że nie chcą rywalizować z dziećmi partnera czy partnerki. Wyobraźmy sobie, że partner mówi: „syn dzwonił. Chce mnie jutro zobaczyć, a więc musimy przełożyć nasz wyjazd”. W porządku, może się zdarzyć jakaś ważna sprawa, choroba. Ale nie może to być reguła. Jeśli dziecko jest noworodkiem, to oczywiście, że musimy być na nim skupieni, samo się sobą nie zajmie. Ale nastolatek zrozumie, że tata ma własne życie i to nie znaczy, że go nie kocha.

Kiedy wchodzę w związek z mężczyzną, który ma dzieci, muszę ustalić, jak będzie wyglądać kwestia jego kontaktów z nimi.

Zdarza się także rywalizacja z byłymi żonami, gdzie dzieci są tylko marionetkami?
Tak, ale warto zobaczyć, czy to partner podkreśla, że jego była pracuje w kancelarii, a ty w sklepie; zna języki, a ty ledwo polski, i tak wkręca cię w rywalizację, czy może to twoje kompleksy? Warto zaobserwować, co mną kieruje. Jeśli to partner gloryfikuje osobę, z którą był wcześniej, dobrze jest powiedzieć, jak ja się czuję w związku z tym. Jego reakcja pokaże, czy nasz związek jest na dobrej drodze.

Renata Pająkowska-Rożen, psycholożka, psychoterapeutka, terapeutka TSR, kulturoznawczyni. Pracuje pod marką osobistą Psychoterapia Zmiany.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze