1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. O ludziach jako najważniejszym "zasobie", czyli gdzie szukamy wsparcia?

O ludziach jako najważniejszym "zasobie", czyli gdzie szukamy wsparcia?

fot. iStock
fot. iStock
Co to jest wsparcie? Czy rodzina to realna pomoc, czy lepiej trzymać się od niej z daleka? Dlaczego mimo mnóstwa znajomych w trudnej sytuacji czujemy się samotni? Czy umiemy się na kimś oprzeć i co ma do tego dialog wewnętrzny? Czyli o ludziach jako najważniejszym zasobie – terapeuta Andrzej Wiśniewski.

Kiedy mamy problem lub potrzebujemy się wygadać, zwykle idziemy z tym do innych ludzi. Choć chyba nazywanie drugiego człowieka „zasobem” jest nadużyciem?
W terapii też się tak to określa. Ludzie to ważny zasób.

Nigdy w historii nie mieliśmy tak wielu ludzi wokół. Możliwe są różnorodne formy kontaktu, głębsze, płytsze, internetowe. Mamy dostęp do mentorów, nauczycieli, terapeutów. Bogato. To, oczywiście, prawda. Mnie jednak interesuje, czy to pozorne eldorado przekłada się na realne wsparcie w trudnej sytuacji, czyli kiedy dzieje się coś ważnego, przechodzimy kryzys,
mamy problemy z podjęciem decyzji. Często orientujemy się wtedy, że mimo pozorów żyjemy w wielkiej pustce. Nie każdy kontakt jest wspierający. Nie każdy człowiek jest zdolny do tego, by go udzielić.

Kogo szukamy?
Kogoś, kto umie słuchać. Niby to jasne, ale często zwierzamy się komuś, a ten ktoś traktuje nas i całą sytuację jako sposób na dowartościowanie siebie samego. Niektórzy czują się świetnie, kiedy udzielają rad, mówią, jak należy żyć, łechce ich to, że ktoś prosi ich o opinię. Wtedy my, potrzebujący, wcale nie jesteśmy obiektem ich zainteresowania. Tylko ich ego, które ma się okazać sprawne, mądre, empatyczne. Druga rzecz – wsparcie to nie jest udzielanie rad. Najlepiej to widać w sytuacji, gdy mamy sprzeczne motywy natury emocjonalnej. Wahamy się np., czy się rozstać z mężem, czy nadal tkwić w trudnym związku, zmienić pracę. Tutaj „wspierający” rzadko umieją się odnaleźć. Zwykle próbują skłonić nas do opowiedzenia się za którąś opcją, często oceniając sytuację z własnej perspektywy.

Skuteczny „pomagacz” nie rozwiązuje problemu, pozwala nam jedynie w swojej obecności doświadczyć tych sprzecznych stanów, chęci, niechęci, emocji, głosów, które w nas się odzywają. Bez oceniania ich. Po to, byśmy sami mogli ogarnąć to, co się w nas dzieje, spojrzeć na sytuację z pozycji dorosłego. W większości przypadków problem polega nie na tym, że nie mamy wystarczającej wiedzy, co zrobić, tylko na tym, że utkwiliśmy rozdarci między sprzecznymi potrzebami i nie widzimy innych opcji. W tym sensie pomaganie innym  to umożliwianie im wewnętrznego dialogu. Mądrzy ludzie, z których pomocy warto korzystać, to ci, którzy sami to potrafią. Mają w środku spokój, który płynie z czegoś, co ja nazywam dialogową wewnętrzną rzeczywistością. Umieją prowadzić rozmowę ze swoimi aspektami wewnętrznymi.

I przez to tworzą atmosferę, w której my możemy też taki wewnętrzny dialog poprowadzić.
Najbardziej potrzebujemy wsparcia w egzystencjalnie trudnych sytuacjach – kiedy ktoś bliski nam umrze czy nas zostawi. To wielki stres i olbrzymi ładunek emocji, z którymi trudno sobie poradzić. I wtedy na wagę złota są ludzie, którzy po prostu są z nami. Niestety, często w najlepszej wierze nasi „pomagacze” wychodzą wtedy ze zdaniami typu: „przed tobą jeszcze kawał życia”, „będzie dobrze”, „znajdziesz kogoś innego”, „życie toczy się dalej” itp. Próbują nam w ten sposób przekazać, że jesteśmy jeszcze do czegoś zdolni, ale tak naprawdę nie wspierają, tylko nakładają na nas dodatkowy ciężar. Nie dość, że musimy się zmierzyć z konkretną utratą czy porażką, to jeszcze przymierzyć do kolejnego zadania, które przed nami stawiają. A to jest ostatnia rzecz, na jaką mamy w takiej chwili siłę i ochotę.

Ważne więc, by człowiek, który nam pomaga, przede wszystkim słuchał, nie próbował nas na siłę podnieść na duchu czy zmusić do rozwiązania sprawy. Dopiero, kiedy poprosimy o radę, może nam jej udzielić. Ale ostrożnie, bo każdy człowiek jest inny. To tak jak z terapią, która jest sformalizowaną formą wsparcia. Ludzie przychodzą i proszą o jakąś receptę na zmianę życia. Jednak dobry terapeuta to nie ktoś, kto powie, jak żyć, tylko taki, który spowoduje, że dany człowiek sam znajdzie nowy sposób na życie.

Staram się nie udzielać rad, ale chętnie dzielę się swoim doświadczeniem. Lubię też słuchać cudzych historii. To duże wsparcie, choć nie są to rady wprost.
W grupie podnosi nas na duchu już sam fakt, że jesteśmy w kręgu ludzi, którzy podobnie czują, reagują. Większość ludzi ma kłopoty z poczuciem wartości. W związku z tym, gdy znajdują się w trudnej sytuacji albo przeżywają coś, co jest dla nich wyzwaniem emocjonalnym, mają tendencje do myślenia: „Ja sobie nie radzę, a inni sobie radzą”. To mit, w jakim żyjemy. Kiedy słyszymy, że inni mają podobne problemy, robi się nam raźniej.

Co robić, jeśli człowiek nie umie przyjąć wsparcia, prosić o nie? Ja mam siostrzaną grupę. Spotykamy się, gadamy, pomagamy sobie. Dla mnie to największe wsparcie.
To wymaga pracy, wiele czynników może mieć wpływ na zamknięcie się w sobie. To długa droga, ale, jak widać, można zmienić ten wzorzec. Zbudowała sobie pani wspaniałe zaplecze: tam czuje się pani zaakceptowana, przyjęta, bezpieczna, może sobie pozwolić na błędy. W takiej grupie nabiera się sił, zyskuje dystans. To wielka ulga być sobą, nie ukrywać się.

Kiedyś przeczytałam zdanie: „Szukaj ludzi, którzy cieszą się z twoich sukcesów, widzą twoją wielkość, nawet jeśli ty chwilowo jej nie widzisz. Widzą też twoje słabości, ale ich nie wykorzystują. Za to mówią wprost, kiedy coś im się nie podoba w twoim zachowaniu”.
Stawianie granic, mówienie, co się nam nie podoba, jest niezwykle istotnym rodzajem wsparcia. Przyjaciel, który nie boi się mówić nam prawdy, jest cenniejszy, niż taki, który we wszystkim przytakuje, jest zawsze miły i akceptujący.

Ale to zawsze konfrontacja, nigdy nie wiadomo, jak ktoś zareaguje. A może np. przestaniemy się lubić?
Kluczowe jest to, w jaki sposób udzielamy informacji zwrotnej, oraz intencja, z jaką to robimy. Ta osoba musi mieć pewność, że nie chcemy jej wykorzystać, zmanipulować, nie mówimy tego po to, by się odegrać, wyżyć czy pokazać swoją wyższość. Przyjaźń to nie tylko przyjemne spędzanie razem czasu i wzajemne poklepywanie się po plecach. Wręcz przeciwnie, to rodzaj służby. Są rzeczy, które tylko naprawdę bliski człowiek jest w stanie nam powiedzieć.

Czasem, kiedy się na kimś mocno zawiodę, myślę sobie, że samotność mniej boli.
To dziś powszechny pogląd. Rzeczywiście, ludzie są najlepszym wsparciem, ale też nikt nie potrafi nas tak zranić. Znają nasze słabe punkty i bywa, że je wykorzystują. To cena za bliskość, której nie ma bez otwarcia się na drugą osobę, bez odsłonięcia się. Ważnym elementem, który nie pozwala ludziom nawiązywać relacji, jest przekonanie, że dobry związek czy przyjaźń to brak kłótni, zawsze miła atmosfera. A tak nie jest. Ważne, żeby dać sobie prawo do błędów, stworzyć przestrzeń wspólnego odkrywania, jak może być dobrze. Zdarza się przecież czasem coś powiedzieć w złości. I też jest OK. Ta druga osoba nie powinna się od tego przewrócić. W końcu nikt nie jest doskonały. Perfekcjonizm uniemożliwia korzystanie z zaplecza społecznego, jakim są ludzie. Samo wyciągnięcie ręki po pomoc jest wtedy porażką. Niektórzy wolą w samotności przeżywać trudności, niż pozwolić, by ucierpiał ich wizerunek.

Kiedy pracowałam nad tym tematem, przyjrzałam się pod tym kątem moim przodkiniom. Trudno było w Polsce kobietom, bo często realnie nie miały wsparcia. Mężczyźni ginęli na wojnie. W rezultacie mam w sobie taki pokoleniowy przekaz: jesteś sama, musisz być silna. Uświadomiłam sobie, że jakiś kawałek mnie nadal tak uważa i przyznając się do słabości, zdradzam tę moją spuściznę. To mnie blokowało, dlatego nie umiałam prosić o pomoc, nie umiałam się wesprzeć na nikim.
Porusza pani ważną sprawę w terapii, szczególnie terapii rodzin – czyli przekazu pokoleniowego typu: Mężczyźni mają być zaradni, a kobiety poświęcające się dla innych. Popieram mądre ruchy feministyczne, które wspierają kobiety w tym, by stawały się niezależne. Czas na mężczyzn, by przymierzyli się do przyjęcia problemów związanych z bezradnością i słabością. Nie popieram jedynie walki między płciami. Walcząc, wiele tracimy, wymieniając się – zyskujemy. Tyle miłości, ile wolności. Największym wsparciem jest dobry związek. Niestety, na razie nasze związki pełne są tej walki, zawoalowanej pod postacią kontroli.

Skąd się to bierze?
Znów z poczucia braku własnej wartości. Ludzie się boją, że zostaną porzuceni. Formy kontroli bywają wyrafinowane: można grać słabą i bezbronną istotę, którą trzeba się opiekować. Wpędzać partnera w poczucie winy, odmawiać mu pozytywnych informacji, żeby się ciągle musiał dopytywać, albo uzależniać go od siebie... To jest kurczowe trzymanie się razem oparte na lęku, a nie wspierający związek. Na tej zasadzie można sobie ustawić relacje nie tylko z partnerem. Często podobnie zachowują się rodzice wobec dzieci.

Moja mama powtarza, że rodzina jest najważniejsza. Ja myślę: „tak, tylko czy zawsze i każda?”.
Jest. I trudno ją zastąpić czymkolwiek. Ale czy ta rodzina będzie kulą u nogi, czy wsparciem, zależy w dużej mierze od nas. Nie ma rodzin, które pozwalają ludziom tak swobodnie wyfrunąć w świat. Nacisk na wiązanie jest mniejszy czy większy, ale jest. W przeciętnie dobrych rodzinach dostajemy coś pozytywnego, co nas wspiera, jak i negatywnego, z czym musimy sobie poradzić. Żeby stać się dorosłym człowiekiem, czyli rozstać się z rodziną, żeby móc z nią nawiązać kontakt z innego poziomu, musimy zobaczyć, że jest i tak, i tak. Dorosły wie, na co może liczyć ze strony swojej rodziny, a na co nie. I rozumie, że nie ma sensu się domagać cudów, szukać tego, czego tam nie ma.

To można znaleźć np. u przyjaciółki.
Im więcej w nas tego dialogu wewnętrznego, który dopuszcza różne stanowiska, tym łatwiej nam korzystać ze wsparcia innych. Bo nie umieszczamy ich w jakichś wzorcach, wyidealizowanych formach, tylko widzimy takich, jakimi są, co mogą nam dać, a czego nie. Dlatego pielęgnujmy różnice. Nasi bliscy mają różne poglądy, różne smaki i należy się cieszyć z tego, że tak jest, a nie dążyć do tego, by ich zmieniać. Przejechać walcem i wszystko zrobić „pod siebie”. Dlaczego to jest ważne? Bo kiedy ludzie się różnią, powstaje jakieś zaciekawienie, coś interesującego się może z tego urodzić. Gdy pozwalamy, by fakt, że żona, córka czy syn mają inne zdanie w jakiejś sprawie, nie był zagrażający dla naszej pozycji, autorytetu, roli – to jest dopiero wsparcie. Otwiera się przed nami kawałek świata, do którego być może nie mieliśmy dostępu, jakiś kawałek nas samych objawia się w pełnej krasie, odbity jak w lustrze.

Kiedyś należałam do kobiet, które próbują zmienić swojego partnera. Niedawno doceniłam fakt, że mi się nie udało...
Wyobraźmy sobie, że związek widzimy jako dwa połączone ze sobą kółeczka. Wiele osób myśli, że im bardziej one na siebie zachodzą, tym lepiej. Niechby się zlały w jedno. Ludzie nie pozwalają sobie na stawianie granic, pozbawiają się własnych zainteresowań, przyjaciół. Boją się mówić, co im się nie podoba. A to naturalna dynamika związku. Raz się zlewany, a raz rozjeżdżamy. To jest wartość. Kluczem do tego jest uznanie inności i suwerenności drugiej osoby. Niezawłaszczanie jej, niewieszanie się na niej, nieuzależnianie się od niej, czy jej od nas, i niezmienianie jej na siłę. Druga osoba ma prawo być inna. Jeśli jesteśmy w ten sam sposób traktowani przez kogoś, szanowani i kochani czy lubiani z całą naszą innością, to największe wsparcie, jakie możemy dostać. Najważniejszym egzystencjalnym doświadczeniem jest przyjęcie inności drugiego człowieka.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Emocje w pracy nie muszą być problemem. Porozumienie bez przemocy przynosi skuteczne rozwiązania

Porozumienie bez przemocy to proces, w którym koncentrujemy się na tym, co jest wspólne dla wszystkich ludzi: na potrzebach. (Fot. iStock)
Porozumienie bez przemocy to proces, w którym koncentrujemy się na tym, co jest wspólne dla wszystkich ludzi: na potrzebach. (Fot. iStock)
Czy praca to miejsce, w którym powinniśmy komunikować innym swoje głębokie potrzeby i próbować zrozumieć ich emocje? Oczywiście, że tak! Stosowanie opartej na zrozumieniu i wyrażaniu potrzeb komunikacji jest w życiu zawodowym równie ważne, jak w prywatnym. Porozumienie bez Przemocy to wzajemny szacunek, empatia i szczerość.

Zacznijmy jak w piosence Lennona „Imagine”: wyobraź sobie, że istnieje sposób porozumiewania się oparty na empatii i zrozumieniu, pomagający w nawiązaniu głębokich, prawdziwych relacji. Wyobraź sobie, że taki rodzaj komunikowania się pozwala na zaspokojenie potrzeb obu stron, w dodatku bez używania jakiejkolwiek formy przemocy. Zakłada empatyczne podejście do innych, ale też do samego siebie i daje naprawdę trwałe efekty. I na koniec wyobraź sobie, że można tę metodę stosować także w kontakcie z kimś, kto nie ma o niej pojęcia! Będzie się doskonale sprawdzała w każdym przypadku, owocując porozumieniem, mniejszą liczbą konfliktów oraz lepszą współpracą.

Jeżeli obecność w firmie nie służy wypełnianiu obowiązków, ale jest decyzją umożliwiającą realizację własnych potrzeb, zaczynamy inaczej postrzegać pracę

Określ swoje potrzeby

Porozumienie bez przemocy (z angielskiego nonviolent communication, czyli NVC) to forma porozumiewania się stworzona przez Marshalla B. Rosenberga, doktora psychologii, współpracownika twórcy psychologii humanistycznej, Carla Rogersa. Zwana jest „językiem serca”. Podkreśla, że współczucie jest lepszym motorem napędowym naszych akcji niż strach, poczucie winy, wstyd, obwinianie czy groźba kary. Jej celem jest nawiązanie relacji z drugą osobą i próba otrzymania tego, co chcemy. Najważniejsze jednak jest świadomie i szczere reagowanie, niezależnie od tego, czy nasza prośba zostanie spełniona, czy też nie.

– Porozumienie bez przemocy to proces, w którym koncentrujemy się na tym, co jest wspólne dla wszystkich ludzi: na potrzebach – mówi Ewa Orłowska, certyfikowana trenerka Porozumienia bez Przemocy, specjalista ds. komunikacji. – Bo musimy wiedzieć, że niezależnie od statusu społecznego, kultury, wieku i przekonań politycznych wszyscy mamy je takie same: chcemy być najedzeni, docenieni, akceptowani, mieć dach nad głową, osiągać zamierzone cele, mieć satysfakcję z pracy. Różnimy się tylko strategiami ich zaspokajania. Natomiast to, co jest różne i może być zarzewiem konfliktów, uczymy się przekazywać w sposób pokojowy.

Większość z nas uważa, że potrzeby, emocje, język serca są dobre w rozmowie z partnerem, ale nie z koleżanką z biura. Co to wszystko ma wspólnego z pracą? – dziwimy się. Okazuje się, że bardzo wiele! Stosowanie opartej na zrozumieniu i wyrażaniu potrzeb komunikacji w pracy jest równie ważne, co w relacji miłosnej. W związku spotykamy się z kredytem zaufania i miłością, a w pracy potrzebujemy dodatkowych narzędzi.

– Kiedy myślimy o pracy, uważamy, że wiele rzeczy musimy, że powinniśmy, choć niespecjalnie mamy na to ochotę – uważa Orłowska. – Ale jeśli głębiej się nad tym zastanowimy, odkryjemy, że praca zaspokaja nasze różne potrzeby, że to nie „tylko” zarabianie pieniędzy.

Życie zawodowe pozawala nam realizować nasze podstawowe potrzeby: rozwoju, szacunku, akceptacji, bycia w grupie, realizowania własnych celów, przyczyniania się do wzrostu i rozwoju innych, bycia zauważonym i usłyszanym. Zrozumienie, że codzienna obecność w firmie nie służy wypełnianiu obowiązków, ale jest naszą decyzją, umożliwiającą realizację potrzeb sprawia, że zaczynamy widzieć nasze obowiązki w nowym świetle. Już sama świadomość, że to my kształtujemy sytuację, daje lepsze samopoczucie. Stajemy się samodzielnymi, równouprawnionymi osobami, które robią coś, co same wspierają. Przestajemy być zniewolonymi, uwikłanymi w zależności i hierarchie kukiełkami. Cokolwiek w życiu robimy, zaspokajamy jakąś swoją potrzebę: inną, gdy jesteśmy w pracy punktualnie, inną, gdy przychodzimy później pod nieobecność szefa. Kiedy plotkuję, potrzebuję np. kontaktu, relaksu czy zabawy. Gdy przynoszę ciasto dla kolegów czuję potrzebę bycia w grupie, albo chcę zaprezentować swoje dodatkowe talenty. A może jedno i drugie, bo często realizujemy równocześnie kilka potrzeb.

– Sprowadzenie komunikacji do poziomu potrzeb i jasne ich zobaczenie pomoże nam nawiązać pogłębiony kontakt ze sobą, sprawdzić, co tak naprawdę się z nami dzieje – uważa specjalistka. – A znajomość samego siebie sprawi, że będziesz mieć lepsze samopoczucie, bo naprawdę zrozumiesz swoją sytuację.

Porozumienie bez przemocy pomoże nam rozprawić się z największymi wrogami komunikacji: nauczymy się wyrażać emocje bez atakowania. Dzięki temu prawdopodobieństwo, że w odpowiedzi druga strona postawi opór, będzie minimalne. Nauczymy się także przyjmować krytykę czy wrogość bez obrażania się na innych i nie tracąc szacunku dla samego siebie.

– Będziesz łatwiej osiągać swoje cele; dokładniej poprosisz o to, czego potrzebujesz, dostaniesz więc to, co cię uszczęśliwi – wylicza Orłowska. – Twoje zainteresowanie drugą osobą otworzy ją, zaprosi do dialogu, opartego na zaufaniu, a to zwiększa prawdopodobieństwo pozytywnego rozwiązania każdego problemu.

I jeszcze jedna korzyść płynąca z koncentracji na potrzebach także w miejscu pracy: przestaniesz dzielić życie na przed i po siedemnastej. W pełni sobą zwykle jesteśmy po pracy, a to sprawia, że czas strasznie nam się kurczy i codziennie okradamy się z kilku godzin świadomego bycia. NVC pozwala czuć przepływ i życie także w godzinach aktywności zawodowej.

Porozumienie bez Przemocy. Praktykuj metodę czterech kroków

Choć teoria Porozumienia bez Przemocy robi wrażenie skomplikowanej, jej stosowanie jest proste. Aby wprowadzić ją w życie, ważne jest, by uważnie praktykować następujące zasady postępowania:

Krok pierwszy: Mów, co widzisz i słyszysz, bez oceniania, wydawania moralnych osądów, przyklejania etykietek.

Najlepiej opisz sytuację, jakby była widziana bezosobowym okiem kamery. Powiedz: „Zobacz, tu dookoła leżą dokumenty, kilka pod stołem, a cały plik został w sąsiednim pokoju” zamiast: „Jesteś bałaganiarą, która wszystko gubi”. Albo: „Przychodzisz 10 minut po czasie”, a nie „Jak zwykle się spóźniasz”.

Stosowanie groźby kary, odwoływanie się do poczucia winy czy wstydu blokują komunikację. Strategie destrukcyjne nie przynoszą dobrych efektów

– Nie spychaj odpowiedzialności za swoje reakcje na coś zewnętrznego: „muszę na ciebie krzyczeć, bo to, co robisz, jest nie do przyjęcia, normalni ludzie tak nie robią, więc ja muszę tak zareagować” – ostrzega specjalistka.

Krok drugi: Ujawnij swoje uczucia, np. „Irytuje mnie to, że muszę spędzić pół godziny na szukaniu każdego podania”. Przedtem jednak dokładnie zbadaj, co się w tobie dzieje. Jesteś zdenerwowany, rozczarowany, może przytłoczony? Czujesz frustrację, bo nie jest zaspokojona twoja potrzeba, by w pełni wykorzystywać czas? Emocja to nitka do kłębka – twojego wnętrza.

Krok trzeci: Przedstaw rozmówcy swoje potrzeby, mówiąc: „cierpi na tym moja potrzeba porządku, chciałbym szybciej skończyć to sprawozdanie, a brak tych papierów mi to utrudnia”.

Krok czwarty: powiedz wyraźnie, czego potrzebujesz, by lepiej się poczuć; wyraź, co uczyni cię szczęśliwszym i co twoim zdaniem byłoby wyjściem z sytuacji.

– Uwaga: nie chodzi o to, by w kimś coś zmieniać na siłę, bo to zawsze budzi protest, ale o to, czym dane zachowanie zastąpić, by całość lepiej służyła potrzebom obu stron. Komunikat może brzmieć: „Proszę cię, byś postarał się odkładać papiery na miejsce. To sprawi, że będę mniej spięty i bardziej przyjazny” – tłumaczy Orłowska.

Inny przykład wypowiedzi bez przemocy: „Frustrujące jest dla mnie, kiedy mi ciągle przerywasz, ponieważ chcę być dokładnie zrozumiana, a do tego potrzebuję móc się swobodnie wypowiedzieć. Proszę cię, poczekaj z uwagami, aż skończę myśl”? Pamiętaj: tylko prosisz o coś, co będzie dla ciebie optymalnym rozwiązaniem! Każdym żądaniem zablokujesz komunikację. Proś „pozytywnie”: o to, co chcesz, a nie o to, czego nie chcesz.

– Od dzieciństwa jesteśmy uczeni komunikacji opartej na wyrażaniu osądów moralnych, diagnozowaniu, co z drugą osobą jest nie w porządku, na co zasługuje – mówi Orłowska. – Bardziej się skupiamy na tym, kto jest dobry czy zły, niż na tym, czego nam potrzeba. Tymczasem ocena, osądy moralne i etykietowanie (jesteś bałaganiarzem, gadułą itp.), nawet jeśli dla nas nie są naładowane negatywnie, prawie zawsze wywołują negatywną reakcję drugiej strony, jej bunt, są bowiem wkroczeniem na jej terytorium. Nie warto tego robić, jeśli chcemy zachować jej życzliwość i jeśli coś jeszcze między nami ma się wydarzyć na zasadzie dobrowolności.

Komunikację blokuje także stosowanie groźby kary, odwoływanie się do poczucia winy, wstydu, obowiązku czy używanie innych form manipulacji i nacisku. Strategie destrukcyjne być może sprawdzają się na krótką metę, ale długoterminowo nie przynoszą dobrych efektów. Kiedy nie dajesz drugiej osobie żadnego wyboru, żądasz czegoś („natychmiast przestań to robić!”), to nawet gdy żądanie zostanie spełnione, lecz nie z dobrej woli, ale np. ze strachu – przegrałeś. Atmosfera zrobi się ciężka, sterroryzowana koleżanka, choć podporządkuje ci się w jednej kwestii, znajdzie sto sposobów, by pokazać, że nie będziesz nią rządzić: rozpuści o tobie jakąś plotkę, „zgubi” ważne dla ciebie dokumenty, nie załaduje papieru do drukarki.

Szukaj w sobie

Bardzo ważną zasadą Porozumienia bez Przemocy jest odpowiedzialność za swoje emocje. Nie szukamy przyczyn na zewnątrz, ponieważ można znaleźć je tylko w środku, pośród naszych potrzeb.

– Każda nasza emocja jest wynikiem zaspokojenia bądź niezaspokojenia którejś z naszych potrzeb – uważa Orłowska. – Im silniejsza emocja, tym ważniejsza była potrzeba, której dotyczyła. Niezaspokojone potrzeby objawiają się jako złość, smutek, wściekłość, gniew, zniechęcenie, niezadowolenie, irytacja, wahanie, zagubienie. Zaspokojone jako przyjacielskość, pewność siebie, zaangażowanie, entuzjazm, promienność, ożywienie, rozbawienie. Jesteś odpowiedzialny za swoje intencje i akcje, ale nie za sposób, w jaki zostaną one przyjęte przez innych. Podobnie, to my jesteśmy odpowiedzialni za to, jak rozumiemy i przyjmujemy działania innych ludzi.

Branie odpowiedzialności za własne emocje oznacza, że nawet jeśli jesteś bardzo zły, nie obarczasz winą za to uczucie nikogo na zewnątrz. Prosty przykład: umówiłeś się z kolegą. Spóźnia się kwadrans, a ty za 45 minut masz kolejne spotkanie, jesteś więc wściekły. Inny wariant: kolega się spóźnia, ale ty nie miałeś w domu czasu przygotować się do tej rozmowy, więc teraz możesz wykorzystać ten kwadrans na nadrobienie zaległości – jesteś więc wdzięczny i zadowolony. W obu przypadkach spóźnienie kolegi jest takim samym faktem, ale twoja emocjonalna reakcja jest diametralnie różna. Wniosek: energia emocji jest zakorzeniona w tobie, jej nasilenie także od ciebie zależy – nie od innej osoby!

– W ten sposób przekierowujesz świadomość, przenosisz uwagę z zewnątrz do środka – tłumaczy Orłowska. – To pomaga odzyskać moc, wejrzeć we własne wnętrze, rozpoznać, co się z nami dzieje i sprawia, że komunikacja płynie jak rzeka, szerokim korytem. Tylko biorąc odpowiedzialność za swoje reakcje możesz z nimi pracować, zdecydować, co chcesz zrobić, odsunąć się i odizolować, żeby siebie ochronić czy może skonfrontować się z sytuacją. Może odkryjesz, że to nie twój współpracownik ma problem, ale ty nadmiernie reagujesz? To da ci szansę zobaczyć, co naprawdę stoi za faktem, że jego zachowanie tak cię porusza.

Porozumienie bez Przemocy pomoże ci lepiej zrozumieć innych

Obawiasz się, że koleżanka z pokoju nigdy nie słyszała o tej metodzie, więc twój wysiłek nie ma sensu? Wyobraź sobie, że ma! Najwspanialsze w metodzie NVC jest to, że można praktykować ją w relacjach z każdą osobą.

– Twoi rozmówcy nie muszą wiedzieć, że stosujesz NVC; nie muszą też mieć intencji, by się w ten sposób porozumiewać – podkreśla trenerka. – Jeśli jednak pozostaniesz konsekwentny i będziesz się kierować współczuciem i chęcią przyczynienia się do dobrostanu innych, metoda zadziała. Inni dołączą do ciebie w procesie, nawet jeśli trzeba będzie na to trochę poczekać.

Komunikacja bez przemocy ma jeszcze jedną zaletę: pomaga zrozumieć innych. Uczy słuchania i słyszenia, co stoi za ich wypowiedziami, nawet jeśli przyjmują one formę groźby, oskarżenia czy rozkazu. Większość z nas nie umie mówić o swoich potrzebach, mało tego, nie potrafi ich nawet rozpoznać. Ty, dzięki treningowi NVC, nie tylko poznasz i nazwiesz własne, ale także dostrzeżesz potrzeby innych, choćby były ukryte za negatywnymi komunikatami.

Ewa Orłowska, certyfikowana trenerka Porozumienia bez Przemocy, nauczycielka compassion w nurcie CBLC (Compasionate Based Living course) oraz mindfulness (uważności) dla dorosłych oraz dla młodzieży. Superwizorka treningu mindfulness, mediatorka. Prowadzi programy współczucia (compassion), uważności i uważnej komunikacji jako otwarte treningi grupowe, dla uczniów i nauczycieli. Od ponad 30 lat praktykuje medytację zen i uważność, od ponad 15 lat aktywnie zajmuje się NVC.

Lista potrzeb wg Marshalla Rosenberga

  • Samodzielność i autonomia: wybieranie własnych marzeń, celów i wartości oraz własnego planu spełniania marzeń, celów i wartości.
  • Świętowanie: celebracja kreowania życia i spełnionych marzeń, opłakiwanie straty: ukochanych osób, marzeń itp. (żałoba).
  • Spójność (integralność): autentyczność, kreatywność, przywiązywanie wagi, poczucie własnej wartości.
  • Wzajemna zależność: akceptacja, uznanie, bliskość, wspólnota, uważność, przyczynianie się do wzbogacania życia, bezpieczeństwo emocjonalne, empatia, szczerość (szczerość dająca siłę, która pozwala nam uczyć się na naszych ograniczeniach), miłość, pewność, szacunek, wsparcie, zaufanie, zrozumienie.
  • Zabawa: radość, śmiech.
  • Komunia duchowa: piękno, harmonia, inspiracja, porządek, pokój.
  • Dbałość o potrzeby fizyczne: powietrze, pożywienie, woda, ruch i ćwiczenia, ochrona przed zagrażającymi formami życia (wirusy, bakterie, owady, drapieżniki), wypoczynek, ekspresja seksualna, schronienie, dotyk.

Komunikacja bez przemocy - co jest ważne:

  • Tak bardzo, jak to możliwe, bądź tą samą osobą w pracy i w życiu prywatnym. Będąc zawsze w kontakcie ze swoimi wartościami, poprawisz sobie samopoczucie.
  • Bądź na bieżąco z przeżyciami, dawaj im wyraz bez odkładania, bo sprawy tak się „skompresują”, że powstanie mieszanka wybuchowa.
  • Gdy chcesz odmówić, podaj przyczynę i odwołaj się do potrzeby, którą chcesz zaspokoić, np. „Prosisz mnie o zastępstwo we wtorek. Chciałabym ci pomóc i równocześnie ważne jest dla mnie/ cenię dotrzymywanie umów i we wtorek będę kończyć ostatni projekt, który w środę ma być u szefa”.
  • Bądź szczery. Bycie „grzecznym” zamiast szczerym sprawia, że często później jesteś „wkurzony”. Więc powiedz: „Poczekaj chwilę, chcę przerwać, bo zaczynasz nowy wątek, a ja się pogubiłam i nie nadążam za tym, co mówisz. Pozwalam sobie na ten wtręt, ponieważ cenię szczerość”.
  • Gdy jesteś zły, też to jakoś wyraź. Nie chcesz powiedzieć drugiej osobie o swojej złości? Sprawdź sam dla siebie, co cię powstrzymuje – jaka twoja potrzeba za tym stoi? Gdy stwierdzisz, z powodu jakiej potrzeby nie decydujesz się mówić, odzyskasz wewnętrzną równowagę i będziesz pewien, że zachowałeś wewnętrzną spójność.
  • Kiedy jesteś wściekły, przekształć tę energię, nie „odpychaj” złości na później – to niezdrowe dla ciebie i dla relacji. Kiedyś te stare pokłady i tak dojdą do głosu i wyrzucisz z siebie: „W zeszłym roku też zapomniałaś złożyć się na prezent”.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się

  1. Psychologia

Bezinteresowna dobroć wywołuje poczucie spełnienia - podziel się sobą

Szczodrość i szczęście wzajemnie wywołują się i wzmacniają, odzwierciedlając naszą najgłębszą istotę. Dlatego właśnie, gdy dajemy 
 z serca, wydaje nam się to tak naturalne. (Fot. iStock)
Szczodrość i szczęście wzajemnie wywołują się i wzmacniają, odzwierciedlając naszą najgłębszą istotę. Dlatego właśnie, gdy dajemy z serca, wydaje nam się to tak naturalne. (Fot. iStock)
Czy w czasach kryzysu można być szczodrym? Można, gdyż najważniejsze przejawy szczodrości są niematerialne.

Rozmowy o szczodrości są ogromnie pouczające. Jak ją rozumiemy? Jakiej szczodrości doświadczyliśmy i doświadczamy od ludzi? Czym my się dzielimy? Jakich ludzi uważamy za szczodrych? Czy ktoś może w ten sposób powiedzieć o nas? Hojność rozumiemy najczęściej jako dzielenie się dobrami materialnymi, szczodrość – niematerialnymi. Próbowałam rozmawiać i o szczodrości, i o hojności, jednak rozmowy zawsze schodziły na dzielenie się… sobą. Źródeł szczodrości upatrujemy najczęściej w otwartym byciu z drugą osobą. To tak, jakby było w nas pęknięcie – z jednej strony chcielibyśmy doświadczać od ludzi hojności materialnej, z drugiej – najbardziej cenimy te subtelne, niematerialne dowody wsparcia, troski i miłości. W naszym chaotycznym świecie, w tych niełatwych czasach to jest odkrycie naprawdę budujące – kryzys może pozbawić nas części dochodów, obniżyć standard życia, ale przecież nie odbiera nam wewnętrznej szczodrości, którą – jak się okazuje – cenimy najbardziej. Możemy więc zbudować nowy świat na czymś, co nic nie kosztuje. Szczodrością dysponujemy wszyscy. Nie traci na giełdzie, nie dewaluuje się i nie ulega przecenie, nie kruszy się i nie rdzewieje, nie trzeba jej strzec. Nikt nie może jej ukraść, jest wolna i bezpieczna.

Znana piosenkarka Eleni powiedziała mi kiedyś, że nigdy nie czuje się tak spełniona i spokojna jak wówczas, gdy dzieli się sobą, swoją twórczością i pieniędzmi z innymi: „Skoro tak, to o cóż innego mogłoby w życiu chodzić?”. A jednak doświadczenie uczy, że nie zawsze czujemy się dobrze, dając coś innym albo przyjmując czyjąś hojność.

Polne goździki prześwietlone słońcem

Szczodrość nie ma nic wspólnego z handlem, zyskiem i stratą. Być szczodrym to być bezinteresownym, działać z pobudek serca. Jeśli dając, czujemy, że coś tracimy, nie ma energii w takim dawaniu. Jeśli dając, czujemy się skrzywdzeni (z powodu poświęcenia czy rezygnacji z siebie) – to także nie jest szczodrość. Dawanie w oczekiwaniu na wzajemność nie nakarmi tego delikatnego miejsca w nas, które tęskni za bezinteresownym dzieleniem się radością istnienia. Paradoksalnie jednak, gdy jesteśmy hojni bez oczekiwania wyrównania, życie tę hojność wyrównuje.

– To, co dasz innym, wróci do ciebie, być może nie od razu, ale za to na pewno – mówi aktorka Anna Nehrebecka, postrzegana przez ludzi jako bardzo szczodra osoba. – To tak jak z ziemią, jeśli o nią dbasz, uprawiasz, zasiewasz, doglądasz wzrostu nasion, ona hojnie odpłaca.

– Pod koniec lat 80. byliśmy biedakami po studiach, w wynajętym mieszkaniu, z sąsiadem alkoholikiem za ścianą, z bardzo chorym dzieckiem. Anna Nehrebecka była sławną aktorką, występowała w filmach i grała w teatrze. Mieszkaliśmy niedaleko Ani, w pobliskim budynku – opowiada Grażyna. – Pomagała nam, woziła do szpitala, uczyła mnie opieki nad dzieckiem, obdarowała mnóstwem rzeczy, mąż Ani Iwo specjalnie jeździł do stolarza, żeby ze starej półki, którą dostaliśmy od księdza Ziei, zrobić komodę, a potem dźwigał ją dla nas po schodach… A gdy wyjechali na miesięczny urlop, pozwolili nam zamieszkać w swoim mieszkaniu. Zawsze będę jej wdzięczna – mówi Grażyna. – Przecież w artystycznym środowisku Ani byliśmy nikim.

Dużo by pisać o tego typu działaniach aktorki. Ona nie chce o nich mówić: – Jeśli daję, to spontanicznie, nie rozmyślam o tym ani przed, ani po.

– Dawanie przyjaciołom, ludziom bliskim jest naturalne i łatwe – twierdzi. – O wiele trudniej o szczodrość codzienną i dla obcych. Jak pisał Hemar: „Bo nam najbardziej dni powszednie ciążą”. Szczodrość codzienna to przeprowadzenie przez jezdnię starszej osoby, przytrzymanie jej drzwi w sklepie, serdeczny uśmiech do ekspedientki, zrobienie zakupów samotnej osobie, bez wystawiania rachunku, bez oczekiwania wdzięczności, po prostu.

Jest przekonana, że takie drobne gesty, których zazwyczaj nie doceniamy, mają siłę. – Żadne dobre słowo nie ginie; nawet jeśli w pierwszej chwili ktoś nie zareaguje na naszą życzliwość, ona zapisuje się w nim i wraca, gdy człowiek potrzebuje pocieszenia. A wszyscy potrzebujemy, bo daje siłę na przetrwanie, chroni przed zgorzknieniem i zamknięciem, pozwala żyć. Często przypomina mi się obraz z dzieciństwa. Miałam pięć lat i patrzyłam na oświetlone słońcem maleńkie, różowe, rozsiane w trawie polne goździki, i taka radość we mnie. Nie przywiązujemy wagi do tych sekundowych uniesień, a to z nich właśnie budujemy siebie. Nie wiadomo kiedy wspomnienie naszego uśmiechu rozjaśni komuś życie.

Sama także zaznała ludzkiej szczodrości. Druga połowa lat 80., oboje z mężem bez pracy, stan wojenny, problemy zwykłe dla tego czasu. – Stałam przed dylematem, czy cena za moją postawę nie jest zbyt wysoka, czy nie płacą jej moi bliscy. Byłam podłamana – opowiada aktorka. – I nagle przychodzi ktoś, kto mówi: „To jest nagroda Solidarności z Brukseli za to, kim pani jest”. Pamięta, że się rozpłakała.

Lata 2001–02, z mężem na placówce w Brukseli. Po wyborach i zmianie rządu w kraju brutalne i kłamliwe ataki brukowej prasy, przed którymi nie sposób się bronić. Nie przetrwaliby bez życzliwych ludzi; wieczorem zawsze telefon: „Czekamy na was”.

– Byli z nami, po prostu byli.

Kilka lat temu ukazała się fascynująca książka „Nowa Ziemia” Eckharta Tolle (autora bestsellerowej „Potęgi teraźniejszości”), będąca zapowiedzią zmian świadomości, którym będziemy podlegać w następnych latach, jeśli oczywiście otworzymy się na te zmiany. Jaka będzie nowa Ziemia? „Źródło wszelkiej Obfitości nie znajduje się na zewnątrz – pisze Tolle. – Jest ono częścią tego, kim jesteś”.

Proponuje, aby zacząć od dostrzegania i doceniania bogactwa na zewnątrz. Zauważenia pełni życia w cieple słońca na twarzy, w soczystym owocu, w pięknie gwałtownej wiosennej ulewy, w śpiewie ptaków. Ta pełnia życia obecna jest na każdym kroku. Uznanie i wdzięczność dla niej budzą drzemiącą w nas szczodrość. A wtedy wystarczy pozwolić jej wypłynąć.

„Gdy uśmiechasz się do nieznajomego, już następuje krótki wypływ tej energii – pisze Tolle. – Stajesz się dawcą. Często zadawaj sobie pytanie: »Co mogę dać? Jak mogę przysłużyć się tej osobie, tej sytuacji?«”.

Wyzdrowiałam, bo byłam dla siebie hojna

– Los był dla mnie hojny, bo zesłał mi chorobę. Nie mówię tak dlatego, że to fajnie brzmi, ale dlatego, że tak czuję. Warto było zachorować, nie było łatwo, ale było warto – mówi Urszula Jaworska, szefowa fundacji swojego imienia zajmującej się badaniem potencjalnych dawców szpiku i pomaganiem chorym.

O tym, że to białaczka, dowiedziała się jesienią 1994 roku. Przyszła do domu i zobaczyła coś strasznego: na środku pokoju klęczał mąż i płakał, obejmowała go ich czteroletnia córeczka. To wtedy postanowiła, że najbliżsi płaczą przez nią ostatni raz.

O operacji przeszczepienia Uli szpiku od dawcy niespokrewnionego, pierwszej tego typu w Polsce, pisały niemal wszystkie gazety. Stała się popularna. Postanowili z mężem, że ich doświadczenie w walce z chorobą nie może pójść na marne. Założyli Fundację Urszuli Jaworskiej i Bank Dawców Szpiku, jakiego dotąd u nas nie było.

Z Urszulą spotykam się w siedzibie jej fundacji o dziewiątej rano. Wczoraj była w Gdyni, jutro jedzie do Poznania. W trakcie naszej rozmowy odbiera telefony, a dzwonią co kilka minut. Będzie rozmawiała ze mną tak długo, jak zechcę, ale bez telefonów nie da rady, czekają sprawy i chorzy.

– Myślałam o tym, jak podziękować za hojność wszystkim, którzy zbierali pieniądze na moje leczenie i byli ze mną, a przede wszystkim mojej holenderskiej dawczyni, 45-letniej kobiecie z czwórką dzieci. Jak miałam to zrobić? Powiedzieć: dziękuję? To za mało!

Po trzech latach od operacji napisała list do Holenderskiego Rejestru Dawców Szpiku, że założyła fundację i Bank Dawców i w ten sposób dziękuje, pomagając innym. Bo hojność jest zaraźliwa.

W swoim postanowieniu, że się nie podda, że będzie walczyć, utwierdzała się wiele razy. Po operacji leżała w szpitalu, a mąż i zaprzyjaźnieni artyści zorganizowali dla niej charytatywny koncert w teatrze Syrena.

– Płakałam, gdy zaśpiewali napisaną dla mnie piosenkę „Poczekajmy na Urszulę…” i połączyli się ze mną telefonicznie. Powiedziałam tylko: „witajcie, kochani”, i usłyszałam brawa na widowni. Jak po tym wszystkim miałabym się poddać? Wy mi tyle daliście, to ja wyzdrowieję!

– Ich energia, serce, miłość w żadnym razie nie mogą być zmarnowane – mówi dobitnie. – Dlatego teraz uczciwie i rzetelnie jestem dla tych, którzy potrzebują pomocy, spłacam dług.

Kilka lat temu dzięki Fundacji Urszuli Jaworskiej po raz pierwszy w Polsce spotkał się dawca szpiku z jego biorcą, dziesięcioletnim chłopcem. Obaj płakali. – Nigdy nie zapomnę tych łez – zwierzała się Urszula dziennikarzom. – Ryczałam z nimi.

Bank Dawców już jest. Teraz jej pomoc polega na czymś innym: – Chorzy w Polsce czują się bezradni i samotni, nie znają swoich praw, więc mówię im, co im się należy i że mają egzekwować prawo do leczenia, wymagać, być asertywni, walczyć o siebie. Nikt ich tego nie uczy, a to podstawowa sprawa.

Daje sobie prawo do rozmów z chorymi, ponieważ przeszła przez to, przez co oni przechodzą, i wygrała z chorobą.

– Jak chory jest oporny, nie chce być hojny dla siebie i wyzdrowieć, to ja nim potrząsnę: jeśli jesteś takim egoistą, że nie walczysz o siebie dla siebie, to walcz dla innych, bo nie jesteś sam na świecie! Najłatwiej się poddać, umrzeć i zostawić najbliższych w rozpaczy! Nie może cię zabraknąć dla tych, których kochasz i którzy cię kochają.

Mówi im też: – Może choroba jest ci potrzebna? Spróbuj pochylić się nad nią nie jak nad karą czy grzechem, ale jak nad szansą, hojnością od losu. Po co choroba? Może po to, by być bliżej z rodziną, może żeby pomagać innym, może żeby się zmienić, być lepszym człowiekiem. Każdy musi to swoje „może” znaleźć po swojemu.

– Choroba dała mi wszystko – mówi Urszula. – Dzięki niej mogę być lepsza. Nauczyła mnie pokory i małych oczekiwań, mam wszystko, co jest mi potrzebne.

Przypomina jej się taki fragment z pism Platona: – Żyjemy tak, jakbyśmy siedzieli w ciemnej jaskini i widzieli tylko odbicie ogniska na ścianie. Nie stać nas na to, by wyjść z jaskini i zobaczyć świat takim, jaki jest naprawdę, w jego bogactwie, pełni.

- Kiedy wyszła pani z jaskini? – pytam.

– Ciągle w niej siedzę! – odpowiada ze śmiechem.

Pisarz Matthieu Ricard w książce „W obronie szczęścia” przytacza wyniki badań naukowych nad pozytywnymi doświadczeniami ludzi. Są jednoznaczne: radość towarzysząca aktowi bezinteresownej dobroci wywołuje poczucie spełnienia, trwałej satysfakcji. Szczodrość rodzi szczęście. Mamy wtedy wrażenie, że iluzoryczne bariery stworzone przez „ja” rozpuszczają się i doświadczamy poczucia wspólnoty, współzależności wszystkich istot. Szczodrość i szczęście wzajemnie wywołują się i wzmacniają, odzwierciedlając naszą najgłębszą istotę. Dlatego właśnie, gdy dajemy z serca, wydaje nam się to tak naturalne.

  1. Zdrowie

Bądź zdrów – myśl o swoim ciele, duchu i umyśle. 1% dla Fundacji Małgosi Braunek „Bądź”

Dzięki wsparciu finansowemu z 1% podatku Fundacja
Dzięki wsparciu finansowemu z 1% podatku Fundacja "Bądź" będzie mogła organizować kolejne wykłady, warsztaty, Kongresy oraz grupy wsparcia dla osób zainteresowanych unikatową wiedzą o budowaniu zdrowia oraz dla wszystkich będących w kryzysie choroby. (Fot. materiały prasowe)
Fundacja Małgosi Braunek „Bądź” to organizacja działająca od 2015 roku zajmująca się edukacją zdrowotną. Promuje i wspiera zintegrowane, holistyczne podejście zarówno do zdrowia, jak i do choroby, inspiruje do aktywnej postawy wobec własnego zdrowia. Swoimi działaniami dąży do poprawy stanu zdrowia całego społeczeństwa. 

„Człowiek stanowi dla nas całość - połączenie ducha, ciała i umysłu. Chcemy by każdy miał dostęp do wiedzy na temat holistycznego podejścia do zdrowia i wspierających metod w leczeniu. By każdy czuł się bezpiecznie. W dobie pandemii jest to tym bardziej konieczne.” – mówi Orina Krajewska, prezeska Fundacji.

W ramach pierwszej w historii Fundacji kampanii 1%, przygotowanej we współpracy z agencją OPEN i domem produkcyjnym Trzyfilm, powstał MANIFEST Fundacji „Bądź”, który najlepiej oddaje misję organizacji:

  • Bądź zdrów – myśl o swoim ciele, duchu i umyśle kompleksowo.
  • Bądź pewny – badaj się profilaktycznie.
  • Bądź świadomy – poznaj fakty na temat medycyny integralnej i możliwości, jakie daje.
  • Bądź uważny – słuchaj siebie i wybieraj to, co ci służy: ruszaj się, oddychaj, redukuj stres, dbaj o dietę oraz sen.
  • Bądź aktywny – twoje zdrowie jest... twoje. I sam naprawdę wiele możesz dla siebie zrobić. Dlatego szukaj, pytaj, zgłębiaj temat.
  • Bądź otwarty – zrozum, na jak wiele, nieoczywistych, nowatorskich sposobów można dbać o zdrowie.
Bądź z nami na 100%, a nam przekaż swój 1%, żebyśmy mogli wspierać innych.

Bohaterkami kampanii są Aleksandra Nowińska, Mira Klajnberg i Magda Chołyst, podopieczne fundacji szczególnie związane z projektem “Jestem i Będę” w ramach którego dzieliły się swoimi doświadczeniami holistycznego podejścia w leczeniu.

Ola od wielu lat wspiera działania Fundacji, a w 2018 roku sama doświadczyła choroby nowotworowej. Dzięki wiedzy na temat komplementarnych metod leczenia, swojej determinacji i ciężkiej pracy nad emocjami wyszła z choroby obronną ręką. Dziś, gdy jako zdrowa osoba opowiada swoją historię, dostrzega jak wielki to miało sens. Wierzy, że wszystko było i jest po "coś".

Mira, zajęta szefowa produkcji w dużej agencji reklamowej, pewnego dnia pod prysznicem wyczuła guza piersi. Choroba drastycznie wybiła ją z pędu, w którym żyła. Moment diagnozy okazał się prawdziwym sprawdzianem. Przechodząc przez kolejne etapy ciężkiego leczenia nauczyła się zwalniać i świadomie oddychać. To stopniowo zmieniło jej nawyki oraz styl życia. Jak mówi - dziś, jako zdrowa osoba jest w najlepszej formie w jakiej w życiu była.

Magda, po latach immunologicznej choroby i trudnym leczeniu odkryła, że jeden z leków ma działanie toksyczne, w wyniku którego utraciła 50% widzenia. Kryzys zdrowotny stał się zaproszeniem do podróży po różnych metodach leczenia, ale przede wszystkim do podróży w głąb siebie.

"Jestem bardzo wdzięczna naszym Bohaterkom, które z taką otwartością podzieliły się swoimi historiami, oraz wszystkim zaangażowanym w powstanie wzruszającego filmu i kampanii. Szerokie dotarcie kampanii może posłużyć jako zestaw praktycznych wskazówek na temat holistycznego podejścia do zdrowia i zachęta do aktywnego dbania o własne zdrowie. Czas pandemii był dla nas wyjątkowo trudny, szczególnie pod względem finansowym. 1% to dla nas, nomen-omen, być albo nie być. Mamy nadzieję, że przekazując na nas swój 1% będziemy mogli działać dalej. Na 100%" - mówi Orina Krajewska.

Najważniejsze obszary działania Fundacji Małgosi Braunek „Bądź” to:

  • organizacja darmowych wykładów i warsztatów poświęconych prewencji i leczeniu chorób;
  • prowadzenie cyklicznej i otwartej GRUPY WSPARCIA #BądźMy dla pacjentów onkologicznych, chorych przewlekle oraz ich przyjaciół i rodzin;
  • organizacja KONGRESÓW MEDYCYNY INTEGRALNEJ “Bądź w pełni zdrowia”, na których wysokiej klasy eksperci z kraju i zagranicy dzielą się swoją wiedzą;
  • prowadzenie FUNDACYJNEJ INFOLINII otwartej dla wszystkich w nagłej potrzebie kontaktu oraz dyżurowanie na infolinii u Rzecznika praw pacjenta;
  • tworzenie bazy kluczowych informacji dotyczących metod, klinik, lekarzy, terapeutów oraz instytucji zajmujących się różnymi sposobami prewencji i leczenia.
Dzięki wsparciu finansowemu z 1% podatku Fundacja będzie mogła organizować kolejne wykłady, warsztaty, Kongresy oraz grupy wsparcia dla osób zainteresowanych unikatową wiedzą o budowaniu zdrowia oraz dla wszystkich będących w kryzysie choroby.

Numer KRS Fundacji to: 0000381339.

  1. Psychologia

Współczesny singiel - jaki jest i czego poszukuje? 

Współczesny singiel to
to mężczyzna, który świadomie wybiera tę drogę. Uważa, że życie w pojedynkę jest lepsze, prostsze i obarczone mniejszą liczbą problemów. (Fot. iStock)
Współczesny singiel to to mężczyzna, który świadomie wybiera tę drogę. Uważa, że życie w pojedynkę jest lepsze, prostsze i obarczone mniejszą liczbą problemów. (Fot. iStock)
Szuka samego siebie czy związku? A może za wysoko stawia poprzeczkę? Albo za mało jest dziś fajnych kobiet, z którymi mógłby stworzyć udaną relację? Wspólnie z terapeutą Robertem Milczarkiem próbujemy ustalić, czy współczesnemu singlowi blisko do dzisiejszej singielki.

Kim jest współczesny singiel?
To najczęściej mężczyzna, który świadomie wybiera tę drogę. Uważa, że życie w pojedynkę jest lepsze, prostsze i obarczone mniejszą liczbą problemów. To również mężczyzna, który po wielu próbach stworzenia związku zbudował przekonanie, że nie nadaje się do relacji. Według moich obserwacji z gabinetu takie myślenie najszybciej włączają jednak młode kobiety... Uważają, że to z nimi jest coś nie tak.

Czy mężczyźni również szukają winy w sobie?
Mężczyźni raczej zawyżają postrzeganie siebie i swojej wartości, a przyczyny niepowodzenia szukają po drugiej stronie. A że związki trudno jest budować, to nie warto się męczyć, lepiej ułożyć sobie życie w pojedynkę. Potrzeby seksualne i towarzyskie wolą realizować na zasadzie „friends with benefits” lub za pomocą kontaktów nawiązywanych poprzez platformy społecznościowe.

Co zmieniło się w byciu singlem na przestrzeni lat?
Myślę, że młodzi ludzie, czyli pokolenie 20+, po prostu nie chcą ryzykować. Pragną mieć pewność. Dlaczego? Bo przenoszą postawę konsumpcyjną na relacje, wybierają sobie partnerkę podobnie jak produkt. Młodzi mężczyźni mają dzisiaj bardzo wysokie oczekiwania i „koszykowe” podejście do kobiet. Wrzucają do koszyka pewną sumę kryteriów, jak w sklepie internetowym, i zaczynają polowanie: ty – nie, a ty – tak. Bez elastycznego podejścia i gotowości na to, żeby się dostroić, poznać, dotrzeć się. Zamiast tego jest szybka ocena wad i zalet. A jeśli partnerka nie spełnia wymogów, relacja kończy się bardzo szybko.

Kiedy tego słucham, to mam wrażenie, że w relacji z kobietami to młodzi mężczyźni rozgrywają dzisiaj karty.
Jako terapeuta coraz częściej spotykam tego typu sytuacje. Również z relacji kobiet, które mówią: „poszliśmy na spacer, na kawę, umówiliśmy się drugi raz, a on przestał oddzwaniać albo w ogóle nie odbiera”. Lub: „dochodzi do seksu, a on znika”. Albo słyszę od mężczyzny: „miła, inteligentna, ładna, ale ma za krótkie palce u stóp”. I on nie może na to patrzeć. Cecha fizyczna staje się kluczowym kryterium rezygnacji z pracy nad relacją.

Ale dlaczego tak się dzieje?
Chodzi często o nieistotny detal. Ja także rozkładam ręce, gdy to słyszę, jednak towarzyszę mężczyźnie w tym, żeby określił swoje oczekiwania i zastanowił się nad tym, czy są realne. Ten profil psychologiczny cechuje wysoki krytycyzm i oczekiwania względem partnerki, ale bardzo niska autorefleksja na temat tego, jaki jestem. Dużo jest w tym narcystycznej postawy.

Jaka jest tego przyczyna? Nadopiekuńcza matka, która daje synowi wszystko, tak że później partnerka nie jest w stanie jej dorównać? A może zmieniające się role płciowe i to, że kobiety nie stawiają mężczyzn i relacji z nimi jako najważniejszego, co ich wkurza?
Jest wiele czynników, które mają na to wpływ. Spotykam mężczyzn, którzy mają bardzo dobre relacje z rodzicami i wzorce do naśladowania... a mimo to ich oczekiwania wobec kobiet i świata są roszczeniowe albo przepełnione lękiem i obawą przed odrzuceniem. Myślę, że kluczowa jest zmiana cywilizacyjna związana z potrzebą szybkiej konsumpcji. Skojarzył mi się teraz Andrzej Rysuje, który stworzył ostatnio taki rysunek: widzimy mężczyznę kiedyś – w postaci rycerza poranionego strzałami, bez nogi, ręki, tak że generalnie ledwo stoi. A na dole napis: „do wesela się zagoi". Tymczasem co robi mężczyzna dzisiaj? Siedzi w kącie i mówi: „boję się”.

Dlaczego mężczyźni czują lęk?
Chcą związku, ale bez ryzyka, że może się nie udać. Bo można mieć fajny, empatyczny dom, ale później mierzysz się ze swoją grupą rówieśniczą i zaczyna się to całe ocenianie i kategoryzowanie, używanie uprzedmiotawiającego kobiety języka. Nawet jeśli to tylko bardzo nieudane, godne pożałowania żarty, to powtarzają je, bo chcą przynależeć do jakiejś grupy, z czasem przesiąkają tym wyższościowym podejściem wobec kobiet. Do tego dochodzą jeszcze potrzeba szybkiej gratyfikacji i unikanie rozczarowania oraz napięcia. Nic dziwnego, że trudno jest stworzyć związek, jeśli masz tak wysokie wymagania i minimalną refleksję na swój temat...

Jaki jeszcze jest typ współczesnego singla?
To mężczyzna wrażliwy i obiektywnie całkiem fajny, bo aktywny, rozwijający się, ale z dużymi deficytami komunikacyjnymi. Boi się kobiet i tego, że się zmieniły. Boi się także zawstydzenia. Stosuje więc racjonalizację, bo łatwiej jest mu w pozytywny sposób myśleć o sobie i o tym, że jest singlem z wyboru, niż iść na kompromisy. Tutaj przyczyn szukałbym w domu rodzinnym i braku obecnego ojca, który mógłby stanowić wsparcie, poklepałby syna po plecach, poszedł z nim do lasu, wzmocnił męskim pierwiastkiem zdrowej pewności siebie i nauczył, że można się z siebie pośmiać, mieć dystans do siebie.

Wiele singielek twierdzi, że zderzenie swoich oczekiwań i wyobrażeń na temat potencjalnego partnera z rzeczywistością jest najbardziej zabójcze dla relacji.
Ten kto ma oczekiwania – szczególnie wysokie i nierealistyczne – doznaje także rozczarowań. Myśmy się nauczyli stawiać te oczekiwania innym ze względu na przemiany cywilizacyjne. Związane z różnymi stylami podejmowania decyzji konsumenckich, ale też przez to ciągłe powtarzanie: „masz prawo, żeby być najlepszą wersją siebie”.

A co w tym złego?
Jeśli to przesłanie nie idzie w parze z autorefleksją i umiejętnością akceptacji rozczarowań jako części życia, to jest bardzo szkodliwe. Wytwarza ogromną presję porównywania się i dążenie do ideałów rodem z Instagrama. Obserwuję to w pracy z pacjentami – oczekiwania rosną, a z uznaniem własnych słabości i tolerancją na różnice w relacji jest coraz trudniej. Oczywiście mamy prawo oczekiwać czegoś; sztuką jest umiejętność wyważenia tego, czego chcę od relacji a co sam do niej wnoszę.

Do mojego gabinetu trafiają ludzie właśnie na skutek życia zgodnie z takimi wygórowanymi oczekiwaniami. Single, którzy myślą w ten sposób aż do momentu, gdy zaczynają odczuwać upływ czasu i dochodzą do wniosku, że może jednak dobrze jest się do kogoś w nocy przytulić czy dzielić z kimś swoimi doświadczeniami. Pandemia bardzo mocno wpłynęła na singli, wyłączyła im większość bezpieczników do korzystania z życia: dobra kultury, restauracje, kluby fitness, wspólne wyjścia. Świat przestał im dawać to, czego oczekują.

Nie radzą sobie z samotnością?
Samotność uaktywnia w nas różne cechy wynikające z osobowości. Jeżeli ktoś odczuwał lęk przed samotnością, to redukował ten lęk przez częste kontakty z innymi. To jest czasem nieświadome. Taki mężczyzna – dusza towarzystwa, wraca do domu, do łóżka i jest sam, ale miał superdzień, jest pozytywnie naładowany, czuje się szczęśliwy i nabodźcowany. A teraz tego wszystkiego zabrakło. Bo większość czasu spędza z samym sobą. I okazuje się, że to uwydatnia potrzebę bliskości, pokazuje, jak ważny jest drugi człowiek.

To częściej możliwość rozwoju czy kryzysu?
Najpierw kryzysu. Taka sytuacja wywołuje raczej wzrost depresji i poczucia osamotnienia. Poziom napięcia jest tak ogromny, że powoduje wypadanie z trybu funkcjonowania, który do tej pory działał. Mężczyzna ma tak wysoki poziom lęku przed samotnością, nieumiejętność bycia ze sobą i potrzebę bliskości, że zaczynają pojawiać się zaburzenia psychosomatyczne. Poczucie pustki, zaburzenia koncentracji uwagi – to pierwsze sygnały kryzysu. Tego, że komuś zostały wyłączone dotychczasowe sposoby regulowania emocji i potrzeb.

Z kolei patrząc na to z perspektywy młodej rodziny z dzieckiem i w lockdownie, można powiedzieć, że single mają chociaż święty spokój...
Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. Ludzie przemęczeni obecnością wielu osób na małej przestrzeni chcą wolności. A ci, którzy mają wolność, pragną bliskości i kontaktu z człowiekiem. Zawsze będziemy pragnęli czegoś, czego nie mamy.

No i co z tym zrobić?
Od tego jest właśnie terapia, żeby odbudować balans między wglądem osobistym a działaniem. Bo istnieje cała masa osób, które analizują i robią głęboki wgląd w siebie, ale później nic z tego nie wynika. Nie ma tego transferu od wiedzy do działania, refleksja nie przechodzi przez ich ciało czy emocje. Są też tacy, którzy działają, ale bez większej refleksji. Terapia tworzy warunki do budowania kontaktu ze sobą.

Na czym polega twoja praca terapeutyczna z singlami?
Jeżeli singiel przychodzi na terapię, będąc w kryzysie, najczęściej robi to tuż po wizycie u psychiatry, z rozpoznaniem depresji lub wysokim poziomem lęku. Wtedy zaczynamy pracę nad tym, żeby nauczyć go umiejętności bycia ze sobą.

A jak na współczesnego singla wpływają singielki? Jakie problemy ma singiel z kobietami?
Singiel szuka kobiety idealnej. Ma być atrakcyjna fizycznie, inteligentna, mieć pasje. Z drugiej strony ma być zaangażowana w dom i życie rodzinne. Powinna przejawiać aktywność zawodową i nie być zależna od mężczyzny, ale podtrzymywać tradycje. Skills level hard...

To tak jak z kobietami, które szukają „czułego barbarzyńcy”.
Tylko kiedy i od kogo ci faceci mieli się tego nauczyć? Tak samo kobiety. Od kogo miały nauczyć się bycia niezależną i samodzielną? Od zależnych od mężów matek? Kobiet z syndromem urobionej po łokcie matki Polki?

Czyli pracujesz z mężczyznami nad tym, by zdali sobie sprawę, że takich kobiet nie ma. A może są?
Najpierw mężczyzna musi dojść do jakiegoś rozwojowego wniosku związanego z urealnieniem się, czyli dowiedzieć się, kim jest i w jaki sposób może być odbierany przez kobietę. To nie zawsze są miłe informacje zwrotne. Pracujemy nad tym, jakimi wartościami się kieruje, jakich mężczyzn obserwował w życiu, skąd czerpał wzorce i perspektywę patrzenia na relacje. Nie zdarzyło mi się jeszcze, żeby facet powiedział mi: „Puknij się, panie psychologu, w głowę. Co ty mi tutaj za herezje opowiadasz?! Ja wiem lepiej i wychodzę...” Powiedziałbym nawet, że mężczyznom, którzy mają takie oczekiwania wobec kobiet, łatwiej jest się otworzyć w rozmowie z męskim psychologiem, zwłaszcza jeśli mogą traktować go jako kumpla lub starszego brata. Nie czują się wtedy oceniani ani krytykowani, a jednocześnie są prowokowani do tego, żeby wytłumaczyć swoje zachowania i sposoby myślenia. Trochę jak humor z męskiej szatni, który wychodzi tylko facetom w kontakcie z innymi facetami. Taki sposób komunikacji mógłby być postrzegany jako wyśmiewanie, a jest drogą dotarcia do mężczyzn.

Co jeszcze robi się na męskich kręgach i terapiach? W serialu „Fleabag” terapeuta wraz z pacjentami tworzą kobiecą kukłę i kierują pod jej adresem różne niewybredne epitety, żeby wypuścić z siebie długo skrywaną złość do kobiet…
Świat filmu to wykreowana i przerysowana dla podsycenia dramaturgii rzeczywistość, w gabinecie wygląda to często tak, że mężczyzna opowiada mi o tym, jaki jest fantastyczny, a ja zaczynam wtedy trochę ziewać. Daję mu sygnał: nuda, ciągle mówi pan o sobie, ile te kobiety mogą wytrzymać? To celowa interwencja, konfrontuję go z nim samym, w męski sposób. Dlatego mówię o humorze szatni, bo to, w jaki sposób mężczyźni rozmawiają ze sobą, kobiety często mogą postrzegać nawet jako rodzaj bullyingu czy przemocy. Oczywiście takie interwencje terapeutyczne zawsze wynikają z rozpoznania konstrukcji psychologicznej mężczyzny, z którym pracuję, jego wrażliwości i dopasowania do tego kodu komunikacyjnego.

Badania prof. Paula Dolana pokazują, że niezamężne i bezdzietne kobiety to najszczęśliwsza grupa ludzi na świecie. Podobno cieszymy się z tego, że mamy dzieci, jednak już nie z ich obecności. Poza tym kobiety zamężne w mniejszym stopniu realizują siebie oraz doświadczają więcej negatywnych emocji. Czy z mężczyznami jest inaczej? Czy jednak potrzebują do szczęścia kobiety?
Pojawia mi się w głowie teraz taka metafora mężczyzny lwa, którego kobieta drapie po gardle, mierzwi mu grzywę, a on dumny i spełniony wypina lwią pierś. Sam jestem takim facetem, bo uwielbiam przynosić zdobycz do domu i być za to pochwalony. Nie wszyscy mężczyźni są tego świadomi, ale rozpływają się, jeśli tylko mogą dostać jakieś pozytywne wzmocnienie. Poczuć się sprawczy, doceniani przez kobiety, z którymi idą przez życie.

Znam przypadki mężczyzn, którzy byli w relacjach z niezwykle atrakcyjnymi fizycznie i osobowościowo kobietami, które ich emocjonalnie kastrowały. I to zupełnie nieświadomie, po prostu były od nich lepsze, skuteczniejsze zawodowo. Kobiety, które jasno wyrażają oczekiwania, są postrzegane przez mężczyzn często jako agresywne, oceniające i wymuszające różne zachowania, na zasadzie: „No i co tak siedzisz?! Zrób coś”. Dlatego niektórzy mężczyźni wybierają związki z kobietami, które nie są tak atrakcyjne, za to oni właśnie przy nich czują się prawdziwymi mężczyznami, bo mogą się wykazać. Przed mężczyznami jest dużo pracy nad tym, aby nie traktowali silnej kobiety jako zagrożenia umniejszającego ich męskości. Aby potrafili poradzić sobie z przemianami społeczno-kulturowymi i cieszyć się fajnymi, wystarczająco dobrymi relacjami z prawdziwymi kobietami, a nie wyimaginowanym wizerunkiem idealnej partnerki.

Robert Milczarek, psycholog, psychoterapeuta, trener umiejętności psychospołecznych www.robertmilczarek.pl.

  1. Psychologia

Przyjaźń w dorosłym życiu też trzeba pielęgnować

Z badań wynika, że nasze więzi z przyjaciółmi słabną często po trzydziestce. Budzimy się zazwyczaj po 45. roku życia i wtedy próbujemy nawiązać nowe lub reaktywować stare przyjaźnie. (Fot. iStock)
Z badań wynika, że nasze więzi z przyjaciółmi słabną często po trzydziestce. Budzimy się zazwyczaj po 45. roku życia i wtedy próbujemy nawiązać nowe lub reaktywować stare przyjaźnie. (Fot. iStock)
Z badań wynika, że osoby, które mają przyjaciół, rzadziej chorują, dłużej żyją i są zadowolone z życia. Przyjaźń bywa bardziej stabilna niż związki miłosne, których rozpad najlepiej opłakiwać z przyjaciółką. Jednak, jak przekonuje psycholożka Hanna Samson, jak każda bliska relacja, jest narażona na kryzysy i wymaga troski.

Media społecznościowe sprawiają, że nasza sieć znajomości się rozszerza, ale liczba bliskich przyjaciół się nie zmienia i wynosi około pięciu. Tak wynika z badań przeprowadzonych przez antropologa i psychologa Robina Dunbara, o których dowiedziałam się z właśnie wydanej książki „Jak zdobyć i pielęgnować przyjaźń w dorosłym życiu” (wyd. Zwierciadło). Jej autorka Hope Kelaher proponuje wiele ćwiczeń, które mogą nam pomóc w osiągnięciu tej piątki (jeśli mamy z tym kłopot), ale przede wszystkim pokazuje, jak cenna jest przyjaźń.

Przyjaźń to związek, w którym możemy cały czas być sobą, bo czujemy się bezpiecznie. Możemy mówić o swoich lękach i słabych stronach, bo czujemy się akceptowani. Możemy też mówić o pragnieniach i potrzebach, zdradzać swoje sekrety – bo mamy zaufanie, że przyjaciel nie ujawni ich innym. Możemy liczyć na wsparcie i na konkretną pomoc, gdy potrzeba. I wszystko to możemy również dawać. Przyjaźń to relacja wzajemna, która sprawia, że choćby nie wiem co się działo w naszym życiu, nie czujemy się sami na świecie. Ale kiedy życie jednej z osób radykalnie się zmienia, przyjaźń również zwykle wymaga zmiany.

Jest inaczej

Beata ma 36 lat, rok temu wyszła za mąż. Znam ją z warsztatów asertywności, która nie jest jej mocną stroną. Tym razem umówiła się na spotkanie indywidualne. Aha, pewnie zaczęły się problemy małżeńskie – pomyślałam, bo wiadomo, jak to jest, gdy buduje się nowy związek. Ale nie. Beata ma problemy w starym związku, w którym jest od kilkunastu lat.

– Chciałabym popracować nad relacją z moją przyjaciółką Ewą – powiedziała, a ja, przyznaję, byłam trochę zaskoczona. Ludzie chcą ratować małżeństwa, naprawiać relacje z dziećmi, czasem z rodzeństwem, ale z przyjaciółką? Właściwie czemu nie? Może zbyt łatwo rezygnujemy z przyjaźni, gdy coś się psuje? Beata nie zamierzała rezygnować. – Przyjaźnimy się od 17 lat, pomagałyśmy sobie przetrwać trudne chwile, razem się bawiłyśmy, śmiałyśmy, narzekałyśmy i jeździłyśmy na wakacje – opowiada. – Ale ostatnio ta przyjaźń mnie dusi, jest jej za dużo w moim życiu. Ewa ma do mnie pretensje, że często nie odbieram telefonu, a ja nie chcę z nią tyle rozmawiać i nie wiem, jak jej o tym powiedzieć. – Może tak jak się uczyłaś na warsztatach asertywności? Szczerze, uczciwie, z zadbaniem o relację? Wyobraź sobie, że Ewa tu siedzi. Co byś jej chciała powiedzieć? – pytam. – Że jestem na nią wściekła, że jej nie znoszę, że niszczy moje życie, że przez nią mam poczucie winy, że… – w Beacie nagromadziło się sporo emocji, teraz wybucha i mówi bez przerwy, właściwie krzyczy. Trwa to kilka minut. – No widzisz, nie mogę jej tego powiedzieć. Ja nie chcę zniszczyć tej przyjaźni, ale też nie chcę się w niej dusić!

Razem analizujemy sytuację, która wydaje się dość oczywista. Odkąd Beata związała się z Robertem i wyszła za mąż, nie ma dla Ewy tyle czasu co wtedy, gdy obydwie były singielkami.

– Nie chodzi tylko o czas, ale też nie mam potrzeby ani ochoty, żeby z nią w kółko rozmawiać. Ewa nie przyjmuje do wiadomości, że mam swoje życie też poza nią. Mówię jej, że właśnie jemy kolację z Robertem, a ona jest urażona. „Ach, rozumiem, przeszkadzam ci jak zwykle” – stwierdza z przekąsem, a ja czuję się winna, choć wiem, że mam prawo zjeść z mężem kolację. Czuję się winna, że wyszłam za mąż i ją opuściłam, ale to przecież jest bez sensu! Rozumiem, że jest jej trudno, ale nie może już być tak jak było przedtem.

Pod koniec spotkania Beata podejmuje decyzję, że porozmawia z Ewą, wie już, co chce jej powiedzieć i jest gotowa. A ja trzymam za nią kciuki!

Czas próby

Gdzieś po miesiącu znowu do mnie dzwoni. – Czy mogę przyjść do ciebie razem z Ewą? – Powiedziałaś jej to, co chciałaś powiedzieć? – zapytałam, chcąc zyskać na czasie, bo to znów było dla mnie zaskakujące. Wspólna sesja przyjaciółek? Właściwie czemu nie, skoro przyjaźń to ważna relacja? – Próbowałam, ale Ewa zaczęła mnie obwiniać, że już jej nie potrzebuję, więc zaczęłam ją zapewniać, że tak nie jest, ale ona czuje się urażona i już nic nie mogę jej powiedzieć, może przy tobie wysłucha mnie do końca. – Ewa też chce się spotkać? – sprawdzam dla porządku. – Tak. Obydwie chcemy.

Spotkanie nie było łatwe i wymagało odwagi od obydwu kobiet. Na początku doceniłam to, jak są dla siebie ważne, skoro obydwie tu przyszły. – Nie, to nieprawda – protestuje Ewa. – Ważne byłyśmy dla siebie przez kilkanaście lat, ale to się zmieniło. Przez kilkanaście lat byłyśmy jak siostry, teraz Beata ma Roberta i już mnie nie potrzebuje. Nie czuję się dla niej ważna. – Gdybyś nie była dla mnie ważna, nie byłoby mnie tutaj – stwierdza Beata. – Chcę pracować nad naszą relacją, żebyśmy mogły nadal się przyjaźnić w nowych warunkach. Przez wiele lat byłaś moją towarzyszką życia. Wierną, oddaną, wspierającą, spędzałyśmy ze sobą dużo czasu, omawiałyśmy razem wszystkie sprawy. Bardzo to doceniam i kocham cię jak siostrę. Ale teraz jest Robert i to on jest moim towarzyszem życia. – No właśnie! Czyli ja ci już nie jestem potrzebna! Może najlepiej w ogóle zerwać tę relację? – Bardzo bym tego nie chciała. Zależy mi na tobie. Ale nie chcę już z tobą omawiać wszystkich swoich spraw. Złości mnie, jak mnie wypytujesz o moje sprawy z Robertem. Nie chcę ci o nich mówić, bo czułabym się nielojalna wobec niego. Złości mnie, jak sobie ze mnie żartujesz, że stałam się kurą domową, bo nie chcę z tobą gdzieś iść. Złości mnie, że dzwonisz do mnie kilka razy dziennie, muszę wyłączać telefon, żeby spokojnie pogadać z Robertem. – No to do czego właściwie jestem ci potrzebna? – Do przyjaźni! Jesteś mi bardzo bliska, lubię z tobą rozmawiać, ale chcę czasem za tobą zatęsknić. Nie mam już tyle miejsca w moim życiu, ile miałam. Jeśli będziesz potrzebowała wsparcia, z pewnością będę przy tobie, ale nie chcę codziennych kontaktów! – Jesteś taka jak te dziewczyny, z których się śmiałyśmy, pamiętasz? Że jak mają faceta, to przyjaciółka już się nie liczy, nasza przyjaźń miała być inna! – wybucha Ewa. – I jest inna, bo ty dla mnie nadal jesteś bardzo ważna i chcę, żebyś była w moim życiu, ale w inny sposób niż dotąd.

Beata była twarda, nie ugięła się pod łzami Ewy. Patrzyłam na nią z podziwem, warsztaty asertywności nie poszły w las. Ewa przyjęła w końcu do wiadomości, że Beata jej nie odrzuca, ale chce zmienić kształt ich relacji. Uff! Nie było łatwo, ale było warto. Umówiłyśmy się na jeszcze jedno spotkanie za miesiąc.

Weszły uśmiechnięte, nie było między nimi już tego napięcia, które czułam na poprzednim spotkaniu. Obydwie stwierdziły, że jest dobrze. Ewa ożywiła swoje inne przyjaźnie, żeby nie chcieć od Beaty więcej, niż ona jest gotowa dać. Beata nie jest już zła na Ewę, że zbyt panoszy się w jej życiu, i znów mogą się śmiać, tak jak kiedyś.

Siedem lat, a potem?

Z badań wynika, że nasze więzi z przyjaciółmi słabną często po trzydziestce. Wiąże się to zapewne z zakładaniem rodziny i wychowywaniem dzieci. Budzimy się zazwyczaj po 45. roku życia i wtedy próbujemy nawiązać nowe lub reaktywować stare przyjaźnie. Czasem trafiamy na kogoś, z kim rozumiemy się jak z nikim innym i wierzymy, że ta przyjaźń przetrwa wszystko.

Iza ma 49 lat i przeżywa żałobę po stracie przyjaciółki. – Nie, ona nie umarła – wyjaśnia. – Ma na imię Maria i żyje sobie w najlepsze. Mogę obserwować jej życie na Facebooku, choć wyrzuciłam ją ze znajomych, ale jej wszystkie posty są publiczne. Facebook służy jej do autopromocji, prezentuje tam swoje sukcesy, zbiera lajki i słowa zachwytu, a ja masochistycznie co jakiś czas tam wchodzę i na to patrzę. Nie umiem się od niej uwolnić. Przyjaźniłyśmy się przez kilka lat, pierwsze spotkanie i od razu zaskoczyło, jakbyśmy na siebie czekały. Zawsze wiedziałam, co się dzieje u niej, ona wiedziała, co u mnie, codziennie kilka razy rozmawiałyśmy przez telefon, bez tych rozmów czuję się jak odłączona od prądu. Nie wierzę, że z kimś innym uda mi się osiągnąć taki poziom bliskości, a bez tego trudno mi żyć. Maria to była Maria, nikt inny chyba nie może jej zastąpić.

W pięknym eseju „O przyjaźni”, który powstał w XVI wieku, Michel de Montaigne napisał o przyjacielu: „Gdyby mnie ktoś przypierał, abym powiedział, czemum go pokochał, czuję, że nie można by tego wyrazić inaczej, jak jeno odpowiedzią: Bo to był on; bo to byłem ja”. Chyba podobnie było z Marią i Izą.

– To ona zerwała z tobą? – pytam. – Tak. – Dlaczego? – Wykorzystała jakiś durny pretekst, po prostu chciała zerwać, bo nasze drogi nagle się rozeszły. Zamknęli moją firmę, nie miałam pracy, zaczęłam chorować, byłam w fatalnej formie. A ona właśnie rozpoczęła erę sukcesów. Jest artystką, jej prace zostały dostrzeżone, posypały się ważne nagrody, nagle znalazła się na szczycie, była tym bardzo podekscytowana i trudno się dziwić. Nie miała miejsca na moje problemy. – Nie myślałaś, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie? Może to nie była prawdziwa przyjaźń, skoro tak się skończyła? A jeśli była, to może to nie koniec? – pytam bez wielkiego przekonania. – Tak myślałam – odpowiada Iza. – Ale mówią też, że prawdziwych przyjaciół poznaje się po tym, jak znoszą nasze sukcesy. Może za mało się cieszyłam z jej szczęścia? Za bardzo byłam zajęta swoimi problemami? – Sytuacja każdej z was radykalnie się zmieniła, nie umiałyście tego razem udźwignąć. Chciałabyś, żeby Maria do ciebie wróciła? – Chyba już nie umiałabym jej zaufać. Czasem myślę, że byłyśmy dla siebie stworzone, ale może nie na całe życie – śmieje się Iza.

Wyniki badań przedstawione we wspomnianej już książce Hope Kelaher pokazują, że przyjaźń trwa przeciętnie siedem lat. Aby przetrwała dłużej, trzeba ją pielęgnować. Ale czasem trzeba się też pogodzić z tym, że to koniec.

Hanna Samson, psycholożka, terapeutka, pisarka. W Fundacji CEL prowadzi grupy terapeutyczne dla kobiet. Autorka takich książek, jak „Dom wzajemnych rozkoszy” i „Sensownik”.