1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Zaufanie - do siebie i do świata

Zaufanie - do siebie i do świata

Zaufanie jako wzór postawy wobec świata i siebie tworzy się w najwcześniejszym dzieciństwie. (Fot. Getty Images)
Zaufanie jako wzór postawy wobec świata i siebie tworzy się w najwcześniejszym dzieciństwie. (Fot. Getty Images)
To podstawa funkcjonowania naszego świata. Bez niego niemożliwe jest nawet przejście przez ulicę, zrobienie zakupów, nie mówiąc o wspólnym życiu, o pracy, rozwoju. Zaufanie. Dlaczego jedni idą w świat z wiarą, a inni odgradzają się murem; i co tak naprawdę znaczy ufać sobie – wyjaśnia psycholożka Małgorzata Opanowicz-Małyszko.

To podstawa funkcjonowania naszego świata. Bez niego niemożliwe jest nawet przejście przez ulicę, nie mówiąc o wspólnym życiu, o pracy, rozwoju. Zaufanie. Dlaczego jedni idą w świat z wiarą, a inni odgradzają się murem? Co tak naprawdę znaczy ufać sobie? Wyjaśnia psycholożka Małgorzata Opanowicz-Małyszko.

Spóźniłam się na nasze spotkanie, bo szukałam naszyjnika, który codziennie noszę, ale najwyraźniej go zgubiłam. Poczułam się okropnie, bardzo nie chciałam bez niego wychodzić. W drodze pomyślałam, że to świetny początek rozmowy o zaufaniu. Choć sobie tego nie uświadamiałam, nadałam temu wisiorkowi moc chronienia mnie. Nie zdawałam sobie sprawy, że nie ufam światu. No i że jestem przesądna...
Nie jest pani wyjątkiem. Wydaje się, że naszyjnik, który stał się ochronnym talizmanem, pozwalał pani doświadczać większego poczucia bezpieczeństwa. A jego brak uwidocznił brak zaufania do świata. A jak jest z pani zaufaniem do siebie?

Myślałam, że raczej nie ufam innym, ale teraz czuję, że w rzeczywistości nie ufam sobie.
Czyli jest coś takiego jak zaufanie i jego brak, dwa bieguny, i one w pani współistnieją. To prowadzi mnie do pytania, czym właściwie jest zaufanie. Przecież na nim opierają się nasza uzgodniona rzeczywistość i nasze umowy społeczne. Ufamy, że na zielonym świetle możemy przejść przez ulicę i samochody się zatrzymają, że woda z kranu nas nie zatruje, że jeśli na opakowaniu jest napis „bez cukru”, to produkt go nie zawiera itp. Trudno jest żyć bez zaufania. W praktyce to niemożliwe. Wszystkiego osobiście sprawdzić się nie da, trzeba czemuś czy komuś zawierzyć. Tym właśnie jest zaufanie – zdaniem się na kogoś lub na coś, oddaniem kontroli, na podstawie przekonania, wiary, że ktoś czy coś nas zabezpieczy, coś nam zapewni, zadba o nas, nie zawiedzie. A my możemy wtedy odpocząć, poczuć się chronieni, możemy zająć się czymś innym, iść dalej, rozwijać się.

Ten ktoś nas nie wykorzysta, będzie przestrzegał wspólnie zrozumiałych reguł. Jest w tej definicji aspekt zewnętrzny.
O, tak. Zaufanie jest cechą relacji. Nawet jeśli mówimy o zaufaniu do siebie – to również jest relacja – z samym sobą. Ufamy swojej wewnętrznej sile, własnym zasobom.

Są ludzie skrajnie nieufni, a inni ufają światu i sobie. Skąd się to bierze? Loteria genowa?
Zaufanie jako wzór postawy wobec świata i siebie tworzy się w najwcześniejszym dzieciństwie. Późniejsze doświadczenia mogą tę postawę zweryfikować i to w dowolną stronę, niemniej pierwszy rok życia to czas, kiedy tworzy się rodzaj matrycy. Jesteśmy wtedy pod każdym względem zależni od świata zewnętrznego reprezentowanego przez rodziców. Przyjście na świat to wielkie wyzwanie. Wszystko jest nowe, dziecko uczy się oddychać, jeść, dostosowywać się do bodźców, rytmów. Wszystko, czego potrzebuje, pochodzi z zewnątrz: pożywienie, ciepło, przewinięcie, dotyk.

Jest przy tym zupełnie bezradne.
Nie do końca. Rodzi się z potrzebą więzi, wyposażone w sposoby, by tę więź nawiązać. Jest aktywne. Ma usta przygotowane do ssania, które szukają pokarmu. Ma reakcję przytulania, przywierania, chwytania; podąża wzrokiem...

I jest wyposażone w mocny głos.
Potrafi płakać na wiele sposobów, szybko się uczy odczytywać  emocje, zaczyna się uśmiechać, wchodzi w interakcje. Gdy dziecko sygnalizuje jakąś potrzebę i ona zostanie spełniona, tworzy się wzór zaufania do opiekuna, ale też do świata. Podświadomy przekaz jest taki – wokół jest obfitość, świat  jest dobry,  jeśli coś mi nie pasuje, komunikuję to i przeszkoda zostaje usunięta. Ale też – warto aktywnie sięgać po to, co mi potrzebne. Tworzy się reguła wzajemności w kontaktach społecznych. Mogę sięgać po miłość, spełnienie. Teoria stadiów rozwoju psychospołecznego Erika Eriksona mówi, że by wykształcić stabilny i kompetentny rys tożsamości, człowiek musi w życiu pomyślnie rozwiązać osiem kryzysów. Pierwszy z nich definiuje para przeciwieństw: ufność – nieufność. Zdobycie podstawowej ufności jako siły ego to baza, na której buduje się następne kompetencje.

A gdy coś idzie nie tak?
Zaburzenia na tym etapie rozwoju zawsze powodują głębokie urazy, które rzutują na dorosłe życie. Gdy opieka rodzica była nieregularna czy zabrakło czułości, dorastają ludzie zamknięci w sobie, wycofani, przewrażliwieni, bierni. Albo przeciwnie – nadmiernie aktywni, głodni uwagi, konfrontacyjni, kontrolujący. W trakcie rozwoju dziecko zaczyna się oddzielać od mamy, żeby odkrywać świat. Odchodzi się bawić, ale wraca, gdy dzieje się coś trudnego. Jeśli nic tego procesu nie zakłóci, stopniowo robi to coraz rzadziej, a wycieczki odbywa w świat coraz śmielsze i dalsze. Zaczyna ufać sobie, że sobie poradzi, nawet jeśli czasem nie wszystko pójdzie po jego myśli. Uczy się też, że gdy coś jest za trudne, można sięgnąć po wsparcie, zaufać komuś, na kimś się oprzeć. Gdy coś tę fazę zakłóci, człowiek częściowo zatrzymuje się na tym etapie i w dorosłym życiu ma mniejszą gotowość, by eksperymentować, boi się zmian. Dlatego osoby ufne lepiej radzą sobie w nowych sytuacjach, mniej się stresują, zamartwiają; idą w nieznane, bo wiedzą, że sobie poradzą.

Mówi pani, że ważnym elementem postawy ufności jest zaufanie do kogoś. Znajomy terapeuta powiedział mi ostatnio, że nie ma czegoś takiego jak zaufanie w relacji. Mamy ufać sobie i brać za siebie odpowiedzialność, a nie obarczać nią drugiej osoby. Kontrowersyjna teza.
To, co się wnosi do związku, to styl przywiązania, czyli oczekiwania, które ludzie formułują co do kontaktu z innymi osobami. To znów kształtuje się na bazie relacji z pierwszym opiekunem. Jeśli opiera się na poczuciu bezpieczeństwa, mamy dobre wzorce. Wtedy zaufanie do partnera rodzi przekonanie, że jeśli się umówimy na coś, to ta osoba tego dotrzyma. Jeśli jestem nieufna, zaczynam ludzi wokół kontrolować, pilnować, sprawdzać. Na przykład dzwonię, żeby komuś przypomnieć, że się ze mną umówił, sprawdzam jego mejle, czy aby mnie nie zdradza itp. Jeśli komuś ufam, to znaczy, że wierzę w jego intencje i kompetencje. Słowem, uważam go za dorosłego człowieka. Są różne poziomy zaufania. Czasem mogę pozwolić komuś zaopiekować się sobą. Ale to nie jest obarczanie kogoś odpowiedzialnością za mnie. Dobra relacja jest wymianą. Ufamy, że kiedy jedno z nas będzie miało trudniejszy moment, partner go wesprze. Widzimy się wzajemnie wraz ze swoimi słabościami i wierzymy, że partner nie wykorzysta ich przeciwko nam.

Czyli zaufanie i kontrola to w jakimś sensie przeciwieństwa.
Nie da się ufać i kontrolować jednocześnie. Jest albo, albo. Żeby się na kimś oprzeć, trzeba oddać kontrolę. Ten sposób reakcji jest zapisany w ciele. Osoby kontrolujące są zwykle bardzo spięte, sztywne, nerwowe. Takie samo jest niemowlę, które płacze. Wypręża się, usztywnia. Kiedy dostaje jeść, jest mu ciepło, jego ciało mięknie, rozluźnia się, poddaje.

Robiłam ćwiczenie, które pokazuje, czy jesteśmy gotowi zaufać innym – stoi się tyłem do grupy osób i trzeba opaść do tyłu na ich ręce. Są ludzie, którzy tego nie potrafią.
A przecież ten, kto nie ufa, nigdy nie zdejmuje maski, nie odpuszcza kontroli, nie dozna miłości. Ludzie pod wpływem zranienia często się zamykają, przestają ufać innym. I w ten sposób chronią się przed bólem, ale też uniemożliwiają sobie szczęście. Zaufanie to klucz do miłości.

Czasem ludzie szukają kogoś, na kim można się oprzeć, kto ich bezpiecznie poprowadzi. Nauczyciela, guru. To też relacja oparta na zaufaniu.
Guru przypisujemy szczególne zdolności, niedostępne innym ludziom. Z tym należy bardzo uważać. By zachować autonomię w obecności autorytetu, trzeba mieć silne poczucie autonomii i naprawdę ufać sobie. Wyobraźmy sobie człowieka, który czuje się niepewnie, szuka drogi. I spotyka nauczyciela, który ma to wszystko w sobie – wie, jak żyć, zna drogę, jest pewny siebie, mocny, pięknie mówi. Istnieje niebezpieczeństwo, że ten pierwszy ślepo się w niego zapatrzy, będzie gotów zrobić wszystko, byle tylko iść z nim tą samą drogą. Bo ten nauczyciel zastępuje mu emocjonalnie rodzica, którego nie miał albo nie miał wystarczająco. Taki człowiek wchodzi w relację z pozycji dziecka, które samo nie umie zrobić kroku i ma przed sobą wszystkowiedzącego dorosłego. Więc się go ślepo słucha.

Bo ślepo mu ufa.
Dla dziecka rodzic jest panem tajemniczego, niepoznanego jeszcze świata, którego ono nie rozumie. Rodzic wszystko mu tłumaczy. Mówi: to jest most, a to jest rzeka. To jest prawda, a tamto nieprawda. Tak trzeba robić. I dziecko słucha. Dorosły, który częściowo zatrzymał się emocjonalnie na tym etapie rozwoju i chce uzdrowić tę blokadę, może nieświadomie pójść za takim człowiekiem, który mu się wydaje wszystkowiedzący. Z prawdziwie dziecięcą naiwnością, wiarą, że ten ktoś jest wszechmocnym czarodziejem, posiadł prawdę. Jeśli tak się stanie, nikomu to nie służy. Taki człowiek jest podatny na manipulacje. I wcale się nie rozwija.

Dlaczego?
Bo nie buduje siły w sobie, nie wzmacnia siebie, nie uczy się, tylko cały czas ma tę siłę na zewnątrz, w postaci tego człowieka, nauczyciela.

Widzę, że jest w ludziach – nie wiem, czy w Polakach szczególnie – tęsknota za takim oddaniem, bezgranicznym zaufaniem. Za autorytetem, który wie, co jest prawdą, powie, co jest dobre, a co złe.
Współczesny świat wydaje się coraz bardziej chaotyczny i niezrozumiały, wszystko się relatywizuje. I w zasadzie nie ma już niekwestionowanych autorytetów. Nic dziwnego, że szukamy pewności, gwarancji, kierunku. Ta tęsknota jest naturalna. Ale mamy też, a przynajmniej powinniśmy mieć, w sobie taką część, która rozumie, że nikt za nas naszej drogi nie przejdzie, że dobrze uczyć się od kogoś, słuchać, ale z jednym zastrzeżeniem – ostateczną odpowiedzialność za siebie bierzemy sami. Wspaniale jest korzystać ze wsparcia różnych nauczycieli, ale nie robić z nich guru.

Ja ufam nauczycielom, którzy zostawiają przestrzeń na własne doświadczenie. Mój nauczyciel movement medicine pięknie mówi, a na zakończenie często powtarza: Pamiętajcie, że nad moją głową jest napis: „This is not the truth” – to nie jest prawda objawiona. To jest moja prawda.
Ktoś, kto mówi: „To jest moja prawda, ale ty sprawdzaj, jaka jest twoja”, jest godny zaufania. Bo daje siłę, wolność. Po tym można poznać dobrego nauczyciela, który nie uzależnia od siebie uczniów, nie karmi się ich energią. Zaufanie nie zwalnia nas z odpowiedzialności za siebie, wręcz przeciwnie. Mamy zaufać komuś na tyle, żebyśmy dzięki jego wskazówkom mogli przejść sami przez most, a nie żeby ten ktoś nas przeniósł na drugą stronę, tam, dokąd sam chce.

Czyli warto też czasami nie ufać do końca?
By móc dogłębnie ufać, musimy doświadczyć też nieufności. Małe dzieci poznają różne prawdy z bajek. A w baśniach spotykamy się z morałami, że nie zawsze należy wszystkim ufać. Na przykład baśń o koźlątkach, w której mama koza mówi dzieciom: „Nie można ufać wilkowi, bo chce was zjeść, nie otwierajcie mu”. I koźlątka płacą życiem za naiwność, bo dają się nabrać wilkowi przebranemu za ich mamę. Dlatego warto uczyć się rozróżniać, gdzie jest bezpiecznie, a gdzie nie. Zdrowy krytycyzm to jest szczypta soli, która sprawia, że to, co dostajemy, jest smaczne, służy nam. Może pokazać nam na przykład, że ten nauczyciel jest wilkiem w przebraniu, choć wygląda tak wspaniale i mówi tak pięknie jak mama.

Poprzez zdrową nieufność uczymy się więc ufać sobie.
Uwewnętrznione zaufanie do siebie to według mnie nasz największy zasób. Czy nazwiemy go intuicją, wewnętrznym głosem, czy instynktem, trzeba się uczyć go słyszeć. I słuchać. To właśnie nazwałabym ufaniem sobie. Nie tylko swojej sile, wiedzy czy zdobytym umiejętnościom, lecz także ciału, odczuciom. Trzeba się tego uczyć. Nasza kultura, niestety, nas tego od dzieciństwa oducza. Dziecko, które czuje, że coś je boli, często słyszy od mamy: „Nic się nie stało, to nie boli”. I przeżywa dysonans. Wspaniale jest odzyskać głębokie zaufanie do samego siebie. Na poziomie duchowym to nic innego jak prowadzenie. Dziś coraz więcej ludzi szuka głębokiego spełnienia, własnej ścieżki. Pierwszym krokiem na tej drodze jest odzyskanie zaufania do samego siebie.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Na czym polega wychodzenie ze strefy komfortu?

Wyjście ze strefy komfortu jest niezbędne do rozwoju i realizacji marzeń. (fot. iStock)
Wyjście ze strefy komfortu jest niezbędne do rozwoju i realizacji marzeń. (fot. iStock)
Jesteś przekonana, że życie to walka? A gdyby tak uwierzyć, że szczęście ci sprzyja? Zaufać sobie i światu, wyjść ze strefy komfortu. Spróbuj!

Mamy różne upodobania i cele, ale tak naprawdę wszyscy kierujemy się tą samą zasadą: dążyć do przyjemności, unikać bólu. Lęk przed cierpieniem – choć często całkiem irracjonalny – bywa paraliżujący. Każe nam „nie wychylać się”, działać rutynowo, poruszać się po wyżłobionych koleinach... Tkwić w ograniczeniach, nie wykorzystywać swojego potencjału. Za przeciwieństwo lęku uważa się odwagę, ale bądź tu odważna, kiedy w brzuchu coś się zaciska, kiedy wszystko w tobie kurczy się na myśl o zagrożeniu!

Wielu ludzi żyje w przeświadczeniu, że świat to miejsce nieustannej walki i rywalizacji. Zaciskamy więc szczęki, przywdziewamy marsową minę i ruszamy do boju (chociaż kolana drżą). Wszystko zgodnie z filmową zasadą, że „twardym trzeba być...”. A można inaczej, na miękko właśnie. Pozwolić, odpuścić. Zobaczyć, co przyjdzie. Co odejdzie. Nie zatrzymywać niczego na siłę. Jeden z największych lęków dotyczy straty – kojarzymy ją z przejmującym, rozdzierającym wręcz bólem. Pamiętasz, co mówi na ten temat Antoine de Saint-Exupéry? „Jeśli coś kochasz, puść to wolno. Jeśli wróci – jest twoje. Jeśli nie – nigdy twoje nie było”.

Zaufanie do życia

Zaufanie nie oznacza naiwności. Nie musi też wiązać się z wielką odwagą. Kiedy ufasz, pozostajesz otwarta. Sprawdzasz różne warianty, żadnego z nich nie forsując. Płyniesz z nurtem. Ufać to nie przywiązywać się do rzeczy, ludzi, scenariuszy życiowych. Przyjąć, że wszystko, co nas spotyka, ma głęboki sens, otworzyć się na każde doświadczenie, jakie staje się naszym udziałem. Może będzie to cudowna niespodzianka, nagroda, może trudna lekcja. Zaboli, ale pozwoli dojść znacznie dalej, osiągnąć znacznie więcej. Ufać to pozwalać, by sprawy toczyły się swoim biegiem. Niekiedy ufną osobę uznaje się za niedojrzałą (bo ufne – czytaj: głupie – są tylko małe dzieci). A czasem ktoś podejrzliwy, węszący wszędzie podstęp, zyskuje miano rozsądnego...

Ufność nie znaczy, że wpuszczasz do mieszkania każdego, kto puka do drzwi, wierzysz w każdą cudowną ofertę. To wiara w pozytywny obrót zdarzeń, w to, że – nawet jeśli się trochę poobijasz – i tak spadniesz na cztery łapy. Że nie ma tego złego... Być może popełnisz błąd, ale akceptujesz go – po coś to było. Ufasz swoim decyzjom, odczuciom, pomysłom, instynktom, pragnieniom. Tak, ma to dużo wspólnego z optymizmem, ale też z poczuciem wartości. Z przekonaniem, że zasługujesz na wszystko, co najlepsze. Najlepsze dla twojego rozwoju.

Bo – żeby się rozwijać – musisz opuszczać swoją strefę komfortu. A jeśli się ociągasz, zostaniesz do tego przez życie „zachęcona”. Strefa komfortu to takie miejsce (przestrzeń psychologiczna), w którym funkcjonujemy na co dzień, celebrując nawyki i przyzwyczajenia, wykonując znane, dobrze opanowane czynności. Jest tam bezpiecznie, stabilnie. I trochę duszno. Ktoś porównał strefę komfortu do złotej klatki, za prętami której rozciągają się niezdobyte, niezwykle ponętne przestrzenie, pełne wspaniałych możliwości i nowych (również tych bardzo ryzykownych) wyzwań. Ale – co najważniejsze – gdzieś tam czekają nasze marzenia... „Wszystko, czego pragniesz, wszystko, czego chcesz, znajduje się poza strefą twojego komfortu” – twierdzi amerykański coach Zan Perrion. Żeby wychylić głowę za pręty, wypłynąć z przydomowego bajorka na szerokie wody, trzeba zaufać światu – że nie zażąda od nas wysokiej ceny za szczęście. Że nam sprzyja.

Przyjęcie takiej postawy sprawia, że odprężasz się, przestajesz główkować. Nagle rozwiązanie wyłania się samo. Dla niektórych to proste jak oddech. Dla innych to życiowe wyzwanie. Wolą spinać się, mocować, opierać, nigdy się nie poddawać. Tymczasem – jak mówi autor „Potęgi teraźniejszości” Eckhart Tolle – „Poddanie jest procesem czysto wewnętrznym. Nie oznacza ono wcale, że nie możesz zarazem na zewnątrz przedsięwziąć czegoś, aby zmienić sytuację. Gdy się poddajesz, właściwie nie musisz akceptować jej całej, lecz tylko niewielki wycinek sytuacji, zwany teraźniejszością”.

Ufność nie oznacza bynajmniej bierności. Nie jesteś jak listek na wietrze. Określasz preferencje, podejmujesz działania, tyle że nie przywiązujesz się do rezultatów. Będzie po twojemu – świetnie. Ułoży się inaczej – też dobrze. Widać świat ma dla ciebie coś lepszego. Albo miałaś czegoś doświadczyć, nauczyć się. Chodzi o to, żeby nie walczyć z nurtem rzeki, bo to bezproduktywne. Frustrujące, wyniszczające. Ale też, żeby nie stać jak widz na brzegu, udając, że sama świetnie sobie radzisz, że nie potrzebujesz żadnego nurtu, prądu, żadnej siły, która mogłaby cię wesprzeć. Niektórzy nazywają ją „siłą wyższą”. Inni po prostu życiem.

Łatwiej, prościej, lżej

Według rosyjskiego nauczyciela Vadima Zelanda, twórcy Transerfingu, większość naszych problemów bierze się stąd, że pewnym sprawom nadajemy zbyt dużą wagę. Niepotrzebnie wszystko komplikujemy, podczas gdy wystarczyłoby elastycznie i łagodnie podążać za zdarzeniami. – W przestrzeni wariantów jest wszystko, lecz największe jest prawdopodobieństwo urzeczywistnienia się wariantu najmniej energochłonnego – twierdzi Zeland. I zapewnia, że gdyby nie wyszukane strategie umysłu, gdyby nie bezproduktywne młócenie rękoma, moglibyśmy surfować bez najmniejszego wysiłku po falach życia: – Przyroda nie marnuje na próżno energii i nie ma skłonności do intryg.

Nie musimy więc trudzić się ponad miarę. Możemy pozwolić, by wszystko przychodziło nam z łatwością i lekkością. Upraszczać. Umysłowi bardzo trudno jest przyjąć taką „bezwysiłkową” wersję – on chce wciąż opracowywać szczegółowe rozwiązania. No właśnie – jest nieufny. Ale ty nie musisz go słuchać. Możesz podziękować mu za troskę, pozwolić, żeby trochę odpoczął. Wziąć głęboki oddech, rozluźnić się, uśmiechnąć. Taka postawa pomaga zrzucić niepotrzebne ciężary, uwierzyć, że wszystko jest takim, jakie być powinno.

  1. Psychologia

"Nie pozwalam" - jak wspierać dorastające dzieci?

"Tu, gdzie można, trzeba dawać wolność. Natomiast w sposób zdecydowany reagować wszędzie tam, gdzie eksperymenty mogłyby szkodzić." fot. iStock
Wbrew pozorom dorastających dzieci nie można traktować jak dorosłych. Zostawienie ich samym sobie jest jak porzucenie na środku rozszalałego oceanu – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko.

Jeden z kochających, mądrych ojców powiedział mi, że kontroluje dorastające dzieci, pilnuje, czuwa i chroni; nie ufa, że poradzą sobie same.
I bardzo słusznie. Młodzi ludzie są absolutnie nieprzygotowani na to, żeby mierzyć się z zagrożeniami naszej konsumpcyjno-technokratycznej cywilizacji. Są bezbronni. Mają tendencję do podążania owczym pędem; inni tak robią, więc będę robił i ja. Koledzy oglądają pornografię, próbują narkotyków, jeżdżą, gdzie chcą, są wolni, dlaczego ja mam nie spróbować? Ponieważ nie mają wystarczającego zasobu doświadczeń życiowych, nie są w stanie adekwatnie oceniać sytuacji. Oceniają albo przez pryzmat hormonów, albo buntu, albo mody, albo presji, którą wywierają rówieśnicy, albo wszystkiego naraz.

Jest taki film „Uprowadzona”, w którym ten temat jest bardzo dobrze pokazany. Główny bohater, ojciec, pracował w służbach specjalnych Stanów Zjednoczonych. Córka chce pojechać z koleżanką do Paryża. Wspiera ją matka, z którą mężczyzna jest rozwiedziony. Jego miłość wystawiona jest na próbę. Córka szantażuje go emocjonalnie. Ojciec, mimo że ma wiedzę o zorganizowanej przestępczości, o zagrożeniach, na które narażone są podróżujące dziewczyny, w końcu ulega, pozwala córce jechać. Szybko odkrywa, że w tej wyprawie nie chodzi o Paryż. Dziewczyna wraz z przyjaciółką jadą za ulubionym zespołem rockowym. Paryż jest tylko przystankiem. Dom, w którym mają się zatrzymać, jest pusty, ponieważ rodzina przyjaciółki wyjechała. Już na lotnisku namierza je naganiacz z przestępczej organizacji zajmującej się handlem kobietami. Widzimy naiwne dziewczątka, które opowiadają o sobie pierwszemu napotkanemu przystojnemu chłopakowi; że są same, w podróży, że jadą do domu, w którym nikogo nie ma. Obie zostają uprowadzone. Nie mają żadnych szans z wyrafinowaną, międzynarodową siatką przestępczą. Gdyby nie ojciec, jego wiedza, umiejętności, kontakty, ta podróż skończyłaby się dla jego córki fatalnie. Niestety, nie zdążył ocalić przyjaciółki. Ojciec ratuje córkę w bardzo dramatycznych okolicznościach, jak to w kinie akcji. W życiu takie happy endy raczej się nie zdarzają. To jest brutalny, przerażający film, niestety, nie tak daleki od realiów.

W tym filmie ogniskują się główne dylematy ojców. Filmowy ojciec wie, że to jest niebezpieczna podróż. Mówi: „Wiem, co się dzieje na świecie”, „Pojadę z wami”, „Nie pozwolę, żebyś ryzykowała swoim życiem”. Gdy w końcu pod presją godzi się na wyjazd córki, prosi, aby zadzwoniła po wylądowaniu w Paryżu i codziennie dzwoniła przed snem. Prosi o adres miejsca, gdzie dziewczyny planują się zatrzymać. Niestety, nie spotyka się ze zrozumieniem otoczenia. Słyszy, że ma obsesję, że nie może trzymać córki na smyczy, bo ją utraci. „Daj jej zasmakować życia”. „Niech poznaje świat”.
Młodzi ludzie nie zdają sobie sprawy z wyzwań, z ryzyka. Na nieszczęście mają często wygórowane wyobrażenia na temat swoich możliwości, siły, przebiegłości. To jest bardzo trudny okres w rozwoju młodego człowieka. Ojciec w tym momencie występuje w roli strażnika, opiekuna, który nie tylko wyznacza granice, lecz także chroni dzieci. Zostawienie ich samym sobie jest jak porzucenie na środku rozszalałego oceanu. Młodzi ludzie potrzebują latarni morskiej, doświadczonych żeglarzy, wiedzy na temat zasad ratowania się. Jakiś czas temu rozmawiałem z młodą kobietą, która wieczorem poszła do lokalu, żeby się odprężyć. Wypiła drinka i film jej się urwał. Pamięta coś jak przez mgłę. Na pewno było usiłowanie gwałtu. Niestety, to są realne zagrożenia, istnieją o krok.

W jaki sposób kontrolować bez stosowania przemocy, bez nadużywania władzy?
Dorastające dzieci szukają niezależności, wolności. Wszędzie tam, gdzie ich eksperymenty nie stanowią zagrożenia – na przykład nowa fryzura, nowy styl ubierania się, nowa dieta – nie ma konieczności ustalania restrykcyjnych ram. Tu, gdzie można, trzeba dawać wolność. Natomiast w sposób zdecydowany reagować wszędzie tam, gdzie eksperymenty mogłyby szkodzić. Alkohol, narkotyki, wyjazdy w nieznane są takimi zagrożeniami. Niestety, Polska jest krajem przerzutowym między Wschodem a Zachodem, Północą a Południem, jeśli chodzi o handel żywym towarem – kobietami, dziećmi. Gdyby córka przyjęła zbyt niefrasobliwą postawę, zadbałbym o dostarczenie jej danych dotyczących liczby zaginięć w ciągu roku w Polsce.

Następny temat to pornografia. Dorastające dzieci mają dostęp do wszystkiego poprzez Internet. Są oczywiście zabezpieczenia, ale wystarczy pójść do kolegi i temat jest odbezpieczony.
Nastolatek nie jest w stanie zintegrować swojej seksualności w sposób dojrzały. Pornografia jest dla niego jak narkotyk, ponieważ trafia na bardzo podatny grunt. Podczas burzy hormonalnej wszystko kojarzy się z seksem. Pornografia rozbudza tę sferę jeszcze bardziej. Wciąga, uzależnia. Gdyby użyć porównania do toru wyścigowego – biologiczna seksualność mknie z ogromną prędkością, psychika pozostaje z tyłu, nie nadąża. Pornografia angażuje ewolucyjnie pierwotne obszary systemu nerwowego. Reszta jest blokowana. Uwaga nakierowana jest na ekscytację, pobudzenie i mechaniczne rozładowanie. To może rozładowywać stres i napięcie, być ucieczką od codziennej szarzyzny, od szkoły. Wydaje się bardzo atrakcyjne, jednak w późniejszym życiu w sposób dramatyczny rzutuje na relacje.

W jaki sposób?
Ta sfera za bardzo dominuje. Mężczyzna uzależniony od pornografii przestaje widzieć w kobiecie człowieka. Widzi tylko to, co się dzieje. Żyje w schemacie: pobudzenie, rozładowanie, pobudzenie, rozładowanie. Marne szanse na rozwinięcie prawdziwej bliskości, emocjonalności, czułości, serdeczności. Z czasem potrzebuje coraz silniejszej, coraz bardziej udziwnionej stymulacji. Używa kobiet, które mają spełniać jego wyrafinowane zachcianki. Znam parę, która się rozstała, ponieważ jemu nie wystarczyło to, że się rozumieli, że było im ze sobą dobrze, bezpiecznie, seks się udawał. On chciał mocniejszych, intensywniejszych doznań. Właśnie takie pragnienia bardzo często są efektem przestymulowania w okresie dojrzewania.

Wygląda na to, że niewiele można tu zrobić. Nie można ochronić dorastających dzieci przed pornografią.
Nie pozostaje nic innego, jak rozmawiać na te tematy, budzić ze snu iluzji. Na przykład rozmawiać na temat struktury pornografii, typowych elementów, które się tam pojawiają, demaskować oszustwa. Choćby takie, że jeden stosunek trwa pół godziny, kobieta przeżywa dziesięć orgazmów, niezależnie od tego, w jakiej pozycji, a on przez ten czas w pełnym wzwodzie, wydajny. Albo: każdy z każdym i wszędzie, i od razu są tak dopasowani pod każdym względem, że ekstaza się nie kończy. Młodzi mogą nabrać przeświadczenia, że tak to właśnie w życiu wygląda.

Ojciec może powiedzieć do syna: „Nie martw się, nie musisz być tak wydajny. Ten film został posklejany z bardzo wielu ujęć. Przykro mi to powiedzieć, żałuję, że cię rozczarowuję. Kobiety też zachowują się inaczej i czego innego potrzebują. Prawdziwe zbliżenie, ekstaza, intymność przebiega inaczej. Wyjdź na ulicę, popatrz na dziewczyny, a potem wyobraź je sobie w pornosach. Pasują? Tu masz wyhodowane specjalne osobniki, ludzi wyspecjalizowanych w odgrywaniu pewnych ról. Do tego silikon, zabiegi, środki chemiczne, żeby utrzymać wzwód. To jest technologia, biznesowa maszyneria. Ludzie odpowiedzialni za rozpowszechnianie takich filmów są profesjonalistami w wielu dziedzinach – marketingu, reklamy, wywierania wpływu, technologii filmowej. Mogą zarabiać krocie dzięki temu, że tacy jak ty te filmy oglądają i uzależniają się. A skoro się uzależniają, jest szansa, że będą kupowali coraz więcej. Jesteś klientem, którego trzeba uzależnić na całe życie. Zgadzasz się na to? Ty, który tak dążysz do swobody, wolności, niezależności? To uważasz za wolność?”.

Znajomy ojciec, który zobaczył 15-letnią córkę z gołym pępkiem, powiedział: „Uważaj, chłopcy w twoim wieku myślą penisem, narażasz się”. Ale nie zabronił.
To najlepsze wyjście. Rozmawiać, pokazać zagrożenia, ale dać wybór.

A gdyby ta dziewczyna miała 13 lat? Kiedy ojciec może zabronić?
Do 16. roku życia ma taką, nawet prawną możliwość. Gdyby widział, że małoletnia córka wzbudza nadmierne zainteresowanie mężczyzn, że jest w niebezpieczeństwie, może i powinien zabronić.

Trudno zabronić. Córka zrobi, co zechce, gdy ojciec nie widzi.
Dlatego zawsze lepsze są rozmowy. Jednak w sytuacji zagrożenia trzeba użyć radykalnych środków, zatrzymać w domu, nie pozwolić. Trudno. Wbrew pozorom dzieci nie można traktować tak jak dorosłych. Troska o ich godność, szacunek dla nich – jak najbardziej. Trzeba poważnie traktować ich długofalowe dążenia, zainteresowania, wszystko, co im służy, nawet jeśli nie bardzo nam to odpowiada. Na przykład syn wybiera się na AWF, a ojciec marzy, żeby poszedł na prawo. Trzeba szanować ten wybór. Ostatnio jedna z matek powiedziała mi, że jej 15-letnia córka współżyje z rówieśnikiem, a ona to akceptuje „no bo skoro się kochają…”. Dorastające dzieci bardzo szybko zakochują się i odkochują, ćwiczą się w miłości. To są dopiero wprawki, próby, przygotowania, nie czas na współżycie.

Niełatwo być ojcem.
Niełatwo chronić dzieci przed iluzją, która jest im wpajana, że są wolni, mogą robić, co chcą, świat jest bezpieczny, a ojciec nie ma nic do gadania. Ojciec może sam zwątpić, przestać stawiać granice i egzekwować wymagania, wycofać się z roli opiekuna. To byłoby najgorsze, co mógłby zrobić, ponieważ wtedy zgodziłby się na daleko idące ryzyko. Dałby niejako przyzwolenie na takie zdarzenia w życiu dzieci, które będą brzemienne w skutki w ich przyszłości, a także w jeszcze dalszej perspektywie, ponieważ traumy i uzależnienia przenoszą się na kolejne pokolenia. Nie pozostaje więc nic innego, jak działać pod prąd różnym modom, stylom, sloganom. Nawet, jeśli mielibyśmy być oskarżeni o zaściankowość, ciemnogród czy cokolwiek innego - trudno, to jest wpisane w rolę ojca.

A zaufanie? „Tato, ty mi nie ufasz?” Dorastające dzieci rozbrajają ojca takim pytaniem.
Zaufanie polega na czym innym: ufam w twój potencjał, ufam naszej relacji, ale nie wymagam wszechwiedzy. To może być paradoksalna sytuacja. Gdy ojciec mówi: „Ufam swoim dzieciom”, wykazuje więcej naiwności niż one. Sam wtedy cofa się do wieku nastolatka. Byłoby oczywiście dobrze, gdyby ojciec miał dostęp do nastolatka w sobie z hormonami, z burzą i naporem, z wyostrzonym jak brzytwa krytycyzmem, z buntem przeciwko autorytetom. Ale jednocześnie – by miał dostęp do wiedzy i doświadczenia osoby dorosłej. Kontakt ze swoim wewnętrznym nastolatkiem pozwala mu lepiej rozumieć dzieci, budować z nimi więź, kontakt z dorosłym – nie ulegać chaosowi i szaleństwu. Jednak aby taki kontakt z różnymi częściami siebie budować, potrzebujemy czasu dla siebie, uznania, że to jest ważne, ma wartość. Nagrodą jest komfort: ponieważ lepiej rozumiemy, co przeżywają dzieci, możemy prawdziwie chronić je i wspierać.

  1. Psychologia

Trening odwagi w czterech krokach

Droga do odwagi wiedzie m.in. przez zmaganie się z własną wrażliwością. (Fot. iStock)
Droga do odwagi wiedzie m.in. przez zmaganie się z własną wrażliwością. (Fot. iStock)
W dzisiejszych czasach potrzeba śmiałych liderów. Oto trening odwagi w czterech krokach przygotowany przez Brené Brown z Uniwersytetu Houston, która od 20 lat zajmuje się badaniem emocji. 

1. Zmierz się z wrażliwością

„Droga do odwagi wiedzie przez zmaganie się z wrażliwością. Przytul tę niewygodę” – pisze Bené Brown w książce „Odwaga w przywództwie”.
Znaczenie, które autorka przypisuje wrażliwości, nie dziwi, bo poświęciła jej wiele lat badań i bestseller „Z wielką odwagą”. W proch rozbiła w nim popularne przekonania i mity, jak te, że wrażliwość oznacza słabość czy że zwycięzcy nie pozwalają sobie na nią. Nic bardziej mylnego – tylko dopuszczenie swojej wrażliwości pozwala być wewnętrznie spójnym i w konsekwencji budować zdrowe więzi. A bez tego nie sposób być autentycznym liderem. „Zdecydowanie warto wziąć sobie do serca myśl, że odwaga przywódcza zawsze kończy się tam, gdzie wyczerpuje się nam potencjał wrażliwości” – wyjaśnia badaczka.

Jednak bycie wrażliwym oznacza też wystawianie się na niepewność oraz podejmowanie ryzyka, więc wciąż jesteśmy skazani na zmaganie się z chęcią założenia zbroi, która wprawdzie jest w stanie uchronić przed zranieniem, poniżeniem i wykorzystaniem (choć na najgorsze i tak nie jesteśmy w stanie się przygotować), ale zarazem oddzieli nas od innych i uniemożliwi doświadczanie radości.

Brown definiuje zmaganie się z wrażliwością jako rozmowę, w której bez lęku bierzemy odpowiedzialność za swój wkład w sytuację i nastawiamy się na uważne słuchanie. Co pomoże liderowi w zmaganiach z wrażliwością? Badaczka wymienia m.in. empatię, ciekawość, życzliwość, odczuwanie wdzięczności i nagradzanie, zaangażowanie, mówienie wprost, rozpoznawanie i akceptowanie zbiorowych lęków oraz podejmowanie ryzyka. „Opanowanie umiejętności zmagania się z wrażliwością to zatem ciężka praca” – uprzedza autorka „Odwagi w przywództwie”. Jednak bez niej nie sposób zrobić kolejnego kroku na drodze ku odwadze, czyli żyć zgodnie z wartościami.

2. Bądź w zgodzie ze swoimi wartościami

„Odważni liderzy, którzy żyją w zgodzie z własnymi wartościami, nigdy nie milczą o trudnych sprawach” – twierdzi Brené Brown.
Co wynika z tego stwierdzenia? Ano, że przede wszystkim trzeba znać swoje priorytety, co wcale nie jest łatwe. W tym miejscu z pomocą przychodzi zawarta w „Odwadze w przywództwie” lista ponad 100 wartości (i miejsce na dopisanie kilku swoich). Autorka proponuje, by zacząć od zaznaczenia 15, z którymi się utożsamiamy, a potem skreślać je po kolei, aż zostaną… dwie. Powołuje się w tym na wyniki badań, które mówią, że największą gotowość do zmagania się z wrażliwością i do odważnego działania wykazują właśnie ci, którzy kierują się tak niewieloma wartościami. Jeśli robi się ich więcej, stają się raczej źródłem myślenia życzeniowego, a nie życiową busolą. A przecież chodzi o działanie! Jednak przejście od deklaracji do praktyki jest niełatwe. Badaczka radzi, by wcześniej zrobić plan (osobno dla każdej wartości), wykorzystując do niego następujący zestaw pytań: Jakie trzy zachowania mogłyby tę wartość wspierać? Jakie trzy ryzykowne działania mogłyby doprowadzić do sprzeniewierzenia się tej wartości? W jakich okolicznościach zdarzy mi się w pełni urzeczywistnić tę wartość? A o to dobrze jest zabiegać, bo choć trzymanie się zasad nie zawsze ułatwia podejmowanie decyzji, to daje siłę i pewność, dzięki którym możemy sami kierować własnym życiem.

3. Zdefiniuj zaufanie

To kolejny etap treningu odwagi według Brené Brown. By je opisać, badaczka posługuje się definicją Charlesa Feltmana, coacha i facylitatora z ponad 30-letnim doświadczeniem, dla którego zaufanie oznacza „świadome narażenie czegoś dla nas wartościowego na ryzyko wynikające z działań innej osoby”.

O zaufaniu trudno rozmawiać (bo jak powiedzieć komuś, że nie powierzyłoby się mu jakieś ważnej dla nas rzeczy czy sprawy?) i jeszcze trudniej je zdefiniować. Skoro jednak jest podstawą efektywnego działania zespołu, to warto określić, jakie zachowania będą się na nie składać. Brown proponuje katalog ukryty pod nazwą BRAVING (od pierwszych liter cech, które go tworzą). I tak: B oznacza poszanowanie granic (ang. boundaries), R – rzetelność (ang. reliability), A odpowiada za gotowość do przyznania się do błędu i poniesienia jego konsekwencji (ang. accountability), V wyraża dyskrecję (ang. vault – skarbiec, sejf), I wskazuje na wewnętrzną spójność, która stawia działanie zgodne z wartościami ponad wygodę (ang. integrity), N pozwala powstrzymać się od oceniania (ang. nonjudgement), G to doszukiwanie się najlepszych intencji w postępowaniu i słowach innych (ang. generosity – hojność).

4. Ćwicz sztukę wstawania

Ostatni krok na drodze do bycia odważnym to umiejętność podnoszenia się po porażce. I tak jak wcześniejsze – tak i tę kompetencję można wytrenować. Brown przyrównuje to do nauki padania na ziemię przez przyszłych spadochroniarzy.
„Nie można oczekiwać od ludzi, że będą wykazywać się odwagą i zaryzykują porażkę, jeśli wcześniej nie mieli okazji przygotować się na twarde lądowanie” - apeluje.
Ci, którzy mają za sobą takie doświadczenie, już wiedzą, że w razie niepowodzenia dadzą radę ponownie stanąć na nogi. „Opanowanie sztuki wstawania ma nam pomóc wrócić do równowagi po niepowodzeniu, błędzie czy zranieniu w taki sposób, abyśmy stali się dzięki nim mądrzejsi i mogli żyć z otwartym sercem”. Tacy liderzy są mniej zalęknieni oraz bardziej wyrozumiali dla członków zespołu. Rozumieją, że działanie niesie ryzyko, a błędy są nieuniknione. I tego muszą uczyć swoich współpracowników, zwłaszcza tych młodych, bo – jak zauważa autorka – rośnie wśród nich podatność na traumę, a maleje odporność psychiczna. Odwaga jest zaraźliwa i nie ma lepszej metody na rozwijanie kultury odważnego przywództwa, niż dawanie dobrego przykładu.

  1. Psychologia

Jak zacząć od nowa... nie rozstając się? Pytamy psychoterapeutę

"Wybaczanie polega na nierozpamiętywaniu tego, co się stało, na nieodgrywaniu wciąż tego samego "filmu" w różnych wersjach". (fot. iStock)
Nie rozstaliście się, ale - z różnych powodów - wasz związek wisi na włosku. Czy o wszystkim można zapomnieć i dalej żyć razem? Nawet o zdradzie, wiecznej krytyce lub kłamstwie? I co to są exit cards? Wyjaśnia psychoterapeuta Ireneusz Sielski. 

Kiedy żyje się razem, różne rzeczy mogą się zdarzyć i zagrozić wspólnemu szczęściu. Czy wszystko powinniśmy wybaczyć, na przykład zdradę? Wybaczyć można wszystko. Ale to nie znaczy, że należy wszystko zapomnieć. Pamięć jest nam potrzebna, by nie narazić się na ponowne zranienie. Wybaczenie jest po to, byśmy wszystkich wokół nie podejrzewali o złe intencje i nie cierpieli. Ważne także, by pamiętać, że wybaczyć to nie znaczy żyć dalej razem z kimś, kto nas skrzywdził. To dwie zupełnie osobne kwestie.

Proces wybaczania zwykle trwa długo. Nie wystarczy powiedzieć: „OK, wybaczam ci” i po sprawie. Negatywne myśli wracają, nie da się ich od razu wykasować. Weźmy taki przykład: Adam zdradził Anię. Główny problem polega na tym, że to, co się stało, rujnuje im dotychczas znany świat. W momencie, w którym Ania dostała e-maila od jego kochanki, opatrzonego jednoznacznymi zdjęciami, straciła świadomość, kim jest. Wierzyła w swoją intuicję, w szczęście, a nie przewidziała tego, co się stało, więc nie może już ufać sobie, nie może ufać losowi. Nie chce wierzyć też w to, w co wierzyła – w uczciwość Adama. Musi od nowa budować przekonania na temat tego, kim sama jest, kim jest Adam i jaki jest świat. To szok i dlatego ważne jest, by nie zamiatać zdrady pod dywan.

Nie lepiej wykrzyczeć żale i już do tego nigdy potem nie wracać? Adam na pewno chciałby jak najszybciej o tym zapomnieć. Mówi: „przepraszam, źle zrobiłem, to się nie powtórzy” i oczekuje, że Ania mu przebaczy, zapomni i da spokój. Jednak to nierealne, osoba zdradzona będzie przypominać sobie o zdradzie z byle powodu, na przykład gdy ten, kto zdradził, spóźni się, nie odbierze komórki, pójdzie do pracy czy wróci o nietypowej porze albo jakoś dziwnie spojrzy…

Zdradzona osoba ma do tych podejrzeń prawo. Nie może być tak, że ma milczeć, skoro wybaczyła, ona musi mieć szansę mówić o tym, co czuje i myśli – tyle, ile tylko potrzebuje. I do niej należy decyzja, jak długo to potrwa. Podejrzliwość wobec tego, kto zdradził, jest uzasadniona i on musi poczekać, popracować nad tym, żeby odbudować zaufanie do siebie. A to się stanie, gdy właśnie Ania przestanie wciąż o tym myśleć i mówić. To będzie znak, że naprawdę wybaczyła.

Rozpamiętywanie ma sens? Jeżeli zamieciemy pod dywan zdradę, oszustwo, cokolwiek ważnego, możemy być pewni, że one powrócą. Wcześniej czy później, bo żyjąc razem, uczymy się nawzajem, co nam wolno, a czego nie. Więc jeżeli mówimy: „nie ma sprawy”, to dajemy przyzwolenie na skok w bok.

Często wtedy dajemy to przyzwolenie także sobie. Tak jak pewien mężczyzna, który powiedział do swojej żony: „W porządku, rozumiem, zdradziłaś mnie. A więc ja teraz mam też do tego prawo”. Ale jego żona była tym bardzo poruszona „Jak to – masz prawo?!”. Jego postawa oddaliła ich od siebie jeszcze bardziej, bo on w miejsce odbudowania relacji i zaufania zaproponował wymianę.

A ja słyszałam, że podobno za zdradę należy się zadośćuczynienie, na przykład bransoletka, dobre perfumy, auto… To byłoby jak zapłacenie mandatu. A najważniejsze jest odbudowanie zaufania. Powiem tak: jak dziecko nabałagani, możemy je ukarać tym, że nie będzie oglądać telewizji, ale powinno przede wszystkim posprzątać swój bałagan, bo tak naprawdę na tym polega kara. Taka sama zasada obowiązuje w wypadku zdrady. Jeżeli facet był niewierny, to ma już nie zdradzać, a nie kupować żonie futro! Prezent zawsze może jej zrobić bez zdradzania, po prostu dlatego, że kocha. Jeśli nabałagani w ich wspólnym życiu, to przede wszystkim ma być cierpliwy, zapewniać o swojej miłości, unikać sytuacji, które mogłyby wzbudzić podejrzenia, że znów z kimś romansuje. Może będzie musiał starać się rok, a może nawet dłużej, to sprawa indywidualna. Konsultacje u psychoterapeuty mogą ten proces usprawnić.

A jeśli chcemy wybaczyć i nie możemy? Znam parę, która od lat katuje się wypominaniem zdrady. Bo to trudne: zaakceptować stratę, której doświadczyliśmy, stratę naszego wyobrażenia o idealnym partnerze, który nigdy nie zdradzał. Trudno zaakceptować to, że oboje jesteśmy ułomni. Zbudowanie świadomości, że moje życie nie jest idealne, to długotrwały proces. Ale też początek życia w realnym świecie, a nie w fikcji czy marzeniach. Kiedy nam się to uda, możemy zacząć kochać tego drugiego człowieka takim, jakim jest, ze świadomością jego wad, a nie dlatego, że go idealizujemy.

Jeśli chcemy wybaczyć i nie możemy, bo wciąż myślimy o tym, co się stało, potrzebna jest decyzja: „chcę wybaczyć”, podobna do tej, jaką podejmujemy, gdy na przykład postanawiamy rzucić palenie. To normalne, że nadal czuję ból, myślę o kochanku partnerki, zastanawiam się, czy ona o nim myśli? Ale podjęta decyzja: „wybaczam” powoduje, że zaczynam kontrolować swoje myśli, uświadamiam sobie, że to tylko wspomnienia, przeszłość. Ale nawet jak wybaczę, mogę czasem poczuć smutek.

A gdy partner nas oszukał? Na przykład w sprawie pieniędzy. Kłamstwo, tak samo jak zdrada, to poważna sprawa. Nie chodzi o to, że ktoś zostawił sobie sto złotych, zamiast wpłacić je na wspólne konto. Suma nie ma znaczenia, chodzi o sam fakt oszustwa. On nie przeprasza za sto złotych, tylko za to, że nie powiedział prawdy. Jak mu więc zaufać? Myślimy wtedy: „Hm… może on już wiele razy złamał zasady, ale to nie wyszło na jaw? A teraz wyszło?”.

Ale czy można wybaczyć komuś, kto nie czuje się winny? Facet, który przegrał w kasynie pieniądze odkładane na dom, może się bronić: „byłaś niedobra, więc chciałem odreagować”, ale to tylko manipulacja. Trzeba zawierzyć swojej intuicji: czy mogę zaufać temu człowiekowi jeszcze raz, czy to ma sens? Niektórzy ludzie są po prostu nieuczciwi i nie warto budować z nimi przyszłości. Przebaczenie to nasza praca nad sobą, nasza decyzja. Ważna nawet wtedy, gdy chcemy się rozstać. Bo też wybaczenie nie jest równoznaczne z zaakceptowaniem tego, co się stało.

Na czym więc polega wybaczenie? Na nierozpamiętywaniu tego, co się stało, na nieodgrywaniu wciąż tego samego „filmu” w różnych wersjach, na braku potrzeby rewanżu. Na tym, że mogę normalnie pracować, śmiać się, bawić z przyjaciółmi. Choć czasem czuję smutek, ale on nie przeszkadza mi normalnie żyć. Na przykład Ania z początku naszej rozmowy, mimo złych doświadczeń z Adamem, nie uznaje za łajdaka każdego mężczyzny, którego spotka. A więc to ona decyduje o swojej przyszłości, o nowych związkach. Ona, a nie to, co się kiedyś wydarzyło. Jeśli by nie wybaczyła, straciłaby kontrolę nad własnymi myślami i życiem. Na przykład nie mogłaby pracować, bo jej myśli wciąż zaprzątałby Adam („Jak on mógł mi coś takiego zrobić?!”). Przebaczenie jest tak naprawdę dla nas. To my uwalniamy nasze myśli i potencjał, by przeżywać swoje życie po swojemu. Prześladowca przestaje mieć wtedy nad nami kontrolę.

Nie przebaczając, stajemy się ofiarą nieprzebaczenia. Wybaczyć to znaczy zintegrować się ze sobą, nie pozwolić, by kierowała nami krzywda. A więc gdy patrzymy na nowo poznaną osobę – nie doszukiwać się w niej byłego męża, który zdefraudował majątek, czy ojca, który bił. Wtedy pojawia się otwartość na ludzi i świat. Wybaczyć to uwolnić się od cierpienia, ale nie od pamięci. Pamięć pomaga nam ochronić się przed ponownym zranieniem, wychwycić sygnały, które mówią, że ten facet będzie bezwzględny jak były mąż. Kiedy wybaczamy, oceniamy racjonalnie, nie podejrzewamy wszystkich bez powodu.

Czy jest coś, co jednak zawsze kończy związek? Każdy związek ma swoje exit cards, czyli karty wyjścia. Jeżeli znajduje się pośród nich zdrada, to gdy partner „użyje” tej karty, oznacza to koniec. Ale też koniec nie jest równoznaczny z brakiem przebaczenia. Skoro on zdradził, to ona może nie chcieć się z nim zadawać, ale mimo to może mu wybaczyć, by żyć normalnie i w kółko o tym nie myśleć.

Brak nam umiejętności, woli czy odwagi, by powiedzieć: „przepraszam”, „wybaczam”? Przypomina mi się małżeństwo z czteroletnim stażem i rocznym dzieckiem. W pewnym momencie ona odeszła, zabrała dziecko i powiedziała, że nie wróci. On trafił do mnie: „Nie wiem, dlaczego odeszła. Starałem się być dobrym mężem, ojcem, a ona powiedziała, że mnie nienawidzi i nie będzie ze mną. Nie wiem, jak do niej dotrzeć, ale myślę, że najlepiej, jak skupię się na dziecku”. Powiedziałem: „Absolutnie nie, zacznij się interesować żoną: co jej potrzeba, o co jej chodzi? Co zrobiłeś, że odeszła?”. On na to: „Ale co z dzieckiem?”. Odparłem: „Nie przejmuj się teraz dzieckiem, jest pod opieką matki”. Wiedziałem, że nie chodzi o dziecko, ale o jego relacje z żoną i miałem nadzieję, że jeszcze są na tym etapie, że mogą się dogadać. On przychodził do mnie jeszcze kilka razy sam, nim przyprowadził żonę. Ona zaczęła się zastanawiać, czy do niego wrócić. Zawsze rozmawiam z drugą stroną, więc ona na osobności opowiedziała mi swoją wersję. Jej mąż to fajny facet, troskliwy, dbający, ale jednocześnie dumny i dość narcystyczny. Krytykował innych, jacy są beznadziejni, a na niej to robiło złe wrażenie i coraz mniej go lubiła za to, że wszystkich traktuje z góry. Również ją: „Jak ty się ubrałaś, dlaczego nie posmarowałaś się kremem i teraz jesteś cała czerwona?!”. W końcu powiedziała: „Dosyć tego, nie mogę z tobą żyć”. Ale dzięki temu, że on zaczął się o nią troszczyć, pytać o zdanie, dowiadywać, co lubi, zechciała do niego wrócić. Ale zanim wyszli na prostą, ona napisała list. Zawarła w nim wszystko, co jej leżało na sercu. Kiedy on przeczytał ten list, obiecał, że będzie się zachowywał inaczej.

Trudno napisać list do kogoś, kto nas zranił? Bardzo, bo osoba skrzywdzona często myśli, że to, co dobre, jej się nie należy, że ci, którzy ją skrzywdzili, mieli rację: „Gdybym inaczej postąpiła, może oni by tego nie zrobili?”. Zazwyczaj też boi się, bo ci, którzy zadawali jej ból, zawsze mieli nad nią władzę. Pierwsi byli rodzice, a do nich nawet odezwać się nie mogła, więc jak teraz ma oskarżać?

Trzecia trudność to pisanie o swoich uczuciach. Łatwiej pisać o tym, że ktoś coś zrobił, niż co wtedy poczuliśmy, bo wówczas ból znów się pojawi. Ponowny kontakt ze swoim cierpieniem jest bardzo trudny. Dlatego taki list to nie jest prosta ani jednorazowa sprawa, pomaga wtedy, gdy jest elementem psychoterapii.

 

Ireneusz Sielski - psychoterapeuta z Warszawskiego Ośrodka Psychoterapii i Psychiatrii, specjalizuje się w problematyce konfliktów rodzinnych, małżeńskich oraz pracy nad indywidualnym rozwojem.

  1. Psychologia

Czy możemy stworzyć stałą i szczęśliwą relację, nie zakochując się w drugim człowieku?

Trzeba wiedzieć, że zakochanie to stan umysłu analogiczny do stanu psychotycznego. (Fot. iStock)
Trzeba wiedzieć, że zakochanie to stan umysłu analogiczny do stanu psychotycznego. (Fot. iStock)
Nie chcę ostatecznie przekreślać wartości zakochania, ale prawdę mówiąc, ono zbyt wiele nam w przyszłości nie gwarantuje. Jeśli krok, a najlepiej kroczek za nim nie wyruszy w tę podróż racjonalny umysł, taki związek może długo i szczęśliwie nie potrwać, mówi Iza Falkowska-Tyliszczak, psychoterapeutka.

Czy to prawda, że możemy stworzyć trwałą i szczęśliwą relację, nie zakochując się w drugim człowieku? Zakochanie jako niezbędny tego warunek jest przereklamowane, a może to nawet mit wart obalenia?
Pewna dziennikarka mieszkająca w Toronto, Reva Seth, napisała nawet książkę  zatytułowaną „First Comes Marriage...”. Pisze w niej o dużym znaczeniu decyzji i racjonalności w miłości. Zgadzam się z tym poglądem. Trzeba wiedzieć, że zakochanie to stan umysłu, który jest analogiczny do stanu psychotycznego.

To znaczy?
Mówiąc wprost, to rodzaj szaleństwa, zwykle szaleństwa we dwoje, folie à deux, czyli takiego, które w dużej mierze jest indukowane. Więc nie dość, że szaleństwo, to jeszcze zaraźliwe. I o ile dwoje ludzi ma dobre, zdrowe doświadczenie z dzieciństwa, można ufać, że owo zakochanie oznacza wybór kogoś „odpowiedniego”, bowiem zakochanie to w dużej mierze odnajdywanie czegoś, co znamy. Kłopot w tym, że gdy nasze doświadczenia wczesnodziecięce były trudne, a jak wiemy, to nie zdarza się rzadko, wtedy odnalezienie czegoś nam znanego tożsame jest z odnalezieniem czegoś złego. Stąd na przykład córki alkoholików tak często zakochują się w pijących mężczyznach.

Chcesz przez to powiedzieć, że z zakochaniem trzeba uważać?
Warto być ostrożnym. Zauważ, że dość powszechnym zwyczajem jest przedstawianie poznanego człowieka, w którym się zakochujemy, swoim bliskim: rodzinie, przyjaciołom. To nie jest zwyczaj, który nic nie znaczy…

Chodzi o to, by rzucił na niego okiem ktoś aktualnie poczytalny?
Tak, na przykład zaufana przyjaciółka, która powie: „To jest do sensu” lub „coś się tu bardzo nie zgadza”. Ale by sprawę skomplikować, powiem, że racjonalne podjęcie decyzji o budowaniu związku bez żadnego czynnika emocjonalnego nie jest możliwe. To znaczy, jeżeli chcesz dokonać wyboru jedynie na podstawie skonstruowanej tabeli z plusami i minusami potencjalnego partnera, zawsze będziesz w stanie znaleźć tyle punktów po obu stronach, by one się zrównoważyły. Więc niezbędny jest choćby mikroczynnik emocjonalny, by waga opowiedziała się ostatecznie po jednej ze stron. Ale… w drugą stronę jest jeszcze trudniej – ekstremalnie ciężko o dobrą relację, jeśli to jest wyłącznie czynnik z obszaru emocji. Związanie się z kimś bez racjonalnego oglądu sytuacji, bez odpowiedzi na pytanie, jakie są twoje priorytety w życiu, daje wielkie prawdopodobieństwo, że taki związek będzie krótkotrwały bądź nieszczęśliwy.

Zakochanie nie gwarantuje zbyt wiele w przyszłości. (Ilustracja: Anna Rudak) Zakochanie nie gwarantuje zbyt wiele w przyszłości. (Ilustracja: Anna Rudak)

Przynajmniej od kilku kobiet usłyszałam, że, owszem, motyle w brzuchu są cudowne, ale ich relacje, które zaczynały się tym porywem serca, kończyły się zwykle porażką i bólem. Dlatego one, myśląc o związku „na życie”, całkiem świadomie zdecydowały się zrezygnować z tej iskry i zbudować relację z kimś, z kim tego ognia nie poczuły. Niektórzy nazywają to wyrachowaniem, mnie to słowo nie pasuje, choć, oczywiście, można powiedzieć, że jest to jakiś rodzaj kalkulacji…
Być może mało to romantyczne, co powiem, ale bez tego, co nazywasz kalkulacją, udany związek w ogóle nie jest możliwy. Bo jeśli chodzi ci o długotrwałą relację, niezbędne jest wnikliwe przyjrzenie się, z kim masz do czynienia. Dobrze układają się trwałe są związki, w których nie oszukujemy się, jest wiele podobieństw co do statusu społecznego, pochodzenia, światopoglądu, poziomu wrażliwości, urody. To te relacje mają największe szanse.

No tak, a gdy jesteśmy zakochani, wydaje nam się, że zostaliśmy zerwani z tego samego drzewa i zmierzamy dokładnie w tym samym kierunku, magia po prostu…
Właśnie, wydaje nam się… Nie chcę przekreślać ostatecznie tego błysku, ale prawdę mówiąc, on zbyt wiele nam w przyszłości nie gwarantuje. Jeśli krok, a najlepiej kroczek za nim nie wyruszy w tę podróż racjonalny umysł, może to długo i szczęśliwie nie potrwać. Ale odwróćmy tę sytuację i spójrzmy na związki aranżowane, które od wieków powstają w wielu kulturach. Jeśli nie jest to toksyczna relacja 13-letniej dziewczynki z 60-letnim mężczyzną, jeśli to nie jest rodzaj usankcjonowanego obyczajem gwałtu, to można pomyśleć, że przy dobrej woli obu stron jakiś rodzaj wzajemnej fascynacji, nie tylko miłości, ale fascynacji właśnie, pojawi się z czasem między dwojgiem połączonych odgórnie osób. I tak się często dzieje. Zresztą, co ciekawe, profesor Bogdan Wojciszke, czyli znawca związków miłosnych, badacz miłości, pisze tak: „Gorące uczucia można wykrzesać z siebie na życzenie. Nawet do kompletnie nieznanej osoby”.

To by nam dawało dużą szansę…
To znaczy, że jest rodzaj sprzężenia między myśleniem, wyborami a uczuciami. I to na szczęście jest sprzężenie zwrotne. Można zarażać się wspomnianą chorą fascynacją, ale można też oprzeć się na tym mechanizmie i wykorzystać go w „zdrowy” sposób. To znaczy, jeśli masz do czynienia z mężczyzną, który daje ci wyrazy uczucia, to, oczywiście, nie ma pewności, ale jest duże prawdopodobieństwo, że w sposób naturalny też tym samym odpowiesz. I teraz nasuwa mi się na myśl moja ulubienica Barbara Niechcic i historia klasycznego małżeństwa z rozsądku. Otóż jest Barbara i jest Bogumił. Barbara w gruncie rzeczy kocha się romantycznie w niejakim Tolibowskim. Prawie wszyscy pamiętamy tę filmową scenę, w której Tolibowski wchodzi do wody i zrywa dla Barbary nenufary…

My, kobiety, wzdychamy wtedy przed ekranem…
Tylko że ten romantyk Tolibowski wcale Barbary nie chce, a ta wychodzi za mąż za Bogumiła. Z jednej strony na niego narzeka, ale z drugiej strony – to z nim jest, jemu rodzi dzieci, od niego dostaje wsparcie. Narzeka na niego, ale jednocześnie też go wspiera i to właśnie między nimi tworzy się relacja, więź. Idąc dalej tym tokiem, moja znajoma mawia, że każda z nas ma swojego „Tolibowskiego”, do którego wzdycha. Argumentem, który ludzie często podają podczas rozstania, jest to, że jedno z partnerów mówi: „zakochałem się”. Na pozór to jest argument, z którym trudno dyskutować, ale w gruncie rzeczy to argument bardzo tani… Bo czy spotkanie „Tolibowskiego” aby na pewno jest wystarczającym powodem, by się rozwodzić? Ten platoński mit drugiej połówki pomarańczy, co cię znajdzie pośród milionów i tak olśni, uczynił ludziom strasznie dużo szkód. Bo bardzo łatwo spotkać się po tej „chorej” linii.

No właśnie, ów mit funkcjonuje w historii, w literaturze od tysięcy lat, tylko wszyscy wiemy, że ta wielka romantyczna miłość zwykle źle się kończyła. Skąd się właściwie wzięła w kulturze Zachodu ta współczesna „moda”, że chcemy łączyć się w pary w oparciu o to przereklamowane zakochanie?
Połączyłabym to z rozwijaniem się kultu indywidualizmu i w pewnym sensie hedonizmu. Takiego stosunkowo nowego przekonania, że życie jest po to, żeby być szczęśliwym. Łączę to też z komercjalizacją życia. Do początku XX wieku małżeństwa aranżowane były powszechne i przeważały w krajach muzułmańskich, w Indiach, Europie, Japonii. Czyli prawie wszędzie.

A potem Zachód wymyślił sobie, że świat ma nas uszczęśliwiać, więc drugi człowiek jako element tego świata także.
Tu chodzi nie tylko o to, że jesteśmy przekonani, że życie jest po to, żebyśmy byli szczęśliwi. Chodzi także o dość specyficzny sposób rozumienia tego szczęścia. No bo można pomyśleć, że szczęście daje jakiś rodzaj uważności na innych ludzi czy jakiś rodzaj oddania ważnej sprawie, ale tutaj wyraźny akcent jest taki: szczęście to doraźne zaspokajanie własnych potrzeb.

I dopiero zraniona mizernym efektem wielkiego olśnienia jestem gotowa zbudować relację w oparciu o coś innego: przyjaźń, poczucie bezpieczeństwa. Choć zwykle i tak wychowana w kulcie „ja, ja, ja” wciąż z tyłu głowy mam przeświadczenie, że tym samym czegoś wyjątkowego siebie pozbawiam.
Tu jest jeszcze jedna ważna kwestia: czy za tą moją decyzją stoi cynizm. Bo ta kalkulacja może być lub nie być pozbawiona dobrej woli. Jeśli myślę w kategoriach wygody, komfortu życia, kwestii materialnych, statusu społecznego, to jest czysty cynizm. Ale jeśli nie takie są intencje i chodzi tylko o brak tej „iskry”, to powiem dosadnie, że z biologicznego punktu widzenia ta wychwalana pod niebiosa iskra jest jedynie po to, by począć i odchować potomstwo. Zakochanie mija. I to szybko mija. Więc niezależnie od tego, czy ono było, czy nie, to konieczna jest świadoma decyzja i umiejętność, nabywana drogą praktyki, pielęgnowania relacji w taki sposób, by powstały bliskość, intymność.

Czyli można sobie spokojnie to zakochanie darować… Ale ono podobno potrzebne jest nam jeszcze do czegoś. Kiedy w związku pojawiają się kryzysy, terapeuci mówią, że odwołanie się wtedy do tego pierwszego etapu ułatwia przejście przez rafy.
Ważne, by związek miał pulę dobrych doświadczeń, ale naprawdę nie zaliczają się do nich jedynie motyle w brzuchu. Dobre doświadczenie to każda sytuacja, w której czułaś się bezpiecznie przy partnerze, kiedy czułaś, że on ciebie rozumie, kiedy wspólnie śmialiście się z czegoś, kiedy zwyczajnie było wam przyjemnie. Niemodnie jest o tym mówić, ale powiedzmy też o czymś takim jak dobro. Nie tylko zakochanie ma moc, wielką moc ma także to, że ktoś jest dla nas dobry. Po prostu, a może aż wzruszająco dobry, że nam chce się być dobrym dla niego.

A czy ten brak iskry nie utrudnia udanego zbliżenia fizycznego, seksu między dwojgiem ludzi?
Oczywiście, trudno wyobrazić sobie dobrą relację, kiedy ta druga osoba jest dla nas na poziomie fizyczności odrażająca. Ale nie tylko z zakochania może płynąć pociąg fizyczny, lecz też z jakiegoś przytomnego oglądu rzeczywistości. To znaczy, ten mężczyzna mi pasuje, ma cechy, które są dla mnie istotne, dla jednej z nas to będą dłonie, dla innej wzrost itd. Przecież ludzie uczą się nawzajem tego, co ich w seksie pociąga, wnoszą różne rzeczy. Też bardzo ważne jest to, w jaki sposób seksualność traktujemy, czy to dla nas coś w stylu american psycho, kiedy drugi człowiek jest w gruncie rzeczy traktowany jak przedmiot do zaspokajania moich potrzeb, czy w seksualności kluczowa jest dla nas intymność. Te fajerwerki naprawdę nie są nam do życia tak strasznie potrzebne. Tym bardziej że w nich ukryta jest jeszcze jedna pułapka. Ten błysk zawiera w sobie automatycznie oczekiwanie jakiejś bajkowej wręcz niesamowitości. I to bardzo eskaluje oczekiwania. A co za tym idzie – nieuchronnie prowadzi nas do rozczarowania. Ta postać, ten człowiek, poprzez nasz stan zakochania, znajduje się na piedestale. Pojawia się gigantyczna idealizacja, a jak wiadomo, w parze z nią idzie dewaluacja. I nagle okazuje się, że…

…to jest „tylko” zwykły człowiek.
W życiu liczy się akceptacja faktu, że nie można mieć wszystkiego. Niezależnie od tego, jak wielka fala zakochania zaleje nas na początku czy też nie zaleje nas wcale, to drugi człowiek, z którym jesteśmy w bliskiej relacji, prędzej czy później będzie dla nas dolegliwie irytujący i męczący poprzez swoją inność.  Jednak jeśli kochamy tę osobę, znajdziemy w sobie przestrzeń i tolerancję, by tę odmienność znieść. I to jest realne życie. I w tym realnym życiu zakochanie naprawdę nie odgrywa żadnej roli. Chodzi mi teraz po głowie Mickiewicz: „Gdy cię nie widzę, nie wzdycham, nie płaczę,/Nie tracę zmysłów, kiedy cię zobaczę;/Jednakże gdy cię długo nie oglądam,/Czegoś mi braknie, kogoś widzieć żądam;/I tęskniąc sobie zadaję pytanie:/Czy to jest przyjaźń? Czy to jest kochanie?”. Pozostanę przy tym, że to jest kochanie… Nie trzeba tracić zmysłów, by stworzyć wartościową relację.