1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Rozlicz się z przeszłością

Rozlicz się z przeszłością

123rf.com
123rf.com
Bez względu na to jak mocno zraniła nas przeszłość - mamy wybór. Tkwić w niej lub… zacząć żyć w czasie teraźniejszym. Sprawdź, jak to zrobić.

Jeśli zadałabym Wam pytanie: "czy żyjecie w czasie teraźniejszym?" – większość z Was uznałaby je za głupie. No bo w jakim czasie można żyć? Tylko w teraźniejszym. Czy jednak tak jest naprawdę?

Po ciszy zawsze przychodzi burza

Jacek zgłosił się do mnie po swoim czwartym zerwaniu. - Kiedy zaczynam się angażować, odczuwam coraz większy dyskomfort w relacji z kobietą - mówi. - Zaczynam myśleć o tym, czego ona ode mnie oczekuje, jaki powinienem dla niej być, czy chcę być z nią przez resztę mojego życia i tak dalej. Im więcej takich pytań, tym mniej przyjemności a więcej wątpliwości. W rezultacie - zamiast się cieszyć dobrymi chwilami - staję się spięty, bo mam poczucie winy, że tak myślę. Błędne koło. W końcu wymyślam jakiś pretekst żeby zerwać.

Milena co dwa tygodnie dostaje napadów złości. W ten sposób zniechęciła do siebie kilku fajnych facetów. - Zawsze w końcu słyszę, że jestem wariatką, że nie wiadomo, o co mi chodzi - wyznaje. - I co najgorsze - to jest prawda. A ja po prostu po okresie spokoju i fajnych układów, ni z tego ni z owego, chodzę podminowana i w końcu wybucham. Powodem może być 5 minut spóźnienia albo nawet i to, że zaczęło padać.

Ewa ma problemy przyjmowaniem krytyki. Nawet uzasadnionej. - Kiedyś "zupa była za słona" - uśmiecha się. - Rzeczywiście ją przesoliłam. Zorientowałam się, kiedy była już w talerzach. Kiedy jednak Jacek się skrzywił i powiedział "strasznie dużo soli" - wybiegłam z kuchni i rozpłakałam się. Jak dziecko. Czułam się dotknięta do żywego.

Maciek wymiguje się od obowiązków. - Wiem, że żona ma rację, bo powinienem jej pomagać. Prosi mnie o coś, a ja udaję, że nie słyszę. Jestem wkurzony, że odrywa mnie od komputera. I w ogóle za to, że czegoś chce. W efekcie zaczyna się awantura. Sam nie wiem, dlaczego tak się zachowuję. Co te cztery historie mają ze sobą wspólnego? I co ma do tego czas teraźniejszy?

Echo "tamtych" dni...

Posłuchajcie:

Maciek w czasie rozmowy ze mną doszedł do wniosku, że jego matryca zachowania ukształtowała się w dzieciństwie. - Moja mama nie radziła sobie z życiem uczuciowym - mówi. - Rozwiodła się z ojcem, kiedy miałem 3 lata. Bywała nadopiekuńcza i próbowała rekompensować mi gorsze okresy nadmiarem zainteresowania. A te gorsze były wtedy, kiedy usiłowała ułożyć sobie życie. Próbowała trzy razy. Żaden związek nie przetrwał. Mama miała chyba za wielkie oczekiwania. Zawsze na końcu czuła się rozczarowana… Może więc ja, patrząc na kobiety, widzę te same wielkie nadzieje i boję się je rozczarować…?

Milena jest DDA – dorosłym dzieckiem alkoholika. - Wprawdzie ojciec walczył z nałogiem, ale nie wychodziło mu to najlepiej. Kiedy był trzeźwy, w domu było naprawdę fajnie. Niestety wiedziałam, że prędzej czy później dobry nastrój i święty spokój wylecą w powietrze. Z byle powodu. Kiedy ojciec zaczynał pić, powodem do awantury było wszystko. Milena zrozumiała, że zachowania ojca pozbawiły ją poczucia bezpieczeństwa. Rosnący niepokój to był prawdziwy powód jej napadów złości. To było dla niej wielkie odkrycie.

Rodzicie Ewy uważali, że najlepszą nauką jest krytyka. - Nie chwalili mnie, bo jeśli coś jest dobre, to po co chwalić. Ale nie szczędzili mi gorzkich słów, kiedy coś mi się nie udało. Nawet, kiedy bardzo się starałam. Nie zapomnę pewnego feralnego egzaminu na studiach. Uczyłam się kilka dni i nocy. Niestety pechowo dostałam temat, który był moją piętą achillesową. W końcu jakoś tam dostałam trójkę. Ojciec nazwał mnie "miernotą umysłową". Do dziś pamiętam, jak bardzo było mi brak wsparcia, jak było mi źle i smutno.

Kiedy zapytałam, czy scena przy stole miała w sobie coś z tych emocji, Ewa bardzo się zdziwiła. - Rzeczywiście! Nigdy nie pomyślałam, że to może być echo tamtych dni!

Maciek miał zawsze problemy z porządkiem. - Rodzice mieli do mnie o to pretensje - wspomina. - Ciągle słyszałem, że mam schować rower do garażu, sprzątnąć swoje buty, poskładać zabawki. Wkurzałem się - szczególnie, jeśli przerywali mi kolejną zabawę. Moją metodą było udawać, że nie słyszę.

Kiedy spytałam, czy teraz też ta metoda jest skuteczna, Maciek najpierw wybuchnął śmiechem, a potem całkiem poważnie stwierdził: "no tak, zachowuję się jak dziecko".

Powrót do przeszłości

Jak widać – pozornie wszystko dzieje się "tu i teraz", ale nasze reakcje pochodzą z zupełnie innego wymiaru. Złoszcząc się, wycofując z relacji, płacząc w odpowiedzi na krytykę lub też udając, że nie słyszymy czyjegoś głosu – kierujemy się całkiem nieadekwatnymi emocjami. Emocjami, które zrodziły się w całkiem innych okolicznościach. W przeszłości.

Trudno jest być z kimś w szczęśliwym związku i mieć dobrą komunikację kiedy nie odnosimy się do dotyczącej nas sytuacji bezpośrednio. Żona prosi Maćka o pomoc, a Maciek w tym samym momencie reaguje na zniecierpliwione głosy rodziców. Ewa przesoliła zupę, ale zamiast śmiać się z własnego błędu – płacze, bo cierpi z powodu niesprawiedliwej krytyki ojca. Jacek wycofuje się z fajnej relacji, bo "wie", jak trudno zadowolić kobietę – jego mamę. Milena złości się na swojego chłopaka, bo przecież to "oczywiste", że spokój nie może trwać wiecznie.

Powrót do teraźniejszości

Bez względu na to jak mocno zraniła nas przeszłość - mamy wybór. Tkwić w niej lub… zacząć żyć w czasie teraźniejszym. A oto sposoby, jak to zrobić:

1. Namierz wroga. Jeśli nie rozumiesz pewnych swoich zachowań i podejrzewasz, że ich źródło może tkwić w przeszłości - poświęć trochę czasu na ich rozpracowanie. Możesz także zwrócić się do coacha, aby Ci w tym pomógł.

2. Zapal światło. Już samo uświadomienie sobie tego faktu jest pomocne, ponieważ największą siłę oddziaływania mają nieświadome mechanizmy. Wszyscy bohaterowie powyższych historii po odkryciu tego, co nimi kieruje, zyskali wybór. Mogą postąpić mechanicznie, odruchowo. Mogą też świadomie zmienić swoją reakcję na adekwatną do sytuacji.

3. Odkryj siebie. Szalenie pomocną praktyką przy pozbywaniu się takich automatycznych zachowań jest "praktykowanie obecności". Znajdź codziennie choćby chwilę dla siebie. Usiądź wygodnie lub połóż się. Weź dwadzieścia oddechów. (w czterech seriach po cztery oddechy normalne i piąty głęboki - staraj się, by nie robić przerwy między wdechami a wydechami i odwrotnie). Skoncentruj się na oddychaniu i na swoim ciele. Poczuj swoją obecność, swoją fizyczność. Możesz nawet powiedzieć sobie w myślach – jestem. Nie myśl o niczym. Po prostu bądź.

4. Dostrzeż swoje emocje. Zacznij z większą uwagą i szacunkiem przyglądać się swoim emocjom. Bądź na nie otwarty. Aby tak się stało, nie walcz z nimi, ale poznaj je. Te uczucia to część Ciebie. Zasługują na Twój szacunek. Pamiętaj, że nie ma złych ani dobrych emocji. To my nauczyliśmy dawać im etykietki. Twoje emocje sygnalizują Twoje potrzeby. Jeśli czujesz się smutny, niespokojny, nie szukaj natychmiast antidotum w postaci telefonu do przyjaciół ani tabliczki czekolady. Znajdź źródło. Wtedy smutek sam zniknie.

5. Żona czy mamusia? Pamiętaj, że partner jest całkiem inną osobą niż Twój rodzic. Nie przypisuj mu więc intencji, które wywołują nieadekwatne reakcje. (Magda odebrała stwierdzenie "strasznie dużo soli" jak druzgocącą krytykę jej umiejętności kulinarnych. Potem sama stwierdziła, że Jacek miał rację i wcale jej nie krytykował, stwierdził tylko niezaprzeczalny fakt).

Kiedy skupisz się na teraźniejszości, Twoje emocje też dostroją się do sytuacji.

Artykuł pochodzi z serwisu

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kuchnia

Madina Mazaliewa – wojowniczka gotuje

Madina Mazaliewa z Czeczenii w Polsce znalazła dom i przyjaciół, a także pracę, którą kocha. (Fot. Marta Rybicka)
Madina Mazaliewa z Czeczenii w Polsce znalazła dom i przyjaciół, a także pracę, którą kocha. (Fot. Marta Rybicka)
Przeżyła dwie wojny czeczeńskie i jedną domową. Tę ostatnią wygrała. ocaliła rodzinę. W Polsce znalazła dom i przyjaciół. A także zawód, który jest jednocześnie jej pasją. Gotuje czeczeńskie potrawy w tradycyjnej i nowoczesnej odsłonie, gra w teatrze. Jest wspaniałą matką i silną kobietą. Poznajcie Madinę Mazaliewą i jej kuchnię.

Madina robi bułeczki. – To bułeczki wegetariańskie. Ciasto składa się z mąki i wody z dodatkiem kefiru i odrobiny sody oczyszczonej. Mają nadzienie z duszonej kapusty, duszonej krótko, musi być al dente. Rzucam te placuszki na gorący olej, dosłownie na chwilkę. Przygotowuje się je tuż przed podaniem na stół. Trzeba je jeść od razu po zdjęciu z patelni, złociste i chrupiące – opowiada.

Kamil, reżyser filmu o Madinie (o tym za chwilę), który dokumentuje całe to gotowanie, próbuje bułeczkę. – Wspaniała – recenzuje.

Co Madina przyrządza na co dzień? – Czeczeńskie potrawy. Dzieci lubią je najbardziej – uśmiecha się. – Na przykład żiżik gałnysz: malutkie kluseczki, gałuszki, a do tego mięso. Może być jagnięcina, wołowina, kurczak. Bulion wlewa się do miseczki, dodaje czosnek, w tym macza się gałuszki i je z mięsem. Albo płow. Wschodnia potrawa, trochę jak pilaw, taki robił jej tata Ałhazur. Bo Madina ma własne przepisy. Rodzinne. Barszcz wegański robi według receptury Mamy Zabu. I choć to już siedem lat, jak mama nie żyje, Madina zawsze, kiedy stawia na stół barszcz, czuje jej obecność.

Co prawda zawsze ma wrażenie, że takiego barszczu jak ona jednak zrobić nie potrafi... Według jej przepisu Madina piecze też tort miodowy. Właśnie skończyła. Wygląda wspaniale. Madina, krojąc go, śpiewa modlitwę – w imię Allaha miłościwego i miłosiernego.

Kolejnym daniem będą manty. Pierożki z grzybowym nadzieniem i cieniutkim ciastem. Gotowane są na parze, w naczyniu zwanym mantowarką. Przyjechało w ślad za Madiną z Czeczenii. Z Czeczenii, z której uciekła, by ratować dzieci. Oprócz dwóch wojen czeczeńskich miała 12 lat wojny domowej.

Wojna Madiny

Pierwsza była, kiedy Madina miała pójść do piątej klasy. Nie poszła. Jej ojciec stwierdził, że woli mieć córkę niewykształconą, ale żywą. Rosyjscy żołnierze wkładali do zabawek materiały wybuchowe. Dziecko brało misia – a ten wybuchał mu w rękach. Ale była też wojna w domu. Mąż Madiny, sadysta i nałogowiec, pił, ćpał. Zabierał Madinie dzieci, nie po to, żeby z nimi być, ale żeby ich matce dokuczyć. Wyjechał kiedyś do Saratowa i zamknął pięcioletniego Edelbieka samego w domu. Madinę zaalarmowali sąsiedzi, przyjechała ze swoim ojcem. Chłopiec był przerażony. I tak wygłodzony, że pochłonął całą kurę.

Prawem Kaukazu jest, że dzieci należą do ojca i jego rodziny. On decyduje o wszystkim. O życiu i śmierci. Madina nie wiedziała, co robić. Postanowiła spróbować podstępu. Ubłagała męża, żeby wyjechali razem. Może w Europie znajdzie siłę na pozbycie się nałogów? Może jest jeszcze dla nich szansa?

Marina Hulia, działaczka społeczna, poznała Madinę na dworcu w Brześciu. Tam koczowała rodzina Mazaliewych, czekając na zgodę na wjazd do Polski. Spali na twardych dworcowych ławkach. Czasem rodzice kilka dni nie jedli, żeby starczyło dla dzieci. Ale byli razem. I, paradoksalnie, Madina wspomina ten czas dobrze. Bo byli wtedy rodziną. On nie ćpał. A dzieci chodziły do cudownej szkoły stworzonej przez Marinę na dworcu w Brześciu. Za 16. próbą udało im się wjechać do Polski. Zamieszkali w ośrodku w Dębaku. Ale wtedy było już tylko gorzej i gorzej. Mąż Madiny znalazł sobie koleżków do picia i ćpania. Wyprowadzili się z rodziną z ośrodka, trwała procedura starania się o status uchodźcy, przysługiwał im ekwiwalent – 2100 złotych na pięć osób. Opłacali tym mieszkanie. – Pojechaliśmy z Mariną na Dni Radości do Krakowa – opowiada Madina. – Cudowna wycieczka w rozśpiewanym autobusie, odwiedziliśmy park dinozaurów, Energylandię, wracaliśmy szczęśliwi. I okazało się, że pieniądze nie przyszły. Wybrałam się do urzędu sprawdzić, co się stało. Podczas naszej nieobecności mąż odebrał całą sumę i ją przepił. Zostaliśmy bez grosza. Z nieopłaconym mieszkaniem.

Stało się wtedy jasne, że Madina ma siłę, której sama u siebie nie podejrzewała. Wezwała policję, opowiedziała, co się stało. Policjantka szepnęła jej, że niewiele mogą zrobić, ale wyprowadzą go i nastraszą. – Rozumiem panią, ja też jestem matką… Męża Madiny w końcu deportowano, a rodzina dostała ochronę ze względów humanitarnych.

Międzynarodowy parter

Przyszedł jeszcze jeden trudny moment. Właścicielka mieszkania, które Madina wynajmowała w Brwinowie, postanowiła je sprzedać. Wtedy Kasia i Maciek Stuhrowie zrobili rodzinną naradę. Stwierdzili, że ich dom jest na tyle duży, że znajdzie się w nim miejsce dla Madiny i dzieci. Maciek śmieje się, że górę mają polską, dół czeczeński, a parter międzynarodowy. Mieszkają razem już osiem miesięcy. Na parterze spotykają się też dwie różne kuchnie. Maciek uwielbia Madiny pierogi z ziemniakami, wszyscy zajadają się też jej tortem miodowym.

Znali się już od jakiegoś czasu. Też dzięki Marinie Hulii. Na organizowaną przez nią wigilię dla osób, które pomagają uchodźcom, przyszła Kasia Błażejewska-Stuhr. Długo rozmawiały, Kasia chciała włączyć się w akcję „Weekendowe dziecko”. Polskie rodziny brały na weekend czeczeńskie dzieci. I tak Edelbiek trafił do domu Kasi i Maćka. Zaczął bywać tam częściej, a kiedy cała jego rodzina potrzebowała wsparcia, właśnie u Stuhrów je znalazła.

Madina rozwinęła tu swój talent kulinarny. Gotuje, współpracuje z kooperatywą grochowską, zamówienia płyną rzeką. Została też bohaterką książki Mariny Hulii i Moniki Głuskiej-Durenkamp „Dzieci z dworca Brześć”. I spektaklu teatralnego „Popytka” w reżyserii Weroniki Fibich. Grały tam cztery kobiety: Madina, Heda, Milana i Marina. Przedstawienie pokazywane było między innymi na festiwalu Malta w Poznaniu. Akurat zadzwoniła do Madiny jej ciotka z Czeczenii. – Co porabiasz? – zapytała. – Pracuję. – A gdzie? Madina na to: – W teatrze. – Jako sprzątaczka? – pyta ciotka. – Nie, jako aktorka!

Madina napisała też na konkurs piękną bajkę. O czeczeńskiej dziewczynce, której mama była biedna i nie miała ładnej sukienki. Dziewczynka poszła do dziadka w góry. Dziadek obiecał jej, że jeśli pomoże mu zbierać miód, będzie mogła go sprzedać i kupić mamie sukienkę. Dziewczynka zrobiła to, choć bardzo bała się pszczół. A na targu pan, który usłyszał całą historię, kupił od razu cały miód. Bajka trochę o Mamie Zabu, trochę o samej Madinie, trochę o Czeczenii, gdzie szczyty zaśnieżonych gór sięgają nieba.

Przygotowywany jest film o Madinie – „Wszyscy wszystko zjedli” w reżyserii Kamila Witkowskiego („Zwierciadło” i „Sens” są patronami medialnymi tego dokumentu). Niedługo ukaże się książka „Kuchnia Madiny”. Będą tam nie tylko przepisy kulinarne, lecz także historia życia tej silnej kobiety, wspaniałej matki, znakomitej kucharki. Która gra w teatrze, gotuje, układa bajki, a przede wszystkim ma duszę wojowniczki.

  1. Psychologia

Nowa znajomość – po czym poznać, że facet jest w porządku?

Choć na pierwszej randce trudno ocenić intencje drugiej osoby, warto zwrócić uwagę na pewne zachowania, które nie rokują dobrze dla tej znajomości. (Fot. iStock)
Choć na pierwszej randce trudno ocenić intencje drugiej osoby, warto zwrócić uwagę na pewne zachowania, które nie rokują dobrze dla tej znajomości. (Fot. iStock)
Oczywiście ta lista nie zagwarantuje ci rozpoznania intencji faceta. Wielu mężczyzn umie bardzo dobrze udawać na pierwszych randkach, doskonale wiedzą, co powiedzieć, ciężko więc poznać oznaki ich podrywu. Niektórzy mężczyźni wiedzą, że kobiety są żądne uwagi i słów, więc żeby zdobyć kobietę dają to wszystko, a potem, gdy już osiągną cel, zamieniają się w chamów. O tym też pamiętaj!

Czasami niepozorny facet jest bardziej autentyczny niż ten, który na pierwszej randce obsypał cię kwiatami, obietnicami i powiedział, że jesteś wyjątkową kobietą. Dobre rzeczy mają w sobie aspekt spokoju, a oznaki podrywu faceta nie zawsze są tak oczywiste, jak ci się wydaje.

Jak mężczyzna sprawdza kobietę? Uczciwy facet będzie chciał cię bardziej poznać zanim będzie chciał z tobą być. Na pewno nie daj się namówić na pomaganie facetowi i wyciąganie go z jakiś problemów, które "tylko ty możesz rozwiązać". To prawie zawsze jest znak, że trzeba wrócić samej do domu i wykasować numer z komórki.

Nie ulegaj też przesądom w drugą stronę, że wszyscy faceci są tacy sami, że zawsze kłamią, zawsze oszukują i że chcą tylko jednego. Jest sporo rozsądnych, uczciwych chłopaków i czym będziesz bardziej radosna, spokojna i świadoma, tym większą masz szansę ich spotkać! Jeśli cierpisz i czekasz na ratunek z męskiej strony, to raczej na pewno będziesz cierpieć jeszcze dłużej. Zauważ, że najdroższe i najładniejsze prezenty dostają ci, którzy są bogaci.

Jak rozpoznać intencje faceta?

  • Czujesz się przy nim swobodnie i bezpiecznie
  • Uśmiechasz się dużo w czasie rozmowy,
  • On słucha tego, co mówisz,
  • Nie używa wulgarnych słów,
  • Nie proponuje od razu seksu,
  • Mówi dobrze o swojej mamie,
  • Nie opowiada o byłych dziewczynach i nie mówi o nich źle,
  • Nie upija się na randkach ani nie proponuje innych środków odurzających,
  • Jest uczciwy w odpowiedziach, niezależnie czy to jest dla ciebie to, co najbardziej chciałabyś usłyszeć,
  • Patrzy na ciebie z pożądaniem, ale nie prawi ci bez przerwy komplementów,
  • Nie obarcza cię swoimi problemami natury emocjonalnej lub finansowej,
  • Nie robi wszystkiego, czego chcesz - ma swoje zdanie i swoje granice,
  • Nie rzuca obietnic bez pokrycia,
  • Odnosi się do tego, co mówisz - komentuje to,
  • Wypytuje o ciebie, co lubisz, jaka jesteś,
  • Jest cierpliwy i spokojny.

Więcej na temat relacji z mężczyznami i tego, jak rozpoznać ich intencje w książce "Instrukcja obsługi faceta" Katarzyny Miller i Suzan Giżyńskiej, Wydawnictwo Zwierciadło.

  1. Psychologia

Kiedy rozstanie, kiedy praca nad sobą? – Poczekaj, zanim uciekniesz od partnera

Zamiast odchodzić, spróbuj najpierw odkryć związek na nowo i uleczyć swoje własne rany. (fot. iStock)
Zamiast odchodzić, spróbuj najpierw odkryć związek na nowo i uleczyć swoje własne rany. (fot. iStock)
Jeśli wierzyłaś, że ten związek będzie inny, ale znów wszystko zaczyna się psuć… Jeśli twój partner cię zdradził, oszukał lub zawiódł… – Nie rozstanie jest ci potrzebne, ale praca nad sobą – mówi terapeutka Eva-Maria Zurhorst, która po latach rozczarowań w związkach dała sobie szansę na szczęście.

Do mało której sprawy przywiązujemy taką wagę, jak do tego, z kim dzielimy życie. Nasz partner powinien spełniać określone kryteria, zarówno w kwestii charakteru, wyglądu, jak i zainteresowań. Kiedy w związku dzieje się źle lub kiedy z kimś się rozstajemy, tłumaczymy to tym, że widocznie nie był to ten właściwy. Tymczasem niemiecka terapeutka Eva-Maria Zurhorst stawia rewolucyjną tezę: „Kochaj siebie, a nieważne, z kim się zwiążesz” (tak brzmi także tytuł jej książki).

To hasło może budzić zdziwienie. No bo jak to „nieważne z kim się zwiążesz”? Przecież to ma być ktoś wyjątkowy! Żadnej przypadkowości, czysta magia! Zgoda, tyle że pewien rodzaj magii działa zawsze: przyciągnęliście się, bo wiele was łączy. Bo w waszym spotkaniu jest ogromny potencjał rozwoju dla obojga. Sęk w tym, że – zamiast dostrzec ten potencjał – skupiasz się na trudnościach, które po jakimś czasie wypływają (a wypływają zawsze) i stwierdzasz: „To nie działa”. Eva-Maria Zurhorst wie o tym jak nikt inny. Zawsze szukała tego jedynego. Wchodziła w relacje i szybko z nich wychodziła. „Moje serce nie znało spokoju. Bardzo chciałam zostać, oddać się bez reszty, ale coś gnało mnie dalej – od jednych uciekałam z obawy, że mnie opuszczą, od innych – że zostanę stłamszona”. A potem nastąpiły w jej życiu kolejno: niespodziewana ciąża, nieplanowany ślub i nieudane próby dopasowania się do drugiego człowieka. Po dwóch latach uznała, że jej małżeństwo jest „mieszczańskim muzeum nudy” i że „właściwie nic nas nie łączy”. Kłócili się, mijali, walczyli, nawiązywali potajemne romanse, a jednak wciąż byli razem – nie wiadomo właściwie, co ich do siebie ciągnęło. Może to uczucie głębokiej wewnętrznej więzi, które pojawia się, gdy dochodzisz do granicy wytrzymałości... Eva-Maria zaczęła podejrzewać, że może w związku chodzi o coś innego niż o tę „właściwą osobę”. Zaczynają się więc z mężem komunikować. Przyglądać się światu drugiej osoby. Jest w tym coraz mniej strachu i oporu. Coraz więcej ciekawości. Fakt, otwierają się rany, wylewają żale. Ale, jak zauważa w książce, „mówiąc o tym, jak bardzo jesteśmy od siebie oddaleni, zbliżamy się”. Wreszcie trafiła na seminarium słynnego terapeuty Chucka Spezzana. Słuchała i płakała. Bo wreszcie zrozumiała, że wszystkie problemy w związku sprowadzają się do miłości własnej. Że każdy problem w relacji to zachęta do zajęcia się własnym wnętrzem, własnym zadawnionym bólem i wypartymi emocjami. Że większość rozwodów jest zbyteczna, a rozstanie nie jest rozwiązaniem, raczej zwłoką w uzdrawianiu. Nierozwiązany problem wróci w innej konfiguracji – z kolejnym partnerem. Zmienił się jej stosunek do pracy terapeutycznej i do męża – zaczęli sprawiać wrażenie świeżo zakochanej pary.

Zajrzyj pod sukienkę

Pamiętasz Bridget Jones, przygotowującą się do pierwszej randki z Danielem Cleverem? W jednej ręce trzyma podniecające koronkowe figi, w drugiej wielkie „majtasy” w cielistym kolorze, opinające brzuch i pośladki. Co za wybór! Powiedzmy, że górę wezmą majtasy: sylwetka uzyska zgrabniejszy kształt, ale kiedy dojdzie do łóżkowej sceny, mężczyzna może się przerazić i zrazić. A zatem figi? Tyle że te nie zakryją wałków tłuszczu, a skoro będą one widoczne to – kto wie – może w ogóle nie dojdzie do zbliżenia? Stosunki intymne są bezlitosne: odkrywają nasze najbardziej wstydliwe tajemnice. Im bardziej pozwalamy się komuś zbliżyć, tym mniej pozostaje miejsca na kontrolę. Im bardziej się otwieramy, tym łatwiej nas dotknąć. Wychodzą urazy, niepewność, bezradność i wszelkie możliwe dziwactwa. Bronimy się, uciekamy. Złościmy i atakujemy. Obrażamy i zamykamy. „Druga osoba tylko zagląda pod sukienkę” – tłumaczy Eva-Maria Zurhorst. – „Wałki tłuszczu już tam są. Dla dobra naszego związku musimy zatem sami sobie uczciwie zajrzeć pod sukienkę i nauczyć się akceptować siebie takimi, jakimi jesteśmy”. Autorka „Kochaj siebie...” pisze o mechanizmie projekcji i o tym, że partner jest naszym lustrem. Ujrzysz w nim swoje niespełnione potrzeby, opory i blokady, a przede wszystkim rozdarcie między tęsknotami a lękami. Jak możesz oczekiwać od niego czegoś, czego nie zamierzasz sobie dać? Wierzyć w to, że zapewni ci dobre samopoczucie, szacunek i zaufanie do siebie, których ci brakuje? „Od tego, kogo spotkasz, zawsze spotykasz tylko siebie” – twierdzi Eva-Maria Zurhorst. „I dlatego – zgodnie z moim doświadczeniem – możesz spokojnie zostać z tym partnerem, z którym jesteś, choć jeden Bóg wie, jak niemiły jest dla ciebie ten stan”. Partnerzy mają tę niezwykłą umiejętność, że szybko i precyzyjnie wdeptują w te miejsca, które bolą nas najbardziej. Dlatego czasem tak szczerze ich nie cierpimy. Odsuwamy się, odpychamy. A przecież nie są przyczyną naszych problemów, tylko wyzwalaczem. „Dzięki partnerowi możemy zidentyfikować (i pożegnać) nasze demony” – przypomina terapeutka. I zapewnia, że jeśli życie jest szkołą, to relacja partnerska elitarnym uniwersytetem. „Tutaj zdajesz najtrudniejsze egzaminy, tu możesz się nauczyć najwięcej, najbardziej urosnąć i najwięcej otrzymać” – mówi. Największa nagroda, a jednocześnie cel i sens relacji? Doprowadzić do równowagi wewnętrznej. Jak? Skupiając się na sobie. Weź głęboki oddech i zanurz się w tym, czego w sobie nie lubisz, czego się boisz, brzydzisz. Czego być może nie chcesz nawet zobaczyć. Zamiast oburzać się na kogoś, kto wydobywa to na powierzchnię, pochyl się nad tym, zbadaj. Uznaj za swoje. „Jest tylko jedna droga do prawdziwego uzdrowienia, autentycznego powodzenia w związku partnerskim” – utrzymuje terapeutka. – „Przyglądajmy się odważnie naszym własnym mrocznym stronom. Nie potrzeba do tego lat psychoterapii ani męczącej autoanalizy. Prawdziwa bliskość z partnerem i szczera wewnętrzna gotowość poznania prawdy wystarczą”.

Mój kochanek, moja tęsknota

Jak często podejmowałaś próbę zmienienia partnera? Mówiłaś: „Albo przestanie to robić (bałaganić, zapominać o ważnych rocznicach, żartować sobie z poważnych spraw), albo z nami koniec”? A zastanowiłaś się kiedyś, co tak naprawdę kryje się pod twoją złością, że znów tak się zachował? Jakie lęki to zachowanie w tobie uruchamia? Jakie tęsknoty? Dlaczego nie możesz na to patrzeć, słuchać tego? Dlaczego to takie straszne i całkiem nie do zaakceptowania? Co kiedyś odrzuciłaś, uznałaś za kłopotliwe i niepotrzebne, a on uparcie ci o tym przypomina? Może chodzi o swobodę bycia, beztroskę, lekkość (a nie o bałaganiarstwo czy brak szacunku)? Cokolwiek to jest, zrób dla tego miejsce, przyjmij z powrotem. Na tym właśnie polega dążenie do pełni. Nie na ćwiczeniu się w doskonałości! Raczej w otwartości na innych. „Bez niej” – uważa Zurhorst – „padamy ofiarami własnych ponadludzkich wymagań wobec siebie. Im mniej dążymy do doskonałości, tym bardziej łagodzimy nasze oceny i osądy innych ludzi”. I wszystkim jest łatwiej.

Zwłaszcza że związek przechodzi różne fazy, a każda przynosi określone szanse i wyzwania. Jest czas pokoju i czas kłótni. Czas namiętności i czas oziębłości. Zbliżenia i oddalenia... Rada Zurhorst na czas głębokiego kryzysu? Pamiętać o prawdziwym potencjale związku, czyli o tym, co było możliwe w fazie zakochania: „Wszystko to, krok po kroku, może pojawić się między ludźmi nawet po dziesiątkach lat, jeśli ruszą w drogę ku uzdrowieniu. U celu będzie miało jednak zupełnie inną głębię i prawdziwość niż na początku wędrówki”.

A zdrada? Co, jeśli i z nią przyjdzie nam się zmierzyć? Cóż, wiedz, że trójkąty łączy jedno: lęk przed bliskością. Jeśli zostałaś zdradzona, prawdopodobnie od początku nie byłaś „zagnieżdżona” w związku, tkwiłaś na jego obrzeżach, nie potrafiłaś zobowiązać się wobec partnera, oddać mu się w pełni. Zdaniem terapeutki zdradzany tak naprawdę zdradza sam siebie, „Nie opowiadając się zdecydowanie za niczym, kto zastyga w wielkich i teoretycznych oczekiwania wobec partnera i związku”. A jeśli to ty nawiązujesz romans, będąc w relacji? Pomyśl o kochanku jak o swojej tęsknocie, jak o niezaspokojonych częściach, fantazjach. Co to jest? Byłabyś w stanie powiedzieć o tym swojemu partnerowi? I jeszcze jedno, zobowiąż się do połączenia serca i seksualności. Może zamykasz się, nie czujesz spełnienia w seksie. „Wystarczy, jeśli odczuwasz tęsknotę za lepszą drogą” – zapewnia Eva-Maria Zurhorst. Jeśli potrafisz pokazać partnerowi swoją prawdę – złość, wrażliwość, opór, zgorzknienie, rozczarowanie... Nie rezygnuj. Podejmij decyzję o tym, że przyjmiesz bezwarunkowo partnera. A przede wszystkim siebie samą. I jak najczęściej patrzcie sobie w oczy. Mówcie o tym, co czujecie, o doznaniach fizycznych. Obserwuj siebie, pozwól oddechowi się pogłębić. Coś wreszcie odpuści, rozpuści się...

Kiedy piszę te słowa, z głośnika mojego radia wydobywają się słowa piosenki, która zapewnia uparcie (bo to refren!), że miłość rani. Nie, miłość nie rani. Miłość otwiera stare rany. I pomaga je uzdrowić.

Dwa sposoby na naprawę związku

Radykalna konwersacja – strategia Evy-Marii Zurhorst

To nic innego, jak gotowość dzielenia najgłębszych myśli i uczuć. Bez gier i uników. Przy poszanowaniu lęków i różnic. Uwierz, że prawda uzdrawia. Jak by to było, gdybyś przyjrzała się swojej relacji z otwartością i ciekawością, tak jakbyś patrzyła na nią po raz pierwszy w życiu? Zobaczysz tam wszystko: jak bardzo kochasz (albo nie kochasz) siebie. Czego się boisz. Przed czym wzbraniasz. Co jest twoją największą bolączką. Bo niewiele jest spraw ważniejszych niż twój związek. Jest on „najciekawszym poletkiem eksperymentalnym, sferą odkrywania samego siebie; możesz tam pokazać się drugiemu człowiekowi, najuczciwiej jak się da” – mówi terapeutka.

Wierz, że już to masz – strategia Chucka Spezzana

Terapeuta, zanim zrozumiał sekrety związków, często zmieniał kobiety. Zauważył, że każda kolejna ucieleśniała cechę, której brakowało mu w poprzedniej partnerce. A potem odkrywał w tej nowej inny brak i znów zaczynał poszukiwania... Wreszcie zmienił strategię: postanowił skupiać całą uwagę na tym, czego mu brakowało, wierząc, że znajdzie to w aktualnej relacji. Teraz oficjalnie zaleca to parom: daj partnerowi całą swoją miłość, uwagę i ciekawość. Przez 14 dni koncentruj się na jakości, za którą tęsknisz. Uwierz, że twój partner ją posiada… a on ją wtedy rozwinie.

Eva-Maria Zurhorst, terapeutka par. Wraz z mężem Wolframem Zurhorstem są szczęśliwym małżeństwem od ponad 20 lat, mają na koncie kilkanaście książek, w których przekonują, że partnerstwa można się nauczyć.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się

  1. Psychologia

Jestem DDA i nie potrafię stworzyć dobrego związku

Osoba z syndromem DDA, chcąc zbudować związek, często miota się, rozdarta między „chcę się zaangażować” a „nie chcę się wiązać”, „chcę cię lepiej poznać” a „zostaw mnie w spokoju”. (Fot. iStock)
Osoba z syndromem DDA, chcąc zbudować związek, często miota się, rozdarta między „chcę się zaangażować” a „nie chcę się wiązać”, „chcę cię lepiej poznać” a „zostaw mnie w spokoju”. (Fot. iStock)
DDA i wszystkie inne dzieci, których rodzice zmagali się z uzależnieniem, w bliskie relacje wnoszą specyficzne przekonania, strategie i mity – zwykle nieuświadomione. Amerykańska psycholożka Janet G. Woititz wyciąga je na światło dzienne i mówi: sprawdź. Może dotyczą też ciebie albo bliskiej ci osoby?

Wyobraź sobie, że odbierasz od rodzica lub w ogóle kogoś bliskiego komunikaty w rodzaju: „Kocham cię. Odejdź”, „Nie martw się, wszystko jest w porządku. Jakim cudem mam sobie z tym poradzić?”, „Niczego nie potrafisz zrobić dobrze. Jesteś mi potrzebny”. Jakbyś się czuł? Pewnie zbity z tropu, zakłopotany, pomieszany, sfrustrowany... A może wściekły? Dla Dorosłych Dzieci Alkoholików (DDA) i innych osób, w rodzinach których walczono z uzależnieniem, to codzienność – były karmione takimi przekazami przez lata. I wciąż podświadomie czekają na kogoś, kto rzuci im okruszek (bo więcej to za dużo), przyciągnie i odepchnie, pochwali i upokorzy... Nie wiedzą, na czym polega zdrowy związek.

Zdaniem Janet G. Woititz, pionierki badań nad współuzależnieniem, zdrowy związek to taki, w którym prawdziwe są następujące stwierdzenia:

  1. Mogę być sobą.
  2. Ty możesz być sobą.
  3. My możemy być sobą.
  4. Mogę się rozwijać.
  5. Ty możesz się rozwijać.
  6. Możemy się wspólnie rozwijać.

Krótko, łatwo, przejrzyście. Ale osoba z syndromem DDA widzi to zupełnie inaczej. Miota się, rozdarta między „chcę się zaangażować” a „nie chcę się wiązać”, „chcę cię lepiej poznać” a „zostaw mnie w spokoju”. Dlatego tak ważne jest przyjrzeć się mitom stworzonym i podtrzymywanym przez układy panujące w dysfunkcyjnej rodzinie, które wnieśli w swoje dorosłe życie oraz związki. Woititz opisuje je szczegółowo w książce „Lęk przed bliskością. Jak pokonać dystans w związku”. Oto one – wraz z prawdą, którą przysłaniają.

MIT 1: „Jeśli zwiążę się z tobą, utracę siebie”.

PRAWDA: Zdrowy związek dowartościowuje, a nie tłumi osobowość.

Brak odpowiedniej opieki i troski w dzieciństwie mógł sprawić, że osoby wychowane przez uzależnionego rodzica musiały pełnić wobec siebie rolę opiekuna. Taka osoba ma trudności z określeniem, kim jest. Boi się utraty własnego „ja”; boi się, że partner ją przytłoczy. Że będzie miał na nią większy wpływ, niżby tego chciała. Ale do utraty siebie jeszcze daleko – zapewnia Woititz. Wystarczy obserwacja: to twoja opinia, a to moja; w tym miejscu zgadzam się z tobą, a tu zostanę przy swoim zdaniu. Możliwe jest też przyjęcie nowej postawy, łączącej różne poglądy. Czy to nie ciekawe?

MIT 2: „Gdybyś naprawdę mnie znał, nie zawracałbyś sobie mną głowy”.

PRAWDA: Kochana osoba prawdopodobnie już dobrze cię zna. Mimo to zależy jej na tobie!

Osoby współuzależnione często żyją w napięciu, obawiając się zdemaskowania. Tak naprawdę nie potrafią powiedzieć, jakaż to okropna prawda na ich temat miałaby wyjść na jaw, ale na wszelki wypadek pilnują, by do tego nie doszło. Próbują sprawiać wrażenie osoby idealnej, podczas gdy w dzieciństwie utwierdzane były w przekonaniu, że są przyczyną rodzinnych problemów. Tu – mówi Woititz – należy się posłużyć twardą logiką. „Zastanów się: czy rzeczywiście jako dziecko byłeś w stanie spowodować rodzinne problemy?”.

MIT 3: „Gdy odkryjesz, że nie jestem osobą doskonałą, porzucisz mnie”.

PRAWDA: Nikt nie jest doskonały.

DDA mają silny strach przed porzuceniem, przed utratą ukochanej osoby. Próbując temu zapobiec, starają się zachowywać nienagannie i zaspokajać wszystkie potrzeby partnera. Ileż w tym napięcia! Kiedy coś idzie „nie tak” (na przykład poczują się skrytykowane), potrafią wpaść w panikę. Jakby zapominały (nie wiedziały?), że nieporozumienia, a nawet konflikty to coś całkiem naturalnego. Nieodzowna część życia.

MIT 4: „Jesteśmy jak jedna osoba”.

PRAWDA: Ty jesteś sobą, a ja sobą. Dopiero potem jesteśmy „my”.

Osoby, których potrzeby w domu rodzinnym nie zostały zaspokojone, mają duże deficyty opieki, więzi. Dlatego wchodząc w relację, głęboko angażują się emocjonalnie. Kiedy po początkowym okresie znajomości, w którym uczucia są bardzo intensywne, partner zaczyna poświęcać więcej czasu własnym sprawom, często czują się odrzucone. Ważne, by zrozumieć, że każdy ma własne życie: obowiązki, zainteresowania, cele. „Naciskanie na partnera zmusi go do przyjęcia postawy »Kocham cię, odejdź«, nawet jeśli nadal mu zależy” – ostrzega Woititz.

MIT 5: „Bycie wrażliwym ma zawsze złe skutki”.

PRAWDA: Bycie osobą wrażliwą ma dobre i złe skutki. Jest to jednak jedyna droga do intymności.

Burze emocjonalne w rodzinie, w której rządzi uzależnienie, nadwerężają system nerwowy. Żeby przetrwać, dziecko uczy się kontrolować swoje uczucia. Być zdystansowanym (albo wręcz twardym). Wrażliwość traktowana jest jako zagrożenie. Tyle że, odrzucając własną wrażliwość, trudno jest otworzyć się na drugą osobę. Trudno jest kochać. Jak pisze Janet Woititz, „Nie będziemy się rozwijać, dopóki nie poznamy nowych myśli, uczuć i poglądów. Musimy otworzyć się na nie, co oznacza pozwolenie sobie na wrażliwość”.

MIT 6: „Nigdy nie będziemy się kłócić, ani krytykować się wzajemnie”.

PRAWDA: Pary od czasu do czasu się kłócą i krytycznie oceniają swoje zachowanie.

Dzieci wychowane u boku uzależnionego rodzica wciąż tłumią gniew. A tłumiony gniew jest, jak wiadomo, bardzo niebezpieczny. Może zamienić się w agresję... Nic dziwnego, że złość (cudza i własna) budzi w DDA lęk. A więc też każdy konflikt... Tymczasem nasza złość na partnera nie oznacza wcale, że go nie kochamy. Tak jak złość partnera wobec nas nie świadczy o tym, że nas przekreśla. To tylko emocja – trzeba uświadomić ją sobie, uznać, zrozumieć i wyrazić (co można też zrobić ze spokojem).

MIT 7: „Jeśli coś się nie udało, to na pewno przeze mnie. Jestem okropną osobą”.

PRAWDA: Niektóre niepowodzenia są z twojej winy, inne nie. Zdarzają się okropne rzeczy, ale ty nie jesteś okropną osobą.

Osoby współuzależnione mają głęboko zakorzenione poczucie winy i wstydu. Jako dziecko są bardzo egotyczne – jeśli zidentyfikują jakiś problem w otoczeniu, uważają, że się do niego przyczyniły. W dorosłym życiu powtarzają ten wzorzec: „To moja wina, jestem zły”. Obwiniają się za wszelkie niepowodzenia związku i z lęku przed demaskacją nie podejmują prób wyjaśnienia sytuacji. Tak się nie da – potrzebna jest konfrontacja, komunikacja. Odwaga, żeby powiedzieć „sprawdzam”. Może jednak nie ma tu mojej winy?

MIT 8: „Aby zasługiwać na miłość, muszę być przez cały czas szczęśliwym człowiekiem”.

PRAWDA: Ludzie nie zawsze są szczęśliwi.

Osoby z syndromem DDA mają głębokie poczucie straty. Cóż, straciły coś bardzo cennego – szczęśliwe dzieciństwo. Nie mogły pozwolić sobie na beztroskę. Szybko zaczęły kontrolować własną spontaniczność. Często mają w sobie dużo smutku (Woititz mówi wręcz o „chronicznej depresji”). Starają się go ukryć, być miłe i uśmiechnięte. Zapominają, że wolno im być po prostu sobą. Że i chłopaki, i dziewczyny płaczą.

MIT 9: „Będziemy sobie zawsze bezgranicznie i bezwarunkowo ufać”.

PRAWDA: Zaufanie buduje się powoli.

Zaufanie w relacji to złożony temat, a w wypadku współuzależnionych również bardzo trudny. Mówiąc najprościej, nie mogli oni polegać na najbliższych osobach, od najmłodszych lat przekonywali się, że lepiej nikomu nie ufać. Jednocześnie uważają, że powinni – bo cóż to za związek bez zaufania? Gubią się między lękami a wyobrażeniami. Tak, zaufanie to bardzo ważna składowa związku i warto obdarzyć nim drugą osobę – podkreśla Janet Woititz. Ale nie automatycznie, nie od razu tym najgłębszym. Zaufanie nie pojawia się z dnia na dzień, ale rozwija dzień po dniu.

MIT 10: „Wszystko będziemy robić razem – będziemy jak jedna osoba”.

PRAWDA: Partnerzy spędzają czas po części razem, po części w samotności i po części z przyjaciółmi.

Granice. Dzieci alkoholików i innych uzależnionych mają kłopot z rozpoznaniem ich i respektowaniem. W dzieciństwie role były niejasne, trudne do odróżnienia. Prywatność często naruszana. Znów – łatwo się pogubić. Jakie są normy? Czy wolno mi sprzątnąć pokój partnera? A jego biurko? Czy coś, co wydaje mi się przysługą, na pewno zostanie tak odebrane? Czy żona doceni niespodziankę w postaci biletów na sobotni koncert? A może lepiej ją o to spytać?

MIT 11: „Będziesz instynktownie spełniać wszystkie moje potrzeby, pragnienia i życzenia”.

PRAWDA: Jeśli potrzeby, pragnienia i życzenia nie zostaną jasno wypowiedziane, są małe szanse na ich realizację.

Czy w związku wolno mi mieć oczekiwania? Oto kolejny dylemat DDA! A jeśli tak, to jak je komunikować? Dzieci osób uzależnionych nauczyły się, że lepiej nie mieć oczekiwań, bo łatwo można się rozczarować. Dawane im obietnice często nie były dotrzymywane. „Zdrowy związek wiąże się z oczekiwaniami” – rozwiewa wątpliwości Janet Woititz. Ale należy je też uzgadniać, komunikować. Nie możemy żądać od partnera, by czytał w naszych myślach. Niewyrażanie potrzeb i pragnień przez DDA bierze się często z ich niskiego poczucia wartości i niepewności, co jest właściwe (Czy to rozsądne? Czy mi wolno?). Żeby wypracować w relacji wspólne standardy, potrzebny jest po prostu otwarty dialog.

MIT 12: „Jeśli nie będę przez cały czas panować nad sytuacją, nastąpi anarchia”.

PRAWDA: Każdy ma władzę nad swoim życiem i w razie potrzeby przejmuje kontrolę nad różnymi sytuacjami poprzez świadome decyzje i uzgodnienia. Są także chwile, gdy trzeba się tą władzą podzielić lub w ogóle z niej zrezygnować.

Pod tym mitem kryje się temat kontroli. DDA myślą, że jeśli nie będą cały czas trzymać ręki na pulsie, sprawy przyjmą niewłaściwy obrót. Trudno im prosić o pomoc, zdać się na kogoś. Boją się utraty niezależności. Starają się udowodnić na każdym kroku, że świetnie radzą sobie same (właściwie to nikogo nie potrzebują). Tymczasem, jak zauważa Janet Woititz, zdrowy związek to nie próba sił: „Trzeba dawać i brać oraz dzielić z drugą osobą odpowiedzialność. Nie można wszystkiego robić samemu”.

MIT 13: „Jeśli będziemy się naprawdę kochali, na zawsze zostaniemy razem”.

PRAWDA: Ludzie są razem lub rozstają się z wielu różnych powodów. Można kochać kogoś, a mimo to zniszczyć związek.

Kolejny trudny temat dla DDA: lojalność. Niesłychanie ważna w związku, ma jednak swoje granice. Co często osobom uzależnionym umyka. Nie potrafią odejść od partnera, nawet kiedy relacja ewidentnie im nie służy i nie widać perspektyw poprawy. Trzymają się marzeń z dzieciństwa, wierzą, że ukochana osoba wreszcie się opamięta i nastaną szczęśliwe dni. Muszą w tej kwestii „wytrzeźwieć” i nauczyć się mówić „dość”.

MIT 14: „Mój partner nigdy nie zaakceptuje mnie takiej, jaka jestem, nie otrzymam od niego wsparcia i zawsze będzie mnie krytykował”.

PRAWDA: W związku nie zawsze wszystko dobrze się układa, ale zawsze masz prawo do swoich odczuć.

Dzieci osób uzależnionych wyrosły w przekonaniu, że ich uczucia nie są ważne. Często były one negowane, lekceważone, wyśmiewane. Osoba współuzależniona nie jest pewna, czy powinna się z nimi ujawniać, czy to bezpieczne. Boi się, że mówiąc o tym, co naprawdę czuje, zniechęci do siebie partnera. Cóż, bez dzielenia się swoimi uczuciami z drugą osobą trudno zbudować relację. Trudno o bliskość. A przecież wszyscy, mimo lęków, jej pragniemy.

  1. Psychologia

Mężczyzna w typie Piotrusia Pana – nie potrafi czy nie chce dorosnąć?

Mężczyzna w typie Piotrusia Pana jest interesujący, żyje z pasją, w środku nocy wpadnie na to, żeby pojechać za miasto i patrzeć w gwiazdy, bo ma taką fantazję. Jednak gdy faza zauroczenia mija, okazuje się, że nie ma chęci wziąć odpowiedzialności za swoje życie. (Fot. iStock)
Mężczyzna w typie Piotrusia Pana jest interesujący, żyje z pasją, w środku nocy wpadnie na to, żeby pojechać za miasto i patrzeć w gwiazdy, bo ma taką fantazję. Jednak gdy faza zauroczenia mija, okazuje się, że nie ma chęci wziąć odpowiedzialności za swoje życie. (Fot. iStock)
Dorosły facet a łobuz, do tego w krótkich spodenkach. Ma fantazję i urok, ale życie z nim na dłuższą metę może doprowadzić do szewskiej pasji. Nie potrafi czy nie chce zachowywać się dojrzale? Pytamy psychoterapeutę Roberta Milczarka.

Kim jest współczesny Piotruś Pan?
To mężczyzna, który nie dorósł, bo nie miał okazji tego zrobić. Dorosłość, w tym psychologicznym wymiarze, to wolność wyboru i jednocześnie uznanie konsekwencji tychże wyborów. Branie odpowiedzialności za siebie, uznawanie granic swoich i innych ludzi.

A nie jest tak, że dzisiaj my wszyscy, nie tylko mężczyźni, ale też kobiety, stajemy się coraz częściej Piotrusiami Panami? Chcemy wolności, a nie odpowiedzialności.
Z mojej perspektywy ten syndrom jednak głównie dotyczy mężczyzn. Kiedy pracuję z kobietami, często żalą się, że mają w domu chłopców, którzy nie dotrzymują słowa – mieli odkładać pieniądze na remont kuchni, a okazuje się, że w tajemnicy kupili sobie drona. Zdecydowanie rzadziej spotykam się z sytuacjami, w których to mężczyźni narzekają na niedojrzałe emocjonalnie partnerki.

Kto nie dał dorosnąć Piotrusiowi?
Nadmiarowa i sklejona z nim matka, wyręczająca go we wszystkich aspektach życia. Nie dała mu poczuć tego, czym jest odpowiedzialność. Taka matka uznaje, że dziecko to jej przedłużenie. Nie pozwala mu się wyodrębnić.

Mam teraz w głowie obrazek sprzed kilku lat, kiedy odwiedzałem kuzyna w Szwajcarii i zobaczyłem, że dużo częściej niż u nas wychowuje się tam dzieci do samodzielności. Na jednym z placów zabaw w Zurychu zaobserwowałem sytuację, gdy malutki chłopiec chciał wdrapać się na huśtawkę, a obok stała mama, która przyglądała się temu cierpliwie i z uśmiechem. W końcu po którejś nieudanej próbie chłopiec się wdrapał. Był szczęśliwy, że zrobił to sam. U nas takie obrazki są rzadsze.

Druga sprawa to separacja ojca w pierwszych etapach życia malucha, rodzaj lękowej pacyfikacji zaangażowania mężczyzny w proces aktywnego uczestniczenia w rozwoju dziecka. Na zasadzie: „źle go trzymasz, daj, ja go wykąpię, przecież główka mu opada”. Najczęściej ojciec wycofuje się wtedy ze swojej roli, ma poczucie, że nie jest dość silny. To też nie najlepiej świadczy o mężczyznach, którzy „wywieszają białą flagę”, bo tak im łatwiej, wygodniej. Albo nie ma ich w domu.

Mężczyźni nie są często na tyle silni, sami w sobie osadzeni, żeby powalczyć o swoje ojcostwo i powiedzieć: „idź zajmij się sobą, odpocznij, jest bezpieczny pod moją opieką”. Nie walczą, bo dla nich to wygodniejsze, w tym czasie obejrzą sobie coś na Netflixie. A przecież pierwiastek męski, w tym zdrowym wymiarze, to jest pierwiastek walki, konfrontacji i uznania. Są takie sytuacje w życiu mężczyzny, kiedy trzeba się z czymś wreszcie zmierzyć…

Taki chłopiec jako mężczyzna nie potrafi uruchomić w sobie męskiego pierwiastka?
Żeby go w sobie uruchomił, musi mieć z czego brać, dostać wcześniej. Jeśli zatem nie ma takich formujących doświadczeń, to łatwiej jest z czegoś zrezygnować, niż wziąć odpowiedzialność za to, że są takie sytuacje w życiu, w których trzeba się trochę wysilić, poczuć smak porażki, zmierzyć się z trudnościami. To część życia taka sama jak przyjemność, a dziś cywilizacyjnie próbujemy uciec od tego, co trudne, nieprzyjemne.

W najnowszym filmie Grzegorza Zaricznego „Proste rzeczy” mamy bohatera, który przypomina mi Piotrusia Pana. Błażej ucieka od realu, żyje w bajce, w której buduje swoją Nibylandię. Ale jest też nietypowy: założył rodzinę, ma partnerkę i dziecko, a nawet chciał je mieć.
Ja nie zobaczyłem tu klasycznego Piotrusia Pana. Uważam, że ten bohater wykonuje jakąś pracę nad sobą, uczestniczy w życiu rodziny, zarabia na siebie. To nie jest tak, że on leży i pachnie albo oczekuje, że ktoś mu coś da i zrobi za niego. Jest zaangażowany w rodzicielstwo. Buduje dom na obrzeżach miasta, który niekoniecznie musi być Nibylandią. I pomimo różnych swoich deficytów stara się spełniać role życiowe, które wiążą się z odpowiedzialnością – być ojcem i partnerem.

Jest w tym filmie scena, jedna z pierwszych, kiedy Błażej stoi za kamerą i kręci relacje z warsztatów, a ja widzę, że jest tym poruszony, dostrzegam szklące się oko w reakcji na to, co przeżywają uczestnicy spotkania. Coś się w nim wtedy otwiera, coś mu się przypomina – być może jakiś rodzaj traumy. Dlatego dla mnie to jest bardziej opowieść o poranionym, porzuconym i samotnym dziecku w ciele mężczyzny.

Wiele kobiet po tym filmie mówiło mi: „to taki facet, który nic nie robi, tylko pali jointy, nie potrafi nawet sprzątnąć kubków po sobie i trzeba o wszystkim za niego myśleć”. To także słowa partnerki Błażeja…
Może dlatego, że oglądanie filmu to czysta projekcja siebie na ekran, a kobiety często narzekają dzisiaj na mężczyzn, na ich brak poczucia odpowiedzialności, lojalności czy dotrzymywania słowa. Warto, żeby się to zmieniło, ale w nowej tożsamości mężczyzny w równowadze pomiędzy sobą i światem, a nie w schemacie „zajedź się, mężczyzno, i zatyraj dla swojej rodziny”. Błażej nosi w sobie tęsknotę za nieobecnym ojcem i potrzebą wzmocnienia przez męski pierwiastek. Nie bardzo miał od kogo dostać tę energię, żeby poczuć się pewniej ze sobą w dorosłych rolach.

Brak zainteresowania brudnymi kubkami w mieszkaniu to nie jest dla mnie zachowanie Piotrusia Pana, tylko otwierająca się na nowo trauma tego porzuconego, wewnętrznego dziecka. Taki rodzaj rozedrgania, wybicia z rytmu, za który odpowiada wewnętrzny ból. Bo co odróżnia Piotrusia Pana od zranionego dziecka? Piotruś jest skoncentrowany na sobie, nie bierze za nic odpowiedzialności, kłamie, potrzebuje wysokiej stymulacji, zabawek, to może być jakiś gadżet albo przedmiotowe traktowanie kobiety w relacji. Tak jak dziecko, które mówi: „mamusiu już więcej tego nie zrobię”... a potem robi to po raz kolejny. Ale dlaczego miałby stać się dorosły, jeżeli nikt nigdy mu na to nie pozwolił?

Piotruś Pan wiąże się często z odpowiedzialnymi kobietami.
Bo taki mężczyzna jest interesujący, żyje z pasją, w środku nocy wpadnie na to, żeby pojechać za miasto i patrzeć w gwiazdy, bo ma taką fantazję. Jednak kiedy faza zauroczenia mija, okazuje się, że ten mężczyzna nie ma chęci wziąć odpowiedzialności za swoje życie. Niestety, kobiety wtedy myślą, że zrobią z niego dorosłego mężczyznę. Otóż nie zrobią. To jest jego zadanie.

Co jest w stanie zmienić takiego mężczyznę?
Kryzys, strata czegoś życiowo ważnego: związku, relacji, komfortu na skutek utraty pracy. Jakieś bardzo silne doświadczenie, które daje okazję do tego, żeby się urealnić i ponieść konsekwencje.

Na czym polega terapia Piotrusia Pana?
Jeśli trafia do gabinetu sam, a nie ciągnięty za uszy przez partnerkę, to już jest diagnostyczne, bo to znaczy, że on musiał się urealnić. Wie, że coś zepsuł. Mężczyźni, którzy trafiają na indywidualną terapię, chcą coś ze sobą zrobić. Czegoś się o sobie dowiedzieć i coś zrozumieć. To jest praca nad przeformułowaniem celu, z tego, co spieprzył, na to, co to mówi o nim w relacji. Często motywacją jest chęć tego, żeby zrobić wszystko, co się da, i uratować swój związek. Jeśli będzie w stanie urealnić się w tym, że rozpad związku to objaw, a celem jest zmiana siebie, to jest dobra prognoza.

Jakie problemy ma Piotruś Pan? Z czym się do ciebie zgłasza?
Z tym, że inni nie dają mu tego, czego oczekuje. Albo że się do niego przyczepiają, każą mu coś robić i brać na siebie odpowiedzialność, a on się wtedy obraża. „Ktoś chce mnie zmienić na siłę, więc nie chcę być w takim związku”. Wieczny chłopiec wchodzi też często emocjonalnie w pozycję dziecka, czyli tłumaczy swoje postępowanie, usprawiedliwia się, bywa, że kłamie i deklaruje, że coś zrobi – przestanie chodzić do kasyna albo grać z kumplami online – ale nic się nie zmienia. A kobieta to akceptuje, z pozycji grożącego palcem rodzica, że toleruje to już ostatni raz…

Tak się nie da żyć!
Motywacja do zmiany rośnie, gdy to już drugi, czwarty i kolejny związek się rozpada. Mężczyzna zaczyna dostrzegać schemat: coś jest nie tak. Znam takie historie, że facet przychodzi i mówi: „Rozwalił się mój piąty związek na przestrzeni 15 lat, ale trafiłem na mądrą kobietę, bo potrafiła mi powiedzieć, dlaczego się rozstaliśmy. A ja zobaczyłem, że wcześniej było podobnie”. Jako terapeuta cieszę się, bo to pokazuje, że Piotruś Pan zaczyna się urealniać w tym, że jakaś odpowiedzialność leży po jego stronie. Wtedy mogę go wspierać i wzmacniać, dodawać mu odwagi do wzięcia tej odpowiedzialności, bycie mężczyzną, a nie chłopcem.

Najważniejsze jest to, że Piotruś Pan przyszedł na terapię i już wie, po co to zrobił. Nazwał swój problem. Później dochodzimy do kwestii odpowiedzialności, w procesie psychoterapii staramy się stworzyć okoliczności do tego, żeby brać tę odpowiedzialność najpierw w najmniejszych sprawach. Chociażby w tym, że ma przyjść do gabinetu zawsze o tej samej godzinie. To również praca nad jego genogramem, nad tym, jaka była jego rodzina, jakie ma schematy przywiązania, wzorce i wartości. Bo jednym biegunem dysfunkcyjnych zachowań jest Piotruś Pan, a z drugiej strony mamy dziecko-bohatera, które czuje wewnętrzny przymus opiekowania się całą rodziną, przejmuje role niewydolnych dorosłych, choć jest dzieckiem. To też jest w jakimś sensie niedojrzałe, choć chroni rodzinę przed rozpadnięciem się. Mężczyzna, który wyrasta z dziecka-bohatera, w przeciwieństwie do wiecznego chłopca, w ogóle nie skupia się na sobie. Nie ma w jego życiu miejsca na przyjemności. Dźwiga wszystko na swoich barkach, jest nadodpowiedzialny, nie umie odpoczywać...

Sam byłeś dzieckiem-bohaterem, a później przekułeś to w coś pozytywnego, wykorzystałeś ten zasób w życiu i dzisiaj jesteś psychoterapeutą. Czy z bycia Piotrusiem Panem też da się wyciągnąć coś dobrego na przyszłość?
Jestem przekonany o tym, że da się to wykorzystać i między innymi po to jest właśnie proces terapii. Zasób polega na tym, żeby rozwijać korzyści, redukować koszty emocjonalne. Chodzi o to, żeby to było bardziej zbalansowane. Kiedy Piotruś Pan dojrzeje, to nadal będzie kreatywny i pełen pasji, ale jednocześnie nie będzie wypadał z różnych ról: partnera, ojca. Dorosłość też jest od tego, żeby czerpać z tej radości wewnętrznego dziecka, które ma w sobie każdy z nas. Ale najpierw trzeba zbudować się na nowo, przyglądając się wartościom, które są nam bliskie, ale też otoczeniu mądrych mężczyzn. Czasem to jest dawno niewidziany wujek, który w dzieciństwie nauczył nas łowić ryby i podarował scyzoryk. Zresztą w filmie, o którym wspominałaś, również pojawia się postać wujka, który jest dla głównego bohatera wzorcem korekcyjnym.

Pożegnanie się z wiecznym chłopcem w sobie musi być jednak nieprzyjemne...
Wzięcie na siebie jakiejkolwiek odpowiedzialności nie jest przyjemne. Lepsze jest życie w kompulsji, pobudzeniu. Bo dzieciństwo, o jakim marzymy, to ciągła stymulacja i radość. Ale musi w nim też znaleźć się czas na posprzątanie swoich zabawek. Nie pozbycie się ich, ale uporządkowanie.

Robert Milczarek, psycholog, psychoterapeuta, trener umiejętności psychospołecznych.