1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Pozytywne myślenie - jak nauczyć się optymizmu?

Pozytywne myślenie - jak nauczyć się optymizmu?

Badania wskazują, że optymizm jest w jakimś stopniu wrodzony. Jednak optymistycznie zakłada się, że jest też możliwy do nauczenia. (Fot. iStock)
Badania wskazują, że optymizm jest w jakimś stopniu wrodzony. Jednak optymistycznie zakłada się, że jest też możliwy do nauczenia. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
I optymistów, i pesymistów spotyka taka sama ilość złych czy dobrych zdarzeń. Różnica polega na postrzeganiu. Udowodnił to w swoich badaniach Amerykanin Martin Seligman, twórca nowej psychologii pozytywnej. Jak zaprosić do swojego życia pozytywne myślenie?

Zarówno optymistów jak i pesymistów spotyka taka sama ilość złych czy dobrych zdarzeń. Różnica polega na postrzeganiu. Udowodnił to w swoich badaniach Amerykanin Martin Seligman, twórca nowej psychologii pozytywnej.

Jak zaprosić do swojego życia pozytywne myślenie? Z pewnością warto zwrócić uwagę na kilka czynników. Przede szystkim: jaką zaspokajamy potrzebę, gdy zamartwiamy się lub narzekamy, co nam to daje? Jakie stosujemy skróty myślowe i schematy? Czy nasze myśli często wybiegają w przyszłość?

Narzekanie i zamartwianie często są sposobem asekuracji. Kobiety np. przewidują, co się może zdarzyć, bo chcą w ten sposób uprzedzić zagrożenia. Poza tym my, kobiety, niebezpieczeństwom stawiamy czoła emocjonalnie, a stąd prosta droga do zamartwiania się. Mężczyźni tymczasem bardziej skupiają się na działaniu niż na sferze odczuć.

Narzekanie z kolei może wynikać z tego, że kobiety chcą sprostać wszystkim swoim powinnościom. A są nimi mocno obciążone. Wiadomo, jak trudne jest chociażby połączenie życia zawodowego z rodzinnym. Często mamy problem z powiedzeniem, że coś nas nie interesuje, że jakichś oczekiwań nie będziemy spełniać. Nie potrafimy również powiedzieć, że czegoś chcemy, bo to jest dla nas ważne. Mamy zwykle kłopot z wyborem. Wynika to m.in. ze zmęczenia (w końcu doba ma tylko 24 godziny). Mężczyźni łatwiej wybierają i skuteczniej koncentrują się na wykonywaniu zadania. Kobiety mają zdolność jednoczesnego myślenia o wielu rzeczach, co bez wątpienia obciąża układ nerwowy. Pojawiają się stany bezsilności... i wtedy zaczyna się narzekanie. Wydaje nam się, że jak sobie ponarzekamy, będzie nam lżej. Jesteśmy zmęczone, bezsilne, złe, to narzekamy, bo mamy nadzieję, że uwolnimy się od emocji, które się w nas nagromadziły.

Tymczasem podobno jesteś tym, co myślisz...

U podłoża emocji zawsze są określone myśli. Myślimy na przykład w ten sposób: „Ojej, muszę iść do pracy, mam dzisiaj mnóstwo spotkań”. Skutkiem takiej myśli jest niepokój, nawet zdenerwowanie. Żeby nie doświadczyć tych emocji, warto zmienić sposób myślenia i powiedzieć sobie np. „Jak to dobrze, że mam pracę. Mam dzisiaj dużo spotkań, trochę się tego boję, ale będę miała okazję poznać nowych ludzi, może coś nowego wniosą do mojego życia”. Gdy ogarniają nas nieprzyjemne emocje, warto zastanowić się, co bym chciała czuć w danym momencie (na przykład: wyjść w dobrym nastroju do pracy, radować się, czuć podekscytowanie). Wówczas świadomie zmieniamy frustrujące myślenie na konstruktywne, dające szansę zmiany samopoczucia. Jest to przekierunkowanie myśli na drugą stronę. Szklanka, do połowy pusta, zapełnia się.

Nauka pozytywnego myślenia

Na drodze pozytywnego myślenia warto pozbyć się szkodliwych schematów myślowych oraz irracjonalnych przekonań, których nie zawsze jesteśmy świadomi. Prosty przykład? - „Nigdy mi się nic nie udaje”. Jeśli ktoś tak uważa, jest małe prawdopodobieństwo, że podejmie konstruktywne działania. Nie da sobie szansy na sprawdzenie tego, że coś mu się jednak uda. Albo: „Ludzie są źli”, „Świat jest niesprawiedliwy”. Takie przekonania budzą poczucie zagrożenia, w wyniku których atakujemy lub wycofujemy się z kontaktów z ludźmi. Atak uruchamia w drugim człowieku obronę, odpowiada on wówczas atakiem. I potwierdza się, że ludzie i świat są groźni. Mówi się, że to samosprawdzająca się przepowiednia, a w tym nie ma nic magicznego. Ludzie po prostu mają przekonania, które potwierdzają poprzez swoje działanie. I tak powstaje błędne koło.

Dlatego do wnętrza warto zapraszać dobre myśli. Zamiast mówić, że świat jest zły, zastanów się co dobrego cię spotkało od innych ludzi. Jeśli się podrąży, można niejedno znaleźć. Albo odpowiedz sobie na pytanie „Co mi się ostatnio udało?”. Nie muszą to być jakieś wielkie osiągnięcia, ale właśnie drobnostki budują życie. Można ucieszyć się z tego, że nie zdenerwowałam się, rozmawiając z nielubianą koleżanką albo asertywnie powiedziałam „nie” szefowi. Cuda mogą zdziałać małe przyjemności. Poranna kawa, pół godziny spokoju w swoim pokoju, kąpiel, pomalowanie paznokci, w ogóle poświęcenie czasu swojemu ciału. Rozmowy z przyjaciółką, ale nie o pracy, nie o domu, nie o dzieciach, tylko o sobie. O tym co nas smuci, cieszy, co czasami boli. Warto mówić o uczuciach .Już samo to, że mówimy, co czujemy może uwolnić nas od złych emocji. Ważne, żeby dawać sobie do nich prawo. Przyjmijmy podstawową zasadę - nie ma uczuć złych i dobrych. Wszystkie są dobre, bo nasze. Dajmy sobie prawo do odczuwania smutku, złości, rozgoryczenia. Akceptujmy to, co czujemy. Dając sobie prawo do odczuć, musimy zwracać uwagę na to, jak je wyrażamy, by nie ranić innych. Jeżeli nazwiemy je, nie powinny przeobrazić się w zachowania godzące w drugiego człowieka. Mamy czas, by uwolnić się od nich.

Czy optymizm jest dla każdego?

Badania wskazują, że optymizm jest w jakimś stopniu wrodzony. Jednak optymistycznie zakłada się, że jest też możliwy do nauczenia. Nasz mózg jest przecież plastyczny, wiele można z nim zrobić. Czarodziejskich sposobów nie ma. Chodzi o to, żeby zmieniło się nasze nastawienie, a to wiąże się z umiejętnością życia chwilą, myślenia tylko o teraźniejszości. Jeżeli się w kółko myśli o tym, co było i o tym, co będzie to nigdy się nie jest tu i teraz, w tej chwili. To tak jakby w jednej chwili żyć trzema życiami.

Najlepiej żyć chwilą, ale mamy taką skłonność, że nasze myśli często wybiegają w przyszłość. Dlatego dobrze myśleć o niej z nadzieją, wiarą, ufnością. Jak to robić? Nie ma prostych recept. Na ziemię (w dobrym znaczeniu) skutecznie sprowadza nas myślenie celami i działanie krok po kroku. Zastosowanie tej metody w życiu codziennym, sprawia że realizacja konkretnego zadania przybliża nas do "wymarzonej" przyszłości. W konsekwencji optymistyczniej na nią patrzymy i możemy pozbyć się lęków z nią związanych. To działa w ten sposób, że jak coś robię, to mam poczucie że to zależy ode mnie. Wtedy jestem silniejsza. Przyszłość dotyczy celów, określenia czego chcemy. O przyszłości trzeba myśleć pozytywnie. Mieć cel, który chcemy osiągnąć kiedyś, ale myśląc tu i teraz. Wyznaczamy sobie na przykład dalekosiężny cel dotyczący kariery, ale realizujemy go krokami. Zaczynamy od tego, że zapisujemy się na przykład na konkretne szkolenie. Chcemy wychować szczęśliwe dziecko? Dzisiaj porozmawiajmy z nim, bo przyszło z przedszkola w złym nastroju. Jak się coś zrobi, można poczuć się fantastycznie. Nie ma poczucia zaniedbania, winy, nie ma też miejsca na przewidywanie.

Każdemu może przytrafić się nieszczęście bądź zdarzenie szczęśliwe. Tylko, że optymista podejmuje więcej prób i dlatego ma większe szanse powodzenia. Pesymista ich nie podejmuje, ponieważ uważa że nie warto. U podłoża tkwi sposób wyjaśniania świata, zjawisk. Seligman w książce „Prawdziwe szczęście” pisze o tym, że możemy ćwiczyć swój optymizm w różnych dziedzinach życia. Ważny jest również ten dotyczący przeszłości. Błędem jest myślenie o sobie, że na przykład skoro zostałam wychowana na chorą perfekcjonistkę, to już przez całe życie będę się z tym męczyć. Każdy z nas ma jakieś doświadczenia z dzieciństwa, czasem trudne. Tu chodzi o zmianę przekonań. Jeśli pomyślimy sobie - matka to człowiek, który popełniał błędy i któremu można wybaczyć, uwolnimy się od złych emocji. Ale nie jest to proste. Bo jedno - to sprawa myślenia, drugie - sprawa przeżycia. Konsultacja: Gabriela Kalinowska, socjoterapeutka, trenerka warsztatu umiejętności psycho-społecznych.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Chcesz zmienić swoje życie? Zmień myślenie

(Fot. materiały partnera)
(Fot. materiały partnera)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Kiedy mówisz „muszę”, wyzwalasz swoje lęki, zrzucasz na siebie niechcianą odpowiedzialność, wywierasz presję, która odbiera ci wolną wolę. Wypowiadając „ale”, w zasadzie odwołujesz wszystko, co zostało powiedziane wcześniej. - Zmień nawyki językowe i zacznij opowiadać o sobie tak, jakby nie było dla ciebie rzeczy niemożliwych - przekonuje Thimon Von Berlepsch w książce "Jak kierować myślami. O mocy hipnoterapii i odzyskiwaniu kontroli nad życiem" i pokazuje, jak zmiana myślenia może zmienić życie.

Thimon Von Berlepsch , autor książki 'Jak kierować myślami. O mocy hipnoterapii i odzyskiwaniu kontroli nad życiem' (Fot. Random House - Carsten Sander) Thimon Von Berlepsch , autor książki "Jak kierować myślami. O mocy hipnoterapii i odzyskiwaniu kontroli nad życiem" (Fot. Random House - Carsten Sander)

Wypowiadamy wiele słów, które działają jak zaklęcia. Mówimy: „nie umiem tego zrobić”, „zawsze mam problem z…”, „próbowałem, ale mi się nie udało” i skazujemy się na porażkę. Następnym razem nie podejmiemy się tego zadania, choć w zasadzie nie poświęciliśmy wystarczająco dużo energii i czasu by je wykonać. Nie tylko zawodowo, ale i prywatnie.

Thimon Von Berlepsch przekonuje, że można odzyskać kontrolę nad życiem zmieniając sposób opowiadania o nim. Ważne są nie tylko te słowa, które słyszymy od innych, ale przede wszystkim te, którymi określamy siebie. Choć autor jako najskuteczniejszą z metod zmiany swojego myślenia wskazuje na autohipnozę, zawarł w książce również wiele cennych rad, które warto wprowadzać w życie od teraz. Prawda - wyjęte z kontekstu mogą brzmieć jak frazesy („porzuć negatywne myślenie”, „niemożliwe uczyń możliwym”, „weź za siebie odpowiedzialność”, „skończ z pustymi obietnicami”), ALE nabierają sensu, kiedy poznamy mechanizmy zachodzące w mózgu podczas wdrażania ich w życie.

(Fot. Unsplash) (Fot. Unsplash)

Niemiecki coach i hinotyzer tłumaczy nam też, skąd bierze się czarnowidztwo i przygotowanie na najgorszy scenariusz. Ponieważ trudno jest oszukać ewolucję, bardziej nastawiamy się na wyszukiwanie zagrożeń niż na dostrzeganie pozytywów. A przecież tak tygrysa szablozębnego już nam nie grozi… Aby pozbyć się lęku można modyfikować myślenie, zachowanie, odczucia i przeświadczenia – zarówno te pierwotne, jak i te, których nabraliśmy w dzieciństwie.

„Świadomie jesteś w stanie przetwarzać od pięciu do dziewięciu nowych informacji na sekundę. Wydaje ci się, że to dużo? Podświadomie przetwarzasz ich aż 2,3 miliona na sekundę” – pisze Thimon Von Berlepsch. Odbierając tak wiele bodźców możesz wpadać w pułapki. Na przykład negatywnej autohipnozy nieświadomej, która odpowiedzialna jest za destrukcyjne nastawienie. Jak sobie z nią poradzić – odpowiedzi znajdziesz w książce "Jak kierować myślami. O mocy hipnoterapii i odzyskiwaniu kontroli nad życiem".

'Jak kierować myślami. O mocy hipnoterapii i odzyskiwaniu kontroli nad życiem' "Jak kierować myślami. O mocy hipnoterapii i odzyskiwaniu kontroli nad życiem"

  1. Psychologia

Wymykaj się lękowi, żyj swoim życiem i celebruj pozytywy

Celebrowanie oznacza wykonywanie czynności, które potwierdzają i wzmacniają dobre rzeczy w naszym życiu. (Fot. iStock)
Celebrowanie oznacza wykonywanie czynności, które potwierdzają i wzmacniają dobre rzeczy w naszym życiu. (Fot. iStock)
Lęk dotyczy problemów. Może wiązać się z przeszłością, teraźniejszością lub przyszłością, ale zawsze polega na zamartwianiu się tym, co w życiu idzie nam nie tak. To koleina, w której brniemy. Możesz się z niej wydostać, jeśli odnajdziesz w życiu rzeczy, które osłabiają lęk, i nauczysz się je celebrować.

W tym celu musisz przenieść uwagę z sytuacji wywołujących lęk na pozytywne aspekty twojej codzienności. Dostrzeganie pozytywów lub przyjemnych, wolnych od lęku myśli to ważny pierwszy krok na tej drodze. Pomaga nam od nowa nauczyć się myśleć i czuć. Doskonałym sposobem jest tworzenie listy lub kolekcji przedmiotów, które nie wzbudzają w tobie lęku. Mogą to być konkretne osoby lub sytuacje albo czynności, na przykład porządkowanie w szufladach, czytanie czy jogging. Zapisując je, zyskujesz materialne narzędzie, które pomaga ci przypomnieć sobie to, co dobre. Ponieważ jednak lęk bywa w nas silnie zakorzeniony, trudno może być go wyeliminować samym pisaniem. Zwykle trzeba dodać do tego celebrowanie.

Celebrowanie oznacza wykonywanie czynności, które potwierdzają i wzmacniają dobre rzeczy w naszym życiu. To pomaga nam uwierzyć w dobro i nie stracić go z oczu. Choć nasz mózg charakteryzuje się negatywnym nastawieniem, ma też ośrodek samonagradzania, który zachęca nas do koncentrowania się na pozytywach. Kiedy zrobimy coś, nawet małą rzecz, żeby uczcić przyjemne aspekty życia, mózg aktywuje wydzielanie dopaminy, potężnego hormonu szczęścia, która zwalcza hormony stresu i lęku, m.in. kortyzol. Doświadczamy przypływu szczęścia i energii, które zaczynają przeganiać lęk.

Celebrowanie może mieć wiele najróżniejszych form. Wypróbuj podane sposoby lub wymyśl coś własnego.

  • Brodzenie po kałużach.
  • Zjedzenie zdrowej przekąski.
  • Podskoki.
  • Gra w klasy.
  • Rysowanie kredą.
  • Czytanie.
  • Delektowanie się kawą lub herbatą.
  • Śpiew.
  • Zabawa ze zwierzątkiem domowym.
  • Wycieczka na łono natury.
Celebrowanie tego, co w życiu pozytywne, zmniejsza lęk i daje nam poczucie lekkości, zadowolenia i spokoju psychicznego.

Fragment książki „Jak żyć bez lęku. 101 sposobów, aby uwolnić się od niepokoju, fobii, ataków paniki.” Książka prezentuje plan, który pomoże Ci uwolnić się od pułapki, jaką jest życie w ciągłym napięciu. Pracując nad kontrolowaniem swoich obaw i poprawą jakości życia, pamiętaj, aby żyć chwila za chwilą. Żyć spokojnie, „po kawałku”, to jeden z najlepszych sposobów na pokonanie lęku.

  1. Kultura

"Niczego nie żałuję!" - Anthony Hopkins o filmie "Ojciec", trzeźwości i pozytywnym podejściu do życia

"Trzeba kochać życie, nie brać wszystkiego ze śmiertelną powagą, ale oczywiście robić swoje, jak najlepiej się przy tym bawiąc. I nigdy się nie poddawać!" - mówi Anthony Hopkins. (Fot. Zuma Press/Forum)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
W grudniu skończył 83 lata, jednak zamiast robić gorzkie podsumowania, radośnie wyznaje: „Niczego nie żałuję! Nie żałuję gniewu, nie żałuję picia”. Anthony Hopkins patrzy pogodnie zarówno na swoją przeszłość, jak i przyszłość. I robi tylko to, co sprawia mu przyjemność.

Mówi się o panu jako o oscarowym pewniaku. To w związku z kreacją w filmie „Ojciec” w reżyserii Floriana Zellera. Czuje pan oscarową ekscytację?
Nie można traktować tego zbyt poważnie… Byłem wielokrotnie nominowany. Owszem, lubię pochwały, ale tak naprawdę ich nie potrzebuję. Nie tęsknię za tym. Po prostu wykonuję swoją pracę, która zawsze dawała i wciąż daje mi radość. Te wszystkie statuetki i nagrody to tylko bonus. Zawsze powtarzam sobie: „Nie oczekuj niczego. Będzie, co ma być”.

W „Ojcu” gra pan starego człowieka, który cierpi na demencję, ale uporczywie odmawia pomocy, zapewniając, że doskonale radzi sobie z codziennością, czemu przeczą obrazy, które oglądamy. Czy to prawda, że kreując tę postać, miał pan przed oczami własnego ojca?
Sam nie mam na razie żadnych doświadczeń z demencją, ale mogę sobie wyobrazić strach, gniew, pustkę i smutek związane z byciem w takim stanie. Coś takiego stało się z moim ojcem pod koniec życia. Doświadczył spowolnienia, miał chorobę serca, za dużo palił i pił. Cierpiał na depresję, był sfrustrowany życiem. Jednak mimo to był dobrym człowiekiem, bardzo go kochałem. Nauczył mnie, jak być twardym, silnym, bezkompromisowym, a to część mojej natury. Nie byłbym może aktorem, gdybym taki nie był. Ostatnio uderzyło mnie, jak wiele z ojca jest we mnie.

W filmie 'Ojciec' Anthony'emu partneruje Olivia Colman. Jej kreacja też jest najwyższej próby. (Fot. BEW Photo) W filmie "Ojciec" Anthony'emu partneruje Olivia Colman. Jej kreacja też jest najwyższej próby. (Fot. BEW Photo)

Skoro rozmawiamy o ludzkich słabościach… Słynie pan z fenomenalnej pamięci, co pomaga w zawodzie aktora, a jednocześnie w pana przypadku, paradoksalnie, ma związek z chorobą Aspergera, czyli lekką formą autyzmu. Czy możemy o tym porozmawiać?
Ależ oczywiście. Moja pamięć jest wciąż taka sama, ale pracuję nad nią. Jeśli nie mam w danej chwili żadnych kwestii do nauczenia się, to wkuwam na pamięć trudne wiersze. I przez to nie wychodzę z wprawy. Trzeba pracować nad wszystkim. Dziś patrzę na ludzi inaczej niż przed laty. Lubię dekonstruować, rozkładać postać na czynniki pierwsze, zastanawiać się, co ją tworzy, a moje spojrzenie nigdy nie jest takie samo jak innych. Nie chodzę na przyjęcia, nie mam wielu przyjaciół, jestem raczej samotnikiem. Ale lubię ludzi, lubię zastanawiać się, co myślą.

Steven Spielberg podczas realizacji filmu „Amistad” nie mógł uwierzyć, że był pan w stanie zapamiętać od razu siedmiostronicowy monolog i powiedzieć go w jednym ujęciu w scenie rozprawy w sądzie.
No cóż… (śmiech) Tak naprawdę było! Po tym epizodzie Steven przestał zwracać się do mnie per „Tony”, co prywatnie bardzo lubię. Zaczął odtąd używać formy sir Anthony, za którą nie przepadam. To mnie krępuje, ale on się uparł.

To tylko przypomnę, że ten tytuł szlachecki przyznała panu królowa Elżbieta II właśnie głównie dzięki roli Hannibala Lectera w „Milczeniu owiec”. Ciekawi mnie, czy rola Lectera ciągle pana prześladuje?
I tak, i nie. Z jednej strony dopiero dzięki „Milczeniu owiec” zaistniałem na dobre w świadomości Amerykanów jako aktor kinowy. Poza tym żaden z moich poprzednich filmów, realizowanych wcześniej w Anglii, a potem w Stanach Zjednoczonych, nie odniósł na tyle wielkiego sukcesu, bym mógł porzucić teatr, gdzie zarabiałem na utrzymanie. Nigdy nie czułem się dobrze na scenie. Nie mam do tego odpowiedniego temperamentu ani osobowości. Myśl, że miałbym spędzić resztę życia, grywając w sztukach Szekspira, wydawała mi się wystarczającym powodem, by podciąć sobie gardło.

Mam w to uwierzyć?
Tak, bo w głębi duszy jestem filistrem i umiem się do tego przyznać. Z drugiej strony jeszcze przez długi czas po premierze „Milczenia owiec” nie mogłem spokojnie jadać lunchów czy kolacji na mieście. Kelnerzy, z których wielu w Hollywood to dorabiający aktorzy, nie szczędzili mi pytań w rodzaju: „A może móżdżek?” i prześcigali się w cytowaniu całych dialogów z filmu. Ludzie nawet dziś bardzo emocjonalnie reagują na Lectera. Myślę, że to była świetnie napisana rola i miałem wielkie szczęście, że udało mi się ją zagrać. Ja tylko przełożyłem ją na język kina.

Dlaczego reżyser Jonathan Demme wybrał właśnie pana?
Miałem naprawdę poważną konkurencję. O rolę Lectera starali się m.in. John Hurt, Christopher Lloyd, Dustin Hoffman, Jack Nicholson i Robert De Niro. Niezłe towarzystwo, prawda? Podobno wybór padł na mnie, człowieka wtedy bez nazwiska, ponieważ Jonathan był pod wrażeniem mojego występu w „Człowieku słoniu” Davida Lyncha. Grałem tam szlachetnego lekarza, a on chciał zobaczyć, jak poradzę sobie z bohaterem zdecydowanie negatywnym.

Jak zabrał się pan do Hannibala?
Gdy tylko zobaczyłem scenariusz, wiedziałem, że to coś absolutnie niezwykłego! To był instynkt, bo nigdy nie słyszałem o książce Thomasa Harrisa. Pamiętam pierwsze spotkanie z Jodie Foster w Nowym Jorku, kiedy mieliśmy przeczytać cały scenariusz. Właśnie zdobyła Oscara, a ja pozostawałem pod wrażeniem tej wspaniałej młodej aktorki. Byłem trochę onieśmielony. Nie zdawałem sobie sprawy, że czuła to samo!

Zacząłem studiować biografie i akta seryjnych morderców. Odwiedzałem więzienia. Oglądając taśmy skazanego mordercy Charlesa Mansona, zauważyłem, że nigdy nie mrugał oczyma. I to przejąłem w mojej roli. Pamiętam, jaka dyskusja rozgorzała na temat brutalności tego filmu. On obnażył polityczną poprawność i hipokryzję. Hannibal Lecter to projekcja naszego zbiorowego świata cieni. Wielcy pisarze, tacy jak Szekspir, widzieli piękno ludzkiej duszy, ale widzieli też jej bezdenną brutalność, drzemiącą w tobie, we mnie i w nas wszystkich.

Rola Hannibala Lectera przyniosła aktorowi jedynego dotąd Oscara. (Fot. BEW Photo) Rola Hannibala Lectera przyniosła aktorowi jedynego dotąd Oscara. (Fot. BEW Photo)

Wciąż lubi pan rozmawiać o Lecterze, ale w pana karierze pojawiły się także inne wspaniale postaci. Jedną z nich jest kamerdyner w „Okruchach dnia”. Do których kreacji najchętniej powraca pan we wspomnieniach?
Stevens z „Okruchów dnia” w imię absurdalnie pojmowanej lojalności wobec swojego chlebodawcy rezygnuje z własnego szczęścia i niezależności. Trudno to pojąć, ale bycie perfekcyjnym służącym stanowi sens jego życia. Obawiam się, że takich ludzi jak mój bohater jest wbrew pozorom bardzo wielu.

Nie potrafię wymienić mojej ulubionej roli. Mogę za to powiedzieć o jednej z najtrudniejszych. To był Nixon w filmie pod tym samym tytułem. Zagranie amerykańskiego prezydenta było wielkim wyzwaniem dla wyobraźni. Kiedy Oliver Stone zaproponował mi tę rolę, najpierw odmówiłem. Wtedy przyjechał do mnie do Londynu i stwierdził: „Chcę, żebyś to ty zagrał, bo powiedziałeś w jednym z wywiadów, że czujesz się jak outsider”. Miałem do wyboru udział w nudnym, ale bezpiecznym serialu dla BBC albo pracę z szalonym Stone'em, która mogła zakończyć się wielką klapą lub wielkim sukcesem. Zaryzykowałem i było warto.

Oprócz kina artystycznego grywa pan chętnie w superprodukcjach. Myślę o takich megahitach jak „Transformers: Ostatni Rycerz”, kolejna odsłona serii o Thorze z pana udziałem. Wcześniej był „Beowulf”, „Wilkołak”, „Westworld”. Czy to nie jest trochę rozmienianie się na drobne?
Aktor jest człowiekiem do wynajęcia. Uważam, że w każdej roli i w każdym gatunku kina można znaleźć dla siebie twórczą przestrzeń. Na przykład rola doktora Forda w „Westworldzie” była bardzo skomplikowana i niekonwencjonalna. Oczywiście jest tutaj także miejsce na zabawę i rozrywkę. Taki płodozmian dobrze robi. No i nie będę ukrywał, że za udział w filmach fantasy i w kinie akcji gaże aktorskie są większe. Ważne, by nie specjalizować się tylko w jednym gatunku.

Mówi pan o tym tak, jakby to nie było nic nadzwyczajnego.
Bo nie robię nic nadzwyczajnego. Co innego kierowca karetki pogotowia czy lekarz. Od ich pracy zależy ludzkie życie. Tymczasem ja zostałem aktorem dlatego, że niczego innego nie potrafiłem robić. Z pewnością nie należę jednak do aktorów, którzy pomiędzy zdjęciami nie wychodzą z roli. To tylko film.

Nie zawsze pan tak myślał o aktorstwie, prawda?
Kiedy byłem młody i zacząłem odnosić pierwsze sukcesy, przyznaję, trochę mi odbiło... Nie, nie w tym sensie, że nagle uwierzyłem w swoją wielkość. Mój problem polegał na zbyt wygórowanych ambicjach i przesadnej perfekcyjności. Zachowywałem się okropnie na próbach. Doprowadzałem reżyserów do szału. Pamiętam przedstawienie „Makbeta” na West Endzie, gdy zszedłem ze sceny w połowie spektaklu, bo wydawało mi się, że to, co robię, nie ma sensu. Dzisiaj wiem, że to było głupie, szczeniackie i nigdy bym sobie na coś podobnego nie pozwolił. Do tego wszystkiego dużo piłem. Nie mogłem poradzić sobie z własną popularnością.

Jest pan wyjątkowym rozmówcą. Sławni aktorzy jak ognia unikają poruszania tematów swoich uzależnień. Tymczasem pan całkiem niedawno, bo w swoje urodziny, ogłosił wszystkim, że świętuje właśnie 45 lat życia w trzeźwości.
Ale mówię o tym dlatego, że udało mi się z tego wyjść. Udowodniłem, że to jest możliwe. W pewnym momencie życia, 45 lat temu, znalazłem się na dnie. Wypijałem po butelce meksykańskiej tequili dziennie, po której miewałem halucynacje. Wydawało mi się na przykład, że jestem Janem Chrzcicielem i rozmawiam z morzem, a w nocy lunatykowałem. To nie są przyjemne wspomnienia, ale nie żałuję tego  i nie udaję, że byłem kimś innym. Te doświadczenia bardzo mnie wzbogaciły. Jako człowieka i aktora. Wprawdzie moja żona nadal uważa mnie za wariata, ale z wiekiem złagodniałem.

'Popełniłem w życiu bardzo dużo błędów. Ale czy ich żałuję? Nie. Niczego nie żałuję! Nie żałuję gniewu, nie żałuję picia' - wyznaje Anthony Hopkins. (Fot. Armando Gallo/Zuma Press/Forum) "Popełniłem w życiu bardzo dużo błędów. Ale czy ich żałuję? Nie. Niczego nie żałuję! Nie żałuję gniewu, nie żałuję picia" - wyznaje Anthony Hopkins. (Fot. Armando Gallo/Zuma Press/Forum)

Czy po zagraniu ponad stu ról teatralnych i filmowych aktorstwo jeszcze pana pociąga?
Tak, jeśli trafię na dobry scenariusz i reżysera, który wie, czego chce. Jednak stałem się bardziej wybredny, niż kiedyś. Przez wiele lat przyjmowałem prawie wszystkie propozycje. Bałem się, że jeśli odmówię, to już nigdy nikt do mnie nie zadzwoni. Za to teraz kiedy przestałem czekać na telefon, ciągle dzwonią...

Za namową Stelli, mojej żony, powróciłem też do muzyki i malarstwa, które kiedyś zarzuciłem. Jeśli więc któregoś dnia skończy się popyt na mnie jako aktora, jakoś to przeżyję. Od dziecka grałem amatorsko na pianinie, ale wydawało mi się, że nie mam dość talentu, by pójść tą drogą. Wiele lat temu odkryłem radość komponowania. Ścieżka dźwiękowa do filmu „Sierpień” to moje dzieło. Coraz bardziej pochłania mnie malowanie. Oczywiście nigdy nie będę Picassem, którego też zresztą zagrałem w filmie, ale tak jak on nauczyłem się czerpać radość z wolności, jaką daje twórcza ekspresja. Na przykład uwielbiam jasne kolory. Chętnie maluję twarze. Jestem pod wielkim wpływem Oskara Kokoschki i Francisa Picabii. Malowanie zajmuje mi dużo czasu, ale nie jest to żmudne. Niekiedy robię przerwę i wracam do obrazu dopiero kilka tygodni później. Niektórych w ogóle nie kończę. Ponieważ jestem nadpobudliwy, bywa, że zaczynam trzy obrazy naraz. Eksperymentuję z olejami, akrylem i tuszem, czasem po prostu wszystko mieszam. Niedawno sprzedałem kilka prac, przeznaczając dochód na cele dobroczynne. Dziś maluję i gram na pianinie dla czystej przyjemności.

Jest pan człowiekiem szczęśliwym?
Tak, bo to, co robię, uszczęśliwia mnie. Nie stawiam sobie żadnych nowych wyzwań. Żyję chwilą. Szkoda, że człowiek dopiero w dojrzałym wieku odkrywa, że tracił czas i energię na tak nieistotne rzeczy, jak udowadnianie światu, że jest dobrym aktorem. Trzeba kochać życie, nie brać wszystkiego ze śmiertelną powagą, ale oczywiście robić swoje, jak najlepiej się przy tym bawiąc. I nigdy się nie poddawać! Popełniłem w życiu bardzo dużo błędów. Ale czy ich żałuję? Nie. Niczego nie żałuję! Nie żałuję gniewu, nie żałuję picia. Życie może być pełne bólu, bywa i tak. Moje motto to: przejść nad tym do porządku dziennego, wziąć się w garść oraz robić wszystko najlepiej i najdłużej, jak się tylko potrafi.

Anthony Hopkins przyszedł na świat 31 grudnia 1937 roku w Margam, na przedmieściach walijskiego miasteczka Port Talbot. Ma na koncie wiele znakomitych ról teatralnych i filmowych. Zagrał m.in. w takich filmach, jak „Powrót do Howards End”, „Wichry namiętności”, „Joe Black” czy „Dwóch papieży”.

  1. Psychologia

Martwiąc się o bliskich, odbierasz im siłę. Zacznij w nich wierzyć

Ciągłe martwienie się na zapas dla części osób jest czynnością nawykową, niepostrzeżenie zaburzającą poczucie szczęścia i racjonalnego myślenia. Nadmiernie zamartwiający się ludzie dźwigają niepotrzebny ciężar, którym często obarczają też bliskich. (Fot. iStock)
Ciągłe martwienie się na zapas dla części osób jest czynnością nawykową, niepostrzeżenie zaburzającą poczucie szczęścia i racjonalnego myślenia. Nadmiernie zamartwiający się ludzie dźwigają niepotrzebny ciężar, którym często obarczają też bliskich. (Fot. iStock)
Zamartwianie się to modlitwa o to, czego nie chcesz – powiedziała kiedyś psycholog Doreen Virtue. Racja! Dlatego zamiast martwić się o bliskich, kochajmy ich i zacznijmy w nich wierzyć.

Ciągłe martwienie się na zapas dla części osób jest czynnością nawykową, niepostrzeżenie zaburzającą poczucie szczęścia i racjonalnego myślenia. Nadmiernie zamartwiający się ludzie dźwigają niepotrzebny ciężar, którym często obarczają bliskich, podczas gdy ich szczęście znajduje się na wyciągnięcie ręki. To częsta przypadłość nadopiekuńczych matek, wciąż obmyślających, co może zagrozić ich dziecku, jego zdrowiu czy szkolnym sukcesom…

A oczekiwania, jakie żywimy w stosunku do ważnych dla nas osób, mają ogromny wpływ na osiągane przez nie efekty w wybranej dziedzinie.

Eksperyment

Najlepszym na to dowodem jest eksperyment Roberta Rosenthala i Lenore Jacobson z 1968 roku. Zaryzykowali tezę: nastawienie pedagogów do dzieci wpływa na ich wyniki w szkole. Podali nauczycielom nieprawdziwą informację na temat osiągnięć w nauce pięciorga dzieci w każdej klasie. Powiedzieli, że uczniowie zostali poddani specjalistycznym badaniom, z których wynika, że w ciągu najbliższego roku osiągną ogromne postępy w nauce. Dzieci, od których nauczyciele oczekiwali szybkiego rozwoju, rzeczywiście rozkwitły. Naukowcy zjawisko to nazwali samospełniającą się przepowiednią. Działa wszędzie tam, gdzie ludzie polegają na oczekiwaniach formułowanych przez innych lub przez samych siebie.

Teoria ta w zaskakujący sposób pokrywa się ze współczesną nauką i obserwacją psychologów. Myśli mają swoją energię i chociaż ograniczone zmysły nie do końca pozwalają to zobaczyć i zrozumieć, to zachęcam, abyśmy otworzyli się na tę wiedzę i zaczęli ją świadomie wykorzystywać. Nie mamy pełnego wpływu na wydarzenia zewnętrzne, będące naszym udziałem, mamy jednak wpływ na to, co sami tworzymy w umysłach.

Ćwiczenie - tylko 14 dni

Moim klientkom często polecam, aby na jeden miesiąc przestały martwić się: o dzieci lub rodziców. Proszę, aby skupiły się na swoich mocnych stronach, uwierzyły w swoją wewnętrzną siłę. W trakcie ćwiczenia konieczne jest skoncentrowanie się na pozytywnych rozwiązaniach.

Podaję przykład: jeśli twoje dziecko jest nieśmiałe i odrzucane przez kolegów, należy wyobrazić sobie stan idealny, np. stworzyć obrazy szczęśliwego syna, otoczonego życzliwymi przyjaciółmi. Emocje będą służyć pomocą, a kiedy wejdziemy w stan wzorcowy, będziemy czuli się rozluźnieni i zrelaksowani. W tym czasie należy zminimalizować zamartwianie się, a często sama świadomość, że wystarczy tylko 14 dni bez zmartwień, bardzo pomaga.

Jak już wspomniałam, martwienie się jest nawykowym sposobem myślenia. Zmiana nawyku wymaga dużej pracy i wytrwałości, ale jest możliwa. Jeśli spojrzymy na myślenie jak na zespół zachowań wewnętrznych, które możemy obserwować, wówczas łatwiej wyłapać negatywne przyzwyczajenia i wybrać nowe, bardziej wspierające. Zabrzmi to mało realnie, jednak eksperymentowanie nic nie kosztuje. Dlatego zachęcam wszystkich do podejmowania codziennych prób, bowiem kiedy doświadczymy ich siły, życie zacznie nabierać zupełnie nowego wymiaru. Dodam, że wyniki podobnych eksperymentów są zdumiewające. W większości przypadków ludzie, w których zaczęliśmy wierzyć, wzmacniani pozytywną energią, poprawiają znacznie jakość swojego życia. A my, przestając się o nich martwić, pozbywamy się balastu ze swojego życia. I wszyscy są bardziej szczęśliwi!

Warto mieć świadomość, że nie może zaistnieć sytuacja, której wcześniej umysł nie doświadczył, dlatego to, czemu oddajemy najwięcej energii i na czym się koncentrujemy, zaistnieje prędzej czy później w jakiejś formie w rzeczywistości. Bliskich widzimy także przez pryzmat naszych przekonań. Jeśli matka ma małą wiarę w siebie, przez ten filtr będzie również postrzegała swoje dziecko, do momentu aż w sposób świadomy nie zmieni przekonań na swój temat. Każdy człowiek w myślach komentuje swoje działania, wygląd, reakcje. Komentujemy też otaczający świat. Jedno z naszych nawykowych przyzwyczajeń polega na nieustającym krytykowaniu siebie. By ten proces zmienić, warto świadomie przyglądać się swoim myślom i osądom, zamieniając czarnowidztwo i myśli krytyczne na mowę wspierającą i przyjacielską.

Na koniec podzielę się moim osobistym doświadczeniem. Otóż najcenniejszy dar, jaki dostałam od moich rodziców, to wiara we mnie, pomimo wszelkich przeciwności losu. Zachęcam do sprezentowania podobnego upominku również swoim bliskim. Pamiętajmy przy tym, że nie można jednocześnie się o kogoś martwić i w niego wierzyć.

  1. Psychologia

Gdy rozpada się męski świat – o samobójstwach mężczyzn mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko

Ludzie decydujący się na samobójstwo  zaczynają wierzyć, że nie ma niczego poza cierpieniem. (fot. iStock)
Ludzie decydujący się na samobójstwo zaczynają wierzyć, że nie ma niczego poza cierpieniem. (fot. iStock)
Są mężczyźni, którzy poświęcają się tylko pracy. Albo tylko rodzinie. Gdy tracą to, co jest dla nich wszystkim, tracą wszystko. Załamują się. Dochodzą do wniosku, że nie mają już po co żyć. Wtedy samobójstwo może wydawać się furtką, wyzwoleniem – mówi Benedykt Peczko.

35-letni mężczyzna z kręgu moich znajomych kilka miesięcy temu popełnił samobójstwo. Pozostajemy w szoku: wspaniała żona, trójka zdrowych dzieci, najmłodsze półtoraroczne, warunki do życia całkiem znośne, a on po prostu rezygnuje.
Z pewnością łatwiej zrozumieć kogoś, kto doznał dojmującej straty, na przykład porzucenia przez bliską osobę, zdrady, popadł w pętlę kredytową, zbankrutował. Chociaż i w takich przypadkach trudno mówić o braku perspektyw życiowych. Perspektywy zawsze są, tylko czasami tracimy dostęp do własnej energii, siły, woli życia, pasji, kreatywności. Zapominamy o bogatym zapleczu, które posiadamy w postaci życzliwych ludzi, współpracowników, organizacji, które mogłyby pomóc przejść przez kryzysowy okres.

Porozmawiajmy o tych niepojętych dla obserwatorów z zewnątrz decyzjach osób, które teoretycznie mają wszystko.
Wielu mężczyzn identyfikuje się głównie ze swoją pracą, z osiągnięciami. Gdy po okresie burzliwej kariery przestają awansować, a co gorsze, spadają w dół w hierarchii korporacyjnej, ciężko to znoszą. Załamują się: „mam dość”, „niech to się wreszcie skończy”, „nie będę się dłużej męczył, to i tak nie ma sensu”. Ale znałem też mężczyzn, którzy poświęcili się rodzinie. Gdy przyszedł kryzys, żona odeszła albo umarła, ci mężczyźni załamywali się, niektórzy popełnili samobójstwo. Ponieważ rodzina była dla nich wszystkim, stracili wszystko. Gdy tracą pracę, która jest wszystkim, także tracą wszystko.

Role, które pełnimy, to nie „wszystko”?
Różnorodność, inwestowanie energii i uwagi w różne obszary życia w jakimś sensie nas chroni. Dobrze, by tych obszarów było jak najwięcej: dom, rodzina, praca, przyjaźnie, realizacja pasji, zainteresowań, aktywność społeczna, charytatywna. Gdy kruszy się czy zapada jeden filar, pozostałe podtrzymują sklepienie życia. Gorzej, gdy sklepienie spoczywa na jednym filarze, który właśnie się załamuje. Wtedy można pomyśleć, że zmarnowaliśmy mnóstwo czasu na to, by inwestować w coś, co teraz tracimy bezpowrotnie. Zapomnieliśmy o sobie, zaniedbaliśmy siebie w sensie rozległych relacji ze światem. Wielu mężczyzn nie zadaje sobie ważnego pytania: „po co ja to robię?”. Gdy pytam ich o to, mówią: „bo tak się robi”, „bo trzeba”, „bo mężczyzna powinien”. Boją się pytania, po co żyją, niezależnie od swojej rodziny czy pracy. Dla wielu tego typu refleksja stanowi gigantyczne wyzwanie. Budują poczucie wartości siebie i swojego życia poprzez różne zewnętrzne czynniki. Gdy odkrywają ich nietrwałość, załamują się, dochodzą do wniosku, że nie ma tu co robić, nie ma po co żyć. Skoro nie ma po co żyć, najlepiej zakończyć tę farsę. Wtedy samobójstwo może wydawać się furtką, wyzwoleniem.

Myśli samobójcze – to częsty temat na sesjach psychoterapeutycznych?
Coraz częściej na psychoterapię przychodzą mężczyźni, którzy bardzo wiele osiągnęli i nagle przed czterdziestką ni stąd, ni zowąd, czują się wyczerpani, osamotnieni i zaczynają przebąkiwać o samobójstwie. Jeśli są w stanie zwrócić się o pomoc, mają szansę odkryć, że to, co robili do tej pory, nie jest jeszcze tym, o co chodzi w ich życiu. Mogą na przykład odkryć, że przez 20 lat realizowali nie swoją ścieżkę zawodową, ale tę, którą wybrali dla nich rodzice. Pojawia się myśl o zmarnowanych latach młodości na kształcenie się w kierunku, którego od początku nie lubili, a potem zmarnowanych latach realizowania nie swoich wartości. Jeśli podporządkowujemy się oczekiwaniom i celom narzucanym z zewnątrz, wtedy sprzeniewierzamy się własnej unikalności, żyjemy w wewnętrznym konflikcie. Wewnętrzny konflikt osłabia, prowadzi do głębokiego smutku, niechęci i przygnębienia.

Jest taka wspaniała metafora trawy przebijającej przez asfalt. Siły życia są potężne.
Możemy wyobrazić sobie trawę, która w pewnym momencie natrafia na gruby beton i nie może się przebić, zaczyna umierać, siły życia odpływają. Betonem są tu silnie zablokowane głębokie potrzeby realizacji własnej unikalności. Zalewamy kolejne warstwy betonu, mówiąc sobie: muszę, powinienem, trzeba, należy, nie mam wyjścia, nie mam wyboru, takie jest życie, trzeba zacisnąć zęby, trzeba ciągnąć ten kierat. Inna sprawa to dziecięce traumy.

Zrozpaczeni chłopcy w ciałach dorosłych mężczyzn.
Zdarza się – wcale nierzadko – że mężczyźni 40-, 50-letni wciąż borykają się z dziecięcymi traumami, zranieniami i frustracjami, nawet gdy są prezesami w korporacjach czy bankach. W gabinecie psychoterapeuty na kolejnych sesjach płaczą, mierząc się z dziecięcym bólem. Przeszłe traumy dotyczące relacji z mamą czy ojcem zapadły głęboko i ciągle istnieją na nieświadomym poziomie. Mężczyzna nie jest w stanie ucieszyć się tym, co osiągnął, nie widzi tego, co ma. Nie jest w stanie odnaleźć poczucia satysfakcji, celu i sensu. Nosi stary bagaż, który wysysa z niego energię. Czuje smutek i rozpacz. Jednak najczęściej nie rozumie dlaczego. Aby uciec od tego bólu, może zacząć myśleć o zakończeniu życia. Okazuje się, że przed rozpaczą wewnętrznego dziecka nie chroni żaden sukces, uznanie czy zadowolenie innych. Ono potrzebuje czegoś innego, domknięcia dawnej sytuacji, zaspokojenia potrzeb innego rodzaju – poczucia bezpieczeństwa, akceptacji. Mężczyzna myśli: skoro osiągnięcia nie mają dla mnie aż takiej wartości, nie czuję ich smaku, w dalszym ciągu jestem w rozpaczy, to co mogłoby mi pomóc? Jeśli życiowe powodzenie nie jest w stanie ukoić mojego smutku, to co go ukoi? Chyba już nic. Więc po co żyć? Po co się męczyć? Jaki to ma sens?

Deficyty z dzieciństwa odcinają od wewnętrznych zasobów. Dziecko poszukuje tego, czego nie dostało. Dorosły tkwi w dziecięcej roli. Co to może znaczyć w realnym życiu mężczyzny?
Na przykład tkwi w roli opiekuna swojej mamy. Nie może dać mamie tego, czego ona oczekuje, ponieważ dziecko nie jest w stanie tego zrobić, nie może zastąpić ojca ani rodziców mamy. To jest ponad siły dziecka. Ale to powoduje dodatkową rozpacz; mama taka biedna, cierpiąca, a ja bezradny. To samo może dotyczyć relacji z ojcem. Jeśli mężczyzna nie dostał wsparcia od ojca w najtrudniejszych chwilach dzieciństwa czy młodości, czuł się opuszczony, w dorosłym życiu wewnętrzne dziecko nie czuje się pewnie. Przewodniczący rady nadzorczej w wielkiej korporacji może mieć poczucie, że jest nie na swoim miejscu. Siły życia, wzrostu, rozwoju są krępowane przez stare więzy i łańcuchy.

Jon Kabat-Zinn w książce „Świadomą drogą przez depresję” pisze, że istnieje taka część nas – świadomość – która jest w stanie objąć każde cierpienie.
Ludzie decydujący się na samobójstwo nie mają dostępu do tej części i nie wierzą w nią. Zaczynają wierzyć, że nie ma niczego poza cierpieniem. Chodzi tu o świadomość, że coś we mnie pozwoliło mi przeżyć do dzisiaj. Siły życia sprawiły, że z zapłodnionego jaja przeszliśmy wszystkie fazy rozwojowe i doszliśmy do miejsca, w którym jesteśmy. Po drodze wykonaliśmy niezliczoną ilość zadań, opanowaliśmy nieprawdopodobnie wiele umiejętności, zdobyliśmy mnóstwo doświadczeń, rozwinęliśmy wiedzę, mądrość, poznaliśmy różne sposoby radzenia sobie. Ileż problemów musieliśmy rozwiązać, żeby znaleźć się tutaj! To jest bogactwo, o którym zapominamy; skarb, z którego możemy czerpać. Wielu mężczyznom wydaje się, że prawdziwy sukces to ten lansowany w mediach, a nie doświadczenie, mądrość, wewnętrzne zasoby.

Jak je docenić?
Poprzez trenowanie się w radości z drobiazgów. Delektowanie się prostymi rzeczami. Niekoniecznie tym, że po raz kolejny awansowałem. To oczywiście powód do radości i satysfakcji, ale nie jedyny. Im więcej źródeł radości życia, tym mniejsze prawdopodobieństwo myśli samobójczych, nawet w stanach ostrego kryzysu. Odkrywanie pasji, czegoś, co nas cieszyło, gdy byliśmy dziećmi, młodymi ludźmi, pozwala odzyskać bawiącego się chłopca. Mam wrażenie, że my, mężczyźni, Kyzjesteśmy zbyt poważni.

Jak wygląda interwencja psychoterapeutyczna? Gdy mężczyzna mówi, że chciałby zakończyć życie…
Taki komunikat jest dla mnie sygnałem, że nie chce dłużej żyć tak, jak do tej pory. Pytam wtedy o to, jak chciałbyś żyć? To daje możliwość spojrzenia na takie aspekty istnienia, o których do tej pory nie myślał. Gdy mówi: „nie chce mi się żyć”, dokonuje gigantycznej generalizacji. Pytam: co potrzebowałbyś zmienić, żeby ci się chciało? Jakie warunki muszą być spełnione? Co możesz zrobić ze swojej strony, żeby je spełnić? Kto mógłby w tym pomóc? Jakich środków potrzebujesz? To są pytania na ścieżce zmiany. Przekierowujemy uwagę z dylematu „być albo nie być” na „jeśli nie chcę czegoś, czego chcę w zamian i jak to osiągnąć?”. Trudno natychmiast przejść od tendencji samobójczych do radości życia. Dużo łatwiej zmienić zachowanie, zaplanować małe kroki, ale wykonalne. Proszę też, aby mężczyzna wyobraził sobie wystarczająco dobre życie, nie idealne, ale wystarczająco dobre. Nie bierzemy od razu rozmachu na wielkie rzeczy: szczęście, radość, spełnienie. Skupiamy się na drobiazgach. Jakie minimalne zmiany musiałyby się dokonać, żeby zaczęło mi się chcieć?

Próby samobójcze bliskich generują mnóstwo poczucia winy w systemach, w których żyjemy. Jak słyszałam, trudno się z tego wydostać.
Jeśli ktoś postanawia się zabić, nic i nikt go nie powstrzyma. Możemy brać odpowiedzialność tylko za nasze zachowanie. To nieprawda, że „on zabił się przez nią”, że „to ona wpędziła go do grobu”. Oczywiście określone zachowania mogą tworzyć warunki do tego, żeby ktoś zaczął myśleć o samobójstwie, jednak nie jesteśmy w stanie przewidzieć, co zrobi druga osoba.

„Nie mogę tego zrobić bliskim”. Wydaje się, że to dobra motywacja, aby dać życiu kolejną szansę. Gdy więc pojawiają się myśli o zakończeniu życia…
…pozwolić sobie ochłonąć. A potem przynajmniej raz spotkać się z kimś, z kim moglibyśmy porozmawiać. To może być psychoterapeuta, ale też przyjaciel, ktoś bliski, do kogo mamy zaufanie i o kim wiemy, że wysłucha, nie dając od razu dobrych rad. Często jedna rozmowa powoduje, że zaczynamy dostrzegać w swojej sytuacji takie aspekty, które wcześniej umykały uwadze.

Przeszkodą może być przekonanie wielu mężczyzn, że powinni poradzić sobie sami.
„Mężczyzna nie dyskutuje o swoich problemach”. Nieprawda, zawsze dyskutuje, tylko ze sobą. Najczęściej robi to nieświadomie i w taki sposób, który go nie wzmacnia. „Jeżeli sam sobie nie pomogę, nikt mi nie pomoże.” U mężczyzn to powszechne. Mają rację: tylko oni są w stanie sobie pomóc. Jeśli sięgają po pomoc, stwarzają odpowiednie środowisko do tego, by mogli pomóc sobie sami. To najlepsza decyzja.