1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Rozlicz się z przeszłością

Rozlicz się z przeszłością

123rf.com
123rf.com
Bez względu na to jak mocno zraniła nas przeszłość - mamy wybór. Tkwić w niej lub… zacząć żyć w czasie teraźniejszym. Sprawdź, jak to zrobić.

Jeśli zadałabym Wam pytanie: "czy żyjecie w czasie teraźniejszym?" – większość z Was uznałaby je za głupie. No bo w jakim czasie można żyć? Tylko w teraźniejszym. Czy jednak tak jest naprawdę?

Po ciszy zawsze przychodzi burza

Jacek zgłosił się do mnie po swoim czwartym zerwaniu. - Kiedy zaczynam się angażować, odczuwam coraz większy dyskomfort w relacji z kobietą - mówi. - Zaczynam myśleć o tym, czego ona ode mnie oczekuje, jaki powinienem dla niej być, czy chcę być z nią przez resztę mojego życia i tak dalej. Im więcej takich pytań, tym mniej przyjemności a więcej wątpliwości. W rezultacie - zamiast się cieszyć dobrymi chwilami - staję się spięty, bo mam poczucie winy, że tak myślę. Błędne koło. W końcu wymyślam jakiś pretekst żeby zerwać.

Milena co dwa tygodnie dostaje napadów złości. W ten sposób zniechęciła do siebie kilku fajnych facetów. - Zawsze w końcu słyszę, że jestem wariatką, że nie wiadomo, o co mi chodzi - wyznaje. - I co najgorsze - to jest prawda. A ja po prostu po okresie spokoju i fajnych układów, ni z tego ni z owego, chodzę podminowana i w końcu wybucham. Powodem może być 5 minut spóźnienia albo nawet i to, że zaczęło padać.

Ewa ma problemy przyjmowaniem krytyki. Nawet uzasadnionej. - Kiedyś "zupa była za słona" - uśmiecha się. - Rzeczywiście ją przesoliłam. Zorientowałam się, kiedy była już w talerzach. Kiedy jednak Jacek się skrzywił i powiedział "strasznie dużo soli" - wybiegłam z kuchni i rozpłakałam się. Jak dziecko. Czułam się dotknięta do żywego.

Maciek wymiguje się od obowiązków. - Wiem, że żona ma rację, bo powinienem jej pomagać. Prosi mnie o coś, a ja udaję, że nie słyszę. Jestem wkurzony, że odrywa mnie od komputera. I w ogóle za to, że czegoś chce. W efekcie zaczyna się awantura. Sam nie wiem, dlaczego tak się zachowuję. Co te cztery historie mają ze sobą wspólnego? I co ma do tego czas teraźniejszy?

Echo "tamtych" dni...

Posłuchajcie:

Maciek w czasie rozmowy ze mną doszedł do wniosku, że jego matryca zachowania ukształtowała się w dzieciństwie. - Moja mama nie radziła sobie z życiem uczuciowym - mówi. - Rozwiodła się z ojcem, kiedy miałem 3 lata. Bywała nadopiekuńcza i próbowała rekompensować mi gorsze okresy nadmiarem zainteresowania. A te gorsze były wtedy, kiedy usiłowała ułożyć sobie życie. Próbowała trzy razy. Żaden związek nie przetrwał. Mama miała chyba za wielkie oczekiwania. Zawsze na końcu czuła się rozczarowana… Może więc ja, patrząc na kobiety, widzę te same wielkie nadzieje i boję się je rozczarować…?

Milena jest DDA – dorosłym dzieckiem alkoholika. - Wprawdzie ojciec walczył z nałogiem, ale nie wychodziło mu to najlepiej. Kiedy był trzeźwy, w domu było naprawdę fajnie. Niestety wiedziałam, że prędzej czy później dobry nastrój i święty spokój wylecą w powietrze. Z byle powodu. Kiedy ojciec zaczynał pić, powodem do awantury było wszystko. Milena zrozumiała, że zachowania ojca pozbawiły ją poczucia bezpieczeństwa. Rosnący niepokój to był prawdziwy powód jej napadów złości. To było dla niej wielkie odkrycie.

Rodzicie Ewy uważali, że najlepszą nauką jest krytyka. - Nie chwalili mnie, bo jeśli coś jest dobre, to po co chwalić. Ale nie szczędzili mi gorzkich słów, kiedy coś mi się nie udało. Nawet, kiedy bardzo się starałam. Nie zapomnę pewnego feralnego egzaminu na studiach. Uczyłam się kilka dni i nocy. Niestety pechowo dostałam temat, który był moją piętą achillesową. W końcu jakoś tam dostałam trójkę. Ojciec nazwał mnie "miernotą umysłową". Do dziś pamiętam, jak bardzo było mi brak wsparcia, jak było mi źle i smutno.

Kiedy zapytałam, czy scena przy stole miała w sobie coś z tych emocji, Ewa bardzo się zdziwiła. - Rzeczywiście! Nigdy nie pomyślałam, że to może być echo tamtych dni!

Maciek miał zawsze problemy z porządkiem. - Rodzice mieli do mnie o to pretensje - wspomina. - Ciągle słyszałem, że mam schować rower do garażu, sprzątnąć swoje buty, poskładać zabawki. Wkurzałem się - szczególnie, jeśli przerywali mi kolejną zabawę. Moją metodą było udawać, że nie słyszę.

Kiedy spytałam, czy teraz też ta metoda jest skuteczna, Maciek najpierw wybuchnął śmiechem, a potem całkiem poważnie stwierdził: "no tak, zachowuję się jak dziecko".

Powrót do przeszłości

Jak widać – pozornie wszystko dzieje się "tu i teraz", ale nasze reakcje pochodzą z zupełnie innego wymiaru. Złoszcząc się, wycofując z relacji, płacząc w odpowiedzi na krytykę lub też udając, że nie słyszymy czyjegoś głosu – kierujemy się całkiem nieadekwatnymi emocjami. Emocjami, które zrodziły się w całkiem innych okolicznościach. W przeszłości.

Trudno jest być z kimś w szczęśliwym związku i mieć dobrą komunikację kiedy nie odnosimy się do dotyczącej nas sytuacji bezpośrednio. Żona prosi Maćka o pomoc, a Maciek w tym samym momencie reaguje na zniecierpliwione głosy rodziców. Ewa przesoliła zupę, ale zamiast śmiać się z własnego błędu – płacze, bo cierpi z powodu niesprawiedliwej krytyki ojca. Jacek wycofuje się z fajnej relacji, bo "wie", jak trudno zadowolić kobietę – jego mamę. Milena złości się na swojego chłopaka, bo przecież to "oczywiste", że spokój nie może trwać wiecznie.

Powrót do teraźniejszości

Bez względu na to jak mocno zraniła nas przeszłość - mamy wybór. Tkwić w niej lub… zacząć żyć w czasie teraźniejszym. A oto sposoby, jak to zrobić:

1. Namierz wroga. Jeśli nie rozumiesz pewnych swoich zachowań i podejrzewasz, że ich źródło może tkwić w przeszłości - poświęć trochę czasu na ich rozpracowanie. Możesz także zwrócić się do coacha, aby Ci w tym pomógł.

2. Zapal światło. Już samo uświadomienie sobie tego faktu jest pomocne, ponieważ największą siłę oddziaływania mają nieświadome mechanizmy. Wszyscy bohaterowie powyższych historii po odkryciu tego, co nimi kieruje, zyskali wybór. Mogą postąpić mechanicznie, odruchowo. Mogą też świadomie zmienić swoją reakcję na adekwatną do sytuacji.

3. Odkryj siebie. Szalenie pomocną praktyką przy pozbywaniu się takich automatycznych zachowań jest "praktykowanie obecności". Znajdź codziennie choćby chwilę dla siebie. Usiądź wygodnie lub połóż się. Weź dwadzieścia oddechów. (w czterech seriach po cztery oddechy normalne i piąty głęboki - staraj się, by nie robić przerwy między wdechami a wydechami i odwrotnie). Skoncentruj się na oddychaniu i na swoim ciele. Poczuj swoją obecność, swoją fizyczność. Możesz nawet powiedzieć sobie w myślach – jestem. Nie myśl o niczym. Po prostu bądź.

4. Dostrzeż swoje emocje. Zacznij z większą uwagą i szacunkiem przyglądać się swoim emocjom. Bądź na nie otwarty. Aby tak się stało, nie walcz z nimi, ale poznaj je. Te uczucia to część Ciebie. Zasługują na Twój szacunek. Pamiętaj, że nie ma złych ani dobrych emocji. To my nauczyliśmy dawać im etykietki. Twoje emocje sygnalizują Twoje potrzeby. Jeśli czujesz się smutny, niespokojny, nie szukaj natychmiast antidotum w postaci telefonu do przyjaciół ani tabliczki czekolady. Znajdź źródło. Wtedy smutek sam zniknie.

5. Żona czy mamusia? Pamiętaj, że partner jest całkiem inną osobą niż Twój rodzic. Nie przypisuj mu więc intencji, które wywołują nieadekwatne reakcje. (Magda odebrała stwierdzenie "strasznie dużo soli" jak druzgocącą krytykę jej umiejętności kulinarnych. Potem sama stwierdziła, że Jacek miał rację i wcale jej nie krytykował, stwierdził tylko niezaprzeczalny fakt).

Kiedy skupisz się na teraźniejszości, Twoje emocje też dostroją się do sytuacji.

Artykuł pochodzi z serwisu

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jedynak w dorosłym życiu – obalamy mity

Jeśli jesteś jedynakiem, masz za partnera życiowego jedynaka albo masz tylko jedno dziecko – spróbuj z nami zrozumieć, co może być prawdą o jedynakach, a co nią na pewno nie jest.(Fot. iStock)
Jeśli jesteś jedynakiem, masz za partnera życiowego jedynaka albo masz tylko jedno dziecko – spróbuj z nami zrozumieć, co może być prawdą o jedynakach, a co nią na pewno nie jest.(Fot. iStock)
W związku boją się bliskości, w rodzicielstwie – obowiązków, a w pracy – zależności. Prawda to? O nakreślenie psychologicznego wizerunku jedynaków Aleksandra Malinowska poprosiła psycholożkę Agnieszkę Wróblewską

Najstarsza siostra jest osobą odpowiedzialną, pracowitą i opiekuńczą, średnie dziecko to sprytny człowiek kompromisu, natomiast najmłodszy, rozpieszczony brat przez całe życie buja w obłokach. Oto popularne mniemania o wpływie układów rodzinnych na dalsze losy człowieka, konsekwentnie potwierdzane przez rozmaite poradniki.

Jedynakom przypisuje się bowiem pewną wyjątkowość. Podobno są egoistami, przodownikami w nauce oraz perfekcjonistami. Potrafią prosić o pomoc, ale nie umieją przepraszać. Brak im spontaniczności i ducha rywalizacji. Stronią od imprez towarzyskich, przyjaźnią się z książkami. Dominują nad ludźmi i nimi manipulują. Są wygodniccy, szukają autorytetów…

– To stereotypy – mówi psycholożka Agnieszka Wróblewska, zresztą mama jedynaka. – Czasami bycie młodszym bratem, starszą siostrą czy jedynaczką jest ważnym elementem dzieciństwa i buduje tożsamość, a czasami nie odgrywa specjalnie dużej roli w porównaniu z innymi życiowymi doświadczeniami. Dlatego uważam, że nie ma jakiegoś jednorodnego szablonu układów rodzinnych.

Stereotypy są nam wprawdzie potrzebne, żeby łatwiej odnajdywać się w świecie, niektóre mają swoje racje, jednak traktowanie ich jako jedynej prawdy prowadzi do uproszczeń. Jeśli zatem: jesteś jedynakiem, masz za partnera życiowego jedynaka albo masz tylko jedno dziecko – spróbuj z nami zrozumieć, co może być prawdą, a co nią na pewno nie jest.

1. Jedynacy są egoistyczni

Ten stereotyp bierze się z powszechnego przekonania, że jeśli w rodzinie jest dużo dzieci, to uczą się dzielić swoimi rzeczami i nawzajem sobą opiekować. Niby tak – w niektórych stadłach rzeczywiście tak się zdarza, ale bywa też, że rodzice faworyzują jedno z dzieci, bo... mądre, najmłodsze lub przyszło na świat w wyniku trudnego porodu. W ten sposób ma podobne jak jedynak szanse, by wyrosnąć na egoistę.

Dla odmiany jedynak, którego rodzice mają problemy ze sobą, są zajęci karierą i na dziecko pozostaje im niewiele czasu, nie tylko egoistą nie będzie, ale zazna poczucia samotności i odrzucenia

Skupiać na sobie uwagę może też najstarsze w rodzinie, które długo było jedynakiem i nigdy nie poradziło sobie z nowym „rywalem”. Albo dziecko średnie wychowywane przez babcię, obdarzone przez nią ciepłem i bezwarunkową akceptacją.

Bo „bycie jedynakiem” jest pewną rolą w polu rodziny. Przypisuje się ją z reguły jedynemu dziecku, ale może też być przyjmowana w rodzinach wielodzietnych przez jedno z rodzeństwa, a nawet z rodziców. Jeśli taką rolę określimy jako bycie kimś najważniejszym, kim trzeba się zajmować, kto dostaje bez dyskusji najlepsze kąski, to może się okazać, że każdy na swój sposób walczy w rodzinie o takie miejsce, a czasami po prostu je dostaje „w prezencie”. W małżeństwach wielodzietnych zdarza się, że gdy jedno dziecko zaczyna chorować i skupiać na sobie uwagę rodziców, inne także niedomaga lub staje się niegrzeczne po to tylko, żeby poczuć się równie ważne.

2. Jedynacy to samotnicy

Dziecko dzięki rodzeństwu uczy się, jak to jest przebywać ze sobą przez cały czas, kłócąc się, godząc, przekomarzając, rywalizując i opiekując sobą, czyli doświadczając wielu różnych interakcji i emocji. Wówczas jego obraz świata, także siebie, staje się bogatszy, bo ma dostęp do innych wzorców zachowania. Jedynak nie ma na co dzień obok siebie osoby w podobnym wieku, a zatem nie ma się z kim porównywać, kogo obserwować – to prawda. Nie może się przekonać, z czym sobie nie radzi, a w czym jest świetny. Odkrywa, kim jest, tylko poza rodziną. Rodzice czy dziadkowie nie stanowią dla niego takiego punktu odniesienia, gdyż dzieli ich zbyt duża różnica wieku. Sferę równoległych relacji może jednak wypełnić grupa rówieśnicza spoza najbliższej rodziny. Czasem rodzice robią to świadomie, zapraszając do domu znajome dzieci lub dbając o bliskie kontakty z kuzynami w podobnym wieku. Jedynacy często sami wypełniają tę lukę, zabiegając o kontakty z kolegami, przyjaźniąc się z rówieśnikami i bywając bardzo towarzyskimi.

3. Jedynacy są mało empatyczni

Przekonanie, że jeśli ktoś wychowywał się sam, to nie potrafi wczuwać się w stany emocjonalne innych – jest myśleniem błędnym. Wszyscy tęsknimy do dużej uważności w kontaktach z innymi ludźmi, zwłaszcza w związkach. To zwykle kobiety oczekują od mężczyzn, by je rozumieli bez słowa i siódmym zmysłem odbierali ich potrzeby.

Jeżeli jednak dziecko pozostaje w silnej zależności emocjonalnej od rodziców, to świetnie się ćwiczy w rozpoznawaniu nastroju, w jakim jest tata czy mama. Wtedy ma szansę lepiej i łatwiej odbierać emocje swojego partnera i stać się empatycznym.

4. Jedynacy w sposób szczególny opiekują się starszymi rodzicami

Na pewno są bardziej „obarczeni” odpowiedzialnością za opiekę nad rodzicami, co nie znaczy, że zawsze się jej podejmują. Ten sam mechanizm może występować w przypadku starszego lub młodszego rodzeństwa: zwykle jedno nie chce się opiekować chorym rodzicem, a drugie – czasami nawet to, które wydawało się mniej z nim związane – podejmuje się tego. Jedynacy, na których rodzice wywierali dużą presję, pragnęli poprzez dziecko urzeczywistnić swoje niespełnione marzenia – mogą chcieć od nich uciec, odciąć się od ich oczekiwań i żyć według własnego scenariusza. Zbytnia zależność nie bierze się bowiem z częstego przebywania ze sobą czy bliskości fizycznej, to kwestia psychiki. Można pojechać na koniec świata i dalej ją odczuwać. I odwrotnie – codziennie robić ojcu zakupy, nie mając z nim głębokiej więzi. Dotyczy to każdego dziecka.

5. Jedynaczki są emocjonalnie zależne od mężczyzny

Mówi się, że wiążą się często ze starszym mężczyzną, są kapryśne i skłonne do testowania uczuć swojego partnera. Że albo są perfekcyjnymi żonami i matkami, albo w ogóle się tym nie interesują. A jaka jest prawda o jedynaczkach?

Testowanie partnera to bardzo popularne zjawisko. Robią to zarówno kobiety, jak i mężczyźni. Sięgamy po tego typu techniki, gdy czujemy, że nie jesteśmy wystarczająco atrakcyjni lub gdy druga strona nie daje nam dowodów swojego zaangażowania. I chociaż posiadanie rodzeństwa nie chroni przed niepewnością w związku, to – owszem – poczucie osamotnienia, jakie często towarzyszy jedynaczkom, może prowadzić do poszukiwania wsparcia i zależności emocjonalnej. Z drugiej strony dążą niekiedy do niezależności, bo nie są przyzwyczajone do przebywania z kimś od rana do wieczora. Partnera–rodzica poszukują zwykle kobiety, które w dzieciństwie miały silną więź z ojcem, niezależnie od tego, czy są jedynaczkami czy nie. Podobnie jest z lękiem przed opuszczeniem.

6. Jedynacy nie potrafią pracować w zespole

I podobno dlatego wolą być szefami lub wolnymi strzelcami. Mówi się też, że są tacy, którzy szukają mentora i źle znoszą rywalizację. A co z tymi jedynakami, którzy tak bardzo mają dość samotności, że zawsze podejmują pracę w zespole?

Niezależnie od układu rodzinnego, w którym wyrośliśmy, możemy być albo bardziej nastawieni na zdobywanie osiągnięć, albo na bycie z innymi. Dla jedynaków, na których spoczywała presja rodziców, by odnieśli sukces, potrzeba kontaktu z ludźmi może być drugorzędna, ale mogą też próbować to połączyć i robić karierę w większym zespole. Z kolei chęć do rywalizowania pojawia się zarówno u osób z rodzin wielodzietnych, bo są do tego przyzwyczajone, jak i u jedynaków, którzy na przykład lubili błyszczeć w szkole, bo w domu nie mieli do tego okazji.

7. Jedynacy są nudni, perfekcyjni, mało spontaniczni i radośni

W domu, w którym jest więcej dzieci, więcej też zabawek, ochoty i pomysłów do rozrabiania. Jeśli jedynak był wychowywany w atmosferze rygoru, może mieć problemy z ekspresyjnością czy pobłażaniem sobie. Jego perfekcjonizm z kolei może wynikać z wygórowanych wymagań, jakie stawiali mu rodzice. Za taką postawą kryje się często lęk przed krytyką. Źle ocenieni jedynacy nie chcą czasem robić czegoś po raz drugi, ponieważ rzadko widzieli, jak inne dzieci wykonywały coś wielokrotnie, zanim się tego nauczyły. Pamiętajmy jednak, że równie dobrze żelazna dyscyplina może panować w rodzinie wielodzietnej, a towarzyskie i artystyczne życie na luzie – w domu jedynaka. No i jak się wtedy ma do tego nasz stereotyp?

8. Jedynacy oczekują od innych pomocy

Owszem, niektórzy z nich potrafią o nią prosić i przyjmować, a także radzić sobie z jej odmową lepiej niż inni. Chyba że zostali wychowani w przekonaniu, że – bez względu na sytuację – mają radzić sobie sami. Lubimy myśleć schematycznie. Są dwa modele rodziny: jedna, w której mamusia i tatuś cały swój czas poświęcają jedynemu dziecku, druga, w której rodzice nie mają czasu dla czeredy dzieciaków. Tymczasem to, czy ktoś umie prosić o pomoc, wynika z „dostępności” jego opiekunów i tego, jakie ma prawa w rodzinie. Nie powinno się jednak stawiać znaku równości między byciem jedynakiem a posiadaniem rodzica w permanentnej gotowości do obsługi.

9. Jedynacy są ambitni i inteligentni. To prymusi

To rzeczywiście może być prawdą i zależeć od oczekiwań rodziców, którym wydaje się, że jeśli mają jedno dziecko, to ma ono być najlepsze na świecie. Z takim problemem zmaga się chyba większość jedynaków. Z wysokimi wymaganiami może się jednak równie dobrze spotkać jedno z dzieci w większej rodzinie, na które padł wybór, że ma być wyjątkowe. Najważniejsze to pamiętać, że z pewnymi oczekiwaniami wolno, a nawet czasem trzeba, się nie zgadzać.

Jedyne stwierdzenie, pod którym można by się podpisać, to takie, że każda rodzina jest inna, a wszelka generalizacja – nieprawdziwa.

Agnieszka Wróblewska dyplomowana psychoterapeutka, trenerka i superwizorka. Pracuje terapeutycznie z szerokim spektrum ludzkich doświadczeń od prawie 20 lat.

  1. Psychologia

Jak pomóc dziecku odnaleźć własną drogę?

Jeśli ktoś podąża za tym, co ma dla niego sens i budzi jego entuzjazm, odnajdzie się w każdych warunkach. I przede wszystkim w tym powinno się pomagać młodym ludziom. (Fot. iStock)
Jeśli ktoś podąża za tym, co ma dla niego sens i budzi jego entuzjazm, odnajdzie się w każdych warunkach. I przede wszystkim w tym powinno się pomagać młodym ludziom. (Fot. iStock)
W trosce o przyszłość dzieci wielu rodziców wywiera na nich presję wyboru studiów, które zagwarantują im dobrą pracę. Tymczasem miniony rok pokazał iluzoryczność takiego podejścia. Jak zatem wspierać dziecko w planowaniu jego przyszłości? O wskazówki poprosiliśmy wykładowcę akademickiego i pisarza Mikołaja Marcelę.

Rok temu rozmawialiśmy o tym, jak mądrze wspierać decyzje nastolatków dotyczące wyboru zawodowej drogi. Jak pandemia zmieniła twoją perspektywę?
Pandemia zmieniła sposób, w jaki patrzymy na wiele kwestii. To, co wydawało się niemożliwe jeszcze rok temu, zostało wprowadzone w życie z dnia na dzień: zdalna edukacja, zdalna praca na szeroką skalę, przeniesienie naszego funkcjonowania do sieci w jeszcze większym stopniu niż wcześniej. To doświadczenie wywrze wpływ na kształt rynku pracy, a przez to na myślenie o wyborze zawodowej drogi życiowej. Pandemia nauczyła nas, że – by przypomnieć słowa amerykańskiego futurologa Alvina Tofflera – w XXI wieku najważniejszą zdolnością w pracy i poza nią będzie zdolność do uczenia się, oduczania i uczenia się na nowo. Warto więc wspierać młodych ludzi w ich wyborach i tworzyć im warunki do wyrabiania w sobie tej zdolności.

W jaki sposób?
Pozostawiając im jak największą autonomię działania, wspierając, gdy zajdzie taka potrzeba, i prowadząc z nimi otwarty dialog. Próba planowania młodym ludziom ich przyszłości z pewnością nie jest najlepszym rozwiązaniem. Jak widzieliśmy w ostatnim czasie, jedno wydarzenie może bardzo poważnie zmienić kształt naszej rzeczywistości. Do tego dochodzą takie procesy, jak postępująca automatyzacja i rozwój uczenia maszynowego, które jeszcze bardziej namieszają w świecie w najbliższych latach. Jeśli jednak ktoś podąża za tym, co budzi jego entuzjazm i co ma dla niego sens, odnajdzie się w każdych warunkach. I w tym przede wszystkim powinno się pomagać młodym ludziom.

Teoria autodeterminacji sugeruje, że mamy trzy podstawowe potrzeby psychiczne: kompetencji, autonomii i bycia z innymi ludźmi. Jeśli są one zaspokojone, jesteśmy zmotywowani, produktywni i szczęśliwi. Jeśli nie możemy ich zaspokajać, jesteśmy zdemotywowani, nieefektywni w działaniu i nieszczęśliwi.

Wrócę jeszcze do pandemii i wynikających z niej ograniczeń kontaktów. Czy dla młodzieży naprawdę dużo się w związku z tym zmieniło, czy jako dorośli wyolbrzymiamy problem?
Zmieniło się bardzo dużo. U niektórych są to zmiany na lepsze, u niektórych na gorsze. Ograniczenie kontaktów źle zniosły osoby, które są ekstrawertyczne, to musiał być dla nich duży problem, choć myślę, że wielu nastolatków sobie całkiem dobrze poradziło, patrząc na młodych ludzi w okolicach, w których mieszkam. Na dobre wyszło to tym, którzy męczyli się w szkole.

Czyli komu?
Na przykład introwertycy – dla nich to pewnie świetny czas. Myślę, że skorzystały również osoby, które mają w domu przestrzeń do samorozwoju i których rodzice mają mało rygorystyczny stosunek do edukacji. Znam wielu młodych ludzi, którzy w ostatnich miesiącach odkryli nowe zainteresowania, podjęli się projektów, które odkładali, bo nigdy nie było na nie czasu.

Największy wpływ pandemia ma jednak na edukację jako taką. Jestem przekonany, że po jej zakończeniu nie będzie już powrotu do dawnej szkoły. I dobrze.

Uważasz, że szkoła cyfrowa to błogosławieństwo? Znam opinie, że to przekleństwo...
Jak dla mnie błogosławieństwo, choć oczywiście wszystko zależy od konkretnego przypadku. Przeniesienie „modelu pruskiego” do Internetu to koszmar – zarówno dla nauczycieli, jak i uczniów. Siedzenie po siedem godzin przed ekranem i słuchanie przemawiających nauczycieli nie ma oczywiście żadnego sensu i jest stratą czasu. Natomiast wykorzystanie możliwości, jakie daje edukacja cyfrowa, konkretnych narzędzi i zasobów w sieci – to już zupełnie inna historia.

Zresztą powinniśmy zacząć zupełnie inaczej myśleć o Internecie i świecie cyfrowym w kontekście edukacji, i nie tylko. Temu zagadnieniu razem z Zytą Czechowską, Nauczycielką Roku 2019, poświęciliśmy naszą nową książkę „Jak nie zgubić dziecka w sieci. Rozwój, edukacja i bezpieczeństwo w cyfrowym świecie”.

I jak widzicie nastolatki? Czy życie online ograniczyło ich zainteresowania?
Nie sądzę. Młodzi ludzie już od dawna nie dzielą świata na ten online i ten offline. Uczą się i rozwijają swoje zainteresowania dzięki Instagramowi czy Redditowi, oglądając filmy na YouTubie, słuchając piosenek i podcastów na Spotify. I grają w gry, gadając przy tym na Discordzie. Warto mieć to wszystko na uwadze, kiedy krytykujemy młodzież za to, że siedzi zbyt długo w Internecie. Podobnie jak należy pamiętać o korzyściach, jakie płyną chociażby z gier komputerowych. W ostatnich dekadach bardzo często demonizowaliśmy wpływ gier na umysły młodych ludzi, niemniej grając w nie, uczą się bardzo wielu rzeczy.

Czas okołomaturalny to moment, gdy rodzice szczególnie wywierają wpływ na decyzje dotyczące przyszłości nastolatków. Teraz, gdy siedzimy w domach, cierpliwości do siebie mamy coraz mniej. Czy którymkolwiek rodzicom udaje się w ogóle powstrzymać od sterowania dziećmi?
Myślę, że nawet całkiem sporej grupie rodziców to się udaje. Nie widzę żadnego sensu w wywieraniu presji w takich kwestiach. W poprzednich książkach pisałem sporo o tym, jak jest to szkodliwe w dłuższej perspektywie.

Ostatni rok pokazał, że nie ma w obszarze zawodowym niczego stałego. Jakie wnioski powinni z tego wysnuć rodzice nastolatków?
Że nikt nie wie, co przyniesie przyszłość i jakie zawody będą wtedy potrzebne, a jakie znikną z rynku. Yuval Noah Harari w książce „21 lekcji na XXI wiek” przekonuje, że warto inwestować w rozwijanie podstawowych umiejętności, które nazywa „4K”.

Od czego to skrót?
Komunikacja, kooperacja oraz kreatywne i krytyczne myślenie. W przyszłości kluczowe będą też zdolność do samokształtowania siebie, konsekwentnego rozwoju osobistego oraz umiejętność wymyślania planu na siebie, także pod względem zawodowym.

A jak młodych uczyć tego „wymyślania siebie”?
By młodzi mogli się tego wszystkiego nauczyć, muszą mieć jak najwięcej czasu i przestrzeni dla siebie. Obecnie czasach to jedna z najtrudniejszych rzeczy do zrobienia, ale według mnie rodzice powinni przede wszystkim odpuścić sobie bycie idealnymi rodzicami i pozwolić dzieciom prowadzić ich własne życie.

Dziś niemal wszyscy rodzice przyszłych studentów chcą, żeby ich dzieci wybrały kierunki studiów związane z IT, ostatecznie grami komputerowymi. Czy to mas sens?
Ma to sens w przypadku osób, dla których IT i gry komputerowe są ważne w życiu. Z drugiej strony obawiam się, że dla wielu z nich – zwłaszcza tych bardzo zaawansowanych – studia mogą się okazać rozczarowaniem. Natomiast nie ma to sensu w przypadku osób, które zupełnie się tym nie interesują. Jeśli nastolatek kocha pisać, niech przyjdzie do nas na sztukę pisania na Uniwersytecie Śląskim. Jeśli chce walczyć o prawa zwierząt w przyszłości, niech zdaje na prawo. Jeśli kocha malować, niech wybierze Akademię Sztuk Pięknych, a jeśli fascynuje go biologia – biologię.

Niech każdy robi to, co jest mu bliskie i do czego czuje się stworzony, a nie studiuje to, co „powinno się” studiować. Wtedy naprawdę będziemy mieli lepszy świat i szczęśliwszych ludzi. Według mnie to jest bardzo proste i w sumie zastanawiam się, jakim cudem możemy o tym dalej dyskutować.

Czy naprawdę warto zachęcać dziecko, żeby było pisarzem, aktorem czy filozofem? Życie online sprawiło, że zaczynamy myśleć, że sztuka to grafika komputerowa, a koncertem jest transmisja z czyjejś kuchni. Szybko zgubiliśmy potrzeby kulturalne.
Nie wiem, czy to zły czas dla poetów i filozofów – sam jestem m.in. magistrem filozofii i nie jest mi z tym źle, a nawet całkiem mi to pomaga. A co do potrzeb kulturalnych, mam wrażenie, że oglądamy, słuchamy i czytamy więcej niż kiedykolwiek wcześniej. To też kwestia wymyślenia niektórych rzeczy na nowo, otwierania się nowych przestrzeni. Różne instytucje proponują rozwiązania, o których do tej pory pewnie nie myślały. Ostatnio widziałem billboard Opery Śląskiej, która zaczęła oferować usługę VOD.

Pamiętajmy, że koniec jest zawsze nowym początkiem. Dlaczego nie pomyśleć o potencjale aktorstwa na YouTubie czy TikToku? Judi Dench w czasie lockdownu zaczęła tworzyć viralowe nagrania na TikToku ze swoim wnukiem. Myślę, że to też może być nowe otwarcie dla kultury i sztuki, czego chyba coraz bardziej potrzebowaliśmy w ostatnich latach.

Mikołaj Marcela, dr nauki humanistycznych, nauczyciel akademicki, współautor i współkoordynator kierunku sztuka pisania na Uniwersytecie Śląskim. Pisarz i autor tekstów piosenek.

  1. Psychologia

Czy uda się, jeśli spróbujemy drugi raz?

Czyli zamiast zastanawiać się, czy kocham, chcę i akceptuję tego człowieka z mojej przeszłości - warto zapytać się czy: akceptuję, kocham i chcę samego siebie? (Fot. iStock)
Czyli zamiast zastanawiać się, czy kocham, chcę i akceptuję tego człowieka z mojej przeszłości - warto zapytać się czy: akceptuję, kocham i chcę samego siebie? (Fot. iStock)
Dawna miłość to delikatny języczek naszych uczuć. Dotyka tego, co w nas intymne. Ale czy to znaczy, że jest możliwe drugie miłosne rozdanie dla tej samej pary? Pytamy psychoterapeutę Roberta Rutkowskiego.

Spotkać się czy nie z dawną miłością, która właśnie wróciła z zagranicy, rozwiodła się, zadzwoniła po latach – przecież mamy poukładane życie? Czy to miłość czy tylko wspomnienia? Czy nam się uda, jeśli drugi raz spróbujemy?
To wcale nie najważniejsze z pytań, jakie można sobie w takiej sytuacji zadać. Skupiając się jednak na szukaniu odpowiedzi na nie, łatwo pominąć to, co najważniejsze. Czyli zamiast zastanawiać się, czy kocham, chcę i akceptuję tego człowieka z mojej przeszłości - warto zapytać się czy: akceptuję, kocham i chcę samego siebie? Zanim spotkam się – lub nie spotkam z dawna miłością, trzeba najpierw spotkać się z samym sobą! Spotkanie to nam się jednak nie uda, jeśli będziemy przed nim uciekać w romanse z i te z przeszłości i te nowe. To droga do zatracenia. Aby być gotowym na dobry związek, trzeba być gotowym na samego siebie. Pokochać siebie. A często mijają lata, a my ani razu nie staniemy przed lustrem, żeby się sobie przyjrzeć.

To zaboli, podczas gdy wino z dawną miłością może uskrzydlić!
Samopoznanie zaczyna się od bólu, to prawda. Wynika on z zajęcia się tym, co się w moim życiu wydarzyło: czemu porzuciłem, zdradziłem, pozwoliłem odejść? Skąd się wzięły te moje zdrady, kłamstwa, przemoc, udawanie? Ale to tylko pierwszy krok, niezbędny do tego, by pojawiło się zrozumienie: dlaczego tak postąpiłem, czemu mnie to spotkało? To ważne, bo tylko wtedy, kiedy rozumiem, mogę sobie wybaczyć. A nie wybaczając sobie, nie stworzę dobrego związku z drugim człowiekiem.

Po co grzebać się w przeszłości, co było minęło! Możemy spróbować jeszcze raz!
I jeszcze raz przeżyć ten sam koszmar? W latach 90. byłem w burzliwej i atrakcyjnej relacji. Ale pewnego dnia wracam do domu, a tam moja partnerka grzebie w szafie. Myślałem, że układa rzeczy, ale ona zapytała, czy mógłbym jej pomóc spakować się, bo przeprowadza się do Piotrka. Zupełnie otępiały pomogłem nawet wynieść walizki. Potem bardzo tęskniłem, cierpiałem. Kiedy po roku, jak już nie było między nami żadnej relacji, zadzwoniła w sprawie naszego psa, pomyślałem, że jej chodzi o mnie, bo też tylko 12 miesięcy po ważnym związku, to za mało, żeby oprzytomnieć, choćbyśmy się rzucili w wir pracy, czy nowych relacji. No więc będąc jeszcze nadal pogrążony w iluzji miłości do niej, zacząłem z nią żyć, co zakończyło się zupełną katastrofą. Ja, oczekiwałem tamtej jej, sprzed roku. A ona po nieudanym związku, zmieniła się. Ja odwrotnie – nadal byłem taki jak przed naszym rozstaniem, a więc taki jaki ją rozczarowałem, skoro odeszła do innego. No, ale i ona przez chwilę myślała, że to co do mnie czuje, to miłość, a to był tylko … emocjonalny ślad dawnych uczuć. Jej rozczarowanie szybko odżyło i znów zostałem porzucony.

Powroty czasem się udają. Znajoma jest od kilku lat z kimś, kogo zawsze z wzajemnością, choć platonicznie kochała. Jak twierdzi, było to możliwe dlatego, że dorosła, przestała być lekkomyślna i nieobliczalna.
Jeśli się spotkamy, tak jak mówiłem, sami ze sobą, to wtedy realne staje się nierealne. To jednak rzadkość. Paradoks zmiany polega na tym, że nie można z przeszłości iść w przyszłość, pomijając teraźniejszość. Czyli: nie jesteśmy w stanie wpływać pozytywnie na swoją przyszłość, jeśli nie zaakceptujemy siebie tu i teraz, nie wybaczymy sobie. Poczucie winy, ból odrzucenia, jakie dźwigamy, wciąż rozpatrując, co mogliśmy zrobić, ile zmarnowaliśmy – nic nie dają. Nic nie zmarnowaliśmy! Wszystko to była lekcja.

Piękne słowa, ale…
Nie tylko słowa. Widzę po swoich pacjentach, że pierwszy krok, to dać sobie prawo do bycia takim, jakim jestem: pogubionym, niepoukładanym, płaczącym w gabinecie psychoterapeuty. Te chusteczki tu, na stoliku, to nie dekoracja. Częściej używają ich zresztą mężczyźni niż kobiety.

I bywa, że właśnie z powodu dawnej miłości?
Tak. Jako młokos poznałem dziewczynę, w której się zakochałem i byłem przez jakiś czas. Niestety, rozstaliśmy się, bo ja byłem niedojrzały. I musiałem sam przejść psychoterapie, do pewnych rzeczy dojrzeć, żebyśmy mogli - kiedy się znów spotkaliśmy - być razem. I teraz ta kobieta jest moją żoną, mamy dziecko i jesteśmy szczęśliwi. Ale dużo czasu mi zajęło to, żebym zrozumieć, że ten chłopiec, który nadal we mnie mieszka, dowartościowuje się kolejnymi romansami, i że to go ogranicza, jest jak każde inne uzależnienie. Że kolejne romanse są dla niego jak heroina, a więc to jego śmierć na raty. Prawdziwe życie to wolność od uzależnień…

Różne są jednak miłosne powroty. Może wrócić ktoś, z kim nigdy nie byliśmy blisko. Albo z kim mieszkaliśmy, a nawet byliśmy małżeństwem… Czy przy drugim rozdaniu, któraś z tych miłości ma większe szanse?
Jeśli tylko do kogoś wzdychamy, oczy za nim wypatrujemy i o nim fantazjujemy, to ta nasza miłość raczej nie wytrzyma konfrontacji z rzeczywistością. A to dlatego, że stan oczarowania miłosnego polega na idealizowaniu. I taki nieprawdziwy obraz ukochanej osoby zachowa nasz mózg. A że wydeptaliśmy tym wzdychaniem i fantazjowaniem tzw. ścieżkę neuronalną w naszym mózgu, kiedy więc tylko zobaczymy obiekt naszej fascynacji, mózg odpali stare emocje i poczujemy to same euforyczne uniesienie, jak wtedy kiedy gapiliśmy się na nią czy za niego na szkolnym korytarzu. Jednak, jak obliczyła pewna amerykańska badaczka, Nancy Kalish z California State University w Sacramento, statystycznie nic z tego nie będzie. Właśnie dlatego, że mamy zbyt wygórowane oczekiwania.

Fantazja pryska kiedy spotykamy realnego człowieka?
Tak, bo przez te lata nie „kochaliśmy” prawdziwego człowieka, z jego wadami i niedoskonałościami, ale wymyślony obraz, ideał! A miłość nie ma nic wspólne z ideałem! W pięknej scenie „Buntownika z wyboru” terapeuta zwierza się studentowi, że tęskni za zmarłą żoną, która – przez sen … puszczała bąki! I to jest miłość. Nie jest to zapach róż, czy skomplikowane frazy poetyckie. To praktyka dnia codziennego. Dlatego, wracając do pytania – łatwiej reaktywować miłość, kiedy było się razem, miało to szare życie: ona budziła się rano bez makijażu, a on stłukł jej kubek. Bo to znaczy, że coś głębszego się między nami pojawiło. Życie czasem jednak niesie takie scenariusze, że mimo to ludzie bliscy rozstają się: bo on za dużo pracował, albo ona dała się oczarować innemu.

„Nie kupował mi ani leków, ani kwiatów. Nie było go od czasu studiów, a mój mąż był” – powiedziała moja przyjaciółka, kiedy nagle zjawił się „mężczyzna jej życia”. Czy odrzuciła miłość?
Miłość, to obecność. Mówisz o dojrzałości, o decyzji podjętej przez osobę dojrzałą. A możemy też mówić o dojrzałym i niedojrzałym uczuciu. Niedojrzałe porusza się w przestrzeni teoretycznej. Czyli on mógł nawet przez te lata uważać, że ją kocha. Ale to była tylko teoria. Teoria bez praktyki? Bywa świetna, porywająca! Umysł potrafi tworzyć fantastyczne koncepcje. Ale co nam po nich, jeśli życie i tak wszystkie je zweryfikuje? Dojrzałe uczucie porusza się w przestrzeni praktyki i dlatego powrót do wyśnionej miłości sprzed lat okazuje się zazwyczaj wielkim rozczarowaniem.

Poczucie więzi z tym, z kim jestem, jest takie kobiece. Mężczyzna spróbuje zdobyć tę, która kiedyś mu odmówiła, choćby miał żonę i dzieci.
I co dalej? Wróci do żony? No właśnie… Mężczyzna może się łatwo przekonać, czy jest mężczyzną. Męskość to wierność. I to mówi ci facet, który do tego stwierdzenia dojrzewał trzy czwarte swojego życia. Ale teraz nie mam kłopotu z decyzją. To kwestia wartości. Ale też rozsądku, bo sam wiem, że poczułem się wolnym człowiekiem, dopiero kiedy przyrzekłem swoje obecnej żonie wierność i jej dotrzymuję.

Ale kiedy się spotykamy z narzeczonym ze studiów, czujemy się tak jakbyśmy znów mieli te 20 lat, więc idziemy z nim na wino zamiast z mężem – choć byliśmy umówieni do kina i choćby on nawet już pod tym kinem stał! A więc może to miłość nami kieruje? To szaleństwo to jej najlepszy dowód?
Czujemy się na 20., ale mamy znacznie więcej. I to jest pierwsza prawda. Druga pomaga zrozumieć, co się z nami zadziało i dlaczego nie warto nazywać tego z punktu miłością. Otóż każdy z nas, niezależne od wieku, ma w sobie irracjonalne pragnienie, by zrobić coś szalonego, by narozrabiać. Pragniemy tego nawet po siedemdziesiątce, bo w głębi siebie zawsze mamy dziecko. No, ale dziecięce chęci u dorosłego, mogą łatwo stać się przebranym w krótkie spodenki destruktorem. Nabrojenie może więc być piękne, dopóki nie przekroczymy, pozwalając sobie na nie, poczucia bezpieczeństwa drugiego bliskiego nam człowieka. Nie obudzimy jego lęku. A więc zadajmy sobie pytanie, czy pędząc na spotkanie z dawna miłością kogoś nie krzywdzę? Kaptur na głowie, żeby nikt nie widział, i marsz do hotelu po seks z dawną partnerką – to słabe. Zostawienie męża pod kinem? Sama sobie odpowiedz… Miłość ma w sobie element wolicjonalny, czyli świadomej decyzji. A więc ten z kim jestem i którego znam, czy tamten z przeszłości i idealizacji? Sprawy zamknięte takimi powinny pozostać. Inaczej skazujemy siebie i drugiego człowieka na szarpaninę.

Zazwyczaj opowiadamy o miłości z punktu widzenia zakochanych, nie patrzymy z perspektywy tych, którzy są z nimi…
Mówi się, że jeśli w naszym związku nie układa się, to wtedy ulegniemy czarowi dawnej miłości. Nie zawsze, bo to po sutym obiedzie mamy ochotę na deser, a potem rozglądamy się jeszcze za czymś słonym. Taką mamy naturę i to ona pcha nas do tego, żeby się nam chciało przeżywać coś na odwyrtkę… Dawna miłość to delikatny języczek uczuć. Można je poznać, ale nie zaczynać od spotkania z dawną miłością. Bo ten ktoś może liczy na twój powrót, a ty tylko sobie chcesz powspominać, czy poczuć się jak dwudziestolatka. Jeśli wiesz że ten ktoś cię kocha, nie spotykaj się. Bo sama twoja obecność możesz zadawać ból nadal kochającemu…

Na jak długo wystarcza nam miłości, jeśli się nie spotykamy?
To zależy, jeśli zakochaliśmy się w gwieździe rocka, po pół roku zazwyczaj nam mija. Ale jeśli, kiedyś powiedzmy w studenckich czasach, widywaliśmy się często, to ten człowiek może stać się naszą obsesją. I nawet gdy zaczniemy żyć z kimś innym, jak kochankowie, pozostaje wzorcem choćby urody. Możemy sobie z tego nie zdawać sprawy, ale jeśli to była blondynka z długimi włosami, taka zapewne będzie nasza żona. Ponieważ, jak mówiłem, nasz mózg pamięta wszystko, to gdy nagle spotykamy dawną miłość - wszystko wraca. Mózg uruchamia dawne uczucia tak jakby zapalił światło w dawno nieotwieranym pokoju. Tyle, że to oczarowanie, fantazja, które tam żyją, niewiele mają wspólnego z człowiekiem, który teraz staje na naszej drodze. Niewiele też z nami samymi, takimi jakimi dziś jesteśmy.

Zdarza się, że ona, dumna z męża i dzieci, przeczyta na Facebooku wyznanie danego partnera i myśli: co nim kieruje? Na co liczy? Co czuje? Po co to pisze? Czy to miłość?
Może nie dał wtedy rady i dlatego jej szuka? Chce, żeby pojawiła się szansa na odzyskania dobrego zdania o sobie? Na to by tym razem sprostał sytuacji. Albo wrócił, by tak naprawdę zawalczyć ze swoimi poczęciem winy i wstydu. No i jest ryzyko, że znów może odejść, jak tylko zaspokoi swoją potrzebę dowartościowania albo zmazania winy. Po prostu bywa, że ktoś w przeszłości szuka „prawdziwej” miłości po burzliwym rozwodzie, bo wmówił sobie, że się nie udało, bo nadal kochał kogoś z przeszłości. A jakby zadałby mu to najważniejsze pytanie: czy kocha siebie i czy chce spędzisz swoje życie z kimś, kto jest mu najbliższy, czyli ze sobą?

  1. Psychologia

Gdy widzę pole do negocjacji, widzę więcej – na czym polegają negocjacje?

Negocjacje - przykłady z życia, które pomagają inaczej spojrzeć na wiele spraw. (fot. iStock)
Negocjacje - przykłady z życia, które pomagają inaczej spojrzeć na wiele spraw. (fot. iStock)
Wszędzie widzi pole do negocjacji, to pozwala jej marzyć. Uważa, że jednym z najgorszych rozwiązań jest kompromis, a politycy nie są dobrymi negocjatorami. Wygrać w negocjacjach z własnymi dziećmi to według psycholożki Ewy Kastory ponieść porażkę. Słowo „nie” oznacza dla niej: teraz nie, bo wszystko, co zdarzy się za chwilę, jest przyszłością, a negocjuje się zawsze przyszłość. Na czym polegają negocjacje? I jakie mogą być przykłady negocjacji w życiu codziennym?

Na czym polegają negocjacje? Można negocjować codzienność?
Trudno mi znaleźć taki obszar życia, który nie jest związany z negocjacjami. Wszędzie tam, gdzie są ludzie, trzeba uzgadniać swoje decyzje z innymi. Jest cały obszar możliwości, który ludzie odrzucają już na samym początku, właśnie dlatego, że nie widzą pola do negocjacji. Wchodzą do hotelu i widzą złotą tabliczkę z napisem, że o godzinie 12 kończy się doba hotelowa. 90 procent uznaje, że doba hotelowa kończy się o 12. Bez względu na to, czy mają samolot o 20, czy o 16, zaczynają sobie organizować rzeczywistość tak, by od 12 siedzieć w holu. Na początku trzeba zobaczyć pole do negocjacji, pójść i poprosić o przechowanie bagażu, dostęp do łazienki, a najlepiej, by doba hotelowa trwała dłużej.

Czego nie da się negocjować?
Wyłącznie obszaru wartości. Nawet konstytucję można negocjować, czyli najważniejszy zbiór praw. Gdy widzę pole do negocjacji, w ogóle widzę więcej. Za każdym razem, gdy traktuję cenę w salonie samochodowym lub gdziekolwiek indziej jako niezmienną rzeczywistość, osłabiam własną tendencję do kreowania rzeczywistości. Tak samo jest z rolami w rodzinie, to pewna umowa podlegająca zmianom. W życiu biznesowym widzenie wszędzie pola do negocjacji pozwala marzyć, bo to oznacza wchodzenie na nowy rynek bez ograniczeń. Bo jeszcze nie wiem, czy się nie da. Coś fantastycznego dzieje się na świecie, nie myślę ograniczeniami, jakie istnieją w Polsce, obawą, że istnieje bariera językowa. Raczej kombinuję, co zrobić, by splot decyzji poszczególnych osób pomógł mi być tam, gdzie pragnę.

Gdzie są granice?
Tam, gdzie mogę komuś zrobić krzywdę. Ale filozofia negocjacji zakłada, że ludzie są dorośli. I gdy dochodzi do jakiejkolwiek transakcji, obie strony muszą po jej zakończeniu czuć się lepiej niż przed. Bo przecież inaczej by do transakcji nie doszło. A to, czy ja się czuję sto razy lepiej, a ta druga strona tylko pięć razy lepiej, jest kłopotem drugiej strony. Jesteśmy dorośli i nawet po skończeniu transakcji możemy przecież rozmawiać dalej.

Negocjacje traktujesz jak pracę?
Tak. Wstaję i ćwiczę wytrwałość. Zadzwonię jeszcze raz, pójdę tam jeszcze raz, porozmawiam jeszcze raz. Ale negocjacje to również zabawa. Jestem na urlopie, negocjuję, za ile z dziećmi przejedziemy się po morzu na dmuchanym bananie. Daję im w ten sposób przekaz, że nawet jak nie masz, staraj się mimo to i sprawdź. Oczywiście, nie negocjuję odjazdu pociągu na kolei. Ale lubię poszerzać granice swojego wpływu. Moja córka przez długi czas chciała wyjechać do Stanów, co kilka miesięcy temat wracał, zależało jej bardzo. Słyszała ode mnie, że jest za młoda, że się nie zgadzam. W pewnym momencie już jako pełnoletnia poprosiła o rozmowę. Powiedziała, że sama jej mówiłam, że „nie” oznacza „teraz nie”. Odświeżyła temat, przekonała mnie, pojechała do Stanów, a ja byłem z niej dumna. W życiu tysiące razy słyszymy „nie”, a to, jak i ile razy możemy się podnieść po usłyszeniu odmowy, decyduje o sprawstwie.

Zawsze ignorujesz pierwszą odmowę?
Nie. Czasami zwycięża szacunek do odmowy. Czasami pojawiają się negocjacje problemowe, czyli wtedy, gdy dwie strony szukają rozwiązania, które może usatysfakcjonować wszystkich negocjujących. Przychodzi do mnie klient i mówi, że chce szkolenie za 5 tys. zł, a ono kosztuje 10 tys. Pozycyjne negocjacje są wtedy, gdy mówię 7 500. To jest kompromis, a z nim jest tak, że wszyscy są i tak niezadowoleni. Problemowo negocjuję, gdy pytam ich, po co im to szkolenie, okazuje się, że oni chcą się przygotować do negocjacji z ważnym klientem. Proponuję im, że wejdę do ich zespołu, zrobię to za 5 tys. zł plus prowizję od sukcesu.

Jakie są jeszcze przyklady negocjacji? Unikasz kompromisów?
To adekwatne rozwiązanie w sytuacji negocjacji pozycyjnych. Gdy kupuję papier do biura, to ekonomicznie jest wysłać zapytania do dostawców, wybrać najtańszą ofertę, zadzwonić, wynegocjować obniżkę 20 proc. i koniec transakcji. Nie ma potrzeby spotykać się, nie ma potrzeby relacji. Ale w codzienności, pracy z bliskimi tak nie można. Negocjacje problemowe wymagają inwestycji czasu, zaufania. Jestem gotowa to robić na parkingu pod domem, gdzie codziennie stawiam auto, ale nie na wakacjach, wtedy mogę iść na kompromis.

A nie boisz się, że tak wyuczysz swoje dzieci negocjacji, że niczego nie uda ci się od nich... wynegocjować?
Przeciwnie, to by była sama przyjemność. To, co stanowi o umiejętnościach negocjacyjnych, jest na ogół uniwersalną umiejętnością, taką jak dążenie do celu. Do tego dochodzi niezłomność, wspomniana wytrwałość, nieobrażanie się, cierpliwość, dbanie o samopoczucie drugiej strony, to wszystko pomaga nie tylko negocjować, ale żyć.

A co z emocjami, nie trzeba ich schować, negocjator może powiedzieć, że jest wściekły?
Mówienie o emocjach nie jest zabronione, ale trzeba z tym uważać. Czasami lepiej jest powiedzieć: „To mnie zaskoczyło, wróćmy do tego jutro”. Albo: „Ta propozycja jest dla mnie bardzo trudna”. Można też powiedzieć: „Jestem wściekła, proszę o przerwę”. Nie jest najmądrzejsze negocjować pod wpływem dużych emocji, bo można wtedy złożyć niekorzystną dla siebie propozycję. Na pewno negocjator nieświadomy tego, co czuje, działa przeciwko sobie, samoświadomość jest potrzebna. Czasami lepiej powiedzieć, że coś mnie złości, chcę to sprawdzić, niż przeczekać wylew emocji i odejść od stołu. Skutecznym narzędziem jest odroczenie reakcji.

Co to znaczy?
Umiejscowienie siebie pomiędzy akcją a reakcją, nie bycie bezwolnym. Obserwowanie tego, co się dzieje dookoła mnie i wewnątrz. Na przykład podczas negocjacji ktoś mnie prowokuje albo obraża, to jest akcja. Zanim pojawi się reakcja, dobrze zabrać sobie trochę czasu na sprawdzenie tego, co naprawdę chcę osiągnąć i co mogę stracić, reagując impulsywnie. Dlatego Szkołę Negocjacji rozpoczynam treningiem interpersonalnym. Moje reakcje bywają najsilniejszą barierą. Ktoś coś mówi, ja się wściekam i chcę szybko reagować. Do tego dochodzi wrodzona w nas presja, żeby odpowiedzieć na zadane pytanie. Walczę z tym. Na każde pytanie zawsze mogę odpowiedzieć po czasie, uprzejmie informując mojego rozmówcę, że potrzebuję chwili do namysłu. To zaszłość ze szkoły, pani się pyta i kto szybciej podniesie rękę, ten inteligentniejszy. A to nie tak. Ważna jest zasada słonia, to znaczy – nigdzie się nie śpieszyć. Nawet kiedy idę na bardzo trudną rozmowę, ważne spotkanie, powtarzam sobie w myślach: „Nie musisz tam nic powiedzieć”.

A zdarza ci się negocjować pozycyjnie z własnymi dziećmi?
Tak, bo dzieciom potrzebne są granice, a ja nie zawsze muszę tłumaczyć dlaczego, chociażby wtedy, gdy wytłumaczyłam już to dziesięć razy. Rzadko jednak negocjuję w relacjach pozycyjnie, bo będąc z kimś blisko, szukam rozwiązań. Nawet gdy ustalam godzinę powrotu dziecka do domu. Interesuje mnie nie tylko czas, ale – jak wróci, z kim i to, by dziecko zrozumiało, dlaczego mi zależy, by było wcześniej.

Mówienie dziecku: „Nie, bo nie, i koniec”, to nie są przykłady negocjacji pozycyjnych?
Zachowując się w ten sposób, narażam się na to, że swoje decyzje będę musiała wielokrotnie powtarzać. Głównym zadaniem rodzica jest uczyć dzieci życia, jeśli nie mówimy im, dlaczego coś robimy albo po co, to trudniej im będzie samym znajdować rozwiązania. Dobrze jest, by dzieci zachowywały się tak, jak chcemy, nawet wtedy gdy nas nie ma w pokoju, a to jest możliwe tylko wtedy, gdy jesteśmy z nimi w relacji. Szczególnie podczas negocjowania decyzji, które oceniamy jako błahe i drobne, a dla nich są bardzo istotne. Jeśli dziecko siedzi prosto przy stole na obiedzie rodzinnym, ale u kolegi już nie, to prawdopodobnie nie rozumie, dlaczego ma to robić.

Przegrałaś kiedyś w negocjacjach z dziećmi?
Użycie słowa „przegrać” jest wbrew mojemu myśleniu o negocjacjach. Możemy dojść do porozumienia lub nie. Jeśli moje dzieci przegrały w negocjacjach ze mną, to i ja przegrałam. Jeśli postawiłam na swoim, ale mam obrażony cały dom, to nikt nie wygrał, to się prawie nigdy nie opłaca.

Dzieci są dla ciebie partnerami podczas negocjacji, mimo że masz więcej doświadczenia, władzy, wiedzy?
W świecie zawodowym podczas biznesowych negocjacji na ogół ktoś ma więcej władzy, doświadczenia, wiedzy i wciąż możemy być partnerami. Czasami negocjuję ze słabszej, czasami z silniejszej pozycji, ale skoro siedzę z kimś przy stole, czy to z rodziną, czy klientem, znaczy to, że jest jakiś obszar, w którym siebie nawzajem potrzebujemy. Jeśli mam przewagę, to nie znaczy, że mi nie zależy.

Uczysz negocjacji, ale czy nie jest tak, że część umiejętności składających się na negocjacje jest wrodzona?
Oczywiście. Dzieci negocjują od małego, wymagają, tupią, obrażają się, potem trzaskają drzwiami, przymilają się, sprawiają prezenty, wypróbowują różne narzędzia wywierania wpływu. Pomimo naturalnych skłonności można się w negocjacjach szkolić, zdobywać nowe doświadczenia i umiejętności. Źródłem sukcesu jest umiejętność zobaczenia jak największej ilości perspektyw w danej sytuacji. To zwiększa możliwe manewry, zrozumienie dla drugiej strony, kreowanie nowych rozwiązań.

Kiedy opłaca się przerwać negocjacje, odejść od symbolicznego stołu? Masz przykłady z życia?
Jest coś takiego jak pułapka konsekwencji. Negocjator wie, że jak popełni błąd, to może się z niego wycofać. Jeśli przeszarżował, może wrócić na stare miejsce. Nie ma nic złego w stwierdzeniu: „Przesadziłem, pomyliłem się, żałuję, przepraszam, czy możemy wrócić do tej rozmowy”. Czasami, odchodząc od stołu, sprawdzam granicę, dowiaduję się, czy ci po drugiej stronie nie blefują, ryzykuję tyle, że być może za chwilę będę musiała wrócić, wycofać się z decyzji.

A co, jeśli okaże się, że nie ma powrotu?
Jeśli odchodzę na krótką chwilę, prawie zawsze jest powrót. To na pewno nie może być stała strategia negocjacyjna, bo wtedy traci się wiarygodność. Ale daję sobie prawo do pomyłek.

Nigdy nie miałaś poczucia, że straciłaś twarz?
Nie, w negocjacje nigdy nie angażuję twarzy. Ważne jest oddzielanie ludzi od problemu. Jeśli ktoś podczas negocjacji mówi mi, że jestem niekompetentną idiotką, mogę powiedzieć, że rozumiem, iż złożona propozycja nie odpowiada na oczekiwania, zobaczmy, co trzeba by zmienić. Nie zależy mi na tym, by ten człowiek uważał mnie za mądrą, godną, chcę coś osiągnąć. A dla wielu ludzi kluczowe jest to, jak wypadną, a nie – czy wypadną.

Tak jak w świecie polityki?
Sprawa, o którą walczą, jest tylko ułamkiem tego, na czym im tak naprawdę zależy, czyli pozostanie na scenie. Polityk, który jak każdy dobry negocjator przemilczałby, wysłuchał, zrozumiał drugą stronę, skazałby się na niezaistnienie. Bo przeczekaliby tak trzy spotkania i nikt by ich nie zaprosił na kolejne, oni nie mogą zapomnieć o nadrzędnym celu, którym jest utrzymanie władzy. Gdy to stracą, już niczego nie osiągną. Gdy Pawlak podczas rozmowy z Tuskiem wstał od stołu przy negocjacjach emerytur, użył narzędzia z negocjacji pozycyjnych, czego nie robi się w sytuacji pozostawania z kimś w relacji, do której trzeba będzie wrócić. Stało się to narzędziem pokazowym, a nie negocjacyjnym.

A dobre przykłady negocjacji ze sceny politycznej?
Okrągły stół. Ludzie, którzy wcześniej mówili sobie, że się powieszą na latarniach, usiedli do stołu, schowali swoją dumę, swoje odsiedziane lata w więzieniu. I rozmawiali. Wiedzieli, że dokonanie rachunku krzywd nie doprowadzi do rozwiązania.

Bo negocjuje się przyszłość?
Gdy zaczynasz negocjować przeszłość, skazujesz się na porażkę. Negocjuje się zawsze przyszłość. Tak jest nie tylko w polityce, ale w każdej codzienności, w rodzinie, przyjaźni, miłości, w rysowaniu marzeń.

Ewa Kastory: psycholożka i trenerka rekomendowana przez Polskie Towarzystwo Psychologiczne, certyfikowany coach ICC, absolwentka Université Des Sciences Humaines de Strasbourg oraz Uniwersytetu Warszawskiego.

  1. Psychologia

Jestem DDA

Syndrom DDA to zespół cech osobowości ukształtowanych u dziecka, które wychowywało się w rodzinie z problemem alkoholowym. Utrudniają adaptację w dorosłym życiu, szczególnie w sytuacjach konfliktowych, kiedy mogą uruchamiać się dziecięce strategie radzenia sobie ze stresem. (Fot. iStock)
Syndrom DDA to zespół cech osobowości ukształtowanych u dziecka, które wychowywało się w rodzinie z problemem alkoholowym. Utrudniają adaptację w dorosłym życiu, szczególnie w sytuacjach konfliktowych, kiedy mogą uruchamiać się dziecięce strategie radzenia sobie ze stresem. (Fot. iStock)
Prowokowałam awantury, bałam się zgody, zobojętniałam na własne dziecko. Po prostu wstrętna baba, przy której inni czuli się nieszczęśliwi – mówi 35-letnia Ania, kosmetyczka, mężatka, matka dwójki dzieci.

O swoim dzieciństwie opowiadam już spokojnie, jak o filmie fabularnym, którego główna bohaterka wychowała się w rodzinie alkoholików. Która przez długie lata nie miała pojęcia, że doświadczenia z lat młodości zabrała w dorosłość jak plecak, kiedy jako 19-latka wyjeżdżała z Kielc do Warszawy na studia. Myślała, że wystarczy opuścić dom rodzinny, usamodzielnić się, żeby wziąć życie w swoje ręce. Myliła się. To było za mało.

Od rodziców bagaż na drogę

Pili oboje, i ojciec, i matka – razem, dużo, często, nieraz do utraty przytomności. Ojciec, budowlaniec, kontynuował tradycje alkoholowe swojego ojca. Matka, dekoratorka, zalewała żal po niespełnionych marzeniach o karierze wielkiej malarki. Kiedy przyszłam na świat, a dwa lata później mój brat, przestała pracować i zajęła się domem oraz napełnianiem kieliszków – z każdym rokiem coraz większą ilością trunków.

Ambicje o wyższym wykształceniu i byciu „kimś” przelewali na mnie – brat miał taryfę ulgową, do dziś nie wiem dlaczego. Zamęczali mnie wymaganiami, stale kontrolowali. Z jednej strony miałam być najlepszą uczennicą, z drugiej – nie stwarzali warunków do nauki. Mieszkaliśmy w jednym pokoju z kuchnią. W domu stale pijaństwo – albo pili sami, albo ze znajomymi „od kieliszka”. Potem często się awanturowali, dochodziło też do rękoczynów. Każdą wolną chwilę spędzałam u przyjaciół lub na kółkach zainteresowań, które na szczęście akceptowali. Nie chciało się wracać, ale narzucili dyscyplinę czasową i najpóźniej o dwudziestej miałam być w domu. Starałam się nie łamać tych nakazów, bo nawet za drobne przewinienia dostawałam lanie smyczą psa. Moja złość na rodziców rzutowała na relacje z bratem, bo to ja miałam dopilnować, by na przykład odrobił lekcje – jeśli tego nie zrobił, gromy padały na mnie, nie na niego.

Ale najgorsze były ich zniknięcia na całe noce. Wychodzili bardzo późnym wieczorem, bez słowa. Nie wiedziałam dokąd, co się z nimi dzieje, kiedy wrócą czy w ogóle wrócą. To zdarzało się już, kiedy miałam 10 lat. Okropnie się wtedy bałam, że coś im się stanie. Zostawałam przecież z młodszym bratem, czułam się za niego odpowiedzialna. Wracali nad ranem, zazwyczaj kompletnie pijani. Płakałam, krzyczałam, prosiłam, żeby mówili, jak mają zamiar zostawić nas samych, ale oni uważali, że nie muszą informować dzieci o swoich planach. Nienawidziłam ich, ale i kochałam.

Nigdy nie próbowałam uciekać z domu. Innego przecież nie miałam. Także świadomości, że to, co się w nim dzieje, jest złe, patologiczne. Po prostu taki był i już. Mówiłam sobie: Nie użalaj się nad sobą. Są tacy, którzy mają od ciebie jeszcze gorzej. W szkole jesteś lubiana, masz przyjaciół, fajną paczkę... Po maturze wyjedziesz i zaczniesz nowe życie.

Życie na wolności

Dostałam się na Politechnikę Warszawską. Spełniłam marzenie ojca, który sam chciał być inżynierem. Wkrótce jednak przekonałam się, że studia techniczne wcale mnie nie interesują. Po roku je przerwałam. Pierwszy raz powiedziałam rodzicom „nie”. Poszłam na zaoczne ekonomiczne i do pracy, żeby uniezależnić się finansowo. Wreszcie zacznę żyć tak, jak chcę – obiecałam sobie.

Zakochałam się. Piotr był fizycznie bardzo podobny do mojego ojca – przystojny brunet. Pierwszy okres – euforia, wolność, szczęście. Zamieszkaliśmy razem w jego kawalerce. Pierwsze światełko ostrzegawcze zapaliło się we mnie, kiedy zauważyłam, że za często pojawia się u nas alkohol, imprezy siedem razy w tygodniu: w domu, w pubie, u znajomych. Ja podczas wieczoru wypijałam jedno piwo, Piotr się upijał. Zrobił się zaborczy i chorobliwie zazdrosny. Kontrolował mnie, koleżanki nazywał ostatnimi idiotkami. Kłóciliśmy się. Żyłam na jego wyspie, on wybierał znajomych... Oto wyrwałam się od rodziców, by wpaść z deszczu pod rynnę. Piotr był uzależniony nie tylko od alkoholu, lecz i od narkotyków. Odeszłam. Ale straciłam na niego pięć lat.

Skąd we mnie tyle złości?

Poznałam Adama. Był 16 lat ode mnie starszy, rozwiedziony, miał 15-letnią córkę. Ja skończyłam wtedy 25 lat. Rok później urodziła się nasza córeczka Marysia. Byliśmy bardzo szczęśliwi. Pobraliśmy się.

Sielanka trwała jakieś dwa lata. Potem zaczęło się ze mną dziać coś dziwnego. Popadałam w stany takiego napięcia, że nie potrafiłam normalnie funkcjonować. Wszczynałam awantury o głupi talerzyk w zlewie, prowokowałam kłótnie. Wpadałam w furię, tupałam, rzucałam różnymi przedmiotami... Ale nigdy nie płakałam. Adam był ostoją wyrozumiałości, cierpliwości, spokoju. To jeszcze bardziej mnie nakręcało. Wiedziałam, że stopień agresji był nieadekwatny do przyczyny, która ją wywołała, ale nie potrafiłam powstrzymać wybuchu. W końcu popadłam w głęboką depresję – totalny dół, żyłam jak senna mara, nie z nimi, lecz obok nich. Nawet córeczką przestałam się zajmować. I dopiero to wyrwało mnie z totalnego odrętwienia. Przestraszyłam się: „Skoro moje dziecko już mnie nie obchodzi, to musi być ze mną coś nie tak”. Zwierzyłam się przyjaciółce, powiedziała: „Aniu, może terapia?”

.

Poszukiwanie igły w stogu siana

Nie wiedziałam, na czym tak naprawdę polega psychoterapia. Myślałam, że opowiem o swoich problemach, terapeuta przepisze mi lekarstwo, ja je zażyję i będę szczęśliwa. Ale to nie takie proste.

Umówiłam się z terapeutą na cykl 10 godzinnych sesji w indywidualnej terapii poznawczo-behawioralnej. Sama zdecydowałam, że tyle musi wystarczyć. Nie wystarczyło. Ale nie chciałam kontynuować, bo nie miałam wiary, że te rozmowy mogą mi pomóc, mało się w nie angażowałam – bo nie byłam wtedy wewnętrznie gotowa na terapię. Po tych sesjach czułam się tak, jakby mi ktoś strasznie zamieszał w głowie, coś we mnie poruszył, ale nie wiedziałam co i dlaczego. Zostawiłam sprawę w zawieszeniu... do czasu.

Wkrótce potem zaczęły dopadać mnie straszne lęki, szczególnie strach przed dźwiękiem samolotów. A pracowałam wówczas w obsłudze naziemnej lotniska. Kiedy samolot startował, zdawało mi się, że wszystko wali mi się na głowę, zachowywałam się irracjonalnie – uciekałam, chowałam po kątach. Podobnie reagowałam na jazdę samochodem. Potrafiłam nagle kopać w drzwi auta i krzyczeć do męża, by się natychmiast zatrzymał i mnie wypuścił. Nie mogłam tak żyć. Znów trafiłam do gabinetu terapeuty.

Wybrał dla mnie indywidualną terapię małżeńską. To mnie zaskoczyło: „Przecież to ja mam lęki, nie mój mąż”. Na co usłyszałam: „Funkcjonuje pani w związku, dlatego dobrze by było, gdyby razem weszli państwo w terapię. Proszę zapytać męża”. Adam od razu się zgodził: „skoro to może ci pomóc...”. Podczas sesji skupialiśmy się głównie na sytuacjach, w których dopadały mnie lęki oraz na konfliktach, jakie wybuchały w związku. Po raz pierwszy tak otwarcie rozmawialiśmy z Adamem o emocjach, tak głęboko analizowaliśmy zdarzenia, w których dochodziło do nieporozumień. Terapia bardzo dobrze wpłynęła na nasze relacje, a dźwięki już mnie nie przygniatały. Ale nadal czułam, że coś głęboko we mnie siedzi i nie daje spokoju. Nie mogliśmy jednak kontynuować terapii, bo byłam w zaawansowanej ciąży i trudno mi było dojeżdżać na spotkania. Przerwaliśmy po roku. Okazało się, że to coś znalazło sobie inne ujście.

Pojawiły się dokuczliwe bóle – wątroby, kręgosłupa, mięśni twarzy. Badania gastrologiczne nic nie wykazały, neurolog przepisał mi tabletki, po których wprost odjeżdżałam. Dopiero pewien lekarz medycyny tradycyjnej i chińskiej, który podczas szczegółowego wywiadu lekarskiego jako pierwszy wydobył ze mnie informację, że moi rodzice byli alkoholikami (wcześniej się wstydziłam i to zatajałam), powiedział: „Przyczyny pani dolegliwości są natury emocjonalnej. Sugeruję terapię DDA, bo ma pani nierozpracowane sprawy z przeszłości”. I wreszcie trafiłam tam, gdzie powinnam od razu – do terapeuty, który zajmuje się syndromem Dorosłych Dzieci Alkoholików (DDA).

Echa dzieciństwa

Od początku nawiązałam z terapeutą bardzo dobry kontakt. Jak się później okazało – jeden z najcenniejszych w życiu. Otworzyłam się przed nim całkowicie. Miałam 33 lata, dwójkę cudownych dzieci, wspaniałego męża i pragnęłam być równie wspaniałą matką i żoną. Chciałam wreszcie wyszarpnąć z siebie to „coś”, co huśta moimi emocjami i nastrojami. Byłam bardzo zmotywowana. Z wiarą i pozytywnym nastawieniem podeszłam do terapii DDA. Trwała rok.

Terapeuta sięgał do mojego dzieciństwa bardzo powoli, stopniowo. Padały pytania typu: „ Jak pani mama reagowała w takiej sytuacji? Co pani wtedy czuła?”. Scenom retrospekcyjnym towarzyszyły wielkie emocje – gniew, żal, złość na rodziców wylewałam razem ze łzami. Pisałam też do nich listy, nie po to, by je wysyłać, lecz odczytać terapeucie na kolejnych sesjach – to było jedno z moich zadań domowych. Wyobrażałam sobie na przykład, że jestem małą dziewczynką, chodzę do szkoły, coś złego dzieje się w domu i w liście miałam wyrazić wszystkie uczucia, jakie żywiłam wtedy do rodziców, co sobie o nich myślałam, jak się czułam, kiedy na przykład była noc, a oni nie wracali do domu. To było bardzo trudne i bolesne.

Wspólnie omawialiśmy każde zachowanie rodziców w danej sytuacji: co robili, dlaczego to było złe, jaki wpływ wywarło na moją psychikę... – miałam dokładnie rozpracowany, przeanalizowany każdy etap, każdy aspekt. Nie patrzyłam na rodziców z perspektywy siebie jako dziecka, tylko siebie jako żony i matki. Moi rodzice skrzywdzili mnie w taki a taki sposób, a teraz ja powielam ich wzorzec i krzywdzę swoich najbliższych. Terapeuta uświadomił mi, że ponowne zmierzenie się z problemami z dzieciństwa jest bolesne, ale konieczne, bo tylko wtedy zrozumiem swoje obecne zachowania, rozpoznam reakcje, które wzięłam z rodzinnego domu, przejęłam od rodziców. Na przykład: tak jak oni na mnie krzyczeli, tak teraz ja bywam agresywna w stosunku do męża. Po prostu wstrętna baba, przy której inni czują się nieszczęśliwi. W okresie dorastania zgromadziłam w sobie ogrom żalu i dopóki go nie wypuszczę, dopóty będzie we mnie siedział i jątrzył. I od czasu do czasu uchodził małymi kanałami w postaci napięć, krzyków, lęków czy bólów. Opisując traumatyczne przeżycia, nazywając je, wypowiadając, analizując ze specjalistą, wylewałam z siebie tę złość niczym jakieś toksyny.

Uświadomiłam sobie nareszcie, że to, co przeżyłam w dzieciństwie, było dla mnie koszmarem. Zaczęłam sobie jako dziecku współczuć. Zrozumiałam, że nie umiałam przyjąć troski, serdeczności od mojego męża, bo nie byłam przyzwyczajona do tego, że ktoś się o mnie troszczy. Nie potrafiłam tego docenić. Wręcz przeciwnie, wykorzystywałam często jako pretekst do wszczynania kłótni, bo moi rodzice pewne sprawy tak właśnie rozwiązywali. Prowokowałam awantury, żeby mieć je już za sobą, ponieważ w domu odczuwałam wielką ulgę, kiedy było już po kłótni. Dla mnie to stanowiło normę. Zgodne życie przez dłuższy czas budziło we mnie obawę, że to nie może być prawdą, że coś się czai i lada moment i tak wybuchnie.

Innym narzędziem terapeutycznym do poskromienia swojej złości, na przykład na dzieci, okazała się metoda 4 kroków: 1 – zakomunikowanie, 2 – podkreślenie, 3 – postanowienie, 4 – wykonanie. Jeśli dziecko np. skacze po kanapie, a ja tego nie akceptuję, to: 1 – komunikuję spokojnym głosem, że mi się to nie podoba, 2 – podkreślam to, unosząc głos, żeby dziecko wiedziało, że mówię poważnie – ale robię to bardzo świadomie, bez emocji, 3 – mówię, że jeśli dalej będzie skakać, to ja zrobię to i to... coś dla niego przykrego, np. schowam mu na cały dzień jego ulubiony samochodzik, 4 – wykonuję karę.

Pierwsze moje próby były średnio udane – albo nie dochodziłam do 4. kroku, albo któryś przeskakiwałam. Ale w końcu nauczyłam się i przekonałam, że to skutkuje, a przy tym osiągam cel bez uciekania się do agresji. Tę metodę można stosować nie tylko w relacjach z dziećmi, także z partnerem, a nawet panią w sklepie, jeśli jest nieuprzejma.

Ta metoda nauczyła mnie też dostrzegać swoje granice, czego wcześniej nie potrafiłam i pozwalałam, by je inni nagminnie deptali. Pamiętam, jak kiedyś koleżanka, obserwując mnie na spacerze z dziećmi, powiedziała: „Ja nie daję swoim dzieciakom tak bardzo jak ty wchodzić sobie na głowę. A ja dawałam, reagowałam zawsze zbyt późno i już ze złością.

Doszłam do celu

Terapię DDA skończyłam rok temu. Co zmieniła w moim życiu? Przede wszystkim pozbyłam się bólów i napięć, opanowałam agresję. Bo wyrzuciłam z siebie ogromne pokłady złości, które od dzieciństwa się we mnie odkładały. Po terapii jestem o wiele bardziej stabilna emocjonalnie, radośniejsza, mam więcej pewności i wiary w siebie. Potrafię świadomie kierować emocjami. Rozgraniczyłam dwa światy: życie „tam i wtedy” od „tu i teraz”. Wreszcie czuję, że sama kieruję swoim życiem. Nic mnie już nie gniecie.

A jeśli się zdarzy, że upiory powrócą, to posiadam narzędzia terapeutyczne, by je przepędzić. Wiem na przykład, że w momentach napięcia mogę sięgnąć po relaksujące oddychanie: płytki wdech i powolny, długi wydech. Żeby wypuścić złość – napisać list do osoby, która mnie zezłościła. Co jest cenne: kiedy poniosą mnie emocje i niesłusznie nakrzyczę np. na męża, to teraz go przeproszę i powiem: „Wiesz, jeszcze tak mi się zdarza. Wybacz”. To zupełnie zmienia sytuację.

Terapię postrzegam jako cudowne narzędzie, ale nie cudowny środek na życiowe dolegliwości. Bo przecież nie przestanę być dzieckiem alkoholików. Moi rodzice pili i nic tego nie zmieni. Nie zresetuję mózgu tak jak dysku. Ale mogę mieć władzę nad swoimi zachowaniami, wpływać na swoje życie i jego kształt. Czuję się kobietą spełnioną i szczęśliwą. Mam wspaniałą rodzinę, świetny kontakt z dziećmi i mężem. Niedawno założyłam własny gabinet kosmetyczny. A rodzice? Nadal piją.

Czym jest syndrom DDA?

Marzenna Kucińska psychoterapeutka.

To zespół cech osobowości ukształtowanych u dziecka, które wychowywało się w rodzinie z problemem alkoholowym. Utrudniają adaptację w dorosłym życiu, szczególnie w sytuacjach konfliktowych, kiedy mogą uruchamiać się dziecięce strategie radzenia sobie ze stresem. Uniemożliwiają też rozwój postaw i reakcji bardziej adekwatnych do rzeczywistych zdarzeń. Terapia DDA ma na celu zmianę tych cech. Składa się z trzech etapów:

Pierwszy polega na opowiedzeniu swojej historii – jest trudny, gdyż wiele osób z DDA wyniosło z domu przekaz, że nie należy rozmawiać z osobami spoza rodziny o tym, co się dzieje w domu. Niektórzy nikomu wcześniej nie opowiadali o swoim życiu – dla nich samo przywoływanie wspomnień z dzieciństwa może być wystarczające do uruchomienia procesów zmian osobistych. Kiedy zaczynamy ujawniać komuś swoją opowieść, ważne są nie tyle fakty, co sposób, w jaki jako dzieci ich doświadczaliśmy. Te przeżycia zostały zapisane w umysłach w postaci obrazów czy przekonań i nadal ożywają, wpływając na emocje i zachowania. Kiedy je odkrywamy, zaczynamy lepiej rozumieć siebie oraz swoje wybory.

Drugi etap terapii to odreagowywanie szczególnie bolesnych doświadczeń i ich rekonstrukcja. To niezbędne, by przeszłość przestała boleć. Wtedy pojawia się zwykle bardzo dużo trudnych emocji: lęk, smutek, bezradność, cierpienie, a ich wyrazem są często łzy. W terapii to przejaw zdrowienia, oczyszczania się i gojenia starych, nadal krwawiących ran, dzięki czemu pacjenci uczą się rozpoznawać swoje emocje, potrzeby i zaspokajać je. A kiedy przeszłość przestaje budzić silne emocje, przychodzi czas na etap trzeci – odbudowywanie, a czasem nawiązywanie, zdrowych relacji z innymi.

Na początku terapii trudno czasem powiedzieć, jak wiele etapów trzeba z terapeutą przejść, żeby dokonane zmiany stały się naturalnym procesem rozwoju. Jest wiele osób z DDA, które rozpoczynają terapię dopiero w stanie ostrego kryzysu, wtedy, gdy ich dotychczasowe strategie przestają działać – dla nich główną zmianą będzie uporządkowanie życia i spraw aktualnych.

Inni mają wszystko dobrze poukładane i świetnie sobie radzą z zadaniami, ale nie potrafią tego w sferze emocji – wymykają się im spod kontroli. Dla tych osób najważniejsze jest nauczenie się, jak obchodzić się z napięciami i czerpać siły z emocji. Jeszcze inni radzą sobie we wszystkich obszarach życia, poza budowaniem kontaktów, gdyż mają wiele lęków i ostrożności w relacjach społecznych. Na terapii poznają tego przyczyny i otwierają się na innych i samych siebie.