1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Narażając się na towarzystwo toksycznych ludzi niepotrzebnie cierpimy

Narażając się na towarzystwo toksycznych ludzi niepotrzebnie cierpimy

Badania psychologiczne dostarczają nam wiele przykładów na to, jak chętnie bierzemy na siebie odpowiedzialność za różne krzywdy, jakie nas spotkały. (fot. iStock)
Badania psychologiczne dostarczają nam wiele przykładów na to, jak chętnie bierzemy na siebie odpowiedzialność za różne krzywdy, jakie nas spotkały. (fot. iStock)
Cierpienie uszlachetnia? A co nas nie zabije, to nas wzmocni? Według niektórych — dwie bzdury ubiegłego stulecia. Toksycznych ludzi spotkamy na swej drodze i trzeba sobie z nimi radzić. Także z tym złośliwcem, którego czasem widzisz w lustrze.

W czasach Karola Wielkiego żył mędrzec Hraban Maur, który rozważał celowość istnienia komarów, istot wielce dokuczliwych. Otóż twierdził, że opatrzność stworzyła je, żeby dać nam okazję do ćwiczenia się w pokorze. – Ale oczywiście, gdy któryś z tych darów opatrzności próbował go ukąsić, bez wielkich ceregieli go zabijał – mówi dr Adam Aduszkiewicz, filozof i couch, z którym rozmawiam o zagadnieniu radzenia sobie z ludźmi toksycznymi: podłymi, wrednymi, destruktywnymi. – Jeśli oczekuje pani ode mnie, że powiem, że spotkanie z takimi ludźmi, to dar opatrzności, która ofiaruje nam szansę, by rozwinąć w sobie pokorę, miłość, empatię i tak dalej…, to nic z tego. Tak jak nie pozwalamy, żeby gryzły nas komary, tak nie możemy pozwolić, żeby nas dręczono.

Wyrażony ból

Anna, studentka ekonomii cierpiała od lat na bulimię. Nigdy nie czuła się kochana i akceptowana. W jej domu drwiło się z tego, co dla niej było ważne. Kiedy przyniosła z podwórka gołębia ze złamanym skrzydłem, rodzice wyśmiali ją, a ojciec wyrzucił ptaka na śmietnik. Anna często czuła smutek i rozpacz. Ponieważ nikt nie chciał jej zrozumieć, zdarzało się, że wybuchała złością. Dostała od rodziny etykietkę „ta trudna i z problemami”.

Trafiła na psychoterapię. Po kilku miesiącach leczenia, podczas domowej awantury, Anna wpadła w złość i stłukła lustro. Wielki huk, dużo bałaganu. Wiele osób w takiej sytuacji  w poczuciu winy stara się sprzątnąć dowody swojego „szaleństwa” i jak najszybciej kupić nowe lustro. Anna tego nie zrobiła. Mimo krzyków otoczenia miała odwagę nie sprzątnąć szkła. Przez chwilę przyglądała się roztrzaskanym kawałkom, a potem ułożyła je w mozaikę.

– W tym momencie zaczął się proces jej zdrowienia. Anna zobaczyła siebie z innej perspektywy. Już nie tylko jako rodzinną niszczycielkę-dziwadło. Stanęła po swojej stronie, zrobiła dla siebie to, czego nie zrobili jej bliscy – zaciekawiła się sobą, tym, co czuje i myśli, co spowodowało wybuch destrukcji – mówi psychoterapeutka Aneta Bartnicka-Michalska.

Chcielibyśmy wierzyć, że cierpienie w dzieciństwie może na coś się przydać. Ale tak nie jest. – Jeśli jako dzieci nie byliśmy kochani, w dobry, akceptujący i wspierający nasz rozwój sposób, w dorosłym życiu nie potrafimy mówić, czego pragniemy i z czym się nie zgadzamy – mówi Aneta Bartnicka-Michalska. – A kiedy nikt z bliskich nas nie słucha i nie chce usłyszeć, sięgamy po „objawy”. Okaleczamy się, wpadamy w furię, nałogi, mamy lęki, cierpimy na depresję. Samookaleczenie to sposób wyrażania uczuć, sygnał, że życie nie jest takie, jak powinno. To powiedzenie sobie i światu: „jestem wściekła, nieszczęśliwa, bezradna!”.

Anna przestała bać się tego, co czuje: bólu, goryczy, złości. Mogła więc je ujawnić, dzielić się nimi nie tylko poprzez „objawy”. Dziś jest autorką wielu lustrzanych kolaży, które powstały już jako przejaw jej kreatywności, a nie aktu rozpaczy.

Spotkania na trasie

Z domu wyruszasz w dorosłość. Najlepiej byłoby nie spotkać na swojej drodze ludzi złych, zazdrosnych, złośliwych. To nie jest możliwe. Toksyczni są utrapieniem jak katar, deszcz, wiatr w oczy. Umiejętność radzenia sobie z nimi to ważny element sztuki życia. Kto wie, czy nie najważniejszy…

Zdaniem Jaya Cartera, psychologa i autora książki „Wredni ludzie”, partnerzy toksycznych ludzi mają kłopoty z żołądkiem, dwunastnicą, sercem, chorują na nowotwory, a nawet popełniają samobójstwa. Ale choć toksyczni są tak poważnym zagrożeniem, niełatwo ich rozpoznać. Stosują masę trików i sztuczek. Udają przyjaźń, troskę, a nawet miłość. Carter nazywa ich „umniejszaczami” – niszczą poczucie wartości swoich bliskich. Wiele napisano na temat ich strategii, ale zamiast ją studiować, najlepiej zawierzyć sobie.

Jeśli po kontaktach z kimś tracisz radość życia, siły i talenty, męczy cię irracjonalne poczucie winy, to na pewno spotkałeś jednego z nich: trujących, paskudnych, destrukcyjnych ludzi.

– A wówczas bierzmy nogi za pas! – radzi dr Aduszkiewicz. – Jeśli to niemożliwe, sięgnijmy do rad Marka Aureliusza, który w „Rozmyślaniach” opisywał sposoby na wrednych. Potraktujmy spotkanie z nimi jako okazję do studiowania różnorodności ludzkich charakterów. Już samo przyjęcie pozycji obserwatora pomoże zachować dystans do raniących słów i podłych czynów.

Marek Aureliusz radzi także zastanowić się i zadać sobie pytania: Według jakich reguł żyje taki człowiek? Co nim kieruje? Może myśli, że cały świat jest zły i tak się zabezpiecza? A może kieruje nim lęk?

– Często ludzie, którzy wychowywali się w domach pełnych agresji czy chaosu, nie potrafią znieść spokoju, ciszy i łagodności – wyjaśnia psychoterapeuta dr Tomasz Srebnicki – Dla nich to stan niepokojący, nieznany. Nazywają chwile spokoju „ciszą przed burzą”, harmonia budzi ich lęk. Dlatego wszczynają kłótnie, obrażają się z byle powodu, chcą, żeby w ich otoczeniu znów panowało to, co znają, czyli agresja, chaos i napięcie.

 
– Czasem zrozumienie motywacji pozwala nam wzbudzić w sobie litość. A ona bywa lepsza od gniewu, zwłaszcza bezsilnego – mówi dr Aduszkiewicz. – Bywa, że ludzie stają się też źli pod wpływem sytuacji, w jakiej się znaleźli. Dowodzi tego pamiętny eksperyment profesora Philipa Zimbardo, w którym studenci odgrywali role więźniów i strażników. Po kilku dniach Zimbardo musiał go przerwać, gdyż „strażnicy” w zaskakująco okrutny sposób zaczęli zachowywać się wobec „więźniów”. Zdaniem profesora, to kontekst, w jakim znajdują się ludzie, decyduje o ich zachowaniu. Dlatego wystąpił w obronie strażników z Guantánamo, ogólnie potępionych za znęcanie się nad irackimi jeńcami. Dowodził, że to armia i prezydent George W. Bush stworzyli warunki, które uczyniły z tych ludzi katów.

Aureliusz radzi jeszcze: zapytajmy siebie samych, co się z nami dzieje, gdy stajemy się obiektem działań człowieka wrednego? Czemu czujemy się źle, jesteśmy niespokojni, mamy poczucie zagrożenia? Bo taka konfrontacja daje okazję do tego, żeby przyjrzeć się uważnie samemu sobie i dowiedzieć się, dlaczego czyjeś działanie wywołuje w nas ból, lęk, wściekłość. Gdy się to uda, będziemy mocniejsi.

Warto też zastanowić się, czy sam nie prowokuję dokuczliwości innych. Jay Carter pisze, że czasem do ataku doprowadza nasza bierno-agresywna postawa. Dzieje się tak, gdy umniejszamy siebie w oczach innych, mówimy o sobie: „ależ ja jestem niezdara”, gdy podlizujemy się albo nie potrafimy przyjmować komplementów. Ci, którzy nie szanują samych siebie, nie są szanowani przez innych.

Dresiarze

– Jedno z trudniejszych doświadczeń dotknęło mnie w Warszawie, na placu Zbawiciela – opowiada dr Mateusz Gola, neurokognitywista, certyfikowany psychoterapeuta poznawczo- behawioralny – Miałem wtedy 15 lat. Wracałem ze szkoły, kiedy podszedł do mnie dresiarz i powiedział, żebym oddał mu walkmana. Odpowiedziałem: „spadaj!”. To, co się stało później, nie trwało dłużej niż kilka minut, ale konsekwencje tego zdarzenia ciągnęły się za mną latami. Okazało się, że dresiarz był z dwoma kolegami. Zdałem sobie z tego sprawę, gdy poczułem pierwsze uderzenie... Trafiłem do szpitala. Ten wypadek zmienił moje przekonania na temat świata. Pomyślałem, że nie jest to jednak bezpieczne miejsce, że ludzie mają różne motywy. Ale najtrudniej było mi sobie poradzić z tym, że nie mogłem w tym wydarzeniu znaleźć żadnego sensu.

Dopiero podczas modlitwy na rekolekcjach ignacjańskich w Kaliszu, znalazł odpowiedź. Zrozumiał, że życie jest jak wycieczka w góry. Najważniejsze to dotrzeć do schroniska przed zmrokiem. Dlatego jeśli ktoś rzuci w nas kamieniem, obrazi, nastraszy, nie warto tracić czasu na dochodzenie, dlaczego to zrobił. Szkoda czasu na odrzucanie kamieni, planowanie zemsty, rozpacz. Najlepiej uznać: boli mnie ta rana od uderzenia kamieniem, ale idę dalej. Wiem dokąd zmierzam i czemu to dla mnie ważne.

Trzeba też jasno powiedzieć sobie: to nie była moja wina, byłem ofiarą. – Badania psychologiczne dostarczają nam wiele przykładów na to, jak chętnie bierzemy na siebie odpowiedzialność za różne krzywdy, jakie nas spotkały, choć realnie nie możemy być za nie odpowiedzialni – mówi Mateusz Gola. – Robimy to, by zachować poczucie kontroli nad naszym światem, by utrzymać złudzenie, że robiąc coś – lub czegoś nie robiąc – możemy zapobiec kolejnej krzywdzie. Czytałem kiedyś o kobiecie, która wierzyła, że nosząc torebkę na lewym ramieniu wywołała w lewej piersi raka. Chciała wierzyć w coś tak absurdalnego, by ocalić w sobie złudzenie kontroli nad losem, bo ono dawało jej poczucie bezpieczeństwa. Wystarczy przecież nie nosić torebki na ramieniu, żeby nie zachorować kolejny raz.

Trudno pogodzić się z tym, że nie kontroluje się świata, ale też tylko ta prawda pozwala nam zrzucić z ramion ciężar odpowiedzialności za to, co się wydarza. Jest więc nam lżej – posługując się znów wspomnianą metaforą – wędrować dalej po górach i łatwiej dotrzeć do schroniska.

Wzgórza Golan

– Na Wielkanoc byłem w Izraelu – opowiada Mateusz Gola. – Wyjechałem z Jerozolimy na północ do Galilei i tam chodziłem po Wzgórzach Golan, tak na przełaj. W pewnej chwili wypełzł mi spod nóg olbrzymi wąż. Przerażony nie mogłem się ruszyć. A kiedy serce przestało mi kołatać i mogłem iść dalej, szedłem bardzo ostrożnie, patrząc pod nogi, by nie nadepnąć na innego węża. Tak doszedłem do drogi. Zdziwiłem się, bo ciągnęło się wzdłuż niej ogrodzenie z drutu kolczastego. Przerzuciłem plecak górą, a sam przeszedłem pod drutem. Kiedy byłem już na drodze, odwróciłem się jeszcze, żeby spojrzeć na zachodzące za wzgórzami słońce. Wtedy zobaczyłem tablicę ostrzegawczą: „Zakaz wstępu, pole minowe”.

Pół roku później trafił w internecie na film o człowieku, który tak jak on, chodził po Wzgórzach Golan i wszedł na minę. Urwało mu nogę. Przyleciał po niego helikopter medyczny, ale w czasie transportu ranny wypadł z uprzęży… i zginął na kolejnej minie. – To była dla mnie następna lekcja. Zaprzestałem prób dociekania sensu złych wydarzeń, jak pobicie czy spotkanie z wężem – wyznaje Gola. – Te zdarzenia mają sens, choć być może ja go nigdy nie poznam. To, z czym musiałem się zmierzyć, może chronić mnie przed czymś gorszym lub nauczyć czegoś, co jest lub będzie mi bardzo potrzebne. Trudne doświadczenia, spotkania ze złymi ludźmi pozwalają dostrzec, że może to ma jakiś wyższy, niepojęty dla nas sens życia. I paradoksalnie – dają wyzwolenie.

– Zdaniem Marka Aureliusza, poznanie wrednych ludzi uwalnia od męczącej pogoni za idealnym światem i wspaniałymi ludźmi bez skazy. Pogoń za doskonałością może być wielkim utrapieniem – dodaje dr Aduszkiewicz. – Lepiej żyje się temu, kto przyjmie złożoność ludzkiej natury, z jej złością, chorymi ambicjami, lękami i zahamowaniami. Bo poza nimi są także szlachetność serca, miłość i oddana przyjaźń.

Amerykański filozof Alasdair Macintyre mówi, że na ludzkie życie można spojrzeć jak na poszukiwanie dobra. – Nic więc dziwnego – mówi dr Andruszkiewicz – że ludzie w tych poszukiwaniach wchodzą w kolizje, jedni drugim jawią się jako wredni. I nie ma co oczekiwać, że będzie inaczej. Pozostaje radzić sobie z własnymi przykrymi odczuciami na temat innych ludzi, rozwijać siłę ducha i nie ustępować w sprawach, które są dla nas ważne. Jeśli nie możemy z kimś się dogadać, to trudno, trzeba umieć zaznaczyć własne granice albo się rozstać. Ale również pamiętać, że ta kolizja nauczyła nas wytyczać granice cierpliwości i zdolności przekonywania.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Dlaczego tak trudno dzisiaj dorosnąć?

Naszym, rodziców, zadaniem jest dawać, a dziecka – brać i wytyczać własne ścieżki. Spokojnie, bez poczucia winy, że buduje ono swoje samodzielne życie. (Fot. iStock)
Naszym, rodziców, zadaniem jest dawać, a dziecka – brać i wytyczać własne ścieżki. Spokojnie, bez poczucia winy, że buduje ono swoje samodzielne życie. (Fot. iStock)
Rodzice narzekają: „Syn ani myśli się wyprowadzić, skończył studia, a siedzi nam na głowie i w kieszeni. Córka sprowadziła do domu chłopaka, i to miesiąc przed maturą”. Dzieci z kolei żalą się: „Rodzice ograniczają nam wolność, traktują jak przedszkolaków, choć jesteśmy przecież dorośli”. No więc jak to jest z tą dorosłością?

Hanka, lat 30, tłumaczka z włoskiego i doktorantka na italianistyce, mieszka z rodzicami i sześcioletnią córeczką w ich domu pod Warszawą. Tym samym, w którym się urodziła i wychowała. Kiedy dowiedziała się, że jest w ciąży, a było to na ostatnim roku studiów, miała nawet pomysł, że przeprowadzi się do kraju ojca dziecka, czyli do Włoch. Potem – że do wynajętego w centrum Warszawy mieszkania. Ale pomysły te umarły w chwili narodzin córeczki. Rodzice, od początku przeciwni związkowi jedynaczki, szybko przejęli inicjatywę – zabrali dzieci (tak mówią o wnuczce i córce) ze szpitala prosto do domu, argumentując, że tu będzie im lepiej niż w ciasnej klitce. Oddali całe piętro, urządzili, kupili niemowlęce akcesoria, wynajęli nianię (sami są aktywni zawodowo). Można powiedzieć, że „dzieci” mają wszystko, co potrzebne do życia, a nawet dużo więcej. Świetne warunki, wikt i opierunek, pieniądze na wakacje i ekstrazakupy. Ale córka nie ma już męża, a wnuczka ojca. Wyjechał do… swoich rodziców. Hanka co kilka dni odgraża się, że już, już się wyprowadza. Tata podsuwa jej wtedy kubek z ulubioną kawą po turecku, której „nikt nie parzy tak jak on”, i pyta: „A gdzie, córeczko, będzie ci lepiej?”. I córeczka zostaje.

Dorosłe dzieci

Podobnie czyni w Polsce ponad 43 procent młodych ludzi w wieku 25–34 lata. Prawie tyle, ile we Włoszech słynących z tego zjawiska, które ma tam nawet swoją nazwę: „mammisimo” albo „bamboccino”. Nie jest jednak prawdą, że rodzice utrzymują głównie bezrobotne dzieci, ponad dwie trzecie mieszkających z rodzicami pracuje na pełen etat. Ci bez pracy stanowią zaledwie 13,8 procent i te proporcje nie zmieniły się nawet w kryzysie.

Socjologowie zauważają, że dorosłe dzieci trzymają się kurczowo rodzinnych domów nie tylko z powodów ekonomicznych, ale także ze względów kulturowych. Mocne związki z rodzicami kultywuje religia katolicka. I to między innymi dlatego największy odsetek dzieci po 25. roku życia mieszka z rodzicami w krajach takich jak Włochy, Hiszpania czy Polska.

Psycholog Jarosław Przybylski przyczyn tego zjawiska upatruje przede wszystkim w zmianie stosunku rodziców do dzieci.

– W ostatnich dekadach diametralnie zmieniły się relacje międzypokoleniowe. Z autorytarnych na liberalne. Pokolenie dzisiejszych 50-latków nie mogło liczyć na to, że rodzice zaakceptują ich decyzje w wielu sferach życia. Nie było na przykład mowy, żeby mieszkać z dziewczyną przed ślubem. Robiło się to w tajemnicy albo trzeba było wziąć ślub. Młodzi ludzie, żeby żyć po swojemu, nie słuchać krytyki ojca i matki, jak najszybciej wyprowadzali się z domu. Dzisiaj rodzice są partnerami, kumplami, którzy dają dzieciom wolność wyboru. Po cóż więc córka czy syn ma się wyprowadzać, skoro dostaje w domu wszystko – i wolność, i opiekę?

Psychoterapeutka Elżbieta Pożarowska stawia podobną diagnozę: – Dzisiaj część młodych ludzi może liczyć ze strony rodziców na pomoc: mieszkaniową, organizacyjną, finansową. Ale to, że mają łatwiej, oznacza też, że trudniej im z tego wszystkiego zrezygnować. Trudno bowiem porzucić coś, co jest przyjemne, wygodne, i zdecydować się na poniewierkę, niepewny los, wynajmowanie mieszkania za własne, ciężko zarobione pieniądze. Kalkulują: „U rodziców mam pokój, jedzenie, nie płacę rachunków. Żyć na własny rachunek? Jeszcze nie teraz”. I odkładają decyzję o wyprowadzce.

Małgorzata Halber, dziennikarka, autorka książki „Najgorszy człowiek na świecie”, określa ludzi w podobnym wieku „pokoleniem, które non stop się boi, że nie jest dorosłe”. Dlaczego młodzi ludzie się tego boją? Bo jej zdaniem nie wiedzą, co to znaczy być dorosłym. W jednym z wywiadów dziennikarka mówi: „Możemy mieć dzieci, kiedy chcemy i jeśli chcemy, brać ślub, kiedy chcemy i jeśli chcemy, możemy grać na PlayStation i kupować koszulki z postaciami z dobranocek, mimo że mamy prawie 40 lat. Nasi rodzice żyli inaczej i przekazali nam przesłanie: żeby nie ryzykować, żeby się ustatkować. Chcemy żyć inaczej niż oni, ale nie umiemy się uwolnić od ich wpływu”.

Czego boją się rodzice

Rozmawiam z ojcem Hanki, zadbanym, wysportowanym panem koło sześćdziesiątki. Wie, o czym piszę, zgodził się na rozmowę, ale teraz ma wątpliwości: – Chyba nie jesteśmy dobrym przykładem do pani artykułu. Bo czy my zatrzymujemy Hanię? Absolutnie nie. Niczego jej nie zabraniamy, może się wyprowadzić, kiedy zechce. A nawet myślę, że powinna to zrobić jak najszybciej, jeżeli chce znaleźć sobie jakiegoś mężczyznę. Ale przecież jej nie wygonię, a poza tym one z wnusią nas potrzebują.

I tu tata Hani wylicza powody, dla których jednak córka powinna zostać. Według Elżbiety Pożarowskiej odpowiedzialność za to, jak dorosłe dzieci radzą sobie ze swoją dorosłością, leży w dużej mierze po stronie rodziców.

– Narzekamy, że dzieci nie wyprowadzają się z domu, ale robimy wszystko, żeby je zatrzymać. Owszem, na świadomym poziomie planujemy, że teraz, kiedy dzieci są dorosłe, zajmiemy się sobą, swoimi zarzuconymi pasjami, bo wreszcie mamy czas i warunki. Ale na poziomie nieświadomym trzymamy dzieci przy sobie. Trudno nam bowiem zrezygnować z bycia potrzebnymi, z kontrolowania dzieci, z wywierania na nie wpływu. Całe życie tak dużo ode mnie zależało, a teraz co, nie mam nic do powiedzenia? Moja miłość, moje poświęcenie są już niepotrzebne? Trudno pogodzić się z tym brakiem, trudno żyć bez „obiektu” do kochania, zwłaszcza matkom, które często dla dzieci rezygnują ze wszystkiego: pracy, pasji, przyjaciół. No więc jeśli rodzicielstwo i dom były do tej pory treścią ich życia, to po odejściu dzieci tej treści dotkliwie brakuje, pojawia się pustka, samotność, poczucie braku sensu życia. Zatrzymujemy je w domu właśnie z lęku przed tymi uczuciami. A także z obawy przed konfrontacją ze starością, bo dzieci i ich problemy w jakimś sensie nas przed tym chronią.

Kolejny nieuświadomiony, a częsty powód trzymania dzieci pod skrzydłami, na który zwraca uwagę wielu psychologów, to obawa rodziców o przyszłość ich małżeństwa. Do tej pory to dziecko cementowało ich związek – organizowało ich życie, bywało katalizatorem sporów między nimi, sprawiało, że musieli się pilnować, określać wobec siebie.

Elżbieta Pożarowska: – Kiedy dzieci wyprowadzają się z domu, matka i ojciec na nowo muszą stać się mężem i żoną. Wielu małżonków tego bardzo długo nie ćwiczyło, bo skupili się wyłącznie na roli ojca i matki. Kiedy zostają sami, nagle okazuje się, że dziecko to jedyne, co ich łączy. Stają twarzą w twarz jako zupełnie obcy sobie ludzie, którzy tylko mieszkają ze sobą od 20 lat w jednym mieszkaniu. Dlatego podświadomie robią wszystko, żeby nie konfrontować się z tym, że ich relacja jest pusta.

Mieszkanie z rodzicami

Mama Hanki, szczupła, modnie ubrana, w nieokreślonym wieku, podobnie jak ojciec wylicza powody, dla których córce i wnuczce w ich domu jest wygodniej, taniej, przyjemniej, zdrowiej. Po prostu lepiej. – Byłoby czystą głupotą wpędzać się w koszty, wynajmować mieszkanie, skoro one mają u nas wszystko, czego potrzebują – powtarza. – Gdyby córka zapytała, czy może się wyprowadzić, na pewno bardzo bym to przeżyła, bo tylko jedną ją mamy. Ale cóż, nie mogłabym się nie zgodzić.

Jarosław Przybylski oburza się na sam pomysł, żeby dorosłe dzieci pytały rodziców o zgodę na wyprowadzkę.

– To jakaś aberracja! Dorosłość oznacza prawo, a nawet obowiązek samostanowienia, podejmowania decyzji i brania za nie odpowiedzialności. 30-letnia kobieta pytająca matkę o pozwolenie na odejście z domu jest emocjonalnie i mentalnie małą dziewczynką, tak naprawdę psychicznie przez nią ubezwłasnowolnioną. Matka nadal traktuje ją jak dziecko, które musi jej  słuchać, a może też chce, żeby to ona teraz się nią zajęła. Tak czy owak taka kobieta jest w psychicznej matni i dopóki nie przepracuje relacji z rodzicami, dopóty trudno będzie jej się od nich uwolnić.

Kolej na Hankę. Ona też zaczyna od uzasadniania, dlaczego nadal mieszka z rodzicami. Bo tak wygodniej i racjonalniej. A potrzeba bycia prawdziwie dorosłą, na swoim, na własny rachunek?

– W domu rodziców czuję się absolutnie jak u siebie. Oni mieszkają na dole, my zajmujemy z córeczką piętro. Owszem, pokrywają wszystkie koszty naszego utrzymania, ale sami to zaproponowali. Gdybym chciała, mogłabym się od nich odizolować. Ale nie chcę. Jak by to zresztą wyglądało? Mieszkamy razem, korzystam z ich pomocy, a ich ignoruję? Jestem im wdzięczna za wszystko, co dla mnie zrobili i robią. Mam wobec nich dług do spłacenia, tak uważam. I dlatego jeśli widzę, że oni są szczęśliwi z tego powodu, że z nimi mieszkam, to mieszkam.

Bert Hellinger, słynny niemiecki terapeuta, twórca tak zwanych ustawień, przy wszystkich okazjach (na warsztatach, w książkach) podkreśla, że relacja rodzice – dzieci z definicji nie jest dwukierunkowa. To znaczy: rodzice zawsze dają, a dzieci biorą, nigdy odwrotnie.

Małgorzata Liszyk-Kozłowska w książce „Skąd się biorą dorośli” pisze, że jeśli rodzice oczekują, żeby syn czy córka zaspokajali takie ich potrzeby, jak ambicje, poczucie ważności, to nie traktują ich jak kogoś, komu powinni dawać, ale jak istoty, od których powinni ciągle coś dostawać. „A przecież to naszym, rodziców, zadaniem jest dawać, a dziecka – brać i wytyczać własne ścieżki. Spokojnie, bez poczucia winy, że buduje ono swoje samodzielne życie. Może iść naprzód i to robić, bo czuje ich wsparcie. Nie przychodzimy na świat z długiem. I nie zaciągamy go przez to, że rodzice nas wychowują, opiekują się nami, zapewniają nam byt, bezpieczeństwo i czułość! To nam się od nich należy, bo wynika to z charakteru naszych wzajemnych relacji”.

Jak się uniezależnić od rodziców?

Elżbieta Pożarowska zna ze swojej praktyki terapeutycznej wielu młodych ludzi podobnych do Hanki, którzy nie potrafią wyprowadzić się z domu. Nie fizycznie, bo większość z nich w końcu to robi, ale psychicznie.

– „Wyprowadzić się” z domu psychicznie, uniezależnić, odpępowić od matki i ojca, to stanowi dzisiaj dla młodych ludzi duży kłopot. Oni tych rodziców cały czas noszą w sobie w taki sposób, że na ich działanie, wybory, uczucia ma wpływ to, czego oczekiwali i nadal oczekują od nich rodzice. Czyli próbują zadowolić rodziców, a nie realizować własny plan na życie. Płacą za to trudnościami w zawieraniu i utrzymaniu swoich związków, wzięciu odpowiedzialności za swoje uczucia, emocje, działania, także za myślenie. Staram się im pokazać, że to, co czują i myślą, pochodzi od nich, a nie od kogokolwiek innego.

Psychoterapeutka zauważa, że młodzi ludzie są dzisiaj pogubieni. Rodzice całe życie ich wyręczali, podstawiali pod nos pełny talerz, uprasowane ubrania, sprzątali ich pokój, dawali pieniądze na wszystkie zachcianki. No, a teraz oni muszą sobie radzić. Skąd mają to umieć?

– Jeżeli dziecko wychowuje się w nierzeczywistym świecie, w dodatku bez kontaktu z rodzicami, staje się bezradne, pogubione i boi się odpowiedzialności. Żeby w dorosłości mogło stać się samodzielne, już od najmłodszych lat powinno poznawać prawdziwą rzeczywistość, uczestniczyć w domowych czynnościach. Rolą rodzica jest odzwierciedlanie tej rzeczywistości, czyli nazywanie czynności, emocji, uczuć dziecka. Ale jest to możliwe wtedy, gdy rodzice mają wystarczająco dużo dla niego uwagi i zainteresowania. Współcześni rodzice mają mało czasu dla dziecka, a jeśli już ten czas znajdują, to jego jakość – z komórką, laptopem albo przed telewizorem – pozostawia wiele do życzenia. Bo jakie są te podstawowe warunki potrzebne do tego, żeby dziecko nie pogubiło się w dorosłym życiu? Poczucie bezpieczeństwa i własnej wartości, które buduje się poprzez bliskie, czyli pełne miłości relacje, najpierw, w okresie niemowlęcym, z matką, potem z ojcem.

Zdaniem psychoterapeutki rodzice dają dzisiaj dziecku za mało mądrego wsparcia, są zagarniający, mówią, co ma ono robić, myśleć i czuć. Dzieci nie mają więc możliwości sprawdzenia, co jest dla nich dobre, co złe, co lubią, a czego nie. Nic dziwnego, że stają się potem całkowicie od nich zależne. Jak pewien młody człowiek, który na pytanie, czy jest głodny, odpowiada pytaniem: „A która jest godzina?”. On nie umie odczytać sygnałów płynących ze swojego organizmu, tylko szuka ich na zewnątrz. Do tej pory żył pod dyktando rodziców, nie miał szansy przetestować, jak to jest na przykład być głodnym, bo zanim poczuł głód, już był nakarmiony.

Psychologowie podkreślają, że na dorosłość dziecka pracujemy od momentu jego urodzenia. Według Elżbiety Pożarowskiej ważne jest to, żeby nie bać się wpuszczania dziecka w nowe rewiry, na przykład wyprawiać na obozy czy kolonie, a potem pozwalać na samodzielne wyjazdy. Każde takie doświadczenie to kolejny krok w dorosłość.

– Pamiętam pożegnanie mojej wówczas 22-letniej córki, która postanowiła polecieć na dłużej do Londynu – opowiada. – Starałam się ją w tym wspierać, ale jak już samolot oderwał się od ziemi, to ja w ryk. Strasznie ważne, żeby nie zarazić dziecka naszymi lękami. Moja córka, już z Anglii, napisała mi coś, co cytuję moim klientom: „Wiem, że się o mnie martwisz, mamusiu, ale nic nie mogę na to poradzić”. To piękne zdanie, które pokazuje, że moje jest zmartwienie, a jej życie. Wiele razy słyszałam w moim gabinecie: „Nienawidzę tego, jak moja mama mówi, że się o mnie martwi”. Takie określenie jest jak ciężar włożony na plecy.

Małgorzata Liszyk-Kozłowska w cytowanej już książce pisze: „Rodzice powinni pozwolić, żeby dziecku wyrosły skrzydła. Nie mogą się na tych skrzydłach wieszać, ale dać mu poczucie bezpieczeństwa, prawo do autonomii, odrębności, z których będzie mogło korzystać bez lęku, że rodzice przeżywają z tego powodu trudne emocje – odrzucenie, niezrozumienie, brak uszanowania, nielojalność”.

Co tych skrzydeł dodaje? Słowa otuchy, odwagi, na przykład: „Wierzę, że sobie poradzisz, zawsze możesz do nas zadzwonić, ale teraz przyszedł czas na twoje samodzielne życie”.

Elżbieta Pożarowska: – Smutek po wyprowadzce dzieci to nic złego, powinniśmy dać sobie prawo do przeżycia syndromu pustego gniazda. Ale dobrze jest uświadomić sobie, że w pewnym momencie naprawdę nie mamy już na dzieci wpływu poza tym, że im sekundujemy i nadal je zapewniamy, jak są dla nas ważne. Rozstanie – i to fizyczne, i psychiczne – powinno nastąpić, choćby było dla nas bardzo bolesne, bo jest dobre dla dziecka. Może nie widzimy tego od razu, w tej chwili, ale na pewno zobaczymy w długofalowej perspektywie. Nie próbujmy więc zatrzymać płynącej rzeki, co najwyżej starajmy się, aby jej fale były jak najmniej wzburzone.

  1. Psychologia

Moralna wyższość jest niebezpieczna. Każdy z nas ma w sobie ciemną stronę

Gdy mamy o sobie przekonanie, że jesteśmy idealni, wtedy projektujemy na innych swoją ciemną stronę (fot. iStock)
Gdy mamy o sobie przekonanie, że jesteśmy idealni, wtedy projektujemy na innych swoją ciemną stronę (fot. iStock)
Jesteśmy niebezpieczni, gdy wierzymy, że nigdy nie krzywdzimy innych – mówi psychoterapeutka Bogna Szymkiewicz.

„Toksyczni rodzice”. „Toksyczni ludzie”. „Wredni ludzie”. „Wstrętni mężczyźni”. „Wstrętne kobiety”. „Toksyczni szefowie”. To są tytuły książek, które znakomicie się sprzedają. Jakbyśmy wierzyli w to, co mówił Sartre, że piekło to inni.
Nie ma ludzi wrednych, złych czy toksycznych. Są tacy, którzy w tym momencie swojego życia wybierają „ciemną stronę mocy” – mniej lub bardziej świadomie. I wtedy zaczynają zachowywać się w sposób wredny, niszczący czy manipulujący.

Twierdzą, że mają powody, żeby się tak zachowywać, po prostu muszą się bronić.
Oczywiście toksyczne zachowania mają swoje przyczyny. Wszyscy zbrodniarze świata doznali krzywd jako dzieci. Jeden z moich nauczycieli powiedział, że człowiek to zbyt delikatna istota, by znieść choćby jedno nadużycie. Nadużywani ludzie odpłacają potem innym, wyrównują krzywdy. Gdy jesteśmy zranieni, automatycznie zajmujemy miejsce ofiary. W środku jesteśmy obolałymi, słabymi istotami, ale na zewnątrz używamy ogromnej siły, niejako przeskakujemy z miejsca ofiary w miejsce prześladowcy, mściciela. Kontakt mamy jednak tylko z bólem ze środka, więc nie widzimy przemocy, którą fundujemy innym. Krzywdzimy siebie nawzajem w rolach, które odgrywamy w życiu. Wierzę jednak, że na najgłębszym poziomie jesteśmy połączeni miłością. Esencją naszego istnienia jest miłość.

Jeśli w to wierzymy, to z trudem przychodzi nam stawianie granic, bo widzimy pod toksycznym zachowaniem lęk i cierpienie.
Jeśli patrzymy na innych ludzi z moralną wyższością – bo przecież tacy biedni, więc trzeba im współczuć i ustępować – robimy im krzywdę. Jest w tym protekcjonalizm, a często też idealistyczna wiara, że oni się zmienią, gdy tylko zdobędziemy się na wybaczenie. Bo przecież „tak się nie robi” i „on się na pewno opamięta”.

Dziwimy się, że współczucie niczego nie zmienia. Mało tego – najczęściej rozwściecza prześladowcę, wzmacnia toksyczne zachowania.
Z miłości ustępujemy pola. A potem z niedowierzaniem patrzymy na spustoszenia dokonywane przez tych, którzy wybrali „ciemną stronę mocy”. Moralna wyższość jest niebezpieczna, bo rodzi się z takiego przekonania, że ja nigdy nie krzywdzę ludzi, a więc mam monopol na widzenie prawdy. Tymczasem – mówią o tym wszystkie tradycje duchowe – każdy z nas ma w sobie ciemną stronę, potencjał, żeby zabić. Uczestniczyłam kiedyś jako prowadząca w psychologicznych badaniach dotyczących moralnych zachowań. Pierwsza część testu polegała na rozwiązaniu zadania, które było skonstruowane tak, że aby je rozwiązać, nie można było nie oszukiwać. Potem uczestnicy wypełniali ankietę na temat własnych poglądów moralnych na życie. Wyniki były zaskakujące: ci, którzy uważali, że nigdy nie oszukują i zawsze są kryształowi, częściej oszukiwali w pierwszej części zadania. Gdy mamy o sobie przekonanie, że jesteśmy idealni, wtedy projektujemy na innych swoją ciemną stronę, widzimy w innych mnóstwo zła. Im bardziej chcemy być doskonali i upieramy się, że czynimy samo dobro, tym bardziej jesteśmy głusi na krytyczne informacje na temat naszych zachowań.

Tylko miłość uzdrawia – tyle razy słyszymy to zdanie, że w chwili, gdy w sposób zdecydowany przeciwstawiamy się przemocy, możemy poczuć się kiepsko.
Duchowość to nie miękkość. To siła. Miłość, ale i moc. Nie chodzi o to, by kogoś zniszczyć, odpłacając mu pięknym za nadobne, ale by w zdrowy, mocny sposób postawić granice, nie zgadzać się na nadużycia, powiedzieć: dosyć, dalej ani kroku! Jeśli wycofuję swoją siłę, wtedy nie mówię, jaki jest mój punkt widzenia, nie daję więc drugiej osobie tych informacji, które są jej potrzebne, by mogła się rozwijać jako istota ludzka. Nie bądźmy bezbronni wobec ludzi, którzy nas niszczą. Potrzebujemy siebie nawzajem, żeby się przed nimi bronić. Jeśli mamy do czynienia z szefem, który zachowuje się wrednie, nie unikajmy go, nie plotkujmy po kątach, ale skonfrontujmy się z nim, ujawnijmy jego niszczące strategie. Samemu trudno to zrobić, ale gdy dziesięć osób z zespołu przeciwstawi się, powie o tym zwierzchnikom szefa, jest szansa na zmianę. Potrzebny jest nacisk społeczny. Może nie powinniśmy podawać ręki takim ludziom? To byłby początek ruchu społecznego, potężna forma nacisku. Potrzebujemy wzrostu indywidualnej świadomości, ale potrzebujemy też nowych wzorców bycia ze sobą w grupie, nowych reguł współżycia, nowych praw i opartych na nich instytucji. Tak wielu z nas doświadcza wewnętrznego niepokoju, wierząc, że tylko dzięki władzy, kontroli i manipulacji możemy być kimś wartościowym i zyskać uznanie społeczne. Ale tak nie musi być, nie musimy ze sobą walczyć. Takie akcje społeczne, jak „Kocham, nie biję”, „Kocham, mam czas”, tworzą nowe pole świadomości, nowy wzorzec. Wierzę, że żyjemy w czasach głębokiej transformacji. Wierzę, że możliwy jest taki świat, w którym będzie się liczyło zdanie każdego człowieka; zrozumiemy, że porządek oparty na władzy i dominacji nikomu nie służy, niszczy wszystkich, także tych sprawujących nad nami toksyczną władzę.

W różnych duchowych naukach spotykamy taką pociągającą koncepcję, że drugi człowiek bez względu na to, jak byłby toksyczny czy wredny, jest aspektem nas samych. Że możemy się w sobie przeglądać jak w lustrach. I że ktoś dla nas najtrudniejszy w kontakcie jest naszym największym nauczycielem.
Opacznie to rozumiemy. Po pierwsze nawet jeśli ten drugi to też ja, w żadnym razie nie znaczy to, że zachowuję się tak samo wrednie czy toksycznie jak on. Przeglądam się w nim, żeby dokonać w sobie transformacji. Jeśli jestem otwarta i współczująca, a on zamknięty i silny, to być może potrzebuję „wziąć” od niego trochę jego siły, a w pewnych obszarach zamykać się – jak on – żeby siebie chronić. Przeglądam się w nim nie po to, żeby wpaść w poczucie winy i znów o coś siebie oskarżyć – „bo skoro nie akceptuję toksyczności, to znaczy, że mam problem” – ale żeby siebie wzmocnić. Ktoś, kto mnie krzywdzi, nie jest moim dobroczyńcą. Oczywiście mogę z czasem dojść do wniosku, że wiele nauczyłam się z tego, co mnie spotkało, ale to moja decyzja, by w ten sposób się uczyć. Mówienie komuś z góry: „to twój nauczyciel”, jest nadużyciem.

Najlepiej, gdybyśmy mieli w sobie i miłość, i współczucie, i mocne granice, i byśmy byli solidarni społecznie.
Zawsze warto próbować się porozumieć. Jednak jeśli czuję, że to, co mówię, jest wykorzystywane przeciwko mnie, rozbijam się o mur, jestem oskarżana, znowu manipulowana, nie będę długo się narażać, powiem: dosyć! Nie życzę sobie dalszych kontaktów. A jednocześnie życzę tej osobie jak najlepiej.

Bogna Szymkiewicz: dr psychologii, pracuje w Instytucie stosowanych Nauk Społecznych UW. Dyplomowana terapeutka i nauczycielka pracy z procesem. Autorka książek.

Wywiad pochodzi z archiwalnego numeru magazynu Zwierciadło

  1. Psychologia

Narcyz – mężczyzna, który niszczy kobiety

Narcyz to człowiek, z którym relacja zawsze będzie toksyczna. Jego toksyczne zachowanie powoli wyniszcza partnerkę. (fot. iStock)
Narcyz to człowiek, z którym relacja zawsze będzie toksyczna. Jego toksyczne zachowanie powoli wyniszcza partnerkę. (fot. iStock)
Perwersyjny narcyz to wielki manipulant i oczywiście zwolennik kłamstwa! On od zwykłego kłamcy różni się tym, że chce zaszkodzić. Jest jak wielki włochaty pająk, który podstępnie tka sieć, żeby cię w niej zamknąć – pisze Lisa Letessier w swojej książce „Kłamstwo w związku. Odejść czy zostać?”

Psychiczne i fizyczne konsekwencje dla jego ofiar są fatalne: utrata poczucia wartości, nerwica lękowa, ataki paniki, depresja, zaburzenia apetytu, zaburzenia snu, symptomy fizyczne (migreny, bóle brzucha, bóle pleców itd.). Im dłuższy okres jego oddziaływania na kogoś, tym dłużej potrwa odzyskiwanie równowagi przez osobę krzywdzoną.

Narcyz. Oto krótki opis, który pozwoli go rozpoznać:

Perwersyjny narcyz obwinia innych. Powołuje się na więź, która was łączy lub taki czy inny powód, by pokazać, jak bardzo nie powinieneś robić tego czy innego. Podkreśla, jak wiele dla ciebie zrobił. Jest wyjątkowo wymagający i oczekuje perfekcyjności. Partner musi dorastać do jego inteligencji, nigdy nie zmieniać zdania, wszystko umieć itd. Perwersyjny narcyz chętnie krytykuje i dewaluuje, a dzień później schlebia i jest uważny. Posiłkuje się twoimi wartościami, zasadami moralnymi, żeby zaspokoić własne potrzeby i czasami wykorzystać je przeciwko tobie.

On żywi się tobą, pochłania cię. Im gorzej się czujesz, tym lepiej dla niego. Odbiera ci zalety, talenty, sukcesy, aż do wyczerpania. Jeśli to nie jest możliwe, minimalizuje je lub niszczy. Jest skrajnie zazdrosny i wymaga całkowitej dyspozycyjności. Nie akceptuje tego, że możesz mieć tajemniczy ogród. Nie masz prawa zachować żadnej przestrzeni prywatnej. Za to on nie dzieli się swoimi odczuciami w sposób konkretny. Nigdy nie wyraża jasno ani swoich potrzeb, ani próśb, ani opinii. Udziela wykrętnych i niejednoznacznych odpowiedzi. Przeinacza sytuacje i doprowadza do nieporozumień, zadając paradoksalne pytania, na które w rzeczywistości nie da się dobrze odpowiedzieć. Mówi na przykład bliskiej osobie, że nie znosi, gdy ta wciąż go osacza, jednak gdy ona planuje wyjść z przyjaciółmi, zarzuca jej, że zostawia go samego. Często bawi się dwuznacznością.

Człowiek ten zmienia opinię oraz wypowiedzi w zależności od rozmówcy lub chwili. Także jego zachowanie pozawerbalne może nagle być inne. Nie przyzna, że zmienił zdanie, lecz będzie przekonywał, że został źle zrozumiany lub usłyszany. W efekcie zaczynasz mieć wątpliwości co do własnych osądów i wydaje ci się, że popadasz w szaleństwo.

Perwersyjny narcyz potrafi udawać ofiarę i doprowadzić do tego, że poczujesz się katem, tym, kto krzywdzi, nie rozumie go, nie jest dla niego dość dobry. Nie poczuwa się do żadnej odpowiedzialności i nigdy nie przeprasza (a jeśli, to nieszczerze – tylko strategicznie). Zawsze o wszystko obwinia innych. Jeśli temat lub sytuacja nie podobają mu się, odchodzi lub brutalnie sprowadza rozmowę na inne tory. Działa w sposób pasywno-agresywny, zaczyna milczeć bez wyjaśnienia, nagle przestaje dzwonić. Zachowuje się wrogo i nie potrafi znieść frustracji. Wszystko mu się należy natychmiast. Nawet nie dopuszcza myśli, że ktoś może wyznaczać granice albo odmówić mu czegoś.

Odsuwa cię od bliskich, podstępnie roznieca konflikty. Oddala się. Zwłaszcza odgradza się od osób, które zagrażają jego wpływowi, przyjaciół, którzy go rozgryźli, psychoterapeutów itd. Nigdy nie angażuje się w sytuacje konfrontacyjne, robi uniki lub korzysta z pośrednictwa innych ludzi albo technologii (e-mail, SMS itd.). Nie znosi jakiejkolwiek krytyki i działa w złej wierze. Często projektuje i przypisuje ci swoje wady. Ponieważ kłamie bez przerwy, będzie cię traktował jak kłamcę! Zresztą często postępuje niezgodnie z tym, co mówi.

Perwersyjny narcyz grozi lub szantażuje. Mówi nieprawdę, przeinacza, interpretuje. Tak często kłamie, że przestaje być tego świadom. Jeśli ktoś go przyłapie, przekręca fakty, aby tamten poczuł się albo jak osoba niespełna rozumu, albo nikczemna. Nigdy nie przyzna się do kłamstwa. Przymuszony do tego, maksymalnie banalizuje znaczenie tego, co zrobił, jakby nie miało to żadnego znaczenia, a rozmówca przesadzał.

To egocentryk całkowicie pozbawiony empatii. Jest w stanie mówić bardzo raniące rzeczy w sposób naturalny, dowodząc, że to ty wykazujesz się zbyt wielką podejrzliwością i „nie można ci nic powiedzieć”. Ma za nic twoje potrzeby i przekonuje, że właśnie ty nie szanujesz jego potrzeb. Towarzysko jest natomiast bardzo ceniony, wygląda na sympatycznego, uwodzicielskiego, altruistycznego, wykształconego. Często jest bardzo dowcipny.

Perwersyjny narcyz jest świadom swojej władzy. Często odznacza się wysokim ilorazem inteligencji, co czyni go jeszcze bardziej niebezpiecznym i diabolicznym. Doskonale wie, co robi, nawet jeśli czasami wypiera konsekwencje własnych czynów i przyczyny działania.

Nie jest zdolny do kwestionowania swoich zachowań, ponieważ nie toleruje poczucia winy, więc przerzuca je na drugą osobę. Niekiedy działa subtelnie, żeby nie zostać odrzucony. Poczucie dominacji nad partnerem daje mu rozkosz.

Perwersyjny narcyz może ukrywać się przez lata pod postacią księcia z bajki czy syreny. Aż do dnia, gdy jakieś wydarzenie pokaże go w pełnym świetle. Może to być przeprowadzka, narodziny dziecka, jakieś zobowiązanie, awans itp. Terapeutka poznawczo-behawioralna, specjalistka zaburzeń perwersyjno-narcystycznych, Izabelle Nazara-Aga, wskazała 30 cech manipulanta (odróżnia ona osobowość perwersyjno-narcystyczną od perwersji charakteru). Według jej kryteriów − do zdiagnozowania wystarczy, aby potwierdziło się 14 z nich (Nazare-Aga, 2005).

Narcyz i jego ofiary

Przejdziemy teraz do ofiar perwersyjnych narcyzów. Są to często osoby bardzo empatyczne. Mogą nosić w sobie schemat samopoświęcenia, podporządkowania się lub wadliwości/ wstydu. Są bardzo szczere i uczciwe, lubią ludzi i mają skłonność do chronienia bliskich. Jednak choć pozbawione zaufania do siebie, są bardzo dumne i z trudem akceptują fakt, że padły ofiarą perwersyjnego narcyza.

Jak już uprzedziłam na początku rozdziału, jeśli w swoim partnerze rozpoznasz perwersyjnego narcyza – uciekaj. Łatwiej powiedzieć, niż zrobić – to prawda. Oto kilka rad, żeby przeżyć, zanim dojrzejesz do podjęcia decyzji (Bouchoux, 2011):

  • Przestań się usprawiedliwiać i przyjmować krytykę! Ucinaj krótko rozmowy, przywołuj go do porządku i zapytaj, kim jest, żeby cię osądzać.
  • Przestań się izolować! Odnów kontakty z bliskimi, ustal momenty, kiedy odcinasz się od niego, i poszukaj pomocy u psychologa lub psychiatry.
  • Nie szukaj logiki i nie męcz się rozpamiętywaniem, czy coś ci powiedział, czy nie; zrezygnuj z prób zrozumienia i zaakceptuj fakt, że nie myślicie w ten sam sposób.
  • Poproś o pomoc. Uwolnienie się od wpływu perwersyjnego narcyza jest wyjątkowo trudne. Człowiek będący w związku z perwersyjnym narcyzem często czuje się bardzo samotny, ponieważ otoczenie nie rozumie, dlaczego ktoś tkwi w tej destrukcyjnej relacji. Przyjaciele tracą cierpliwość i niełatwo im już wczuć się w twoją sytuację. Często warto skorzystać z pomocy wyspecjalizowanego psychologa lub psychiatry, żeby odejść z toksycznych relacji.

Melisa, 30 lat, przychodzi do mnie na terapię po rozstaniu. Jest uwikłana w szczególnie toksyczny związek z perwersyjnym narcyzem. Kiedy pisała swoją opowieść (poniżej), była jeszcze pod dużym wpływem tego mężczyzny. Gdy zaczęłyśmy pracować nad opisaniem jej historii, pierwsze słowa, które powiedziała, brzmiały:

„Kiedy słucham tego, co opowiadam, upewniam się, że to wszystko to moja wina i źle zrobiłam”. To wskazuje, jaką rolę odgrywa zniekształcenie poznawcze.

» Kiedy spotkałam Adama, byłam świeżo po zerwaniu. Regularnie wymienialiśmy służbowe e-maile i między nam zaczęło się rodzić pewne porozumienie. Opowiadaliśmy sobie o życiu, codzienności, dużo się przekomarzaliśmy. Pewnego dnia Adam zaproponował, żebyśmy się spotkali po pracy, ale nie chciał, aby nas widziano razem. Nie wiem dlaczego, ale później nie bardzo miałam na to ochotę. Nie wiem, co mnie zablokowało. Napisał mi SMS-a, że jest rozczarowany, bo myślał, że bardzo chcę się z nim spotkać.

W końcu poszłam na spotkanie. Na przywitanie pocałował mnie. Wtedy zrozumiałam, że jestem w nim zakochana. Wszystko zaczęło się superszczęśliwie. Był uroczy, uważny, mówił mi mnóstwo komplementów, lubił mnie przytulać, spędzać czas ze mną. Było pięknie. Wydawało mi się, że znalazłam księcia z bajki. A potem pojechał na urlop w góry. Wtedy wszystko się zachwiało… I ciągnęło się sześć lat.

Przez pierwsze dwa dni na nartach nie odezwał się. Ja wysłałam mu masę wiadomości. Kiedy w końcu postanowił mi odpowiedzieć, stwierdził, że to nie najlepszy pomysł, żebyśmy byli razem.

Po jego powrocie i tak byliśmy zmuszeni widywać się w pracy. Porozmawialiśmy i on poprosił, żebyśmy spróbowali jeszcze raz. Ale to nie trwało długo. Znowu mnie zostawił. Stwierdził, że nie jestem dziewczyną dla niego, że do niego nie pasuję. Zupełnie tego nie rozumiem, bo spędzaliśmy razem fajne chwile; potem dowiedziałam się, że jestem zbyt uwodzicielska, zbyt nastawiona na to, by dobrze się „sprzedać”; że nie chce takiej dziewczyny jak ja, że nie może mi ufać. Potem dał mi kolejną szansę.

Przez wiele miesięcy schodziliśmy się i rozstawaliśmy. Było fajnie, a potem robił mi wyrzuty. Z trudem znosiłam tę zabawę w ciepło-zimno, bo byłam naprawdę zakochana i przywiązana do niego. Nie chciałam go stracić.

Kiedyś spałam u niego. Zanim położyłam się do łóżka, chciałam wziąć prysznic, powiedziałam mu: „Za pięć minut wracam”. Przyszłam po 20 minutach. Leżał na łóżku, patrzył na mnie i nie reagował, kiedy do niego mówiłam. Zapytałam, o co mu chodzi. Wtedy spojrzał na telefon i zawyrokował: „Okłamałaś mnie, to nie było pięć minut”. Za tym poszła lekcja na temat kłamstwa. Nie odzywał się do mnie, położył się po swojej stronie łóżka, zabraniając mi się dotykać. Potem przez wiele dni mnie unikał.

Inna sytuacja. Postanowiłam kupić sobie czerwony płaszcz, który od dawna mi się podobał. Kiedy wróciłam cała szczęśliwa do domu, pokazałam go Adamowi, byłam pewna, że powie, że jest ładny i stylowy. Zmienił się na twarzy. Stwierdził, że jest dokładnie jak myślał – że zależy mi bardzo, żeby się wyróżniać, i dlatego wybrałam ten kolor, bo wszystkie spojrzenia, zwłaszcza męskie, będą się zwracać w moją stronę; że nie mogłam się oprzeć! Znowu przepraszałam, zalana łzami, przysięgałam, że nie chcę go zranić, że mi przykro, że zwrócę płaszcz, bo nie zależy mi na tym, żeby wszyscy na mnie patrzyli. Znowu się zdystansował…

Pamiętam też wieczór, kiedy leżałam u niego w łóżku z książką. Wyszedł z łazienki, popatrzył na mnie z uśmiechem, a potem powiedział: „Idealny obrazek”. Spytałam dlaczego, a on na to: „Pięknie wyglądasz! Łatwo mi sobie wyobrazić, że będziemy razem na zawsze”.

Potem wydarzyła się historia z koleżanką z biura, Alicją. Skumplowałyśmy się i kiedyś spontanicznie postanowiłyśmy szybko spotkać się po pracy. To było dla mnie skomplikowane, bo rozmawiałyśmy o życiu, prywatnych sprawach, a ja nie mogłam powiedzieć nic o Adamie, bo to tajemnica. Równolegle ona z Adamem też się przyjaźniła! Kiedy wracałam wieczorem, często komplementował do mnie Alicję i opowiadał o niej, mówił, co robili w ciągu dnia, jakie anegdoty padły, co ich rozbawiło do łez itd.

Z czasem zaczęli się spotykać po pracy, wymyślili sobie zdrobnienia. Alicja nawet zaprosiła go do domu na kolację. Widziałam, że są coraz bliżej, przywozili sobie upominki z podróży, czasami wysyłali SMS-y w weekendy. Dla mnie to było podejrzane i robiłam się coraz bardziej zazdrosna.

Historia z Alicją trwała ponad półtora roku… Z czasem coraz bardziej odsuwałam się od niej, zrobiłam się podejrzliwa, byłam przekonana, że ona chce Adama. Ponieważ nie wiedziała o nas, nie rozumiała mojego zdystansowania. Odsunęła się ode mnie, ale utrzymała relację z Adamem. Myślałam, że oszaleję…

Wszyscy naokoło mówili, że on jest niesamowicie uwodzicielski, tak w środowisku zawodowym, jak prywatnie.

Któregoś wieczoru, kiedy byliśmy na planszówkach, przez kilka minut rozmawiałam z jednym z jego przyjaciół. Kiedy jechaliśmy razem metrem, Adam powiedział, żebym wracała do siebie. Nie chciał mnie widzieć. Powiedział mi: „I co, podoba ci się? Przyznaj”. Odpowiedziałam, że to bez sensu, że mam w nosie jego kumpla, nie podoba mi się i to jego kocham. Podsumowałam, że nie rozumiem, o co chodzi. Wtedy mi odpalił: „Myślisz, że nie widziałem, jak rozmawialiście! Patrzyłaś na niego jak kurwa!”.

Ciągle się bałam, że popełnię jakieś faux pas, że zrobię coś, co mu się nie spodoba, i że potem będzie miał o to pretensje i mnie zostawi.

W międzyczasie zmarła na raka moja babcia. Przez dwa pierwsze dni bardzo mnie wspierał, pocieszał, mówił, że przyjdzie na pogrzeb. W końcu, na dzień przed pogrzebem stwierdził, że jednak nie, że ma dosyć bycia moją podpórką. Kiedy wróciłam wieczorem po pogrzebie, był bardzo miły. Kupił moje ulubione danie na pocieszenie po tym ciężkim dniu.

Podczas kłótni często mówił zdanie: „Nie jesteś na moim poziomie”, połączone z gestem: jedna ręka w górze „ja jestem tu”, a druga niżej „a ty tu”.

Mówił, że nie wyobraża sobie życia beze mnie, ale ze mną też nie; że myślał o tym, żeby zerwać, ale że byłby nieszczęśliwy, gdyby to zrobił; że lubi to wszystko, co robimy razem, wspólne wartości, rozmowy, spędzany czas.

Potem spotkał inną dziewczynę.

Miałam dowód, że nie jest wiarygodny, ponieważ spotykał się i sypiał ze mną, kiedy ewidentnie był też z kimś innym. W seksie był jednak wyraźnie dominujący. Lubił mówić, że jestem jego własnością, że należę do niego w całości, od stóp do czubka głowy, że może ze mną zrobić, co chce i kiedy chce.

Wciąż jeszcze nie jestem w stanie słuchać, kiedy ktoś mi mówi, że zerwanie było najlepszą rzeczą, jaka mi się zdarzyła. «

A to historia Marii, 45 lat. Przychodzi na terapię, żeby nauczyć się zarządzać stresem, który wywołuje poważne dolegliwości fizyczne. Kłopoty Marii biorą się ze skomplikowanych problemów rodzinnych i ujawniają się w bolesnych relacjach. Mimo że udało się jej zakończyć toksyczny związek, wciąż odczuwa jego poważne efekty.

» Najtrudniej przełknąć mi, a zwłaszcza przetrawić to, że przeżyłam sztuczną relację. To ostatnia, zostawiła mi masę blizn. Jestem po niej podejrzliwa do tego stopnia, że nie umiem już zaufać mężczyźnie. Siedem lat nadziei, że człowiek, którego kocham, czuje to samo co ja…

To był związek na odległość, ponieważ on mieszkał za granicą, ale dość niedaleko. Żeby przeżywać to, co uważałam za prawdziwą miłość, jeździłam do niego. On nigdy nie przyjechał do mnie do Francji. Przy każdym spotkaniu wyobrażałam sobie, że nasz związek wzrasta krok po kroku, że kiedyś się połączymy, tylko muszę być cierpliwa. Jego rodzina przyjęła mnie dość dobrze i „zaadoptowała” mojego dwunastoletniego syna.

W czasie wakacji często zwiedzaliśmy jego kraj i staraliśmy się spędzać razem możliwie dużo czasu. Ale on zawsze miał sprawy zawodowe i przez kilka dni był nieobecny. Dość regularnie jeździłam też do niego, żeby pobyć sam na sam. Z czasem spotkania stały się mniej zażyłe i jego pożądanie malało. Do tego stopnia, że w pewnym momencie nie chciał już, żebyśmy uprawiali seks. Ostatniej wspólnej nocy położył się koło mnie w ubraniu i nawet mnie nie dotknął. Koszmar i okropna trauma dla mnie!

Wiele razy chciałam to zakończyć, ale zawsze wracał, obiecywał, że będzie lepiej, mówił, że potrzebuje czasu, że jesteśmy z innych kultur, ale bardzo mu na mnie zależy – nie wydaje mi się, żeby choć raz przez te siedem lat powiedział mi „kocham cię”.

Po entym razie chciał, żebym przyjechała i żebyśmy razem wybrali mieszkanie. RAZEM… Właściwie robił mi wyrzuty, że zawsze o wszystkim decyduję i nie zostawiam mu pola do działania przy organizacji naszych spotkań! Zrozumiałam to w ten sposób, że chce się zaangażować we wspólne przyszłe życie! Uwierzyłam raz jeszcze i stwierdziłam, że trzymam go za słowo. Ale kiedy przyleciałam, żeby razem szukać mieszkania, nie czekał na mnie na lotnisku! Zniknął na trzy dni, a gdy się znów pojawił, projekt już nie miał sensu…

Wreszcie zrozumiałam, że mam dość upokorzeń. Jestem już w stanie rozmawiać z nim bez płaczu. Ale długo to trwało i było bardzo bolesne. Potrzebowałam czasu, żeby przyznać, że trafiłam na perwersyjnego narcyza i czułam, jakbym okłamywała samą siebie, udając, że nie widzę, jak mną manipuluje. «

Osobowości toksyczne nie zawsze można łatwo rozpoznać. Jeśli zidentyfikujecie u kogoś taką osobowość, pora uciekać jak najdalej! Niekiedy, zwłaszcza w stosunku do perwersyjnych narcyzów, stosujemy wyparcie. Nie chcemy przyznać, że ktoś, kogo tak mocno kochaliśmy lub nadal głęboko kochamy, kto tak bardzo uszczęśliwiał nas na początku, cierpi na chorobę psychiczną.

Fragment pochodzi z książki Lisy Letessier „Kłamstwo w związku. Odejść czy zostać?”

  1. Psychologia

Wpółczucie - bezpieczne schronienie dla nas wszystkich

Współczucie jest trudne, wymaga odwagi, ponieważ wiąże się z gotowością odczuwania bólu, a nie uciekania od niego. (Fot. iStock)
Współczucie jest trudne, wymaga odwagi, ponieważ wiąże się z gotowością odczuwania bólu, a nie uciekania od niego. (Fot. iStock)
Każdy z nas ma nieprzebrane pokłady wrażliwości i wielkie serce. Gdy dotykamy tych wrażliwych miejsc, pozwalamy tym samym, aby przepełniło nas współczucie. A wtedy czujemy się mocni, łagodni i niezniszczalni.

Współczucie jest czymś najpiękniejszym i najcenniejszym, mówią ci z nas, którzy znają już jego siłę. Jest lekarstwem. Odkrycia neurobiologów i neuropsychologów wskazują na to, że współczujące serce jest najważniejszym składnikiem zdrowia psychicznego; łagodzi stany depresyjne, podnosi poziom energii życiowej, kontaktuje nas z wewnętrznym spokojem i poczuciem własnej wartości. Im częściej współczucie odczuwamy, tym bardziej umacniamy naszą zdolność pokonywania trudności i przekształcania ich w pozytywne działania. Doświadczamy wewnętrznej wolności i radosnego uniesienia, a to sprawia, że możemy się rozluźnić i głęboko odpocząć. Współdziałanie z innymi w przepływie ciepła i współczucia czyni nasze życie szczęśliwym i spełnionym, a także – co ważne – radykalnie je wydłuża.

Współczucie jest najistotniejszym czynnikiem w każdym ludzkim działaniu. Wschodnie przysłowie mówi, że skuteczność leczenia zależy od serdeczności i współczucia lekarza. I odwrotnie: każde działanie pozbawione życzliwości i współczucia może stać się niebezpieczne.

Wydaje się jednak, że nie za bardzo współczuciu ufamy. Nie wiemy, czym w istocie jest. Współczucie to nie litość. Kiedy mówimy o współczuciu, mamy na ogół na myśli pomaganie tym, którzy mieli mniej szczęścia od nas; powinniśmy wspierać tych wszystkich biedaków, którzy nie mają takiego wykształcenia jak my, zdrowia czy talentów. Nie ma tu partnerstwa. Jest wyższość, poczucie bycia lepszym. I nawet jeśli intencje są najlepsze, to raczej poniżanie kogoś niż wzmacnianie. Współczucie nie jest relacją biednego cierpiącego i litościwego pocieszyciela. To partnerski kontakt między równymi sobie. Podstawowe znaczenie słowa „współczucie” to „czuć z…”. Uświadomienie sobie, że to, co czuję ja, czujesz również ty. To, co rani ciebie, rani również mnie. Wszyscy pragniemy tego samego; chcemy doświadczać pełni, bezpieczeństwa i szczęścia, lękamy się cierpienia, bólu oraz śmierci i chcielibyśmy się od nich uwolnić.

Współczucie wywodzi się z serca, z życzliwości, akceptacji i szacunku. To pragnienie ulżenia innym – tak jak sobie – w cierpieniu. To niejako wzięcie w nawias oceniającego, osądzającego i krytycznego umysłu i danie pierwszeństwa sercu. Czujemy się szczęśliwi, gdy jesteśmy traktowani ze współczuciem i miłością. Inni także czują się dobrze, gdy okazujemy im ciepło i współczucie. Tak się dzieje, ponieważ współczujące serce to nasz dom, do którego pragniemy powrócić, prawdziwa wartość życia. Bez kontaktu z tą jakością, z głęboką wrażliwością na uczucia innych odczuwamy istotny brak. Kiedy blokujemy współczucie, czujemy się mali, bezbronni i pełni lęku.

Z natury jesteśmy łagodni i współczujący. I silni. Najczęściej jednak nie zdajemy sobie z tego sprawy. Nawet budowa naszych ciał kształtująca współczujące i łagodne usposobienie jest pokrewna tym gatunkom ssaków, które prowadzą spokojny, pokojowy tryb życia. Nasze ręce ukształtowane są w sposób sprzyjający bardziej obejmowaniu niż uderzaniu; nie mamy szponów, pazurów i zębów do rozszarpywania. Gdyby nasze dłonie były przeznaczone do zadawania ciosów, nie potrzebowalibyśmy tak pięknych palców!

Współczucie jest trudne, wymaga odwagi, ponieważ wiąże się z gotowością odczuwania bólu, a nie uciekania od niego. Prawdziwa komunikacja płynąca z serca do serca oznacza otwarcie na innych, ale przede wszystkim otwarcie na siebie; pozwalamy sobie czuć to, co czujemy, niczego nie tłumiąc. Możemy to zrobić jedynie w otwartej, wolnej od wartościowania przestrzeni. Nie będąc uwikłani we własną wersję rzeczywistości, możemy ujrzeć, usłyszeć i odczuć, kim są inni.

To, co odrzucamy w świecie zewnętrznym, jest jednocześnie tym, co odrzucamy w sobie. I odwrotnie: w innych nienawidzimy tego, czego nienawidzimy w sobie. Mamy dla innych tyle współczucia, ile go mamy dla siebie. Dobrze jest więc zacząć od odczuwania współczucia dla odrzuconych, „upośledzonych” aspektów siebie – własnych niedoskonałości, o których nie chcemy wiedzieć. W miarę jak wzrasta w nas współczucie dla siebie samych, obejmujemy uwagą, świadomością i współczuciem wszystkich wokół.

Dopuszczając ból, dostrzegamy niechęć i uprzedzenia. I mamy wybór: możemy się wycofać, ale możemy też zrobić coś nieoczekiwanego – spróbować współczuć. Wtedy pomału, stopniowo rozpuszczamy kolejne warstwy lęku.

Mieszkając w mieście, żyjemy obok tysięcy ludzi, których codziennie ignorujemy. Jesteśmy obojętni i pełni lęku wobec wielu z nich. A gdybyśmy tak patrząc na innych, pamiętali o tym, co nas łączy – wszyscy mamy ciało, umysł i emocje. Rodzimy się w podobny sposób i w podobny umieramy. Pragniemy szczęścia. Boimy się. Wszyscy mamy to samo w głowie. Gdybyśmy pamiętali, że religia, kultura czy kolor skóry to drugorzędne różnice. Gdybyśmy wiedzieli, że w innych spotykamy siebie.

Możemy uczyć się pobudzać współczucie. Możemy na przykład postawić się na miejscu drugiej osoby i spojrzeć z jej perspektywy, wejść w jej skórę. Najczęściej inni nie chcą nam zrobić krzywdy, próbują po prostu złagodzić własny ból lub lęk. Jeśli wyrządzają krzywdę, robią tak, ponieważ nie czują się bezpieczni czy szczęśliwi. Boją się. A my wiemy, co to lęk.

Na przykład jadąc windą z nieznajomą, możemy pomyśleć: „Ona podobnie jak ja boryka się w życiu ze stresem, ma problemy”. Za sprawą naszych nadziei i lęków, radości i cierpienia jesteśmy ze sobą wzajemnie głęboko powiązane. Możemy podejmować tę praktykę podczas śniadania z najbliższymi, na dworcu autobusowym, w poczekalni do lekarza. Czytając w gazecie o kimś, kto miał wypadek samochodowy, możemy wzbudzić w sobie współczucie dla tej osoby i dla jej rodziny, jak gdyby byli naszymi przyjaciółmi. Możemy wzbudzić w sobie współczucie także wobec kogoś, kto dopuścił się przemocy. To trudne, jednak nie jest niemożliwe. Przestajemy wówczas postrzegać siebie jako oddzielonych od innych; poczucie izolacji zmniejsza się, a my się wzmacniamy.

Nie chodzi o to, byśmy uginali się pod ciężarem cierpienia. Możemy wejść w kontakt z głębokim, szczerym współczuciem, nie tonąc w bólu. Możemy być świadomi, że jest przestrzeń o wiele, wiele większa niż ból; i „oprzeć się” na niej. Oczywiście, świadomość, że ktoś, o kogo się troszczymy, przeżywa ból, może złamać nasze serce. Ale złamane serce jest sercem otwartym. Każde bolesne przeżycie to szansa, aby popłynęły przez nas miłość i współczucie.

Żyjemy na jednej planecie. Jesteśmy ze sobą połączeni. Gdy rozwijamy współczucie, staje się jasne, że wszystko, co robimy dla innych, robimy też dla siebie i na odwrót. Gdy z głębi serca życzymy wszystkim – wszystkim! – szczęścia, uwalniamy się z więzów obojętności i wyobcowania, stajemy się spokojniejsi, bardziej skoncentrowani i uważni; mocniejsi, oddani sobie nawzajem. Tworzymy przyczyny i warunki dla wspólnego szczęścia. Być może już niedługo nie będziemy potrzebowali żadnych praw, armii, policji czy bomb. Każdy z nas ma nieprzebrane pokłady wrażliwości i wielkie serce. Gdy dotykamy tych wrażliwych miejsc, pozwalamy tym samym, aby przepełniło nas współczucie; bezpieczne schronienie dla nas wszystkich.

Korzystałam z książek: Pemy Cziedryn – „Mądrość nieuciekania”, „Miejsca, które budzą lęk”, „Kiedy życie nas przerasta”; Dalajlamy – „Moc współczucia”; dr. Davida R. Hamiltona – „Zaraźliwa moc myślenia” i „Uzdrawianie ciała za pomocą umysłu”.

  1. Psychologia

Syndrom SAD, pandemia, lęk – jak zadbać o zdrowie psychiczne? Rozmowa z psychoterapeutką Katarzyną Szostak

Czekając na powrót do świata sprzed pandemii stosujemy mechanizm wyparcia. Nie przetrwamy tego okresu na starych skryptach myślowych. (Fot. iStock)
Czekając na powrót do świata sprzed pandemii stosujemy mechanizm wyparcia. Nie przetrwamy tego okresu na starych skryptach myślowych. (Fot. iStock)
Większość osób skarży się na spadek formy, doświadcza przewlekłego stresu. Nie zdążyli odreagować pierwszej fali pandemii, a już mamy kolejną. Wyczerpanych baterii nie udało się dobrze naładować. Jak sobie radzić z ciągłym poczuciem niepewności, i przewlekłym napięciem wyjaśnia Katarzyna Szostak, psychoterapeutka z Centrum Psychoterapii HELP.

Syndrom SAD, związany z okresem jesienno-zimowym, jest tym razem spotęgowany przez sytuację związaną z pandemią. Krótkie dni, brak słońca, niepewność w związku z sytuacją na rynku, a do tego lęk i frustracja. Co psychologowie mówią ludziom w tej sytuacji? „To jest ok, że nie ma się siły”, „Wyobrażam sobie, jak musi być Ci trudno z takimi objawami”, „To ludzkie, że czujesz lęk w tej sytuacji”, „To zrozumiałe, że ograniczenia Cię frustrują”, czyli staram się uprawomocnić uczucia i emocje, zaakceptować je, znormalizować. Staram się też zainspirować do szukania sposobów radzenia sobie z sytuacją. W zależności od tego, z czym mu jest trudno, szukamy metod ukajania, motywowania, uspokajania siebie albo też pracujemy nad akceptacją tego, na co nie ma wpływu.

Media piszą o tym, jak bardzo zwiększyło się zapotrzebowanie na pomoc psychologiczną w związku z pandemią. Z czym najczęściej ludzie sobie nie radzą? Dla wielu moich klientów największą trudnością jest akceptacja ograniczeń, jakie stawia przed nami pandemia oraz lęk przed utartą dotychczasowego statusu quo, przed obniżeniem jakości życia. Wielu z nich przewiduje kryzys gospodarczy i lęka się utraty pracy lub obniżenia wynagrodzenia w nadchodzącym czasie. Utrzymujące się od tylu już miesięcy - frustracja, obniżenie poczucia braku bezpieczeństwa i brak przewidywalności - skutkują nasileniem objawów z grupy zaburzeń lękowych i depresyjnych.

Ci, którzy mają rodziny (choć dotyczy to również singli) często zgłaszają rosnącą trudność z radzeniem sobie ze złością, którą zdarza im się odreagowywać na najbliższych albo z frustracją i/lub lękiem związanymi z obniżeniem jakości wykonywanej przez nich pracy zawodowej. Zauważalny jest również wzrost zapotrzebowania na terapię par. Czas izolacji na wiele związków i rodzin zadziałał jak szkło powiększające, w którym partnerzy zobaczyli siebie nawzajem i łączące ich relacje, ich niedoskonałości, od których w tych okolicznościach trudno jest uciekać w inne aktywności czy relacje. Spędzanie dla wielu z nas tak dużej ilości czasu razem, co jest wręcz nienaturalne, skatalizowało niekorzystne mechanizmy funkcjonowania i przyspieszyło proces psucia związku.

Nie możemy zrealizować wielu podstawowych potrzeb, które były dla nas rodzajem „pocieszyciela” o tej porze roku: pójść na fitness, na jogę, na salsę, spotkać się z grupą przyjaciół, zjeść coś na mieście, pójść na koncert, wyjechać na weekend. Co z tym zrobić? Wyzbyć się, jak radzi wielu mędrców, większości potrzeb? Wychodzi na to, że musimy całkowicie zmienić podejście do życia… W zamian możemy zrobić wiele rzeczy, na które zawsze brakowało nam czasu, bo lataliśmy po mieście. Wreszcie mogę przeczytać książki, które czekają na nieco więcej wolnego czasu, wreszcie mogę nadrobić zaległości w filmach czy serialach, bez wyrzutów sumienia, że spędzam czas przed telewizorem zamiast wyjść do ludzi, wreszcie mogę nauczyć się szyć na maszynie lub szydełkować.

A zanim wyzbędziemy się potrzeb, można się zastanowić nad innymi sposobami ich realizowania. Zamiast skupiać się na tym, czego nie mogę mieć, spróbujmy przekierować uwagę na to, co jest możliwe i na co mam wpływ. Nie mogę iść na fitness czy jogę, ale mogę odpalić YouTube i poćwiczyć w domu. Może nawet wspólnie z córką lub partnerem. Nie mogę zjeść na mieście, ale mogę rozwinąć w sobie pasję do gotowania, np. zapisać się na kurs online albo zrobić videorozmowę z mamą, która krok po kroku opowie mi o tym, jak zrobić te jej genialne mielone. Mogę też odziać się jedynie w fartuszek i zadbać nie tylko o rozkosz podniebienia, ale i relację z partnerem. Nie mogę wyjechać na weekend, ale mogę wrócić do zdjęć z wyjazdów sprzed lat i wspomnień. Może to być podróż, w którą zaproszę partnera albo dzieciaki (tak, dokładnie jak na początku odcinka w Rodzinka.pl) - jest to okazja nie tylko do odświeżenia uczuć i zbliżenia się do siebie, ale i poznania się lepiej, jeśli zdjęcia zainspirują nas do opowiedzenia historii, o których do tej pory nie mówiliśmy.

Ostatnio czytałam wywiad z terapeutą, o tym, jak duże znaczenie dla naszego zdrowia i samopoczucia ma pielęgnowanie znajomości. I to najlepiej pielęgnować je poprzez osobiste spotkania. Tylko, że obecna sytuacja temu nie sprzyja. Ludzie, „ustawowo” porozdzielani, oddalają się od siebie. Mało tego, zaczynają obawiać się kontaktów z drugim człowiekiem, bo stale towarzyszy im lęk przed chorobą. Rzeczywiście, przyszło nam żyć w czasach, w których wiele rozwiązań „idealnych” nie jest możliwych i pozostaje nam korzystać z tych nieco mniej perfekcyjnych, posiadających ograniczenia i mankamenty. Warto jednak pamiętać, że nie musimy się opierać na dwóch skrajnościach - wszystko (kontakt osobisty w wybranym przez nas miejscu) albo nic (brak kontaktu) - pomiędzy jest całe mnóstwo innych rozwiązań. Również takich, które pozwalają nam pielęgnować relacje i równocześnie zadbać o poczucie bezpieczeństwa oraz ochronę zdrowia.

Mamy mniej sytuacyjnych okazji do spotykania się czy rozmawiania z ludźmi - nie mamy przerw między zajęciami na uczelni czy tych na kawę w pracy, kiedy możemy wymienić kilka zdań czy po prostu pobyć wśród ludzi, rzadziej wpadamy na znajomych na ulicy, unikamy sąsiadów w windzie i spotkań z bliskimi, aby ochronić ich zdrowie. Bycie w kontakcie wymaga od nas nieco więcej wysiłku i wychodzenia z inicjatywą, często kombinowania i kreatywności, pamiętania o znajomych i bliskich oraz zadbania o możliwość rozmowy czy spędzenia czasu razem.

Izolacja społeczna i samotność wpływają na zmniejszenie motywacji do działania, odbierają energię, obniżają empatię, zwiększają podatność na stres, ale też wpływają na obniżenie odporności, pracę mózgu i serca, zwiększając ryzyko chorób układu sercowo-naczyniowego. Warto więc zadbać o relacje i wpisać w swój plan dnia przynajmniej jedną aktywność nastawioną na podtrzymywanie czy pogłębianie relacji.

Tęsknimy też za przytulaniem… Wiele osób ma rodziny, partnerów, ale są i tacy, którzy siedzą sami. Niektórzy, z różnych powodów, dobrze czują się w samotności i nie muszą mocno odczuwać skutków izolacji. W nawiązywaniu i podtrzymywaniu kontaktów bardzo pomaga Internet, różnego rodzaju komunikatory i portale randkowe. Spotkałam się z danymi, mówiącymi, że w ostatnim czasie wzrosła liczba osób korzystających z takich właśnie sposobów na poznanie kogoś nowego. Miesiące letnie, kiedy już troszkę oswoiliśmy sobie pandemię i zmniejszył się lęk przed zachorowaniem oraz nastąpiło zluzowanie obostrzeń, zaowocowały również randkami w realu. Wydaje się, że pomimo znaczącego wzrostu zakażeń w ostatnich tygodniach, wiele osób wciąż decyduje się na wychodzenie z domu i spotkania na żywo. Nie są to takie randki jak rok temu, ale możliwe jest poznawanie nowych osób i wchodzenie w związki.

Nic nie zastąpi kontaktu z drugim człowiekiem, niemniej badania pokazują, że kontakt ze zwierzęciem domowym również znacząco wpływa na obniżenie poziomu kortyzolu (hormonu stresu) i ciśnienia tętniczego. Głaskanie psa wpływa na wzrost poziomu nie tylko oksytocyny (hormon miłości), ale i prolaktyny oraz dopaminy (odpowiadają za odczuwanie przyjemności). Pupil daje nam akceptację, zaangażowanie, oddanie, a także wpływa na zwiększenie małych interakcji społecznych.

Skąd czerpać energię w tym trudnym czasie? A może właśnie pozwolić sobie na to, aby tej energii mieć mniej? Dać sobie prawo do funkcjonowania nieco wolniej, podejmując mniej wysiłku? W połowie marca wszyscy zostaliśmy wprowadzeni w stan mobilizacji do poradzenia sobie z krytyczną sytuacją, to męczy. Ba! Wyczerpuje, zwłaszcza jeśli sytuacja stresowa utrzymuje się przez dłuższy czas. To naturalne, że po tylu miesiącach funkcjonowania w stresie i napięciu przychodzi załamanie możliwości do radzenia sobie na co dzień. Jeśli dodatkowo nałoży się na to sezonowe zaburzenie afektywne, uwarunkowane m.in. indywidualną podatnością i predyspozycjami genetycznymi, nieludzkim wydaje się wymaganie od siebie funkcjonowania na tym samym poziomie energetycznym, co w ubiegłym roku.

W celu zmniejszenia objawów i poprawy nastroju warto postawić na pracę nad obniżeniem stresu. Pomocne będzie przede wszystkim nie branie na siebie zbyt wielu i/lub zbyt trudnych zadań oraz wszelkie ćwiczenia relaksacyjne, praca z myślami w kierunku uspakajania siebie, medytacja, regularne spacery o możliwie najbardziej nasłonecznionej porze dnia, regularne ćwiczenia fizyczne, zdrowa dieta bogata w magnez i witaminy z grupy B, kontakty społeczne.

Jeśli trudno poradzić sobie samemu, warto sięgnąć po pomoc psychoterapeuty, który pomoże w pracy nad akceptacją ograniczeń, jakie stawia przed nami ludzkie ciało - jego możliwości i limitów.

Rozumiem, że psychologowie i terapeuci też mają pewien problem ze „zmianą narzędzi”? Zakładam, że w tak odmiennej sytuacji trzeba zastosować nowe podejście, nowe wskazówki? Zdecydowanie! Przed pandemią wielu terapeutów nie korzystało z pracy przez Internet, niektóre podejścia wręcz nie akceptowały takiej formy pracy. Trudno jednak na tak długi czas przerwać procesy i zostawić Klientów bez pomocy czy samemu być bez pracy zarobkowej. Stanęliśmy przed koniecznością elastycznego zaadaptowania się do sytuacji. Praca online ma swoje ograniczenia (m.in. dystans, konieczność modyfikacji bądź zrezygnowania z niektórych technik terapeutycznych, brak możliwości obserwowania reakcji całego ciała), jednak badania pokazują, że jest równie skuteczna. Z czasem możliwy okazał się powrót do gabinetu, ale praca w maseczce? To wielka strata, kiedy nie możemy widzieć znacznej części twarzy Klienta i on naszej, mimika jest bardzo ważnym środkiem wyrażania empatii.

Wydaje się, że w czasie pandemii każdego z nas w jakimś stopniu dotyka konieczność korzystania z takich właśnie nieidealnych metod i trudność akceptowania ograniczeń, na które nie mamy wpływu. Stajemy przed wyborem możliwie najlepszego z dostępnych rozwiązań (przy znacznie pomniejszonym repertuarze).

Jak długo możemy wytrzymać taki stan i funkcjonować w przewlekłym stresie?  Jakie są koszty przewlekłego stanu zagrożenia… Każdy z nas ma nieco inną odporność na stres. Poziom naszej wrażliwości i sposób reagowania na pojawiające się w życiu zagrożenia jest częściowo dziedziczony, a częściowo kształtuje się w toku życia. Niektóre osoby są więc bardziej skłonne do reagowania lękiem niż inne. Każdy z nas ma też inny próg odporności, w którym stres mobilizujący do działania zmienia się w ten szkodliwy i działający destrukcyjnie.

Stres to z definicji reakcja organizmu na wydarzenia, które zakłócają równowagę, obciążają lub przekraczają nasze zdolności do skutecznego radzenia sobie. Początkowo reagujemy pobudzeniem - staramy się znaleźć rozwiązania, nauczyć się nowych umiejętności, poradzić sobie z sytuacją (faza przystosowania). Jeśli jednak stan zagrożenia utrzymuje się zbyt długo, przechodzimy do fazy wyczerpania zasobów odpornościowych.

Praca polega zatem na znalezieniu metod na radzenie sobie z sytuacją i przywróceniu równowagi. Jeśli sytuacji nie da się zmienić, pozostaje ją zaakceptować. Taka habituacja do stresora, jakim jest wirus, była widoczna po kilku miesiącach pandemii - wiele osób nie bało się już tak bardzo zakażenia na przełomie drugiego i trzeciego kwartału br., pomimo drastycznie zwiększającej się realnej liczby chorych.

Sytuacja jest o tyle trudna, że wirus nie jest jedynym stresorem, z którym musimy sobie poradzić… Większość z nas jest narażona na działanie przynajmniej kilku bardzo silnych czynników stresogennych. To zrozumiałe, że nie zawsze jesteśmy w stanie samodzielnie udźwignąć je wszystkie. Warto wtedy skorzystać z pomocy bliskich, czy profesjonalistów.

Jak ćwiczyć psychiczną elastyczność? Czy istnieje recepta na życie w ciągłym stresie i niepewności? I przy tym jeszcze w ograniczonej przestrzeni! Elastyczność psychologiczna jest silnie związana z umiejętnością bycia tu i teraz, kontaktem ze swoimi emocjami i rzeczywistością, umiejętnością akceptowania jej i elastycznego dopasowania się do niej. Ćwiczyć możemy każdą z tych umiejętności.

Pomocne we wzmacnianiu rezyliencji mogą się okazać: trening akceptacji i zaangażowania (ACT), trening uważności (mindfulness), medytacja. Przydatna jest też umiejętność defuzji, czyli dystansowania się do swoich myśli oraz poszerzania perspektywy, czyli szukania alternatywnych wytłumaczeń, rozwiązań. Warto też trenować tolerancję frustracji, w czym pomagają wszelkie metody relaksacyjne, np. treningi oddechowe czy trening progresywnej relaksacji Jacobsona.

Zanosi się na to, że my już nigdy nie wrócimy do tego, co było. Styl życia będzie zupełnie inny i trzeba się będzie przystosować. Pamiętam rozmowę z terapeutką, która podkreślała, że nie przetrwamy tego okresu na starych skryptach myślowych. Jak w takim razie wytworzyć sobie nowy sposób myślenia? Na czym się skupić? Te stare skrypty myślowe kojarzą mi się z walką, aby wszystko wróciło do normy - w takim rozumieniu, aby przywrócić stan sprzed pandemii. A coraz wyraźniej widzimy, że nawet jeśli uda nam się poradzić sobie z wirusem, poprzez szczepienia czy skuteczne metody leczenia, to choćby pod względem gospodarczym czeka nas nowa rzeczywistość. Dużo się mówi o zmianie nawyków zakupowych i roli galerii handlowych w życiu społeczeństwa, a także o rewolucji cyfrowej w miejscach pracy i roli home office w przyszłości.

Czekanie na powrót do świata sprzed pandemii wydaje się być dezadaptacyjne, świadczy bowiem o wyparciu, o braku kontaktu z rzeczywistością. Trudno będzie zaadaptować się do realiów bez ich akceptacji i elastycznego reagowania na nie.

Katarzyna Szostak: psycholożka i psychoterapeutka z Centrum Psychoterapii HELP. Tytuł magistra psychologii uzyskała na Uniwersytecie im. A. Mickiewicza w Poznaniu, gdzie ukończyła również Podyplomowe Studium Pomocy Psychologicznej w Dziedzinie Seksuologii. Absolwentka Profesjonalnej Szkoły Psychoterapii Instytutu Psychologii Zdrowia. Bierze udział w licznych kursach i szkoleniach, obecnie kształci się w Studium Pomocy Psychologicznej dla Par IPZ oraz robi Kurs Terapii Schematu w Centrum CBT. Swoją pracę poddaje regularnej superwizji.