1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia

Molestowanie seksualne – jak radzić sobie z traumą i reagować na przekraczanie granic? Pytamy Katarzynę Miller

Molestowanie seksualne to bardzo szerokie spektrum: zarówno spojrzenie, dotyk, słowo, zachowanie typu sadzanie sobie dziecka na kolanie, jak i gwałt czy zmuszanie do rozmaitych aktywności seksualnych. (Ilustracja: iStock)
„Zawsze wiedziałam, że coś się musiało stać w moim dzieciństwie. Czułam, że jest do odkrycia coś, czego nie chcę dotykać” – mówią kobiety, które po latach wracają do traumy molestowania seksualnego. Psychoterapeutka Katarzyna Miller wyjaśnia, co pomaga w procesie gojenia ran i jak reagować na przekraczanie granic w przestrzeni publicznej.

Kiedy rozmawiałyśmy w naszym podcaście „Przerwa na kawę z Kasią Miller” o Marilyn Monroe, doszłyśmy do wniosku, że opowieść o niej to w dużym stopniu opowieść o molestowaniu. Tym, którego doświadczyła w dzieciństwie, a potem w przemyśle filmowym i od ważnych dla niej mężczyzn. Powiedziałaś, że to właśnie ono było „podwaliną” jej słynnego seksapilu. I że obserwujesz podobne sytuacje na swoich grupach.
Z moich doświadczeń i pracy wynika, że dziewczyny będące ofiarami molestowania seksualnego w dzieciństwie przeważnie boją się seksu i wycofują się z niego. Rzadziej się zdarza, żeby poczuły podczas takiego zdarzenia podniecenie, przyjemność czy też wdzięczność, że ktoś się nimi zainteresował, że w związku z tym są ważne. Ale to też się zdarza. W dorosłym życiu takie kobiety mają w sobie więcej „marilynowskiego” podejścia, czyli cały czas dbają o to, by być zauważonymi, pożądanymi i ważnymi. Wytycza się im pewien rodzaj drogi życiowej: „Wiem, dlaczego jestem ważna”. Czasem z tego powodu jest im trudniej szukać nowych rozwiązań czy wykorzystywać inne swoje talenty, poza ciałem. Choć Marilyn udało się połączyć seksapil ze zdolnościami aktorskimi.

Najwięcej dziewczyn z doświadczeniem molestowania w dzieciństwie jest jednak ściśnięta w sobie, schowana. Przejawia się to choćby w cichym głosie, bardzo niewyraźnej mimice, niepozornej postawie; mało jest w nich wiary w to, że mają coś do powiedzenia i że będą wysłuchane, bo nikogo nie obchodziło, co się z nimi stanie. Być może też takie nieśmiałe, niepozorne dziecko jest w pewnym sensie łatwiej molestować, jakkolwiek upiornie to zabrzmi. Ale nie wiem, czy to nie jest nadmierna interpretacja z mojej strony…

Moim zdaniem sprawca przemocy celowo wybiera dziecko, o którym wie, że jest raczej posłuszne, ale też że ma utrudniony kontakt ze swoimi opiekunami albo ci tak go uwielbiają, że w życiu nie uwierzą w słowa dziecka skierowane przeciwko niemu. Mam tu na myśli choćby księży czy też ważne osobistości dopuszczające się takich okropnych czynów.
Zgadzam się z tobą. Wiktymologia w końcu pokazuje, że jeśli drapieżca idzie „na łowy”, to nie napada na kogoś, kto sprawia wrażenie energicznej czy energicznego, tylko na kogoś, kto wygląda na bezbronnego czy bezbronną. Osoba, która molestuje, ma pewność, że jak powie dziecku: „Jeśli rodzice się dowiedzą, zniszczę cię, powiem, że sama tego chciałaś czy chciałeś”, to ono zachowa milczenie.

Czasem mówią: „To będzie nasz sekret”.
A to jest jeszcze inny komunikat, budujący intymność i podkreślający ważność dziecka. „Ja ciebie wybrałem, nikogo tak nie lubię i nikt mi się nie podoba tak jak ty” – takie słowa mogą być nagrodą. Natomiast ktoś, kto mówi: „Nikt ci nie uwierzy”, ma pewność, że dziecko przyzna mu rację, bo ono już wie, że jego uczucia czy zdanie nie są brane pod uwagę. I wtedy na długo zostaje z mroczną tajemnicą w sobie, a czasem po prostu to zdarzenie wypiera.

Można je wyprzeć do takiego stopnia, by o nim zapomnieć?
Owszem. Co nie znaczy, że to zdarzenie nie może się przypomnieć – i to dosłownie – po latach, na przykład w terapii, podczas powrotu do wczesnodziecięcych wspomnień, albo podczas jakiegoś poruszającego filmu, czyjejś opowieści czy wyznania dotyczącego podobnego zdarzenia. Może się wtedy pojawić takie uczucie: „Zawsze wiedziałam, że coś się musiało stać w moim dzieciństwie. Czułam, że jest do odkrycia coś, czego ja nie chcę dotykać”.

Bo trzeba też podkreślić, że molestowanie seksualne to bardzo szerokie spektrum: to może być zarówno spojrzenie, dotyk, słowo, zachowanie typu sadzanie sobie dziecka na kolanie, jak i gwałt czy zmuszanie do rozmaitych aktywności seksualnych.

Pamiętam z jednego z wyjazdów wakacyjnych taką rodzinę: matka, 9-letnia córka i młodszy braciszek. Taty nie było, córka bez przerwy o niego się pytała, matka, skupiona na synu, z niechęcią jej na to odpowiadała, a do tego mała zachowywała się jak stuprocentowa lolitka. Była tak uwodząca w zachowaniu, gestach i głosie, że nie miałam wątpliwości. Jeśli nawet nie dochodzi w jej codzienności z tatą do żadnych zachowań wprost seksualnych, to ona zdecydowanie jest cała nakierowana na niego i świetnie wie, że on tego oczekuje.

Freud pisał o kompleksie Edypa i kompleksie Elektry, czyli o naturalnych fazach rozwoju dziecka, gdy chłopiec rywalizuje o matkę z ojcem, a córka o ojca z matką. Kiedy ta „naturalna faza rozwoju” przeradza się w coś, czym powinniśmy się zacząć martwić?
Kompleksy, o których mówisz, nie pojawiają się w każdej rodzinie. Zdarzają się one tam, gdzie między rodzicami jest jakieś niespełnienie, skłócenie czy rywalizacja. Dziecko wbija się klinem między rodziców wtedy, kiedy może. Czyli kiedy nie czuje, że oni są naprawdę parą.

Ale sytuacja, w której ojciec faworyzuje córkę (czy matka – syna) nie jest jeszcze molestowaniem seksualnym. Czy tą granicą jest moment, kiedy dziecko czuje się tym skrępowane?
Na to pytanie mogę odpowiedzieć na własnym przykładzie. Nie miałam wrażenia, by mój ojciec w jakikolwiek sposób mnie molestował, ale zdecydowanie byłam córeczką tatusia. Mieliśmy wspólny język, dużo ze sobą rozmawialiśmy. Tata nauczył mnie bić się, ale nauczył mnie też tańczyć. Myśmy grali ze sobą w piłkę, wyjeżdżaliśmy razem na wakacje i otwieraliśmy na turnusach każdy bal. Tata mnie szanował, uznawał i cenił, ale nie traktował jako dziewczyny. Dla niego byłam po prostu człowiekiem.

Mama nie cierpiała tego, że byliśmy tak blisko i że byliśmy do siebie tak podobni. Była o to zazdrosna i zupełnie nas nie rozumiała. Można powiedzieć, że to był klasyczny kompleks Elektry i ortodoksyjny psychoanalityk pewnie by się ze mnie nieźle uśmiał, ale ja miałam poczucie, że mimo wszystko są tu ustawione pewne granice. Mamy nie lubiłam i nie rozumiałam nie dlatego, że była rywalką o serce taty, tylko ze względu na to, jaka była.

Natomiast dobrze pamiętam dziwne spojrzenia, gesty czy zachowania dorosłych kolegów, znajomych moich rodziców, które przekraczały już tę granicę, ale na szczęście byłam już starsza i umiałam sobie z tym poradzić.

No właśnie, zastanawia mnie skala tego zjawiska. Prawie każda kobieta, z którą rozmawiam, pamięta takie zachowania ze swojej młodości czy dzieciństwa. Do tego dochodzą też sytuacje, które spotykają nas nie tylko ze strony osób z kręgu znajomych, ale które po prostu spotykają nas na co dzień. Jak wynika z badania Ipsos na zlecenie L’Oréal Paris, aż 8 na 10 Polek doświadczyło molestowania seksualnego w przestrzeni publicznej.
Ja bym nawet zaryzykowała twierdzenie, że doświadczyła tego każda Polka. Często bowiem nie postrzegamy pewnych słów czy zachowań jako właśnie molestowania seksualnego, a powinnyśmy.

To nie tylko klepanie po tyłku, gwizdanie na ulicy czy niewybredne komentarze, ale też ocieranie się o nas niby przypadkiem w autobusie, blokowanie przejścia, tak byśmy musiały dotknąć drugiej osoby, przedostając się dalej. To są często niewybredne dowcipy czy fałszywe komplementy typu „witam piękne panie” czy „a cóż się tam narodziło w tej pięknej główce”, powiedziane np. przez kierownika do jego pracownic. Samej jest mi czasem trudno na to tak spojrzeć, tym bardziej, że lubię mówić kobietom, ale też mężczyznom, że są piękni.

Odkąd przeczytałam „Obsesję piękna” Renee Engeln, bardzo z tym walczę u siebie, bo wiem, że zbyt częste mówienie dziewczynkom czy kobietom, że są piękne, kieruje uwagę na ich wygląd, a nie na inne cechy – choćby talenty czy osobowość – i nakręca rywalizację. Sprawia, że łatwo nas takimi komplementami „kupić”.
Niedawno spotkałam pewną kobietę, która bardzo mnie ciekawi i którą chciałam poznać, i w takim oniemieniu i zachwycie powiedziałam do niej: „Ale jest pani piękna!”. A zaraz potem pomyślałam: „Czy mam prawo tak do niej mówić?”. Ona się ucieszyła, podziękowała, ale we mnie została niepewność. Z drugiej strony nie wyobrażam sobie świata, w którym byśmy nie mówili sobie miłych rzeczy. Byłoby nam w nim smutno i szaro. Dla mnie strona estetyczna życia jest ogromnie istotna.

Dla mnie też. Mam czasem tak jak Ania z Zielonego Wzgórza, która mówiła, że o wiele więcej można znieść w ładnym ubraniu.
Ale zobacz, zamiast: „Jesteś piękna” można powiedzieć: „Ale mi się podobasz”. Mamy prawo przecież mówić, że coś mi się podoba, a coś nie. Natomiast masz rację, że koncentracja na wyglądzie zewnętrznym ustawia nam priorytety oparte głównie na rywalizacji – o to, która się bardziej spodoba, która jest młodsza czy która dłużej na taką wygląda albo która jest szczuplejsza. Nasza kultura wkręca nas w to nieustannie.

Jak ktoś mi zrobi zdjęcie, na którym się sobie nie podobam, chcę, żeby je usunął od razu, a przecież to też jestem ja. Ja, która źle wyszłam na zdjęciu.
Mnie kiedyś znajoma zrobiła zdjęcie z tyłu, zaczęłam krzyczeć: „Wyrzuć to, wyrzuć”, a potem pomyślałam sobie: „Przecież tak wyglądam od tyłu. Ludzie mnie też taką widzą”.

No i o tym mówię, tak właśnie patriarchat załatwia kobiety. A i mężczyzn przy okazji.
Myśmy w ogóle w zły sposób wykorzystali swoje moce i swój potencjał. Jestem na takim etapie, że podważam całą kulturę, całą cywilizację, bo uważam, że jest ona do dupy. Ludzie są raczej nieszczęśliwi niż szczęśliwi, raczej znerwicowani niż pogodni, raczej porównują się nieustannie niż się z siebie cieszą, raczej gorzej myślą o przyszłości niż lepiej. Ten cały postęp ewidentnie nam nie służy.

Ale w myśleniu, że kiedyś było lepiej, też tkwi pułapka. Na przykład wiele osób zatrwożonych liczbą ujawnianych przestępstw seksualnych jest przekonanych, że to jakieś wymysły współczesności. „Znów kolejna sobie przypomniała”, „O co im chodzi? Dałyby spokój tym facetom”, „Czy już nie można poflirtować?”. A może właśnie musimy ustalić nowe reguły flirtu?
Ja flirtować lubię i umiem. Często jednak zauważam, że przy takich okazjach w niektórych facetach pojawia się pewien przeskok i robi się niemiło. Bo skoro ja z nim flirtuję, to znaczy, że on może przystąpić do tzw. rwania lub zakłada, że już mnie „urobił” i możemy przejść do innego pokoju, że się tak wyrażę. Wielce się dziwi, jak odwracam się na pięcie czy daję mu po łapach. To są, proszę ja ciebie, trepy, a nie flirciarze. Flirt to miła zabawa pt. „Ty jesteś fajny, ja też, dajmy sobie przyjemność miłej rozmowy, która do niczego więcej nie prowadzi”.

Flirt bywa zwykłym przejawem grzeczności.
Oczywiście, że tak. To miła pogawędka, nic więcej. Flirt kończy się w momencie, gdy jednej z osób w niego zaangażowanych zaczyna się nie podobać to, w jakim kierunku on zmierza. Widzę to w oczach niektórych mężczyzn – uważają, że kobiety są dla nich. I to nieważne, czy są dyrektorkami banku, kelnerkami czy koleżankami z pracy – wszystkie są dla nich. Tam, gdzie pojawiają się roszczenia, zanika coś, co jest dobrą bliskością.

Tego też niektórzy nie rozumieją, jeśli chodzi o temat wyrażonej zgody. „Czyli na każdym etapie stosunku mam się upewniać, że ona tego chce?”. No tak, na każdym.
Jeśli ona się wzdraga, jeśli mówi: „Nie teraz”, jeśli się odsuwa, jeśli cofa jego rękę – można jeszcze się upewnić, spróbować, ale jeśli ona znów to powtarza – koniec. Wyrażona zgoda jest dobra dla obu stron, ale wymaga dużej samoświadomości i empatii. Mężczyźni lubią się tłumaczyć tym, że przecież jego zalewa pożądanie i on już nie panuje nad sobą. Co to w ogóle ma znaczyć?

Dlatego zarówno gwałt, jak i molestowanie mogą się zdarzyć też w stałym związku.
Znów powtórzę: kiedy się pojawiają roszczenia, kończy się dobra bliskość. „Jesteś moją żoną, więc masz być do mojej dyspozycji, kiedy zechcę” – no nie, nie na tym polega małżeństwo.

Moim zdaniem mężczyzna powinien się upewniać, czy kobieta na pewno tego chce, bo seks wiąże się dla niej z większym ryzykiem niż dla niego. Choćby związanym z niechcianą ciążą czy tym, że to kobietę nadal surowiej ocenia się za jej aktywność seksualną…
Racja, ale nie chcę powiedzieć, że ponieważ baby mają trudniej, to teraz faceci powinni na nie wyjątkowo uważać. One też powinny same zadbać o siebie i nie pozwalać na rzeczy, których sobie nie życzą. Matki powinny uczyć tego córki i synów, ojcowie zresztą też. Tymczasem nikt nikogo nie uczy. Skąd się ma wziąć to, że chcemy nowego prawa czy nowej atmosfery w przestrzeni publicznej, nowego traktowania nas?

Na pewno ważne jest uświadamianie społeczeństwa i samych siebie. Tym bardziej że do pewnych wniosków dochodzimy dopiero po fakcie.
Czyli wszystko z pozoru było OK, ale jednak chce nam się potem płakać. Za dzień czy dwa już wiemy: wykorzystał nas. I wtedy trzeba mu to powiedzieć. Mężczyźni też mogą nie wiedzieć, że wykorzystali. Bo ona nie krzyczała, nie płakała i nie mówiła, żeby przestał. A że się trochę opierała, to kobiety przecież tak robią. O właśnie, tego się nas uczy, że jak kobiety mówią „nie”, to myślą „tak”.

Co się dzieje z psychiką i ciałem osoby, która doświadczyła molestowania?
Trochę już o tym mówiłam, takie osoby często, zwłaszcza jeśli do molestowania doszło w dzieciństwie, mają problemy z poczuciem własnej wartości, zgadzają się na rzeczy, które im nie pasują, szybko popadają w zależność od kogoś, kto jest dla nich miły. Nieszczęśliwie się zakochują, mają też problemy ze spaniem, oddychaniem, często też ze zdrowiem fizycznym. Popadają w uzależnienia.

Mówimy o sytuacjach, kiedy z tą traumą się nie pracowało, tylko spychało w nieświadomość…
I czasem dopiero te skutki, te objawy kierują ich do lekarzy i do psychoterapeutów, u których dowiadują się, że to, co przeżywają, to są następstwa molestowania.

Czy przypadki, z którymi spotykasz się na swoich grupach, to dziewczyny, które z tym właśnie problemem do Ciebie przyszły?
Czasami tak, zwykle jednak przychodzą, bo na przykład nie potrafią się dogadać z rodzicami, właśnie się rozstały, nie mogą utrzymać żadnej przyjaźni lub mają problemy ze swoimi dziećmi. Aż tu nagle na grupie ktoś ujawnia doświadczenie molestowania w dzieciństwie czy w małżeństwie i one po chwili mówią: „Ja też”. To, że ktoś przez to przeszedł, że to już przepracował – bardzo pomaga im się otworzyć. Zawsze zastanawia mnie, ile dziewczyn jednak nawet wtedy nie mówi „me too”, mimo że też to znają.

Co jest najważniejsze w procesie gojenia ran po takim zdarzeniu?
Ujawnienie, czyli opowiedzenie tak dokładnie jak się da o tym, co się wydarzyło, bo wtedy wyjmuje się to ze schowka i nie pozwala oddziaływać na nas z ukrycia. Potem ważne jest przyjęcie tego przez innych, które buduje w nas przekonanie, że ludzie nas za to nie potępiają. Spotkało cię coś, co nie było twoją winą, coś, na co nie zasługiwałaś. Po prostu ktoś cię skrzywdził i to on jest winien, nie ty.

A co byś poradziła dziewczynom w sytuacjach, które naruszają je w przestrzeni publicznej? Jak się zachować? Niektórzy mówią: odpłacać pięknym za nadobne. Jak on klepnął w pupę, klepnąć jego.
Najważniejsza jest powaga i zdecydowana reakcja: „Nie życzę sobie”, „Zachowuje się pan w sposób chamski”, „To jest molestowanie”.

Wiele zależy od sytuacji i naszego charakteru. Pewnie, czemu nie, można oddać tym samym albo jeszcze lepiej rzucić taki ładny tekst: „To był pierwszy i ostatni raz, proszę pana, coś się panu chyba w tej ślicznej główce popieprzyło”.

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi” czy „Daj się pokochać, dziewczyno” (wydane przez Wydawnictwo Zwierciadło).

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze