1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Dyslektyk w szkole. Pomóżmy mu odkryć, jakie ma mocne strony, i zaakceptujmy to, czego nie można zmienić

Dyslektyk w szkole. Pomóżmy mu odkryć, jakie ma mocne strony, i zaakceptujmy to, czego nie można zmienić

W dysleksji funkcjonowanie mózgu sprawia, że inaczej pracuje oko, inaczej pracuje ręka, jest inna koncentracja uwagi. To wielki worek, w którym mieszczą się różne trudności. (Fot. iStock)
W dysleksji funkcjonowanie mózgu sprawia, że inaczej pracuje oko, inaczej pracuje ręka, jest inna koncentracja uwagi. To wielki worek, w którym mieszczą się różne trudności. (Fot. iStock)
Mają kłopoty z czytaniem, z pisaniem. I z poczuciem własnej wartości. Tymczasem dzieci z dysleksją są często wybitnie uzdolnione. Jak odkryć i wzmacniać ich mocne strony – podpowiada psychoterapeutka i pedagożka szkolna Agnieszka Lewandowska-Lepak.

Czym jest dysleksja?
To zaburzenia związane z trudnościami w nauce szkolnej. W czytaniu i pisaniu. Uważa się, że przyczyny leżą w funkcjonowaniu układu nerwowego. Diagnozę przeprowadza się zazwyczaj w szkole podstawowej. Kiedyś u dzieci powyżej czwartej klasy, dziś – jeśli wyraźnie widać takie trudności – wcześniej. Zajmuje się tym poradnia psychologiczno-pedagogiczna, a dokument, który wydaje, nazywa się opinią.

Ważne jest, by przeprowadzić diagnozę i mieć opinię, bo…?
Dzieci małe, w nauczaniu początkowym, będą mieć kłopoty z nauką czytania. Uczniowie klas czwartych, piątych czy szóstych będą źle pisać klasówki, bo jeśli nie zrozumieją polecenia, to odpowiedzi będą nieadekwatne. Będą wolniej pracować na lekcji, popełniać błędy interpunkcyjne czy ortograficzne. Jeśli mamy do czynienia z dysortografią, mogą być trudności z głośnym czytaniem przy klasie, dzieci będą myliły słowa. I teraz jeśli mamy wcześnie wydaną opinię, to ściągamy z dziecka ciężar, że jest „głupie” – bo one tak właśnie o sobie myślą. „Jestem głupi, coś ze mną nie tak”.

Ale czy jeśli dziecko ma opinię sporządzoną przez specjalistę, to dla innych dzieci to ma znaczenie? Przecież dalej ma kłopoty, nie rozumie poleceń.
To ma ogromne znaczenie. Bo razem z opinią zaczyna się praca. Zazwyczaj kiedy robi się badania, przeprowadza się też test na inteligencję – i bardzo często okazuje się, że u tych dzieci jest ona wysoka. Zatem jest jednocześnie wysoka inteligencja i coś, co jej przeszkadza wyjść na zewnątrz. Wtedy można dziecku powiedzieć: „zobacz, wcale nie jesteś głupi, masz ogromne możliwości, twoje zdolności idą – na przykład – w kierunku matematycznym czy artystycznym”.

Ale inną rzeczą jest to, co mówimy samemu dziecku, czym innym – jak to odbiera środowisko rówieśnicze. Koledzy przecież widzą, że, powiedzmy: Kasia ma kłopoty z czytaniem.
Zakładamy, że nauczyciel wie, co zrobić z taką opinią, i przestaje traktować naszą Kasię jak leniuszka, przestaje się na nią złościć, kiedy ma problem z koncentracją uwagi, i przestaje oczekiwać, że nad tym zapanuje. Bo często dysleksjom współtowarzyszy właśnie zaburzenie koncentracji uwagi i dziecku trudno złapać nad tym kontrolę. A kiedy nauczyciel to wie, może zastosować taki schemat lekcji, żeby nie wymagać od dziecka niemożliwego, tylko mu pomóc. To jedno.

Drugie – pracujemy z Kasią – ona jest obciążona emocjonalnie i za parę lat, jeśli nic z tym nie zrobimy, będzie mieć depresję. Tłumaczymy jej więc, że jest pełnowartościowa, że wcale nie jest głupia, a wręcz przeciwnie, bo często osoby z dysleksją są wybitnie uzdolnione. Pracujemy też z klasą – tłumaczymy, że są na świecie ludzie, którzy mogą robić dużo błędów ortograficznych, ale mogą być wybitni, wyjątkowi. I że nie potrafią siedzieć w ławce 45 minut, ciało potrzebuje być w ruchu, niektórzy uczą się i łatwo zapamiętują polecenia, a niektórzy mają przeszkody, muszą je pokonać, to wymaga czasu. Pracuje się też z rodzicem, tłumaczy, że nie ma co katować dziecka godzinami, nie ma co się frustrować, że w czwartej klasie nie czyta płynnie. Potrzebne są spokój, cierpliwość i inna metoda pracy.

Mówiła Pani, że problem zaczyna być widoczny, kiedy np. dziecko czyta i nie rozumie. To jest do wyprowadzenia?
W dysleksji funkcjonowanie mózgu sprawia, że inaczej pracuje oko, inaczej pracuje ucho, inaczej współpracuje oko z ręką, inaczej pracuje ręka, jest inna koncentracja uwagi. Dysleksja to jest wielki worek, w którym mieszczą się różne trudności: płynne czytanie, ortografia, interpunkcja, dysgrafia, czytelne pismo.

Oczywiście pracuje się, żeby je zmniejszyć czy zniwelować, ale niektóre osoby nie są w stanie tego wypracować. W pewnym momencie świat nauki doszedł do wniosku, że nie ma sensu męczyć dzieci rzeczami, które nie są niezbędne, by wykonywać dobrze zawód. Jeśli robiliśmy terapię ręki, całego barku, pracowaliśmy nad okiem, nad współpracą oka z ręką i pismo dalej jest nieczytelne, co nasze dziecko mocno frustruje, to przechodzimy na edytor tekstu. Bo powiedzmy sobie otwarcie: kto teraz w pracy musi pisać ręcznie? Jeśli widzimy, że dziecko czyta książkę i nie będzie czytało jej tydzień, jak rówieśnicy, tylko miesiąc i będzie tym zmęczone, to dopuszczamy korzystanie z audiobooków. Jeśli jest problem z ortografią, a dziecko, zapytane o zasady, potrafi je zacytować – to OK. Możemy zamiast dyktanda dać mu wcześniej słowa, żeby się z nimi oswoił i wyjaśnił zasady pisowni – to też jest w porządku. Choć trzeba wiedzieć, że na testach ósmych klas dyslektycy także są oceniani za błędy.

Nawet jeśli mają opinię o dysleksji?
Tak. Tyle że mogą ich popełnić więcej, poza tym punktacja za ortografię jest mała, nie ma wielkiego wpływu na końcowy wynik. Ósmoklasiści mają też wydłużony czas egzaminów – ponieważ potrzebują więcej czasu na czytanie i zrozumienie polecenia, muszą je przeczytać więcej razy, potem jeszcze raz przeczytać pracę i ocenić, czy jest zrozumiała – bo na przykład inaczej odczytują wykresy, mają problem z zapisem pierwiastków czy zaburzony obraz ułamka.

Czyli podejście się zmieniło.
Zmieniło się, choć ciągle jest grupa nauczycieli, którzy uważają, że to tylko kwestia ciężkiej pracy, dziecko ma się nauczyć i koniec. I jest grupa uczniów, którzy wykorzystują opinię, żeby usprawiedliwić coś, co mogliby wypracować, ale nie chce im się tego zrobić. To działa w dwie strony.

Ale regulacje prawne wymuszają zmiany niezależnie od podejścia poszczególnych nauczycieli?
Tak, w opinii są zalecenia i szkoła ma obowiązek je stosować. Czyli to już nie jest dobra wola nauczyciela. W szkołach przeprowadza się szkolenia, dla niektórych nauczycieli to sprawy oczywiste i to przyjmują, ale dalej są tacy, którzy mówią, że to bzdury. Jednak i tak muszą wypełniać zalecenia zawarte w opinii.

Uczniowie mają wydłużony czas pracy także na klasówkach?
Tak, to oczywiście bywa trudne, bo teraz średnio w każdej klasie jest przynajmniej jedno takie dziecko, trzeba zorganizować mu możliwość pisania niekiedy o 1/3 czasu dłużej. To kłopot, bo przecież zaraz jest następna lekcja. A jeśli dzieci piszą kartkówkę, to klasa kończy, a nasz dyslektyk pracuje dalej – i jeśli ma zaburzenia koncentracji uwagi, to nie może się skupić. Ale wszystko jest do zrobienia. Na przykład dziecko pisze w innym gabinecie albo w bibliotece, albo u pedagoga szkolnego.

W każdej klasie dyslektyk? Czy dzieci z zaburzeniami jest więcej czy po prostu częściej robione są diagnozy?
I jedno, i drugie. Większa jest na pewno świadomość nauczycieli i rodziców, jest też zgoda na to, żeby szkoła, jeśli ma osobę przeszkoloną, robiła diagnozę wewnątrzszkolną. Co prawda nie wyda ona opinii, ale może powiadomić radę pedagogiczną, że testy wykazały dysleksję i są zalecenia, do których nauczyciele mają się stosować. Albo wysyła dziecko do poradni po dokument.

A czy jest też tak, że rodzice, kiedy widzą kłopoty z pisaniem czy czytaniem, zgłaszają się po diagnozę niejako „na wyrost”, żeby dziecku było łatwiej?
Testy albo stwierdzą dysleksję, albo nie. Jeśli są trudności, które wynikają z czegoś innego, to wszystko w testach wyjdzie.

Pytam, bo wielokrotnie słyszałam zdanie: „rodzice załatwili mu opinię i teraz może pisać egzamin dłużej niż inni”.
Takim gadaniem robi się z pracowników poradni ludzi niekompetentnych, którzy nie potrafią zdiagnozować dziecka. A z rodziców osoby, które chcą nieuczciwie zdjąć z dziecka odpowiedzialność. Żeby dziecku było lepiej? Oczywiście, przecież nikt nie chce, żeby mu było gorzej. Dyslektycy poświęcają czasem 50 proc. czasu więcej na naukę, są umęczeni, potem mam w gabinecie wiele takich osób z zaburzeniami lękowymi, z niskim poczuciem własnej wartości w okresie dojrzewania.

No ale tu jest konkretny powód. Mówiła Pani, że wszystko zależy od stopnia dysleksji, jeśli jest głęboka, to się wszystkiego nie wyćwiczy. Dzieci idą do liceum, tam są wyższe wymagania, więcej pracy – i większe kłopoty. Co wtedy?
Jeśli mają mądrych rodziców, którzy nie cisną na oceny, którzy prowadzą dziecko drogą akceptacji, nie walczą z rzeczami, które nie są tego warte, szukają mocnych stron i je umacniają – będzie dobrze. Często te dzieci są uzdolnione językowo, plastycznie, są bardzo kreatywne. Mózg dyslektyka działa inaczej, nie potrafi porządkować liter, ale myśli obrazami – a słowa w języku polskim nie są obrazami. Ale dzięki temu, że myślą obrazami, rozwijają wyobraźnię. Jest wielu twórców, którzy są dyslektykami.

Chodzi o to, żeby znaleźć mocną stronę dziecka i akceptować to, czego nie da się zmienić. Czasem nie warto walczyć o szóstkę z jakiegoś przedmiotu, tylko przyjąć z uśmiechem trójkę.

Lepsza trójka niż zaburzenia lękowe.
A one też są w przypadku dzieci z dysleksją codziennością. Niestety. A w okresie dojrzewania: piąta, szósta klasa – zaczyna się lęk społeczny. Nie wolno „donosić” dorosłym: to, co w klasie, musi tam zostać; z drugiej strony w szkołach często mamy wysoki poziom agresji, przemoc, lęk przed odrzuceniem, wyśmianiem. I kiedy zaczyna się okres dojrzewania, lęk społeczny się wzmaga. Zależy mi na tym, żeby nie zostać odrzuconym, a jak to się stanie, to koniec świata – i teraz mamy dyslektyka w szóstej klasie i nauczyciela, który nie został poinformowany o jego sytuacji – i na przykład prosi o czytanie na głos polecenia. Takie sytuacje rodzą problemy.

Te dzieci mają ciężko. Musi być praca i rodziców, i szkoły, żeby pewne rzeczy zaakceptować, żeby tłumaczyć: ty masz takie trudności, ktoś inny ma inne, twoje są widoczne, ale masz też zdolności, na nich się skupmy. Na twojej wartości.

Czy sytuacja dzieci dyslektycznych zmienia się dziś na plus?
Tak. Mnie się teraz pracuje dużo lepiej, choć czasem jestem zdziwiona, że są nauczyciele, którzy kiedy słyszą o dysleksji, to mają pianę na ustach. Ale jednak kiedy jest diagnoza, są dokumenty, rozporządzenia, to już o tym nie dyskutujemy, pewne rzeczy zostały ustalone prawnie i stosujemy się do tego.

Czy zdarza się, żeby dziecko diagnozę miało stawianą dopiero w szkole średniej?
Zdarza się, ale coraz rzadziej. Spotykam takie dzieci, mam w gabinecie młodych ludzi, słyszę, że są trudności w szkole. Kiedy zadaję pytania rodzicom, okazuje się, że nic się w kierunku diagnozy na wcześniejszych etapach nauki nie działo – a to uczniowie drugiej, trzeciej klasy liceum. Są dzieci, które włożyły ogromną pracę w to, żeby był efekt, a nikt tego nie widział. Albo odwrotnie – mają etykietkę leniwych, takich, którym się nie chce przyłożyć. Warto szukać pomocy na wcześniejszym etapie. Kiedy tylko zobaczymy, że dzieje się coś niepokojącego.

Agnieszka Lewandowska-Lepak, pedagożka, psychoterapeutka poznawczo‐behawioralna z ponad 20-letnim doświadczeniem. Specjalizuje się w zaburzeniach lękowych, fobiach, mutyzmie wybiórczym.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze