1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Badania na temat praktyki uważności

Badania na temat praktyki uważności

123rf
123rf
Praktyka uważności pomaga uwolnić negatywne emocje i myśli, otwierając dostęp do bardziej pozytywnych uczuć, takich jak współczucie i przebaczenie. Jak rzeczywiście działa ten rodzaj medytacji?

Naukowcy z Brigham and Women’s Hospital przeprowadzili badania, które rzucają nowe światło na to, jak działa praktyka uważności. Badacze odkryli, że uważność wpływa na złożone mechanizmy w mózgu, które prowadzą na ścieżkę rozwoju samoświadomości, samoregulacji i samotranscendencji (S- ART).

Badanie pokazało, że podczas praktyki uważności zachodzi sześć aktywnych neuropsychologicznych procesów w mózgu, których skutkami są:

1. Jaśniejszy zamiar i skuteczniejsza motywacja. 2. Lepsza koncentracja uwagi. 3. Kontrola emocji. 4. Rezygnowanie z toksycznych schematów. 5. Prospołeczne zachowania. 6. Brak przywiązań i pożądań.

- Dzięki ciągłej praktyce uważności człowiek może rozwinąć psychiczny dystans od wszelkich negatywnych myśli i może zahamować naturalne impulsy, które prowadzą do złych nawyków - powiedział David Vago, psycholog z BWH Functional Neuroimaging Laboratory, Department of Psychiatry. Dodał, że dalsze praktykowanie uważności może również zwiększyć empatię i usunąć nasze przywiązanie do rzeczy, które lubimy i awersje do rzeczy, które nam się nie podobają. Efektem praktyki jest nowa tożsamość ze zdrowym umysłem i harmonijną psychiką.

Zdaniem naukowców, w celu osiągnięcia własnej świadomości podczas praktykowania uważności, należy: - zmniejszyć uprzedzenia i negatywne myśli, - zwiększyć pozytywne nastawienie, - nastawić się na autentyczność w relacjach z innymi.

Badania zostały opublikowane w Frontiers in Human Neuroscience

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Czy potrafisz docenić swoją codzienność?

Postarajmy się spojrzeć na naszą codzienność jak na wątek naszego życia: to wokół jej nitek może snuć się osnowa tych ciekawszych, bardziej rozrywkowych wydarzeń. (Fot. iStock)
Postarajmy się spojrzeć na naszą codzienność jak na wątek naszego życia: to wokół jej nitek może snuć się osnowa tych ciekawszych, bardziej rozrywkowych wydarzeń. (Fot. iStock)
Dzień powszedni kojarzy się nam z rutyną, szarością i znojem. A przecież jest i może być wyjątkowy. Jeśli tylko nasz umysł będzie obecny tu i teraz, dziwiący się wszystkiemu i wiecznie ciekawy świata.

Stawianie znaku równości między codziennością a szarzyzną jest trochę jak nielubienie własnych płuc, które pracują bez przerwy, by utrzymać nas przy życiu. Bo nawet jeśli nie umiemy docenić wyjątkowości chwili, to powinniśmy cenić naszą powszedniość. Ona jest jak węgiel i diament. Oba związki mają taki sam skład i tylko od nas i naszej pracy zależy, czy nasza codzienność będzie pierwszym czy drugim.

Podstawowe wartości

Postarajmy się spojrzeć na nią jak na wątek naszego życia: to wokół jej nitek może snuć się osnowa tych ciekawszych, bardziej rozrywkowych wydarzeń. Na przykład przygody, które tak lubimy, mogą się nam przydarzać tylko dzięki codzienności, która stanowi dla nich idealną oprawę. Dni wolne od pracy, weekendy i święta są atrakcyjne głównie przez odmienność.

Tak to jest zorganizowane, by codzienność ze swoim znojem, powtarzalnością i szarością podkreślała odświętność – tak jak głos szczekającego w oddali psa podkreśla ciszę nocy. Wiele osób potrzebuje pięciu dni pracy, stale w tym samym miejscu, z tymi samymi ludźmi, wypełniając te same obowiązki – żeby naprawdę poczuć, docenić i przeżyć weekendy. To pasuje nam także w kontekście religijnym: Stwórca przez sześć dni pracował, a jeden dzień wypoczywał.

Codzienność to podstawa, kwintesencja naszego istnienia, bo:

  • daje poczucie bezpieczeństwa. Jest swego rodzaju koleinami pozwalającymi nam działać jak automat. O tej samej godzinie dzwoni budzik, który wyłączamy tym samym ruchem ręki, po czym spuszczamy z łóżka nogi tym samym gestem w te same, stojące w tym samym miejscu kapcie. Z jednej strony – nuda, ale z drugiej – wszystko jest na swoim miejscu. Gdyby coś się zmieniło, dopiero zaczęlibyśmy się niepokoić… Zwykle boimy się, że jak znikną znane nam ramy, rozpadniemy się na kawałki. Te wszystkie automatyzmy i nasze rutyniarstwo są spoiwem, które nas przed tym chroni.
  • jest podstawą bliskości. Związki między ludźmi zacieśniają się nie tylko podczas romantycznych kolacji przy świecach czy w chwili wręczania raz na jakiś czas bukietu kwiatów. Buduje je przede wszystkim zwykła codzienność – wspólne robienie zakupów, gotowanie posiłków i ich spożywanie, sprzątanie czy organizacja życia dnia powszedniego. Ludzi spajają drobne gesty, które mówią, że jesteśmy dla siebie ważni i pamiętamy o sobie na co dzień, a nie tylko przy wielkich okazjach.
  • ukorzenia w teraźniejszości. Człowiek ma tendencje do wybiegania myślą w przyszłość, błądzenia w przeszłości, tworzenia równoległych rzeczywistości, najmniej uwagi poświęcając swojemu „tu i teraz”. A przecież chwila obecna jest tak naprawdę wszystkim, co mamy, nawet jeśli mijające sekundy są do siebie podobne jak dwie krople wody. Kiedy funkcjonujemy automatycznie – bezmyślnie, bezrefleksyjnie i rutynowo – nie przeżywamy świadomie naszego życia, pozwalamy mu przepływać gdzieś obok, ślizgamy się tylko po samej jego powierzchni, wyczekując urlopu czy momentu, kiedy wydarzy się coś nadzwyczajnego. A co z czasem, gdy nie dzieje się nic? Czy naprawdę musi pozostać stracony, niezauważony, niedoceniony? „Teraz” jest wszystkim, co mamy. W tym kontekście, nie ceniąc codzienności, nie cenimy własnego życia. Jaki jest tego efekt? Z każdą minutą życie niczym piasek przepływa nam przez palce.

Koniki z karuzeli

Pewna historia dla dzieci opowiada o konikach z karuzeli – marzyły, żeby jak prawdziwe konie pobiegać sobie po łące. Któregoś dnia zebrały się na odwagę i uciekły! Popędziły co sił na łąkę, a tam… biegały cały czas w kółko, bo nic innego nie przyszło im do głowy. Podobnie jest z nami: automatyczne, bezrefleksyjne podążanie każdego dnia tym samym torem otępia nas. I trudno się temu dziwić. Codzienność przypomina nieco marsz przez pustynię: wciąż mijamy wydmy, a wszystkie wydają się być identyczne... W dodatku przed nami podążają całe pokolenia, które nauczyły się żyć w sposób zautomatyzowany. Wyrastając w takim schemacie trudno zachować świeżość spojrzenia na codzienność. Ale czy nie można tego zmienić? Można. I warto to zrobić. Trzeba tylko włożyć w to nieco wysiłku, bo gra się toczy o najwyższą stawkę – o nasze życie. Wygramy, jeśli nasze codzienne istnienie stanie się bardziej świadome. Ale ta metamorfoza musi się dokonać w umyśle, nie na zewnątrz!

Znudzeni poszukujemy zwykle nowych wrażeń, podróżujemy, zapisujemy się na różne niezwykłe kursy, wchodzimy w nowe ekscytujące związki… Tylko że nowość stymuluje na krótki czas, po czym szybko przestaje być nowością i znowu dopada nas nuda. Bez świadomej zmiany w ogólnym nastawieniu do życia nie będziemy potrafili dostrzec, że niepowtarzalna i cenna jest tak naprawdę każda jego minuta.

Powrót do teraźniejszości

Albert Einstein powiedział kiedyś: „Życie można przeżyć tylko na dwa sposoby: jeden, jakby nic nie było cudem, i drugi – jakby cudem było wszystko”. Zdecyduj się żyć według drugiej części tej maksymy.

Jeśli ci to pomoże – wieszaj sobie w widocznych miejscach karteczki, które będą cię napominać, żeby być uważnym i obecnym. Wykorzystaj również potęgę zmysłów. Ich obserwacja pozwoli mało uważnemu człowiekowi wrócić do chwili obecnej – bo one są „tu i teraz”. Czym innym jest zapamiętanie zapachu kwiatu, a czym innym – czucie go. Zmysły pracują dla nas bez przerwy, ale czy potrafimy z tego korzystać? Czy ktokolwiek, np. myjąc naczynia, zwraca uwagę na to, jak jego dłonie „czują” wodę – jej fakturę, siłę strumienia, temperaturę? Wchodząc w kontakt ze zmysłami zaczniesz przeżywać i celebrować każdą chwilę swojego życia.

Zrób sobie ćwiczenie: codziennie 10 minut poświęć na świadome wejście w kontakt ze zmysłami. Najpierw usiądź spokojnie, rozejrzyj się, postaraj się zapamiętać wszystkie detale i szczegóły otoczenia. Potem zamknij oczy i wychwyć jego zapachy, usłysz dźwięki, poczuj na skórze wiatr, słońce czy mróz. Przekonasz się, że nawet to, co jest ci znane, jest bogate w nowe niezwykłe doznania – tylko trzeba je dostrzec.

Prawdziwą plagą naszych czasów, pokazującą, jak bardzo nie szanujemy codzienności, jest robienie dwóch lub trzech rzeczy naraz. Tłumaczymy to pośpiechem, tym, że życie tego od nas wymaga, że obowiązki gonią... – ale tak naprawdę wyrażamy w ten sposób brak szacunku dla obecnej chwili, nie jesteśmy w stanie być w żadnej z nich. Kiedy robimy jednocześnie więcej niż jedną rzecz, działamy jak automat. Staraj się żyć najpiękniej, jak tylko potrafisz – to zakłada obecność.

I nie chodzi tu bynajmniej o perfekcjonizm, bo on zakłada porównywanie się. Nie ukierunkowuj się na superwyniki. Po prostu pięknie żyj. Zachowuj świadomość, ciekawość i poczucie, że w to, co w danej chwili robisz, wkładasz całego siebie. I nie zrażaj się, jeśli ci coś nie wychodzi. Bądź jak dziecko, które w kaloszkach buszuje po łące. Fascynuje je i żaba, i mucha, i kropla rosy, i to tak bardzo, że maluch kuca, by im się przyjrzeć. Nie myśl, że wszystko widziałeś. Przecież każda żaba jest inna.

To może być trudne, ale jeśli choć raz na 5 minut, raz na 5 godzin, a nawet raz na 5 dni wyrwiesz się z rutyny i naprawdę zauważysz trzymaną w dłoni szklankę, to już będzie dobry początek.

  1. Psychologia

Medytacja z Nityą – uwalniająca kontemplacja

Wyobraź sobie, że wszystko już się wydarzyło. Wyobraź sobie, że wszystko, co kiedykolwiek chciałeś zrobić, już miało miejsce. Wszystkie twoje marzenia się spełniły, zmagania już za tobą. Oczekiwania też - zachęca Nitya Patrycja Pruchnik. (Fot. iStock)
Wyobraź sobie, że wszystko już się wydarzyło. Wyobraź sobie, że wszystko, co kiedykolwiek chciałeś zrobić, już miało miejsce. Wszystkie twoje marzenia się spełniły, zmagania już za tobą. Oczekiwania też - zachęca Nitya Patrycja Pruchnik. (Fot. iStock)
Ciągle za czymś gonimy, do czegoś dążymy, stawiamy sobie nowe cele… A gdyby to wszystko już się spełniło? Nauczycielka medytacji Nitya Patrycja Pruchnik na koniec swojego cyklu proponuje bardzo uwalniającą kontemplację.

Wyobraź sobie…

Zapraszam cię do jednej z moich ulubionych medytacji. Usiądź wygodnie, wyłącz telefon i zadbaj o to, aby było ci ciepło.

Wyobraź sobie, że wszystko już się wydarzyło. Wyobraź sobie, że wszystko, co kiedykolwiek chciałeś zrobić, już miało miejsce. Wszystkie twoje marzenia się spełniły, zmagania już za tobą. Oczekiwania też. Nie masz przed sobą zupełnie nic, bo wszystko już się wydarzyło. Na nic już nie czekasz, przed niczym nie uciekasz, ponieważ już wszystko masz.

To koniec. Jesteś spełniony, ponieważ nie czekasz na nic więcej. Poczuj to. Zostań w ten sposób przez kilka minut.

Sprawdź, jak się czujesz

Jak się czujesz, kiedy nie masz nic do zrobienia i na nic już nie czekasz, nic więcej nie musisz? Pobądź w ten sposób przez parę chwil… Nie spiesz się. Delektuj się spokojem, który z tego wynika… Odpocznij… Nie przywołuj wspomnień ani nie wyobrażaj sobie przyszłości, przecież nie ma już nic do zrobienia. Po prostu Jesteś… Ukontentowany… Spokojny… Zrelaksowany… Pozwól, by to spełnienie w tobie się rozgościło, wypełniło całe ciało, każdą komórkę i całą przestrzeń. Zanurz się w nim. Poczuj, jak to jest na nic nie czekać, niczego nie szukać, nie chcieć niczego więcej… Nie myśl na ten temat, tylko czuj. Rozluźnij się.

Daj sobie trochę czasu, przynajmniej 15 minut. Nie ulegaj ponagleniom, by zerknąć na telefon czy zrobić w tym czasie coś innego. Odmów sobie zaproszenia do jakiegokolwiek działania na te kilkanaście minut. Odetchnij. Wszystko już się wydarzyło.

Praktyka pochodzi z książki: „Oświecenie 24h na dobę. Praktyki i kontemplacje na cały rok”, Nitya Patrycja Pruchnik, Manana Chyb, wyd. ToCoJest 2020.

Nitya Patrycja Pruchnik, nauczycielka duchowa, od kilku lat dzieli się – z inspiracji swojego mistrza Mooji’ego – rozpoznaniem prawdziwej natury rzeczywistości.

  1. Styl Życia

Big Mind – jakie korzyści przynosi praktyka zen?

Metoda Big Mind zakłada, że każdy człowiek ma w sobie niezliczoną ilość aspektów, czyli głosów. Aby stać się ich prawdziwym szefem, czyli swoim własnym mistrzem, należy je poznać, wiedzieć, w jaki sposób funkcjonują. (fot. iStock)
Metoda Big Mind zakłada, że każdy człowiek ma w sobie niezliczoną ilość aspektów, czyli głosów. Aby stać się ich prawdziwym szefem, czyli swoim własnym mistrzem, należy je poznać, wiedzieć, w jaki sposób funkcjonują. (fot. iStock)
Całe nasze życie to pełne koło, choć zwykle funkcjonujemy, jakbyśmy byli tylko połówką - mawia amerykański mistrz zen, roshi Genpo Merzel, twórca procesu Big Mind.

Często zadajemy sobie pytania: Kim jesteśmy? O co w tym życiu naprawdę chodzi? Czy moje życie w ogóle ma sens?...

Metoda Big Mind pomaga odpowiedzieć na takie pytania. Daje klucz do poznania głębi nas samych. Uczy, jak zintegrować rozwój osobisty z duchowym. Wydobywa na światło dzienne to, co znajduje się w cieniu osobowości, co jest z różnych względów niedostępne i tkwi wyparte poza naszą świadomość. Jest drogą do bogatszego doświadczania życia, siebie, swoich relacji i całego świata. Do lepszego zrozumienia i akceptacji własnego „ja”.

Usuń blokadę

Aby wyjaśnić główną ideę procesu Big Mind i wprowadzić w nią uczestników warsztatów, mój nauczyciel roshi Genpo Merzel posługuje się pewną analogią: Jesteś rodzicem, nadajesz imiona swoim dzieciom, ale niektóre z tych imion są bardzo brzydkie, np. gniew, pożądanie, zazdrość, złość, lęk… Więc lokujesz te dzieci w piwnicy, zamykasz na klucz, mając nadzieję, że nigdy z niej nie wyjdą. Z kolei uwielbiasz dzieci, które mają takie imiona, jak szczęście, miłość, radość, zadowolenie... Więc tylko tym dzieciom dajesz prawo do istnienia. Ale jeśli pewnego dnia drzwi piwnicy znienacka otworzą się i wyskoczy z niej gniew lub zazdrość, to jesteś tym bardzo nieprzyjemnie zaskoczony i potem z jeszcze większą determinacją spychasz je do podziemi.

Inny przykład: Wyobraź sobie, że jesteś szefem wielkiej firmy, ale tak naprawdę nie wiesz, kogo zatrudniasz, kim są twoi pracownicy. Może nawet wiesz, na jakich są stanowiskach, ale nie znasz ich kompetencji i zakresu obowiązków. Nie wiesz, co robią. Więc jak możesz nimi racjonalnie zarządzać? I kiedy pewnego dnia firma się rozpada, twoje zdumienie jest ogromne, jesteś zaskoczony, pytasz siebie: „Jak mogło do tego dojść?!”. Potem często musisz poddać się jakiejś terapii, żeby znaleźć odpowiedź.

Metoda Big Mind zakłada, że każdy człowiek ma w sobie niezliczoną ilość aspektów, czyli głosów. Aby stać się ich prawdziwym szefem, czyli swoim własnym mistrzem, należy je poznać, wiedzieć, w jaki sposób funkcjonują. A poznając siebie, poznajemy też innych. Gdy sami przestajemy być obcy dla siebie, inni przestają być obcy dla nas.

Dzięki tej metodzie dowolnie zmieniamy naszą perspektywę, tak jakbyśmy zmieniali biegi w samochodzie. „Zablokowany na którymś biegu staje się bezużyteczny. Aby ci służył, musisz usunąć blokadę” – rozwija tę metaforę roshi Genpo w swojej książce „Big Mind. Wielki Umysł, Wielkie Serce”. To właśnie cel procesu Bing Mind.

Wywołaj głosy

Podczas warsztatu proszę uczestników spotkania o wywołanie w sobie jakiegoś aspektu, czyli głosu, np. Kontrolera. Wszyscy robią delikatny ruch ciałem, żeby nie tylko umysł, ale i ono poczuło tę zmianę, i utożsamiają się z danym głosem, mówiąc w pierwszej osobie: „Ok, jestem Kontrolerem”. Następnie pytam: „Opowiedz mi o sobie, jaki masz cel, jakie zadanie?”. „Moim zadaniem jest kontrolowanie” – słyszę w odpowiedzi. „Co chciałbyś kontrolować?” – pytam dalej. Z sali padają różne odpowiedzi, np.: „Ja, Kontroler, kontroluję myśli, uczucia, ludzi, lęki, pragnienia, absolutnie wszystko...”. Drążę głębiej: „Jakie myśli, czyje?”. „A co np. z jej/jego emocjami? Dlaczego to robisz?”. „Bo emocje jej nie służą i nie powinno się ich ujawniać” – odpowiada ktoś z sali. „W jakich sytuacjach coś ci się wymyka spod kontroli? Co wtedy się dzieje?” – kontynuuję. Taki dialog trwa jakiś czas. Następnie proszę, byśmy porozmawiali z innym głosem, np. z Pragnieniem. Wszyscy znów robią delikatny ruch ciałem i zaczynamy dialog z Pragnieniem.

I tak przechodzimy od aspektu do aspektu, od głosu do głosu. Najpierw wywołujemy tzw. głosy dualne, rozróżniające rzeczywistość, w której zawsze są „ja” i „ty”, „ja” i świat: Kontrolera, Obrońcy, Sceptyka, Złości, Pożądania, Ofiary, Poszukującego Umysłu...

Potem przychodzi czas na głosy niedualne, transcendentne: Umysł Nieposzukujący, Czysty Umysł, Głos Jedności, Głos Mądrości, a następnie głosy absolutne: Wielki Umysł, Wielkie Serce.

Na końcu spotkania wywołujemy Mistrza lub Zintegrowanego, Swobodnie Funkcjonującego Człowieka, który jest głosem obejmującym te dwie zasadnicze perspektywy: dualną i niedualną. To on jest szefem tej wielkiej korporacji, popularnie zwanej osobą. On jest obecny w każdym z nas i tylko czeka, żeby móc wreszcie zacząć swobodnie funkcjonować.

Kiedy na przykład siadam do medytacji, to przywołuję głos Umysłu Nieposzukującego, który donikąd nie zmierza, niczego nie planuje, akceptuje, to, co jest: cisza, spokój... – wtedy po prostu jestem.

Jeśli gram na scenie i zapomnę tekstu, to zdarza mi się, że wzywam głos Pamięci. To bardzo prosty proces, ale wymaga czasu, by się z nim oswoić i stosować go na co dzień.

Bardziej świadomi

Musimy pamiętać, że nie ma głosu niepotrzebnego, każdy pełni jakąś określoną funkcję, jest po to, żeby nam służyć. A tylko wywołując go, dowiemy się, jak działa. Równie ważne jest to, by się przekonać osobiście, że wszystkie te aspekty są w nas i nikt nam ich nie narzuca z zewnątrz. Gdy je poznamy, zmienimy się, staniemy ludźmi bardziej świadomymi i odpowiedzialnymi – nie tylko za siebie, lecz także za innych. A jeśli my się zmieniamy, to zmieni się też wszystko wokół nas. Kiedyś zapytano Buddę: kim jest. Odpowiedział, że pytanie jest źle postawione, że należało zapytać: nie kim, a czym jest. Człowiek nie jest martwy, cały czas się zmienia, staje się tym, co się w danej chwili w nim pojawia.

No, chyba, że ktoś bardzo boi się odpowiedzialności i woli wypierać ją, trzymając w piwnicy pod kluczem. Bo z różnych powodów tłumimy niektóre z naszych aspektów, nie przyznajemy się do nich, krytykujemy je, nie dopuszczamy do głosu i nie chcemy mieć z nimi żadnego kontaktu. Ale z takimi również da się porozmawiać, choćby po to, żeby dowiedzieć się, dlaczego są wypierane i jaką rolę w nas pełnią.

Stosując metodę Big Mind, obserwuję jej wielką skuteczność u wielu ludzi. Nie jest ona związana z żadnym wyznaniem. Może ją praktykować każdy, bez względu na to, czy jest Chrześcijaninem, Żydem, Muzułmaninem, czy ateistą. I przejść przez ten głęboki proces – pod warunkiem, że naprawdę tego chce i będzie aktywnie w nim uczestniczyć.

Na początku polecałabym udział w warsztatach i praktykowanie pod okiem trenera. Pomocna będzie również książka roshiego Genpo Merzela „Big Mind. Wielki Umysł, Wielkie Serce” i dołączone do niej płyty DVD z oryginalnymi sesjami prowadzonymi przez twórcę metody (w języku angielskim).

Zostań swoim Mistrzem

Warto otworzyć się na Big Mind i spróbować dotrzeć do istoty samego siebie, sięgnąć po to, co już w nas jest. Wtedy zmieni się nasze funkcjonowanie, działanie, zmieni się nasze życie. Wszystkiego zaczniesz doświadczać bardziej świadomie. Nie musisz już tkwić w tym samym miejscu i kręcić się w kółko – możesz to radykalnie zmienić. Zobaczyć, że nie jesteś tylko rozgadaną głową czy niszczącymi, rozedrganymi emocjami, nie jesteś tylko ograniczonym „ja”, że masz też w sobie ciszę, spokój i przepastną przestrzeń Wielkiego Umysłu i Wielkiego Serca.

Proces Big Mind opracował mistrz zen, roshi Genpo Merzel. Metoda łączy dwie podstawowe szkoły rozwoju – dwie drogi, które wydawały się dotychczas zupełnie rozbieżne: zachodnią szkołę terapii (Voice Dialog) i psychologii oraz wschodnią szkołę medytacji i wglądu w prawdziwą naturę człowieka. Ma więc dwa korzenie: Wschód i Zachód. W świadomości roshiego Genpo proces ten rodził się latami, a wykrystalizował ok. 2000 roku. Jego twórca chciał, żeby każdy – tak jak on – mógł przebudzić swój umysł i uświadomić sobie, kim naprawdę jest. Nazwa Big Mind, czyli Wielki Umysł, to ukłon roshiego Genpo złożony ojcu Benowi Merzelowi (stąd inicjały) oraz wyraz szacunku dla swojego nauczyciela roshiego Taizana Maezumiego i syna Tai (Tai znaczy po japońsku „wielki”). Zanim roshi Merzel został buddyjskim mnichem, był mistrzem pływackim, ratownikiem i instruktorem pływackim, a także nauczycielem w szkole dla niepełnosprawnych. W 1980 roku został spadkobiercą Dharmy w linii przekazu roshi Taizana Maezumiego. Prowadzi SLC Center, gdzie łączy praktykę zen z procesem Big Mind.

W Polsce spadkobierczynią roshiego Genpo była Małgorzata Jiho Braunek (sensei, szefowa Polskiej Sanghi Kanzeon w Warszawie), która powadziła wykłady, spotkania indywidualne i grupowe warsztaty „Big Mind/Wielkie Serce, Wielki Umysł”.

  1. Psychologia

W czym tkwi źródło naszych codziennych frustracji?

Pośpiech to główna przyczyna coraz częstszych problemów związanych z samopoczuciem.(Fot. iStock)
Pośpiech to główna przyczyna coraz częstszych problemów związanych z samopoczuciem.(Fot. iStock)
Co jest źródłem naszego codziennego stresu oraz co do tego mają pośpiech i poczucie humoru – mówi psycholog dr Anna Braniecka.

Podobno Polki są coraz bardziej wkurzone.
Rzeczywiście, mówi się ostatnio o coraz większej nerwowości kobiet, szczególnie młodych i z dużych miast. To znamienne, bo świadczy o sporych zmianach w społeczeństwie. Kobiety przez wiele stuleci pełniły role pokornych towarzyszek życia, stale zadowolonych strażniczek domowego ogniska. To było niewyobrażalne, żeby mogły wyrazić swoją negację. Podejmowane przez nie próby demonstrowania frustracji czy niezadowolenia były przez społeczeństwo karane, więc się nie opłacały.

Teraz to wszystko się odwróciło. Dlaczego? Po pierwsze, wreszcie „wolno” nam nie mieć dobrego humoru, sprzeciwiać się zastanemu porządkowi. Po drugie, mamy ku temu więcej powodów. Współczesna kobieta spotyka się z rozlicznymi oczekiwaniami społecznymi. Ma być atrakcyjna, opiekuńcza, a jednocześnie skuteczna w tym, co robi. Rozwijać się zawodowo, uczyć się języków obcych, robić szkolenia, być aktywna towarzysko, a jednocześnie spędzać czas z dzieckiem i mężem. Te wszystkie zadania są bardzo trudne do pogodzenia, a niekiedy stoją w stosunku do siebie w sprzeczności. Co gorsza, kobiety często uwewnętrzniają je, czyli traktują jako własne, i wpadają w pułapkę spełniania cudzych oczekiwań. Stąd rodzą się napięcie i frustracja. Na przestrzeni krótkiego okresu nie jest to szkodliwe, ale jeśli trwa zbyt długo, powoduje wyczerpanie psychiczne i fizyczne, które manifestuje się rozdrażnieniem, nerwowością, tym ciągłym wkurzeniem.

I wtedy drobna rzecz może doprowadzić do stanu wrzenia…
Tak, bo staje się iskrą zapalną, za sprawą której dochodzi do wybuchu tłumionego – czasem miesiącami czy latami – gniewu. Ta impulsywna reakcja nie wynika z danego bodźca, czyli np. z tego, że ktoś zostawił brudny kubek, że zakupy są niezrobione, tylko jest efektem skumulowania wcześniejszych stresów.

Ewolucyjnie jesteśmy przystosowani do intensywnych reakcji autonomicznego układu nerwowego, wyrażających się w komunikacie: „walcz albo uciekaj”, które powodują mobilizację całego organizmu. Tyle tylko, że w minionych tysiącleciach człowiek musiał mobilizować się bardzo rzadko, może raz na tydzień, raz na miesiąc – w obliczu bezpośredniego zagrożenia życia. Teraz uruchamiamy tę atawistyczną reakcję zbyt często, nawet kilka razy dziennie. Kiedy spóźniamy się do pracy, kiedy kolejka w sklepie jest za długa, kiedy z kimś wchodzimy w konfrontację… A nasz organizm nie jest do tego przystosowany. Dlatego po kilku dniach czy miesiącach takiego pobudzania jesteśmy bardziej podminowani.

Można powiedzieć, że frustracja czy złość to sygnał, że robię coś, co nie jest w zgodzie ze mną?
Tak, i zachęcam wtedy do obserwacji swojego ciała i uczuć. Emocje mają swoje funkcje, także informacyjne. Jeśli ciągle jestem podenerwowana, powinnam spytać siebie, co mnie tak uwiera, że nie mogę się uspokoić.

Autor książki „Pochwała powolności” Carl Honoré pisze, że wszystkiemu winien pośpiech dzisiejszych czasów.
Zgadzam się z nim. Pośpiech to główna przyczyna coraz częstszych problemów związanych z samopoczuciem. Wiecznie za czymś goniąc, przeceniamy wagę pilności niektórych spraw, bagatelizując te najważniejsze. Organizując swój czas, trzeba zawsze pamiętać o tym, by wybierać do realizacji najpierw rzeczy ważne (jak kontakt z dzieckiem, spotkania z bliskimi ludźmi, odpoczynek czy realizowanie istotnych, długoterminowych celów), a potem rzeczy pilne (sprzątanie, zakupy, praca „na wczoraj”). Nieumiejętność ustalania priorytetów to ważny problem dzisiejszych czasów, tym bardziej że często idzie za tym trudność z podejmowaniem decyzji.

A codziennie mamy ich do podjęcia kilka, o ile nie kilkanaście.
Właśnie. Kiedyś człowiek żył w małych społecznościach, od urodzenia wiedział, jak będzie wyglądało jego życie, jakie role ma do wypełnienia, i był spokojny. Teraz mamy większą wolność, mnóstwo możliwości, ale nie bardzo wiemy, jak z nich skorzystać. Mądrość dawnych pokoleń kształtowała się przez stulecia, dlatego ludzie czuli się bezpieczniej, wypełniając przekazywane im skrypty. Oczywiście, lepiej mieć możliwość wyboru i decydowania o sobie, ale dzisiejsze pokolenia płacą za to określoną cenę – obciążenia decyzjami. Nic dziwnego, że niektórzy postanawiają z niczego nie rezygnować, nie wybierać i mieć wszystko. Ale to jest niemożliwe i też rodzi frustrację.

No dobrze, z jednej strony słyszymy, żeby wyrażać siebie, nawet w gniewie, nie tłumić złych emocji, z drugiej strony kosztuje nas to wiele nerwów.
Wyrażając złość, wyrzucamy ją z siebie, ale też w pewien sposób pielęgnujemy. Przeżywając wiele negatywnych emocji, wprowadzamy siebie w negatywny stan, zapominając o pozytywności. A według Barbary Fredrickson, jednej z czołowych przedstawicielek psychologii pozytywnej, by człowiek rozkwitał życiowo, powinien doświadczać pewnej proporcji emocji pozytywnych do negatywnych. Według niej ta proporcja wynosi 3:1, czyli żeby czuć się dobrze, powinniśmy na jedną emocję negatywną przeżywać trzy pozytywne, co nie jest wcale takie proste. Okazuje się, że tylko 25 proc. ludzi tak potrafi. Negatywność stale wkrada się do naszego życia, jest bardziej zauważalna. Pozytywność jest subtelniejsza, czasem niedostrzegalna. Łatwo ją zepchnąć, pominąć i skupić się na negatywności. Ale doświadczając za często negatywności, utrudniamy sobie doświadczanie szczęścia i spokoju.

Psycholog Wayne W. Dyer twierdzi, że antidotum na gniew jest wyeliminowanie myśli „Gdybyś tylko był bardziej taki jak ja”.
Rzeczywiście, osoby spokojne, odporne na złość, mają zdolność do decentracji, czyli potrafią sobie wyobrazić położenie drugiej osoby i przyjąć, że jej nastawienie, jej rozumienie danej sprawy może być zupełnie inne niż ich. Z kolei ludzie, którzy mają skłonność do złości, skupiają się na swoim punkcie widzenia i reagują wzburzeniem, kiedy inni zachowują się inaczej niż oni. Umiejętność radzenia sobie ze złością, ale też z rozczarowaniem, to w dużym stopniu umiejętność przyjęcia perspektywy drugiej osoby i jej uszanowania.

Dyer wspomina też o poczuciu humoru…
Tak, humor jest jak najbardziej wskazany, zwłaszcza taki, który polega na dystansowaniu się do swojego „ja”, czyli na umiejętności śmiania się z samych siebie. Jednak kiedy już wejdziemy w stan silnego podenerwowania, trudno nam dostrzec komizm sytuacji. Dlatego poczucie humoru warto stosować prewencyjnie, posługiwać się nim często, wręcz nawykowo, aby zyskać zdrowy dystans do trudnych, stresujących zdarzeń.

Obecnie coraz bardziej popularne są rodzaje oddziaływań bazujące na dalekowschodnich systemach filozoficzno-religijnych. Na przykład stosowanie różnych interwencji opartych na uważności umysłu, czyli Mindfulness. To bardzo dobry sposób wyciszania się, uspokajania, zwiększania świadomości i akceptacji swoich przeżyć. Jest on w dużym stopniu oparty na regularnych praktykach medytacyjnych. Problemem współczesnego człowieka jest bowiem funkcjonowanie w trybie działania, czyli ciągłego redukowania niespójności pomiędzy tym, jak jest, a jak chcemy, żeby było, czyli między stanem realnym a stanem pożądanym czy oczekiwanym. Myślimy: „Dlaczego nie jest tak, jakbym chciała?”, „Co zrobić, żeby było inaczej?”. Praktyka uważności mówi o tym, żeby zrezygnować z trybu działania i przerzucić się na tryb bycia. Czyli być obecnym w rzeczywistości – nie rozważać, czy nam się podoba czy nie, po prostu przeżywać ją taką, jaka jest. Badania pokazują, że nauczenie się takiego funkcjonowania, opartego na dostrzeganiu każdej chwili, bez ciągłego oceniania i wybiegania myślami w przyszłość, może przynieść ogromne korzyści dla naszego zdrowia psychicznego.

  1. Psychologia

Poczuć pełnię życia. O korzyściach, jakie daje nam bycie mindful, opowiada Wojciech Eichelberger

Dzięki treningowi mindfulness łatwiej skupić się np. na prowadzeniu samochodu, na kontakcie z drugą osobą, na rozmowie, głębiej się przeżywa różne sytuacje, bo umysł w większym stopniu angażuje się w bieżące doświadczenie i otwiera się na nie. (Fot. iStock)
Dzięki treningowi mindfulness łatwiej skupić się np. na prowadzeniu samochodu, na kontakcie z drugą osobą, na rozmowie, głębiej się przeżywa różne sytuacje, bo umysł w większym stopniu angażuje się w bieżące doświadczenie i otwiera się na nie. (Fot. iStock)
Himalaizm, sporty ekstremalne, ale też praca i zwykłe, codzienne czynności potrafią wprawić nasz umysł w stan, w którym stajemy się jednym z tym, czego doświadczamy. Psycholog Wojciech Eichelberger opowiada o korzyściach, jakie daje nam bycie mindful, oraz o prawdziwej pełni życia, jaką przynosi zaawansowana praktyka.

Wanda Rutkiewicz, wybitna polska himalaistka mówiła, że kiedy w górach pojawia się niebezpieczeństwo, ona ma zawsze jakby opóźnioną reakcję, nie wpada w panikę, przyjmuje sytuację ze spokojem, bez emocji, zastanawiając się, co zrobić. To się powtarza w wypowiedziach innych himalaistów – spokój w obliczu stresu, niebezpieczeństwa. Wiem, że w górach są inne problemy, ale czy jest szansa tu, na dole, osiągnąć taki stan umysłu?
Reakcja, którą opisywała Wanda Rutkiewicz, jest świadectwem tego, że jej umysł znalazł się w stanie mindful. „Mindfulness” to w wolnym tłumaczeniu na polski pełnia umysłu. Najwyższym poziomem wtajemniczenia w mindfulness jest sytuacja, w której mój umysł jest tak bardzo wypełniony żywym doświadczeniem tu i teraz, że ja właściwie znikam jako doświadczający podmiot, jest tylko doświadczenie. Myślę, że Wanda Rutkiewicz mówiła właśnie o takim stanie. Bo kiedy znika doświadczający podmiot, to zarazem znika ten, który mógłby się bać, np. tego, że zaraz spadnie w przepaść. Wtedy dopiero może się pojawić optymalne działanie w zgodzie z bezbłędnie rozpoznanymi okolicznościami. Nie towarzyszy mu żadna mentalna interpretacja, a tym samym żadne emocje, które mogłyby to działanie zakłócić. Znika też rozdwojenie na działającego i obserwującego. Doświadczamy życia jako takiego – jak to ładnie ujął pewien mistrz zen: jest ono życiem, które rodzi się z życia i do życia powraca.

Nic dziwnego, że himalaiści często deklarują takie stany w sytuacjach zagrożenia – oni właściwie nieustannie ćwiczą mindfulness. Himalaizm jest więc czymś w rodzaju klasztoru zen, z tą różnicą, że medytacja praktykowana jest nie na siedząco, lecz w intensywnej akcji. Kiedy himalaista jest na niebezpiecznym podejściu albo na lodowej ścianie, to nie może sobie przecież pozwolić na śnienie na jawie, myślenie o tzw. niebieskich migdałach, o tym, co było, co będzie, co być może będzie, co się dzieje w domu czy o tym, co będzie jadł na kolację. Właściwie nie ma wyboru: albo będzie mindful, czyli w pełni obecny i zaangażowany, albo nie da rady, bo albo odbiorą mu siły i nadzieję jego własne negatywne myśli, albo zwichnie nogę czy potknie się i obsunie w przepaść. Na takich wysokościach przy tym stopniu trudności i związanego z nim zagrożenia jesteś cały czas na krawędzi, bo jeśli nie utrzymasz koncentracji, to wpadniesz w panikę i na ogół po chwili giniesz. W zen wysiłek utrzymania stanu całkowitej koncentracji porównuje się do wędrowania boso po ostrzu samurajskiego miecza.

Sądzisz, że to odroczenie lub brak bolesnego skutku w codziennym życiu jest powodem tego, że trudno nam być mindful?
To jeden z wielu powodów, ale ważny. W naszym zwykłym życiu nie odczuwamy konieczności bycia bez reszty zaangażowanym w to, co jest w tej chwili naszym udziałem. Świat cywilizowany dąży do tego, aby wszędzie było coraz bezpieczniej. Już niedługo zwolnimy się nawet z tego, żeby być nie tylko skoncentrowanym, ale nawet trzeźwym i przytomnym w trakcie jazdy samochodem, gdy sztuczna inteligencja weźmie odpowiedzialność za prowadzenie naszych aut. Nadmierne bezpieczeństwo sprawia, że pozwalamy sobie na rozproszenie i bylejakość. Ale z drugiej strony coraz więcej ludzi podejmuje obecnie różne wysiłki, by stawać się bardziej mindful – i nie są to wyłącznie himalaiści, żołnierze sił specjalnych i sportowcy. Ludzie ci świadomie i dobrowolnie, bez presji okoliczności, podejmują taką decyzję. Pewnie zauważyli, że nieuważność nawet w codziennym życiu może zbyt dużo kosztować, bo generuje wielką ilość błędów – może nie tak brzemiennych w skutki jak podczas wspinaczki na ścianie K2, ale na tyle istotnych, że mają swoje bardziej lub mniej oddalone i bolesne konsekwencje.

Może też zauważyli, że cierpi jakość ich życia, gdy ich umysły są kompletnie rozstrojone, a nawet „roztrzystorzone”, bo myślą nie o trzech, lecz o trzystu sprawach naraz i są wszędzie, ale nie tu, w chwili obecnej.

Wanda Rutkiewicz w tzw. normalnym życiu była właśnie kompletnie nieuważna, roztargniona. Raz tuż przed odlotem zostawiła paszport na poczcie, regularnie gubiła klucze do domu...
To pokazuje ograniczoność wysokogórskich wyczynów jako treningu mindfulness, dającego trwały i zgeneralizowany efekt. Powodem jest to, że stan mindfulness pojawiał się – w tym przypadku w doświadczeniu Wandy Rutkiewicz – pod wpływem szczególnych, silnie mobilizujących, okoliczności zewnętrznych.

Również na nizinach, w codziennym doświadczeniu zdarzyć nam się mogą sytuacje o tak wielkiej energii i powodujące takie zagrożenie, że angażują nas bez reszty. Na przykład gdy uczestniczymy w wypadku, czas nagle staje, wszystko dzieje się w zwolnionym tempie z ogromną wyrazistością, w ciszy i spokoju, bez jakiejkolwiek emocji czy interpretacji doświadczającego. W podobnym stanie możemy się znaleźć podczas ekstremalnych sytuacji sportowych: szybkiej jazdy na nartach, wyścigu samochodowego albo zjazdu na górskim rowerze.

Tylko że tym sportom towarzyszy duży lęk.
Ale też nie muszą to być sytuacje wyłącznie groźne. Wystarczy, że są bardzo angażujące. Może to być także bieg, taniec, śpiew, gra na ulubionym instrumencie, a także udany seks. Niemniej sytuacje, w których musimy opanować czy przekroczyć lęk, prędzej zmobilizują nas do tak potężnego skupienia się na działaniu, że roztapia się w nim działający i obserwujący podmiot, czyli Ja albo Ego. Dla entuzjastów sportów ekstremalnych, myślę, że także himalaistów, drogą do mindfulness jest pokonanie lęku. Prawdę mówiąc, podobnie jest u tych, którzy wybierają drogę wewnętrzną, używając np. medytacji. Z tym że oni dopiero na końcu drogi zderzają się z lękiem obserwującego Ego przed rozpłynięciem się w doświadczeniu. Wtedy, świadomie ignorując lęk, muszą skoczyć w nieznaną otchłań nieegocentrycznego istnienia. Przewaga treningu wewnętrznego nad zewnętrznym polega więc na tym, że doświadczenie mindfulness w treningu zewnętrznym zależy prawie wyłącznie od okoliczności. Skutki tego było widać u Wandy Rutkiewicz, gdy w sytuacjach, które nie miały wysokiej energii – gubiła się i popełniała błędy. Droga mistrzowska polega zatem na tym, że nie poszukujemy sytuacji ekstremalnych, lecz wybieramy sytuacje codzienne i zwykłe i w nich dyscyplinujemy umysł oraz uwagę do koncentracji.

Czyli na przykład…
…umawiam się ze sobą, że z całą uwagą i zaangażowaniem będę zajmował się tylko jedną rzeczą, a jeśli cokolwiek z zewnątrz lub z wewnątrz odciągnie moją uwagę, to porzucę to natychmiast i wrócę do wybranego przedmiotu koncentracji. To bardzo trudna droga, wprawdzie bez porównania bezpieczniejsza, ale w kategoriach wysiłku mentalnego chyba trudniejsza niż himalaizm. Bo łatwiej utrzymać uwagę na chwytach i stopniach w skalnej ścianie niż na czymś tak oczywistym jak np. oddech. Skupianie się na oddechu to najbardziej popularna technika wewnętrznego treningu mindfulness, ale też najbardziej irytująca i męcząca na początku praktyki. To tak jak wspinać się na wielką lodową górę, by za chwilę z niej zjechać i zaczynać od początku. Po prostu pasmo nieustannych klęsk. Istota treningu polega tu na tym, by po każdej z tych klęsk, bez marudzenia, osądzania i zwłoki, zaczynać od początku.

Czyli chodzi o dyscyplinowanie umysłu?
Na początku tak. To jest ta droga wewnętrzna, droga mistrzów, która daje efekty przekładające się na nasze zwykłe życie.

Mówisz o drodze mistrzowskiej, poziomie najbardziej zaawansowanym. Co praktykujący mindfulness dostaje na początku tej drogi?
Trening mindfulness od pierwszego momentu daje wiele korzyści. Dzięki niemu łatwiej skupić się np. na prowadzeniu samochodu, na kontakcie z drugą osobą, na rozmowie, głębiej się przeżywa różne sytuacje, bo umysł w większym stopniu angażuje się w bieżące doświadczenie i otwiera się na nie. Szczególnie jeśli przyswajamy sobie zasady i rytuały mindfulness, które w tym pomagają: na przykład przestajemy czytać gazetę czy oglądać telewizję, a nawet wybieramy nierozmawianie podczas posiłku, aby bardziej skupić się na doświadczeniu jedzenia. Albo jak idziemy na spacer, to jesteśmy na spacerze, a nie w swoich myślach o przeszłości i przyszłości. Podobnie może być z każdą inną sytuacją, jaka się w naszym doświadczeniu pojawia.

Pomocna w tym może być krótka afirmacja-przypominajka, którą proponuję ludziom zabierającym się do praktyki mindfulness. Stosuję ją najczęściej, gdy biegnę w stylu transowym – ostatnio nazywanym „slow jogging” – w wolnym, rytmicznym tempie i dopadają mnie różne myśli o tym, co było albo być może będzie. Wtedy śpiewam sobie tak: „Jestem tutaj, nigdzie się nie śpieszę i to że sobie biegnę, jest teraz najważniejsze“. Śpiewam to na prościutką melodię dziwnej piosenki, którą pamiętam z dzieciństwa. Zaczynała się od słów: „wpadł pies do kuchni, porwał mięsa ćwierć…“. Może ktoś z czytelników też ją pamięta. Oczywiście pod „biegnę“ można podłożyć sobie inne okoliczności życia. W tej sytuacji trzeba by więc zaśpiewać: „jestem tutaj, nigdzie się nie śpieszę i to, że z tobą rozmawiam, jest teraz najważniejsze“.

Ciężko mi jednak wyobrazić sobie takie podśpiewywanie w pracy, na przykład podczas pisania maili. W ogóle mindfulness jako tryb bycia zamiast działania wydaje się do sytuacji pracy w ogóle nie przystawać. Przecież praca polega na działaniu.
Ale w mindfulness chodzi właśnie o całkowite bycie w każdym działaniu. W efekcie ta praktyka prowadzi do czynienia tego, co wydaje się nam znane i zwyczajne, nadzwyczajnym i cudownym.

Dzięki praktyce mindfulness zwykła, rutynowa, wydawałoby się bezsensowna praca może nabrać sensu?
„Zwykła“, „rutynowa“, „bezsensowna“ – to są sądy i interpretacje. Jeśli się na czymś skupiamy, to sądy i interpretacje znikają, doświadczamy tego, co jest. I wtedy okazuje się, że nasza interpretacja jest nawykowa. W doświadczeniu mindfulness sens nie jest oddzielny od tego, co robimy czy czego doświadczamy. Poprzez w pełni zaangażowane działanie odkrywamy, że sensem działania jest samo działanie, a sensem życia jest życie.

Jest na ten temat pewna przypowieść. Przyszedł uczeń do mistrza i mówi: „Mistrzu, naucz mnie zen“. Mistrz rozejrzał się i powiedział: „Weź tę łopatę, idź do ogrodu i wykop tam dół: dwa na trzy metry i dwa metry głęboki. Kiedy skończysz, wróć do mnie“. Po jakimś czasie uczeń wraca i mówi: „Wykopałem już ten dół“. „Czy już wiesz, czym jest zen? – pyta Mistrz. „Nie wiem“. „No to weź tę łopatę i zasyp teraz ten dół“. Uczeń znów wraca i mówi: „Już zasypałem“. „Czy wiesz, już, czym jest zen? – pyta Mistrz. „Nie wiem” – odpowiada uczeń. „No to weź łopatę i odkop ten dół. Kiedy skończysz, wróć do mnie“. Uczeń poszedł, odkopał dół i wraca coraz bardziej zmęczony. „Czy już wiesz, czym jest zen?”. „Nie wiem” . „No to weź tę łopatę…” (śmiech). I tak Mistrz przeczołgał ucznia jeszcze kilka razy, aż w końcu uczeń przyszedł i ze łzami w oczach podziękował Mistrzowi i oświadczył: „Już wiem, czym jest zen”. Jak myślisz, czego się dowiedział?

Odpowiem tak jak on – nie wiem.
No to się wspólnie zastanówmy. Z nawykowego, potocznego punktu widzenia uczeń wykonywał bezsensowną pracę, z której nic pożytecznego nie wynikało. Typowa syzyfowa praca. Ale być może myśmy Syzyfa nie zrozumieli. Wszyscy go odruchowo żałują, ale on być może pojął istotę życia. Więc w co Mistrz z tej przypowieści wrobił tego chłopaka? Czy chciał go upokorzyć? Czy zrobił sobie z niego pośmiewisko? Jak to się stało, że uczeń przyszedł do niego w końcu z rozpromienionymi oczami i mu dziękował? Jak sądzisz, co uczeń czuł na początku?

Na początku był wkurzony.
Najpierw był wkurzony, potem rozczarowany, potem znów wkurzony, zmęczony – aż w końcu stał się jednym z tym, co robił, i zniknął ten, który odkopywał, zakopywał, myślał i oceniał. Czym to zakopywanie i odkopywanie dołu różni się od siedzenia przed ścianą i przeżywania nieustających klęsk w koncentrowaniu się na oddechu? Czym praca Syzyfa różni się od wspinania się na górę, schodzenia z niej i wspinania się na kolejną górę, schodzenia z niej i wspinania się na kolejną górę? Czym różni się od tego, że codziennie budzisz się, wykonujesz różne czynności i wieczorem zasypiasz, że jesz, a po jakimś czasie znowu jesz? Oddychasz: wdech – wydech, wdech – wydech. Zawsze to samo, od początku, bez końca. Ciągle to obserwujesz z zewnątrz, nazywasz, oceniasz postęp czy brak postępu – aż nagle doświadczasz tego, że ty i oddech to nie dwa.

Czyli Syzyf był mistrzem zen?
Na pewno miał szansę, by się nim stać. Tak jak my wszyscy. Doświadczyć tego, że nic dwa razy się nie zdarza, że nigdy dwa razy nie wchodzimy do tej samej rzeki, że droga jest celem. Tak można podejść i do pracy. Nie tworzyć sobie z niej udręki spowodowanej własnymi interpretacjami. Wtedy być może przydarzy nam się doświadczenie flow, czyli przepływu, kiedy wszystko idzie lekko, radośnie, w zjednoczeniu z tym, co robimy. Mihály Csíkszentmihályi, który badał doświadczenie przepływu, stwierdził, że współcześnie ludzie częściej doświadczają go w pracy niż podczas urlopu. Widocznie mamy tak przestymulowane mózgi, że potrzebujemy presji celów i deadline'ów, by móc się na czymś całkowicie skupić. Dlatego praca może być dobrą praktyką mindfulness. Nawet syzyfowa, a może zwłaszcza taka. Pod warunkiem wszakże, że nie szkodzi nikomu.