1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Chcesz pożegnać stare nawyki i zrealizować cel? Przygotuj się na silną reakcję obronną twojej psychiki!

Chcesz pożegnać stare nawyki i zrealizować cel? Przygotuj się na silną reakcję obronną twojej psychiki!

Gdy chcesz wprowadzić zmianę, umysł zwykle stawia opór, który przejawia się szukaniem licznych wymówek. (fot. iStock)
Gdy chcesz wprowadzić zmianę, umysł zwykle stawia opór, który przejawia się szukaniem licznych wymówek. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Marzysz o rozstaniu się z niewygodnymi nawykami? Spełnienie tego postanowienia wymaga zmiany. Natura ludzka nie lubi zmian i silnie się im przeciwstawia. Dlatego tak chętnie trzymamy się utartych ścieżek myślowych, powtarzamy te same zachowania. W ten sposób wypracowujemy nawyki, które zespalają się z nami tak bardzo, że w pewnym momencie uznajemy je za integralną część siebie, za swoje cechy. Tymczasem to tylko zachowania potwierdzające naszą autoopinię. Powielanie starych przyzwyczajeń prowadzi w stare miejsca.

Można powiedzieć, że nawyki są obszarami niepunktowanymi w grze o spełnienie marzeń. Pozornie nic się nie stanie, jeśli znów nie odłożysz rzeczy na miejsce, wstaniesz za późno, by biegać, „zapomnisz” zapłacić rachunki, a na kolację zjesz kanapkę ze smalczykiem zamiast z pomidorem. To drobiazgi, prawda, ale przez nie przestajesz posuwać się do przodu. Dlatego przed stworzeniem wizji swojego nowego lepszego życia powinnaś odkryć, co cię stopuje, co na pewno nie przybliża do celu – czyli ustalić własne indywidualne obszary niepremiowane.

Bez względu na to, czego dotyczy twoje marzenie, czy chcesz zacząć malować obrazy, czy schudnąć – obszary niepremiowane są zwykle takie same i kryją się pod postacią wymówek, np.: „Jest jeszcze czas, nie muszę się za to dziś zabierać”, „Mama napracowała się nad tym sosem, więc zjem dużą porcję, żeby czuła się potrzebna”, „Urwę się godzinę wcześniej z pracy, przecież wszyscy tak robią”. Brzmi znajomo? Wymówki, czyli racjonalizacja własnych decyzji, to przeniesienie odpowiedzialności za swoje życie na zewnętrzne okoliczności lub innych ludzi. Jest to standardowa reakcja na niepowodzenie w realizacji swojego marzenia. Widzimy w nich racjonalną, obiektywną ocenę sytuacji, a tymczasem one tylko odciągają od sukcesu. Czas to odczarować! Znasz dobrze swoje wymówki. Stań z nimi oko w oko. Aby sobie w tym pomóc, wykonaj następujące ćwiczenie: zapisz w jednym miejscu wszystkie wymówki, które usłyszysz w swojej głowie. To obnaży ich jałowość i pomoże ci następnym razem z miejsca ustalić, że to nie racjonalny ogląd sytuacji, ale zwyczajne sabotowanie swoich planów. Nawet jeśli jakiejś ulegniesz – zanotuj ją. Na przyszłość od razu będziesz wiedziała, że to tylko wykręt.

Autosabotaż

Inny rodzaj działań oddalających nas od celu to zachowania destrukcyjne. Są całkowicie sprzeczne z naszymi postanowieniami, a na dodatek pogrążają nas, wpychają w jeszcze większe niż dotychczas kłopoty, zwiększają poczucie frustracji. Oto kilka przykładów: kupujesz kolejny sweter w serwisie internetowym, zamiast zapłacić czynsz; chcesz wrócić do formy, a jedziesz windą na drugie piętro; zjadasz torcik czwartego dnia diety; chcesz lepiej zarabiać, a w pracy gadasz z siostrą na Skypie itp. Autosabotaż to krok do tyłu w ważnej dla ciebie sprawie. Czas wykryć wroga. Wypisz zachowania, które oddalają cię od celu i unikaj ich jak ognia. Zdarza ci się zapomnieć, co sobie postanowiłaś? Bywa że po kilku dniach wysokiego poziomu energii („nakręcania się”) zapominasz, co chciałaś zrobić ze swoim życiem? A może czasami pozwalasz, by ktoś zdyskredytował twoje postanowienia i zaczynasz patrzeć na nie poprzez cudzy system wartości („A na co mi ten chiński?! Tyle pracy włożyłam w angielski, po co teraz zabierać się za nowy język”)? Są to kolejne ważne grupy obszarów niepremiowanych na drodze do realizacji postanowień. Podobnie dzieje się wtedy, gdy masz wrażenie, że dostałaś „znak od losu”, że realizacja danego marzenia nie ma sensu („Drugi raz z rzędu, gdy mam iść na taniec, synek chce ze mną pograć w grę planszową”).

Gdy jesteśmy zaskakiwani kłopotami, trudnościami, reagujemy chaotycznie, emocjonalnie. Grunt to wiedzieć, że na drodze do realizacji twojego marzenia spotka cię jedna ze wspomnianych przeszkód (albo wszystkie). Dzięki temu możesz się przygotować na odparcie wroga. Przemyśl zatem wcześniej, co zrobisz, gdy znów w twojej głowie pojawi się jedna z wymówek, zaczniesz myśleć, że teraz jest zły czas na realizację planów albo ktoś wyśmieje twoje marzenie. Zastanów się, kogo poprosisz o pomoc, żeby nie wykonać żadnego z zachowań autodestrukcyjnych i jak się zachowasz, gdy złamiesz zasady i wrócisz do starego nawyku. Zaplanuj również, jakie działania podejmiesz, żeby wrócić do celu.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Problemy z zasypianiem – czym jest odwetowa prokrastynacja snu?

O odwetowej prokrastynacji snu mówimy wtedy, gdy mimo braku ważnych przyczyn odwlekamy pójście spać. Jakbyśmy w akcie odwetu chcieli odebrać czas, który nam zabrano w dzień, i zrobić w końcu coś dla siebie. (Fot. iStock)
O odwetowej prokrastynacji snu mówimy wtedy, gdy mimo braku ważnych przyczyn odwlekamy pójście spać. Jakbyśmy w akcie odwetu chcieli odebrać czas, który nam zabrano w dzień, i zrobić w końcu coś dla siebie. (Fot. iStock)
Małe dzieci, wiadomo, trzeba zaganiać do łóżka, ale wydawać by się mogło, że dorośli chcą się wyspać, więc sami o to zadbają. Czyżby? Jak się okazuje, odwlekanie momentu pójścia spać jest coraz bardziej powszechne. I – jak przypomina psycholożka Hanna Samson – niczemu dobremu nie służy.

Czy zdarza ci się do późnej nocy oglądać seriale? Grać w coś albo siedzieć na Facebooku? Albo robić coś jeszcze innego, co nie jest konieczne, choć rano musisz wstać i się nie wyśpisz? Jeśli tak, witaj w klubie. To zjawisko doczekało się już własnej nazwy. Po angielsku to: revenge bedtime procrastination, ale dosłowne tłumaczenia trochę bolą, więc proponuję: odwetową prokrastynację snu. Pojęcie najpierw pojawiło się w Chinach, gdzie dzień pracy bywa tak długi, że nie zostawia czasu na nic poza snem. Czy nie lepiej zatem zredukować ilość snu i trochę pożyć? Zrobić to, na co nie mamy czasu w dzień? W akcie odwetu czy zemsty odbieramy czas, który nam zabrano w dzień, i robimy w końcu coś dla siebie.

O odwetowej prokrastynacji snu mówimy wtedy, gdy nie ma istotnych przyczyn, żeby siedzieć w nocy, wiemy, że się nie wyśpimy i będziemy mieć kiepski dzień – a mimo to odwlekamy pójście spać. Niektórzy idą co prawda do łóżka, ale z laptopem lub innym urządzeniem i odkładają w czasie wtulenie się w poduszkę. Inni się nawet nie kładą, siedzą w fotelu lub na sofie i oglądają, grają, czytają... Dobrowolnie zmniejszają ilość snu na rzecz tego, co sprawia im przyjemność. Niby to nie to samo, co odwlekanie wykonania obowiązków, jednak również nam nie służy.

Zemsta na sobie

Na jednym ze spotkań grupy kobiet, o której już niedawno wspominałam, Julka, lat 38, matka dziewięcioletnich bliźniaczek, opowiedziała o swojej porażce.

– Nie wiem, jak to się stało – zaczęła ze łzami w oczach. – Jest mi strasznie wstyd, nie myślałam, że jestem do tego zdolna. Kiedy przypomnę sobie ich wzrok, robi mi się słabo. Patrzyły na mnie z przerażeniem, tak samo jak na ojca, jak ja im mogłam to zrobić! – Co zrobiłaś? – pytam. – Miałam spotkanie z szefową na Skypie, sytuacja w pracy jest napięta, a one w pokoju obok zaczęły się kłócić i wrzeszczeć na siebie, potem chyba zaczęły się bić, próbowałam udawać, że nic się nie dzieje, ale szefowa słyszała te krzyki i powiedziała, żebym zadzwoniła, kiedy opanuję sytuację w domu. Rozłączyłyśmy się, wpadłam do ich pokoju, zaczęłam na nie wrzeszczeć, Zosię walnęłam w głowę, Helenę pchnęłam na biurko; natychmiast się uspokoiły i patrzyły na mnie z przerażeniem! Właśnie dlatego się rozwodzę, żeby w domu w końcu był spokój, żeby dziewczynki czuły się bezpieczne. On ciągle na nas wrzeszczał, co jakiś czas którąś bił, rzucał przedmiotami, obiecałam im, że teraz wreszcie będzie dobrze, no i co? – wyrzuca z siebie.

Julka przeprosiła córki, wytłumaczyła, że to stres, że nigdy więcej tego nie zrobi, że nie chce, żeby się jej bały. Ale sama też się siebie przestraszyła, zawsze spokojna i cierpliwa, nie wie, co jej się stało.

– Ostatnio w ogóle jestem rozdrażniona, mam tyle rzeczy na głowie, praca, zdalna nauka dziewczynek, rozwód, prowadzenie domu, nie mam chwili dla siebie. I jeszcze to napięcie. Bo COVID, bo zwolnienia w pracy, bo on ciągle ma jakieś żądania, muszę odpowiadać na jego pisma, teraz wymyślił opiekę naprzemienną, choć dotąd nigdy się nimi nie zajmował, a one się go boją. Teraz także mnie będą się bać! – Julka płacze, dziewczyny ją pocieszają, że przecież ma bliską relację z córkami, ten jeden wybuch tego nie przekreśla. Skoro je przeprosiła, to jest inaczej niż z ojcem, ale ona czuje niepokój. – Nie miałam pojęcia, że jestem w stanie tak się zachować. Czy mogę mieć pewność, że to się nie powtórzy? Moje życie jest dla mnie za trudne, dlatego uciekam w seriale. – Kiedy oglądasz te seriale, skoro masz tyle pracy? – dopytuję, bo coś mnie tknęło. – No przecież, że nie w dzień, tylko w nocy, jak dzieci śpią i już wszystko zrobię. – O której chodzisz spać? – O drugiej, trzeciej, różnie, czasem później. Ale i tak wcześniej bym pewnie nie zasnęła. Zamiast się przewalać po łóżku i myśleć o problemach, wolę żyć cudzym życiem. – O której wstajesz? – O szóstej. – To chyba trochę wyjaśnia twoje rozdrażnienie i trudności z kontrolą emocji. Dorosły człowiek powinien spać siedem, osiem godzin na dobę. Jeśli tego nie robi, zaczynają się problemy. Wiem, że żyjesz w stresie, masz wiele powodów do napięć, pandemia sprawia, że siedzisz z dziewczynkami w domu, to nie jest łatwe, ani dla ciebie, ani dla nich, ale brak snu z pewnością jeszcze to utrudnia. Zamiast w cudze życie, lepiej uciec we własny sen. – To nie będę już miała żadnego czasu dla siebie. Praca, dzieci, dom, zdalne lekcje, odpowiedzi na absurdalne pisma ciągle jeszcze męża, przez cały dzień się to wszystko przetacza, prędzej czy później wpadnę w depresję.

– Ja też myślałam, że zwariuję z tą pracą w domu i zdalną nauką chłopców – włącza się Mirka, lat 42, samodzielna matka dwóch synów, 11 i 8 lat. – Z tym, że siedzimy sobie na głowie i że muszę ich ciągle kontrolować i zachęcać do nauki, że praca rozciąga mi się do wieczora, ich lekcje też. I zaczęłam biegać. Codziennie rano, nim chłopcy się obudzą, biegam po lesie. I wprowadziłam wspólne ćwiczenia w ciągu dnia, chłopcy się w to wciągnęli. Jak nie pada, to ćwiczymy na podwórku, mamy przy tym sporo zabawy.

Dziewczyny dzielą się różnymi pomysłami na poprawę jakości życia w pandemii, na znalezienie czasu dla siebie w ciągu dnia, na poprawę samopoczucia bez ucieczki z własnego życia. Mówią o tym, jak podkręcają dzień, wprowadzając coś przyjemnego dla siebie. Robią przerwy na śmiech, taniec, malowanie, tworzą rytuały dla siebie albo całej rodziny, aktywnie szukają tego, co daje im zadowolenie. Być może Julka coś z tego sobie weźmie albo wymyśli coś innego, zamiast odwetowego odwlekania snu. Bo na kim jest ten odwet jak nie na samej sobie? Prokrastynacja snu nie poprawia jakości życia, a wręcz przeciwnie, zdecydowanie ją pogarsza.

Tryb dzienny, tryb nocny

Wyobraźmy sobie naszą energię życiową w formie świeczki. Jest wysoka i gruba, płonie przez całe życie, a kiedy w końcu się wypali – umieramy. Każdy dzień też ma swoją świeczkę, dużo mniejszą i chudszą, która gaśnie wtedy, kiedy nadchodzi pora snu. Jednak zamiast wtedy iść spać – potrafimy działać dalej, gdy nasza dzienna świeczka się wypali.

Jesteś śpiący, mógłbyś już zasnąć, ale chcesz albo musisz coś jeszcze zrobić, więc postanawiasz się rozbudzić. Wstajesz, robisz kilka ruchów, pijesz kawę i senność odchodzi, bo przełączyłeś się na świeczkę życia. Jakbyś zmienił bieg, znów masz energię, już nie chce ci się spać, bo świeczka życia świeci teraz mocniej. To oczywiście nie odbywa się bezkarnie, szybciej zużywasz swoją energię życiową. Po nieprzespanej nocy gorzej funkcjonujesz, choć nowa świeczka dzienna już się pali. A jeśli nocy nieprzespanych jest dużo, odbija się to na twoim zdrowiu.

W czasie studiów żyłam bardzo intensywnie. Dużo się uczyłam, ale też dużo imprezowałam. Udawało mi się to łączyć, kosztem snu. Niejeden raz uczyłam się do rana, szłam na egzamin, dopiero po nim padałam. Czasem po nocy balowania brałam zimny prysznic, piłam kawę i szłam na zajęcia. I wtedy ktoś opowiedział mi o świeczkach – i ta opowieść zapadła mi w pamięć. Zaczęłam obserwować siebie. Rozpoznawałam, kiedy świeczka dzienna gaśnie. Iść spać czy przełączyć się na świeczkę życia? Wiedziałam, że zarwana noc zostawia ślady, nawet jeśli nie od razu je widać. Zaczęłam bardziej dbać o moją świeczkę życia, bo tę akurat mamy tylko jedną.

Długa lista

Seriale wciągają, wiem coś o tym. Ostatnio oglądałam „Breaking bad” – pięć sezonów, w każdym kilkanaście odcinków, wyzwalających wielkie dawki adrenaliny. I zobaczyłam, jak to na mnie wpływa. Napięcie, poczucie zagrożenia, ale też gotowość do walki i konfrontacji w sytuacjach, gdzie niekoniecznie było to potrzebne. Przez kilka dni chodziłam niewyspana, a za to z bronią gotową do strzału. Szybciej jeździłam samochodem. I trudniej było mi zasnąć.

Emocje przeżywane w każdym odcinku nie ułatwiają zapadnięcia w sen. Ale nawet miłe konwersacje na Facebooku też utrudniają zaśnięcie, nawet gdy już odłożymy laptop. Ekrany emitują niebieskie światło, które hamuje uwalnianie melatoniny, czyli hormonu snu.

Niedobór snu powoduje zaburzenia nastroju, nadmierną drażliwość, utrudnia kontrolowanie emocji i impulsów. Osłabia nasze zdolności poznawcze, takie jak koncentracja i pamięć, wydłuża czas reakcji, upośledza orientację przestrzenną. Powoduje wzrost stresu, wywołuje pobudzenie albo senność, osłabia koordynację psychoruchową. Długotrwałe niedosypianie jest powiązane z zaburzeniami zdrowia psychicznego, takimi jak depresja i lęk. Pogarsza również nasze zdrowie fizyczne. Osłabia układ odpornościowy, wywołuje zaburzenia rytmu serca, zwiększa ryzyko otyłości i chorób przewlekłych, takich jak cukrzyca czy nowotwory.

Ta lista jest jeszcze dłuższa, ale i to wystarczy, by mieć pewność, że warto dbać o swoją świeczkę życia.

Hanna Samson, psycholożka, terapeutka, pisarka. W Fundacji CEL prowadzi grupy terapeutyczne dla kobiet. Autorka takich książek, jak „Dom wzajemnych rozkoszy” i „Sensownik”.

  1. Zdrowie

Insulinooporność – prosta droga do cukrzycy, z której można zawrócić

Dietetyczka dr Hanna Stolińska (Fot. Forum)
Dietetyczka dr Hanna Stolińska (Fot. Forum)
Cierpi na nią coraz więcej dorosłych i dzieci. Wiele osób w ogóle nie wie, że ją ma. Tymczasem insulinooporność można wyleczyć. O tym, że warto zająć się swoim zdrowiem i dietą jak najszybciej, zanim pojawi się cukrzyca, mówi dr Hanna Stolińska, dietetyk kliniczny.

Zacznijmy od podstaw: na czym polega insulinooporność?
Kiedy zjemy cokolwiek, zawsze podnosi się stężenie glukozy w organizmie i nasza trzustka wydziela insulinę, żeby tę glukozę zbić (takie jest sprzężenie zwrotne). I gdy trzustka wydziela insulinę, a mamy insulinooporność, to nasze komórki nie reagują na insulinę i glukoza jest cały czas wysoka. Co robi więc trzustka? „Myśli”, że za mało dostarcza tej insuliny, skoro glukoza jest cały czas wysoka i wyrzuca jej coraz więcej. Komórki na nią jednak nie reagują lub reagują na bardzo dużą ilość hormonu. Tak można najprościej wytłumaczyć, czym jest insulinooporność.

Przemęczone komórki trzustki zaczynają w końcu obumierać i ma ona coraz mniejszą wydolność. Gdy wpadamy w cukrzycę to znaczy, że trzustka już nie funkcjonuje. Wówczas musimy brać leki czy też insulinę w formie zastrzyków. Zdarza się też, że pacjentowi włączamy na chwilę leki przeciwcukrzycowe, gdy przy insulinooporności, mimo diety i ruchu, nie może schudnąć. Są też leki nowej generacji, które pomagają zredukować apetyt, ale stosuje się je bardzo rzadko.

Z czego się bierze insulinooporność?
Podstawą są skłonności genetyczne. Ja robię testy genetyczne moim pacjentom. To są jedyne wiarygodne naukowo testy, które określają trawienie białek, tłuszczy, węglowodanów, a także czynniki genetyczne rozwoju różnych chorób. 90% pacjentów, którym zrobiłam test ma duże zagrożenie, od strony genetycznej, insulinoopornością i cukrzycą.

Jednak największe znaczenie ma dieta. Insulinooporność to są głównie problemy wynikające z niewłaściwego żywienia. Czasem mają ją dzieci i młodzież, ale później niektórzy wyrastają z tego. Jednak 95% przypadków to są osoby z nadmierną masą ciała. Można powiedzieć, że insulinooporność rodzi się głównie przez nadwagę i otyłość. Przy czym bardzo charakterystyczne jest to, że tkanka tłuszczowa odkłada się w obrębie jamy brzusznej.

Nie można wszystkich przyczyn upatrywać w genach. Jest wiele osób bez skłonności genetycznych, które przez otyłość i niewłaściwe odżywianie doprowadzają do rozwoju insulinooporności.

Często występują też inne schorzenia powiązane z insulinoopornością i jest to np. hiperinsulemia (duży wyrzut insuliny po posiłku), czy hiperglikemia poposiłkowa (szybki spadek cukru po posiłku) – tutaj też mamy problem z trzustką, tylko działają inne mechanizmy. Te schorzenia również mogą doprowadzić do cukrzycy. Dieta obowiązuje taka sama jak przy insulinooporności.

Czyli osoby z wrodzonymi skłonnościami mogą, co najwyżej, zapobiegać insulinooporności poprzez dietę i styl życia?
Tak, ja to porównuję do naładowanego pistoletu. Czy on wystrzeli? – to już zależy od nas. Jeżeli ktoś prowadzi zdrowy styl życia to nie zachoruje. Wiadomo, że są choroby (np. niektóre nowotwory) nie dietozależne, ale to już jest co innego. Insulinooporność jest akurat bardzo dietozależna.

Czy zawsze insulinooporność przechodzi w cukrzycę?
Jeżeli nie dbamy o siebie to tak.

Czy problem insulinooporności wiąże się tylko z trzustką? Co jeszcze odgrywa rolę?
Na pewno czynniki hormonalne mają tutaj wpływ (leptyna, grelyna wydzielane przez tkankę tłuszczową w jamie brzusznej – czyli hormony głodu i sytości). Jeśli wydzielanie leptyny jest zaburzone to nie czujemy sytości i jemy więcej. Ostatnie badania pokazują również, że nasz mikrobiom w jelitach ma wpływ na powstanie insulinooporności i cukrzycy. Osoby z nadwagą i otyłością mają zaburzony mikrobiom i w związku z tym przyswajają więcej kalorii z pożywienia (około 200-300 kalorii „nadwyżki” na dobę). To jest bardzo ciekawe odkrycie.

Czy insulinooporność to choroba?
Oczywiście. Jest to zaburzenia będące pierwszym krokiem do cukrzycy. Właściwie jest stanem przedcukrzycowym. Granica jest już bardzo cienka. Jednak można zrobić krok wstecz i się jej pozbyć. Cukrzycy się już nie pozbędziemy, co bardzo podkreślam moim pacjentom. To jest moment, żeby zawalczyć o dietę i zdrowy styl życia. Moment, żeby wyjść z insulinooporności, a nie wpaść w cukrzycę na całe życie, bo nasza trzustka jeszcze pracuje i nie musimy brać leków.

To daje dużą motywację, jeśli możemy się z insulinooporności wyleczyć. Czy leczymy się tylko poprzez dietę?
Dieta to jest 90 procent sukcesu (i to przy większości problemów zdrowotnych). Musimy tak podziałać dietą, żeby uwrażliwić komórki na tą insulinę wydzielaną z trzustki. Jednocześnie musimy odciążyć trzustkę, żeby ona trochę odpoczęła i nie musiała produkować tyle insuliny. To jej „zmęczenie” może właśnie doprowadzić do cukrzycy. Aktywność fizyczna również uwrażliwia komórki naszego ciała na insulinę. Powoduje większe wykorzystanie glukozy poposiłkowej (bo wiadomo, że ruch to jest energia). Ogromne znaczenie mają tutaj również względy psychologiczne. Wiele osób przecież „zajada” emocje. Spotykam się z tym na co dzień u moich pacjentów, którzy tłumaczą, że objadają się z powodu stresu i zmęczenia. Mamy teraz ogromny problem z tym, że jedzenie nie spełnia funkcji czysto odżywczych, tylko na chwilę niweluje emocje. To jest tkwienie w błędnym kole: stresu, jedzenia, wyrzutów sumienia, restrykcji, głodzenia…

No właśnie, czy przy insulinooporności, podobnie jak przy cukrzycy, nie jest tak, że nie powinniśmy chodzić głodni?
Jak najbardziej. Nigdy nie powinniśmy chodzić głodni. Jest to dieta indywidualna, ale są pewne wskazówki wspólne dla wszystkich, jak regularne posiłki i to najlepiej co cztery godziny, żeby nie pobudzać trzustki non stop do pracy. Bardzo ważne w insulinooporności są śniadania. Najczęściej daję moim pacjentom cztery posiłki w ciągu dnia (czasem pięć, jeśli krócej śpią). Między posiłkami nic nie można jeść. Nawet kawa z mlekiem jest posiłkiem, który pobudza trzustkę do wydzielania insuliny. Przy czym, chcę podkreślić, ta dieta nie jest tak bardzo restrykcyjna. Myślę, że każdemu bym ją poleciła, niezależnie od tego czy ma isulinooporność, czy nie.

Jak powinna wyglądać dieta przy insulinooporności?
Dieta musi mieć niski indeks glikemiczny. Trzeba więc wykluczyć produkty z białej mąki, cukier, słodkie owoce. Są też warzywa o wysokim indeksie glikemicznym, na które trzeba uważać. Przy czym zawsze powinniśmy patrzeć na indeks glikemiczny całego posiłku, a nie jednego produktu. Połączenie np. kaszy jaglanej z kakao, czy awokado jest w porządku.

Dla tych, którym ciężko obejść się bez cukru dozwolone są w małej ilości zamienniki: stewia, erytrol, ksylitol. Jedyną dozwoloną słodyczą (z cukrem) jest gorzka czekolada. Wiele badań pokazuje, że dieta niskowęglowodanowa nie przynosi lepszych efektów, więc nie można tych węglowodanów całkowicie eliminować. Nie ma przy insulinooporności wskazań, żeby odstawiać gluten czy laktozę, ale ja i tak każdemu pacjentowi odstawiam pszenicę, bo ona do szczęścia nie jest nam potrzebna. Ważne są dobre płyny, takie jak zielona herbata. Nie trzeba rezygnować z kawy. Nie jest też dobrym pomysłem pójście w dietę wysokotłuszczową. Za to należy zwiększyć w diecie ilość spożywanego białka.

A jeśli ktoś nie je mięsa?
To najlepszym zamiennikiem są rośliny strączkowe. Mają przy tym dużo błonnika, żelaza, cynku. Szklanka dziennie to jest minimum jeśli nie jemy też ryb. Jeżeli mamy dobrą wartość energetyczną posiłków i dieta jest dobrze zbilansowana to nie ma czegoś takiego jak niedobór białka na diecie wegetariańskiej. Dużo produktów zawiera białko: nasiona, orzechy, komosa ryżowa. Można też dodawać białka w proszku. Ja np. jestem zwolenniczką białka konopnego, które ma wiele cennych właściwości. Nie trzeba też rezygnować z nabiału.

Jaka część populacji cierpi obecnie na insulinooporność? Czy można mówić o wiarygodnych statystykach? Przecież wiele osób nie zdaje sobie sprawy, że choruje.
Myślę, że około 20% społeczeństwa ma insulinooporność. Co drugi mój pacjent to jest osoba z insulinoopornością. Jest też tak, że dużo ludzi na siłę sobie szuka tej insulinooporności, bo nie mogą schudnąć i chcą zwalić „winę” na problemy zdrowotne. Kiedyś wszyscy szukali przyczyn w tarczycy, na zasadzie „na pewno mam niedoczynność, Hashimoto” , teraz modna jest insulinooporność, przez którą rzekomo nie możemy schudnąć, a okazuje się często, że problemem jest styl życia, za który nie chcemy brać odpowiedzialności.

Jedna piąta społeczeństwa to dużo. Co jest przyczyną?
Ujawniają się czynniki genetyczne na skutek złego stylu życia. Ludzie wiedzą, co mają robić, a wcale tego nie robią. Ze świecą można szukać osoby, która ma dobrą relację z jedzeniem, czyli traktuje jedzenie jako składnik odżywczy i dobrze się odżywia. Dużym problemem Polaków jest też brak regularności posiłków, jedzenie słodyczy, brak urozmaicenia w diecie, który skutkuje tym, że faktycznie mamy potem zachcianki żywieniowe. Ja pokazuję pacjentom, ile cukru jest w keczupach, sosach, wędlinach. Nie wspomnę już o słodkich deserach mlecznych. Ludzie niestety ulegają reklamom i myślą, że taki deser jest źródłem wapnia i witamin, a tymczasem to jest „bomba cukrowa”.

Mamy też problem z fast foodami, z zamawianym jedzeniem, z przekąskami, z alkoholem, z niepiciem wody, z jedzeniem małej ilości warzyw. Gdy mówię pacjentowi, że ma zjeść minimum 700 g warzyw to on nie wie jak to zrobić, a przecież sam pomidor ma już 150 g. Osoby jedzą mało warzyw, spożywają słodkie desery mleczne, smażone mięso, surówki z majonezem czy śmietaną. Ja przyjmuję około dziesięciu pacjentów dziennie i mogę z ręką na sercu powiedzieć, że nasza dieta jest fatalna. Może jeden pacjent na 10 ma lepsze nawyki żywieniowe.

Jakie znaczenie ma picie wody, o którym Pani wspomina?
To jest nakręcanie metabolizmu. Polacy piją bardzo mało wody. Często jest tak, że nie jesteśmy wcale głodni, tylko odwodnieni. Powinniśmy się napić, żeby nie czuć głodu.

Jakie objawy powinny nas zaniepokoić? I od czego zacząć diagnostykę, gdy podejrzewamy insulinooporność?
„Zjazdy energetyczne” po jedzeniu, odkładanie tkanki tłuszczowej na brzuchu, ochota na słodkie po głównym posiłku, spadki energetyczne w ciągu dnia, które sprawiają, że musimy się przespać, problemy ze snem, z koncentracją, rozdrażnienie, sucha skóra, wypadające włosy.

Zalecam wszystkim pacjentom, żeby przed wizytą u mnie zbadali stężenie glukozy na czczo i stężenie insuliny - to na początek. Przy dalszej diagnostyce robi się krzywą glukozową i krzywą insulinową.

Często insulinooporność idzie w parze z innymi schorzeniami, takimi jak Hashimoto, czy policystyczne jajniki. Z czego wynika ta zależność?
To wszystko wiąże się z zaburzeniem funkcjonowania układu hormonalnego. Mamy tu choroby związane z nadmierną masą ciała i ze stanem zapalnym w organizmie. Tkanka tłuszczowa też jest narządem hormonalnie czynnym. Tarczyca z kolei odpowiada za cały nasz organizm. Kiedy ktoś ma niedoczynność tarczycy, czy Hashimoto to ma automatycznie zwiększone ryzyko insulinooporności i cukrzycy, bo zakłócone jest przekształcanie glukozy w energię. Osoby z chorobami tarczycy powinny bardziej uważać na możliwość wystąpienia insulinooporności.

Na insulinooporność coraz częściej zapadają dzieci.
Jak do mnie przychodzą rodzice z otyłym dzieckiem to skupiam się na rodzicach i na ich nawykach żywieniowych. Ludzie szukają różnych metod leczenia, a nie mogą zrozumieć, że dieta oparta na badaniach naukowych (na piramidzie żywienia) to jest klucz do sukcesu. Tylko, że taka zdrowa dieta nie daje natychmiastowego efektu. Trzeba zwrócić uwagę na drobne zmiany: jelita zaczynają lepiej pracować, nie ma ospałości, jest lepsza koncentracja, mniejsze rozdrażnienie. Efekt długoterminowy jest później.

Ciekawe, że pacjenci nie wiążą też zmęczenia z brakiem ruchu. Szkoda im nawet czasu na spacer. A przecież nie można powiedzieć, że robienie czegoś dla siebie jest stratą czasu. To jest inwestycja. Cały styl życia jest ważny, żeby pozbyć się insulinooporności lub po prostu w nią nie wpaść.

Hanna Stolińska (Fot. Forum)Hanna Stolińska (Fot. Forum)

Hanna Stolińska: dr n. o zdrowiu, dietetyk kliniczny, absolwentka Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. Prowadzi konsultacje i szkolenia żywieniowe dla dzieci i dorosłych. Autorka książek nt. leczenia dietą („Insulinooporność”, „Zdrowe stawy”, „Jelito drażliwe”)

  1. Styl Życia

Nie wzmacniaj skłonności i nawyków, które prowadzą do cierpienia – przekonuje Pema Chödrön

Buddyzm twierdzi, że prawdziwa natura umysłu jest rozległa jak niebo, a myśli i emocje są jak chmury, które je przesłaniają. Jeśli chcemy doświadczyć bezkresu nieba, musimy zainteresować się chmurami. (fot. iStock)
Buddyzm twierdzi, że prawdziwa natura umysłu jest rozległa jak niebo, a myśli i emocje są jak chmury, które je przesłaniają. Jeśli chcemy doświadczyć bezkresu nieba, musimy zainteresować się chmurami. (fot. iStock)
Kiedy praktykujesz bycie obecnym, jedną z rzeczy, którą szybko odkrywasz, jest natarczywość narracji. Zgodnie z tradycją nasze skłonności do ulegania nawykowi narracji nazywane są w tekstach buddyjskich nasionami w nieświadomości. W odpowiednich warunkach istniejące wcześniej skłonności pojawiają się jak kwiaty na wiosnę. Pomocne jest zrozumienie, że to właśnie te skłonności, a nie to, co je wyzwala, są prawdziwą przyczyną cierpienia - tłumaczy buddyjska mniszka Pema Chödrön.

Przyśnił mi się sen o moim byłym mężu – właśnie szykowałam się, żeby spędzić spokojny wieczór w domu, gdy przyjechał mój mąż z sześcioma nieznanymi osobami, a potem gdzieś zniknął, ja zaś zostałam sama i musiałam się nimi zajmować. Byłam wściekła. Kiedy się o budziłam, pomyślałam z żalem: „No i tyle w kwestii uwolnienia się od gniewu – wygląda na to, że skłonność pozostała”. Potem zaczęłam myśleć o zdarzeniu z poprzedniego dnia i znowu zaczęłam się wściekać. Zatrzymałam się na chwilę i zdałam sobie sprawę, że czuwanie i sen są tym samym. To nie treść filmu wymaga naszej uwagi, tylko projektor. To nie nasza aktualna narracja jest źródłem bólu, przede wszystkim jest to nasza skłonność do przejmowania się.

Świadomość swoich uczuć i skłonności

Skłonność do użalania się nad sobą, skłonność do zazdrości, skłonność do gniewu – nasze nawykowe, wszechobecne reakcje emocjonalne są jak nasiona, które nieustannie podlewamy i pielęgnujemy. Ale za każdym razem, gdy zatrzymujemy się i pozostajemy w kontakcie z pierwotną energią, przestajemy wzmacniać te skłonności i zaczynamy otwierać się na odświeżająco nowe możliwości.

Gdy reagujesz inaczej na stary nawyk, możesz zacząć zauważać zmiany. W przeszłości, kiedy zdenerwowałeś się, uspokojenie mogło zająć ci trzy dni, ale jeśli nadal będziesz powstrzymywał gniewne myśli, możesz dojść do punktu, w którym uwolnienie od gniewu zajmie tylko jeden dzień. W końcu tylko kilka godzin lub zaledwie półtorej minuty. Zaczynasz uwalniać się od cierpienia.

Ważne jest, aby zdać sobie sprawę, że zatrzymywanie myśli to nie to samo co ich tłumienie. Tłumienie jest zaprzeczeniem tego, co się dzieje, jest kierowaniem myśli do podziemia, a tam zaczyna się proces jątrzenia. Jednocześnie nie chcemy dalej gonić za myślami i być przez nie wciągani. Zatrzymywanie myśli jest gdzieś pomiędzy trzymaniem się ich a odpychaniem. Jest to sposób na to, by myśli przychodziły i odchodziły, pojawiały się i znikały, żeby nie traktować ich jak czegoś wielkiego.

Ćwiczenie polega na niepodążaniu za myślami, a nie na całkowitym pozbyciu się myśli. Byłoby to niemożliwe.

Możesz doświadczać chwil wolnych od myśli, a gdy pogłębia się twoja praktyka medytacyjna – dłuższych okresów wolnych od myśli, ale myśli zawsze wracają. Taka jest natura umysłu. Nie musisz jednak robić z myśli złoczyńcy. Możesz po prostu ćwiczyć zatrzymywanie ich dynamiki. Należy pozwolić myślom odejść – albo oznaczyć je jako „myślenie” – i pozostać w bezpośrednim kontakcie z tym, czego doświadczasz.

Życie bez narracji

Wszystko w tobie będzie chciało zrobić coś nawykowego, będzie chciało podążać za narracją. Narracja wiąże się z poczuciem pewności i komfortem. Wzmacnia twoje bardzo ograniczone, statyczne poczucie własnej wartości i podtrzymuje obietnicę bezpieczeństwa i szczęścia. Ale obietnica jest nieprawdziwa – daje jedynie chwilowe poczucie szczęścia. Im bardziej praktykujesz nieuciekanie w świat fantazji i zamiast tego kontaktujesz się z poczuciem bezzasadności, tym bardziej przyzwyczajasz się do przeżywania emocji jako doświadczenia – wolnego od koncepcji, wolnego od narracji, wolnego od ustalonych idei zła i dobra.

Mimo to skłonność do walki o twoje bezpieczeństwo będzie starała wzmocnić się i zyskać na znaczeniu. Nie możemy nie doceniać bardzo realnego (i bardzo ulotnego) komfortu, jaki zapewnia. Nauczycielka medytacji, Tara Brach, w swojej książce Radykalna akceptacja, opisuje praktykę, którą stosuje w takich chwilach. Opiera się ona na spotkaniach Buddy z jego nemezis, Marą, demonem, który pojawia się, by kusić Buddę, żeby porzucił swoją duchową ścieżkę i wrócił do starych, nieświadomych zachowań. Z psychologicznego punktu widzenia Mara reprezentuje fałszywą obietnicę szczęścia i bezpieczeństwa, którą oferują nasze nawykowe reakcje. Tak więc, ilekroć pojawiał się Mara, często z pięknymi kobietami lub innymi pokusami w zanadrzu, Budda mówił:

„Widzę cię, Mara. Wiem, że jesteś oszustem. Wiem, co próbujesz zrobić”. A potem zapraszał swoją nemezis na herbatę. Kiedy jesteśmy kuszeni, by wrócić do naszych nawykowych sposobów unikania bezzasadności, możemy spojrzeć pokusie w oczy i powiedzieć: „Widzę cię, Mara”, a następnie usiąść z fundamentalną niejednoznacznością bycia człowiekiem bez osądzania, że coś jest dobre bądź złe. (…)

Fragment z książki „Żyj pięknie. Jak czerpać inspirację do zmian, które przynosi los”.

Pema Chödrön: mniszka buddyjska, należy do najwybitniejszych uczniów Czogjama Trungpy. Otrzymała tytuł Aczarii, przeznaczony dla doświadczonych nauczycieli Szambali, którzy swoim życiem potwierdzają mądrość nauk dharmy.

  1. Psychologia

Uruchom zmianę! 10 kroków

Jeśli często przychodzi ci do głowy, że zaczniesz żyć inaczej, ale najpierw uporasz się z tym projektem, twoje dzieci wyprowadzą się z domu lub schudniesz 15 kilogramów, to powiedz sobie: stop! Życie dzieje się tu i teraz. (Fot. iStock)
Jeśli często przychodzi ci do głowy, że zaczniesz żyć inaczej, ale najpierw uporasz się z tym projektem, twoje dzieci wyprowadzą się z domu lub schudniesz 15 kilogramów, to powiedz sobie: stop! Życie dzieje się tu i teraz. (Fot. iStock)
Stagnacja? Nuda? Katastrofa! Pora z tym skończyć!

Wstajesz rano i myślisz: „byle dotrwać do wieczora”? Jeśli często przychodzi ci do głowy, że zaczniesz żyć inaczej, ale najpierw uporasz się z tym projektem, twoje dzieci wyprowadzą się z domu lub schudniesz 15 kilogramów, to powiedz sobie: stop! Życie dzieje się tu i teraz. Nie odkładaj go na później! Zaakceptuj to, co dobre, a resztę zacznij zmieniać. Krok po kroku.

1. Pierwsza rzecz, to ogląd obecnej sytuacji. Musisz przyjrzeć się sobie i wyrazić zgodę na miejsce, w którym jesteś. Bez tego ani rusz. Weź kartkę i narysuj drogę swojego życia. Zaznacz na niej kluczowe momenty, które wydarzyły się do tej pory. Wypisz też ważne osoby. Zwróć uwagę na punkt, w którym obecnie się znajdujesz. Co cię otacza, z kim jesteś blisko, a z kim masz słabszy kontakt.

2. Nazwij istotne obszary swojego życia, np: praca, mąż, żona, dziecko, przyjaźń, rozwój, ciało. Określ poziom satysfakcji w każdym z nich w skali od 1 do 10. Następnie wybierz ten, którym chcesz się zająć na początek.

3. Połóż się wygodnie, zamknij oczy i wyobraź sobie, że w danym obszarze uzyskałeś 10. Co teraz czujesz? Jak to widzisz? Postaraj się, by wizja była jak najbardziej konkretna. Skup się na niej przez kilka minut. Gdy otworzysz oczy, weź kartkę. Namaluj lub opisz tę scenę. Teraz wiesz, czego się trzymać.

4. Pamiętaj, że każda zmiana zaburza dotychczasowy układ. Przygotuj się na to, że twoja metamorfoza (np. to, że staniesz się bardziej pewny siebie lub zaczniesz regularnie uprawiać sport) może wywołać niepokój u innych. Dlatego mów otwarcie o swoich planach i potrzebach. Poproś o wsparcie bliskich. Jeśli zmiana wpływa także na nich, poświęć czas na wypracowanie rozwiązań odpowiadających wam wszystkim.

5. Zastanów się nad coachingiem. To efektywna metoda wprowadzania zmian, zarówno w obszarze zawodowym, jak i osobistym. Znajdź ludzi, którzy mogą cię wesprzeć – np. mają podobne doświadczenia lub udało im się dokonać tego, co chcesz osiągnąć.

6. Zmiany, nawet te na lepsze, nierozerwalnie wiążą się ze stresem. Nie bez powodu na liście najbardziej stresujących wydarzeń znajduje się tak radosne wydarzenie jak ślub. Każda zmiana to podróż w nieznane. A to wywołuje lęk. Łatwiej jest sobie z nim poradzić, gdy się go nazwie. Jeśli stany lękowe towarzyszą ci zbyt często, pomyśl o skorzystaniu z pomocy psychoterapeuty.

7. Nie zawsze jesteśmy gotowi na nowe. Sprawdź to tak: Wyobraź sobie, że dziś rano otworzyłeś butelkę mleka, z której nieoczekiwanie wyskoczył dżin. Poprosiłeś go o to, co chcesz, ale on postawił warunek: dostaniesz to, o co prosisz, już jutro rano. I co, czy jesteś na to gotowy?

8. Nie trzymaj się planu zbyt kurczowo. Czasem warto być elastycznym. Życie to nie tylko wypełnianie harmonogramu. Otwieraj się na to, co zdarza się niespodziewanie. Inaczej po drodze możesz zgubić radość.

9. Pracuj z afirmacjami. Wymyśl zdanie, które ci pomoże (powinno mieć pozytywny przekaz), np. „śmiało dążę do celu” albo „realizuję moje marzenia”. Powtarzaj je sobie kilkakrotnie rano i wieczorem, zapisz i powieś w widocznym miejscu.

10. Stwórz plastyczną wizję przyszłości. Wykorzystaj do tego metodę kolażu. Wyklej, narysuj, dopisz hasła. Wystarczy odrobina fantazji. Do zabawy zaproś najbliższych.

  1. Psychologia

Mechanizmy obronne – jak reagujemy na trudne dla nas sytuacje? Dlaczego pozwalamy się krzywdzić?

Często w sytuacjach trudnych używamy nieświadomie mechanizmów obronnych – zaprzeczenia, wyparcia, racjonalizacji, intelektualizacji, projekcji, przeniesienia – ale one nie zawsze w życiu dorosłym nas bronią.(Fot. iStock)
Często w sytuacjach trudnych używamy nieświadomie mechanizmów obronnych – zaprzeczenia, wyparcia, racjonalizacji, intelektualizacji, projekcji, przeniesienia – ale one nie zawsze w życiu dorosłym nas bronią.(Fot. iStock)
Gdy się czegoś boimy – a najbardziej boimy się zmian – uruchamiamy mechanizmy, które wytworzyliśmy w dzieciństwie, by mniej cierpieć. Są jak kokon, który pozwala nie dopuścić do świadomości tego, co się dzieje. Problem w tym, że te sposoby obrony nie zawsze pomagają, gdy już jesteśmy dorośli. Tylko jak to zobaczyć?

„Kiedy na drugim roku omawialiśmy funkcjonowanie mechanizmów obronnych i odkrywaliśmy z podziwem potęgę tej części naszej psychiki – zaczynaliśmy rozumieć, że gdyby nie istniały racjonalizacja, sublimacja, wyparcie, te wszystkie sztuczki, którymi raczymy samych siebie, że gdyby można było spojrzeć na świat bez żadnej ochrony, uczciwie i odważnie – pękłyby nam serca” – pisze Olga Tokarczuk w książce „Bieguni”. „Dowiedzieliśmy się na tych studiach, że jesteśmy zbudowani z obron, z tarcz i zbroi, jesteśmy miastami, których architektura sprowadza się do murów, baszt, fortyfikacji – państwami bunkrów”.

Mechanizmy obronne wprowadził do języka psychologii twórca psychoanalizy Zygmunt Freud. Każdy z nas jakieś wytworzył, każdy z nas jakieś stosuje po to, by ocalić obraz siebie lub świata. Często jednak są one odbiciem w krzywym zwierciadle, a nie obiektywną prawdą. Stosowanie ich nieadekwatnie do sytuacji może nam utrudniać funkcjonowanie zarówno w życiu osobistym, jak i w relacjach zawodowych. Choć często ratują nas przed cierpieniem, to uporczywie uruchamiane, zubażają możliwość decydowania o sobie samym. Momentem, w którym najdobitniej możemy się przekonać, czy te mechanizmy nam szkodzą, czy pomagają, jest zwykle zmiana, chciana lub niechciana. Zobaczmy, jak starali się poradzić z nią nasi bohaterowie.

Gdy inni nas wykorzystują

Wszyscy mówili Bożenie, żeby rzuciła Darka, bo ten zwyczajnie ją wykorzystuje. Ona uważała swój związek za bardzo szczęśliwy, zresztą ze wszystkimi swoimi byłymi partnerami ma nawet po latach świetne relacje – mogą na nią liczyć i jest przekonana, że to działa też w drugą stronę. Do nikogo nie ma pretensji, wszystkich lubi i przez wszystkich jest lubiana. Teraz jednak w jej 10-letnim związku coś zazgrzytało, widzi, że przy przeprowadzce do większego mieszkania ze wszystkim jest sama. Z podjęciem decyzji, z wyborem mieszkania, ustalaniem terminów, pakowaniem rzeczy… Darek jest mało operatywny, nie wykazuje inicjatywy, na wszystko się zgodzi, ale trzeba mu to zorganizować i podstawić pod nos. Po raz pierwszy od dawna Bożena czuje się przytłoczona ilością zadań. Zobaczyła jasno, że Darek jej nie wspiera, nie pomaga. I że tak było zawsze – wszystkie sprawy do załatwienia i domowe obowiązki brała na siebie, nie tylko w związku z Darkiem, ale też z innymi partnerami. Czuje teraz wielką niechęć do tej przeprowadzki, do zmiany. Ale może to niechęć do Darka?

Komentuje psycholożka i terapeutka Joanna Boj:
Wygląda na to, że dopiero przeprowadzka – przedsięwzięcie spore i wymagające – zaczyna pokazywać Bożenie, w jakiej roli siebie samą obsadza. I wyobrażam sobie, że nie jest to zbyt przyjemny obraz. O ile fajniej jest myśleć o sobie jako o kimś dobrym, poświęcającym się, a nie zauważać tego, że jest się krzywdzonym. Aby coś się zmieniło, Bożena musi zauważyć, że ma prawo być w innych rolach niż tylko wspierającej kobiety. Może mieć swoje potrzeby, może potrzebować również pomocy. Z jakiegoś powodu przez lata nie widziała tego, racjonalizowała swoje miejsce w związku, wszystko interpretowała jako właściwe i zasadne, by nie zobaczyć, że jest wykorzystywana. Pewna część psychiki Bożeny blokowała tę wiedzę. Z jakichś powodów odnalazła swoją siłę w pomaganiu innym, a własne potrzeby umniejszyła, nie uznała za ważne. Może nauczyła się w dzieciństwie, że tylko będąc potrzebną, jest kimś wartościowym, i obawia się, że gdyby z tego zrezygnowała, gdyby przestała być miłą dla wszystkich, to mogłoby się okazać, że nie jest już ważna? Musiałaby zbudować swoje poczucie wartości na czymś innym niż dotychczas – a to trudne i wymagające przedsięwzięcie. Nawet bardziej niż przeprowadzka – która jednak, na szczęście, pokazała jej, że racjonalizacja jej nie chroni.

Nowy podział obowiązków

Jowita świetnie się czuła w swojej pracy, była doceniana przez szefów, z szeregowego reportera w radiu awansowała na wydawcę programów. Wszystko się zmieniło wraz z nastaniem nowego szefa. Zatrudnił na stanowisku reportera Darię, dziewczynę, z którą – co było tajemnicą poliszynela – miał romans. Jowita zauważyła, że szef niechętnie patrzy, gdy ma ona merytoryczne uwagi do jego wybranki. Później kazał Jowicie pisać raporty, jak spędziła 8 godzin w pracy, i rozliczał ją z każdej minuty. W końcu, w ramach wprowadzanych innowacji, wymyślił, że będą się z Darią wymieniać obowiązkami co tydzień. Czyli poniekąd dokonał za jednym zamachem degradacji Jowity i awansu Darii. Dziewczyny na zmianę miały dyżur reporterski albo były wydawcą programu. To tylko kwestia tygodni, kiedy Daria zastąpi Jowitę na stałe. I tak też się stało. Koledzy przecierali oczy ze zdziwienia, widząc, jak Jowita wylewnie gratuluje Darii awansu – przecież powinna być wkurzona.

Komentarz psychologa:
Znów mamy sytuację, w której osoba nie widzi tego, że jest źle traktowana. Co więcej, wydaje się, że wbrew logice, obdarowuje swoich „wrogów” pozytywnymi uczuciami. Jest taki mechanizm obronny – reakcja upozorowana. Przed czym może chronić? Uznanie, że zostało się niesprawiedliwie potraktowanym, może ciągnąć za sobą poczucie porażki, winy (że się do tego dopuściło), słabości lub inne niezbyt przyjemne uczucia. Robienie dobrej miny do złej gry pozostawia choć odrobinę poczucia godności czy kontroli nad sytuacją. Jeśli Jowita wewnętrznie siebie samą krytykuje, to uznanie, że została źle potraktowana, może wywołać lawinę ataków ze strony jej Wewnętrznego Krytyka.

Kobieta z jakichś powodów nie potrafi stanąć za sobą, obronić się, zareagować. Nie czuje swojej siły i sprawczości. Potrzebowałaby to odblokować, żeby nie musieć już udawać, że wszystko jest w porządku. Została potraktowana nie fair, a i tak nie reaguje, mechanizm obronny nie odpuszcza. Może gdyby koledzy wyrazili jasno swoje zdziwienie i oburzenie, Jowita by wreszcie to zobaczyła? Nic się nie zmieni w jej reagowaniu, dopóki sobie nie uświadomi, że ten mechanizm jej nie chroni. Gdy to zrozumie, może następnym razem tupnie nogą i stanie we własnej obronie. Albo przynajmniej zobaczy, że powinna to dla siebie zrobić, i przyjrzy się, co temu stoi na przeszkodzie.

Niewyjaśnione przeszkody

Bartek od dawna nie radzi sobie z natłokiem spraw, nie wiedzie mu się także w małżeństwie, bo przestał dogadywać się z żoną. W zasadzie tkwi w tym związku „dla dzieci” – obiecał sobie, że nie pozbawi swoich córek dorastania w pełnej rodzinie, nie chce, by cierpiały tak jak on, gdy ojciec zostawił go samego z matką. Do tego doszły problemy z używkami – trudno powiedzieć, co było pierwsze: problemy czy alkohol i trawka. Nie upija się, ale resetuje przed snem dwoma kieliszkami koniaku lub butelką piwa. Codziennie. Żona zagroziła, że odejdzie, jeśli Bartek nie pójdzie na terapię. No to poszedł. Był na pierwszej konsultacji. Ale na kolejne jakoś nie może dotrzeć. A to mu coś wyskoczy w ostatniej chwili, a to termin wypadnie mu z głowy. Bardzo chce się zmienić, wie, że droga, którą kroczy, prowadzi donikąd, ciągle jednak coś stoi mu na przeszkodzie.

Komentarz psychologa:
Można by powiedzieć, klasyczne wyparcie. Wygląda na to, że ta część Bartka, która może i chce jakiejś zmiany, nie jest dopuszczana do głosu. Został wysłany na terapię, a to jeden z trudniejszych rodzajów pacjentów. Nie wiemy, co w Bartku tak naprawdę siedzi. Czegoś się boi. Może myśli o sobie, że jest beznadziejny i nie potrafi poradzić sobie z problemami, w związku z tym uważa, że terapia jest bez sensu? Może pozostawanie w związku „dla dobra dzieci” to tylko mydlenie oczu sobie samemu, bo tak naprawdę chce i potrzebuje czegoś innego – ale zdecydowanie się na to wymagałoby wiele odwagi i przebicia się przez różne schematy, w tym społeczne? Może w ogóle Bartkowi czegoś w życiu brak, czegoś głębszego, ożywczego? Próbuje sobie tego dostarczyć używkami, ale one nigdy nie zastąpią prawdziwego doświadczenia i zmiany.

Każda zmiana boli, wymaga od człowieka ogromnego wysiłku, pracy, zmierzenia się ze zranieniami i wzięcia odpowiedzialności za siebie. To jest trudne, dlatego często decydujemy się na półśrodki w rodzaju zaprzeczania rzeczywistości. Sytuacja, w której jest Bartek, ma potencjał, żeby coś w nim poruszyć. Mężczyzna może się otrząsnąć i choć trochę się zmienić (i to niekoniecznie w sposób, w jaki chce tego żona Bartka) – ale to on musi się na to zdecydować.

Tarcze, które nie bronią

Często w sytuacjach trudnych używamy nieświadomie mechanizmów obronnych – zaprzeczenia, wyparcia, racjonalizacji, intelektualizacji, projekcji, przeniesienia – ale one nie zawsze w życiu dorosłym nas bronią. Szczególnie widać to w sytuacjach, gdy reagujemy nieadekwatnie do wydarzenia, czyli za mocno, czym budzimy zdziwienie, ale i sprzeciw otoczenia. Na przykład gdy czyjąś żartobliwą uwagę interpretujemy jak atak na siebie i zamiast równie żartobliwie odpowiedzieć, strzelamy do wróbla z wielkiej armaty, albo żeby dotkliwie ukarać – nie odzywamy się przez miesiąc.

Kolejny przykład: chcemy zmienić pracę czy wyjechać do innego miasta, ale torpedujemy swoje zamiary, nie realizujemy ich, podświadomie bojkotujemy. Wyszukujemy przeszkody – a to nie jest jeszcze właściwy moment, a to oferta mało ciekawa – byle tylko nie ponieść porażki. Uświadomienie sobie najbardziej szkodliwych mechanizmów obronnych i świadoma rezygnacja z nich pozwoli nam bardziej zadbać o siebie i swoje potrzeby.

Na szczęście są też tzw. dojrzałe mechanizmy obronne, które i w życiu dorosłym dobrze nas chronią. Na przykład poczucie humoru, które pozwala na dystans do wielu osób i spraw. Z tego mechanizmu warto jak najczęściej korzystać! Bez uczucia osobistego cierpienia i bez krzywdzenia kogoś innego.

Zobacz listę najczęściej używanych mechanizmów:

  • Wyparcie – nieprzyjmowanie do świadomości bolesnych zdarzeń lub wspomnień.
  • Zaprzeczenie – udawanie, że nic takiego się nie stało (w stosunku do przykrych wydarzeń), że to, co robię, nie jest groźne (ryzykowne zachowania).
  • Projekcja – przypisywanie własnego niechcianego impulsu komuś innemu (ktoś mnie pociąga, ale mnie odtrąca, więc oskarżam go o molestowanie).
  • Przeniesienie – przeniesienie uczuć z osoby mniej dla nas bezpiecznej na bardziej bezpieczną (w pracy nie możesz nakrzyczeć na szefa podczas konfliktu, ale w domu krzyczysz na dziecko albo męża, bez wyraźnego powodu).
  • Racjonalizowanie – szukanie usprawiedliwień, by nie dopuścić do siebie niepowodzeń.
  • Regresja – w obliczu zagrożenia zachowujemy się infantylnie, cofamy się do wcześniejszego etapu rozwoju.
  • Istnieją dojrzałe mechanizmy obronne, które i w życiu dorosłym dobrze nas chronią. Na przykład poczucie humoru pozwala nam na dystans do wielu osób i spraw.

Renata Mazurowska: psychoterapeutka, trenerka umiejętności osobistych i społecznych, prowadzi treningi grupowe, warsztaty i sesje terapeutyczne.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się