1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Wolność, czyli kontakt z rzeczywistością

Wolność, czyli kontakt z rzeczywistością

Ilustracja: Maja Wolna
Ilustracja: Maja Wolna
Ostatnia cnota Questu to wolność. Ona jest też nagrodą za przejście wszystkich poprzednich etapów. Ale nie mylmy jej z prawem do robienia tego, na co tylko mamy ochotę. Czym jest prawdziwa wolność, czym jest pełny życiowy sukces – mówi Wojciech Eichelberger, współtwórca programu Quest.

– Wolność w Queście jest rozumiana jako zgoda na wszystko. Świadomość, że byliśmy u celu podróży, nim uczyniliśmy pierwszy krok. W moim odczuciu te stwierdzenia są zaprzeczeniem wolności.

– Oczywiście mówimy o wolności wewnętrznej. A przeszkodą na drodze do niej jesteśmy wyłącznie my sami. To nasze nawykowe przekonania najbardziej nas zniewalają – sprawiają, że schematycznie interpretujemy rzeczywistość i reagujemy na nią w zgodzie z tą interpretacją. Prawdziwie wolni jesteśmy wtedy, gdy pozostajemy w kontakcie z rzeczywistością. Przestajemy wówczas być więźniami z góry powziętych sądów. Nie znaczy to wcale, że z pobudek konformistycznych ulegamy presji. Źródłem konformizmu jest obawa przed odróżnianiem się, lęk przed odrzuceniem, potrzeba zasłużenia na aprobatę. Gdy jesteśmy wewnętrznie wolni, to nie mamy takich potrzeb ani obaw – nie interpretujemy sytuacji, lecz widzimy rzeczy takimi, jakimi są. W zależności od okoliczności możemy zachować się tak jak inni albo w sposób dla innych całkowicie niezrozumiały. Nie próbujemy też przewidzieć, jak się zachowamy w jakiejś sytuacji, zanim ona nie nastąpi.

– Nie robimy planów i nie stawiamy sobie celów?
– Wewnętrzna wolność pozwala nam na porzucenie ich, gdy okoliczności to podpowiadają. Odruchowo szukamy i prędzej czy później znajdujemy harmonię z nurtem życia, ponieważ doświadczamy siebie jako jednego z jego niezliczonych przejawów, a zarazem jako jego całości. Nasz umysł funkcjonuje wtedy jak nieograniczona przestrzeń, która wszystko obejmuje i wszystko się w niej wydarza – zarówno to, co uchodzi za niewłaściwe, jak i to, co uważane jest za właściwe. Brzydkie i piękne. Zarówno szczęście, jak i cierpienie. To, co niskie i marne, jak i to, co uznaje się za wzniosłe.

– Ale godzić się na wszystko, to także godzić się na utratę czegoś dla nas najważniejszego.
– Wszystko, co się dzieje, również uczucia, mieści się w nas, lecz nie krępuje naszego odczuwania i postępowania – uczucia przemijają, gdy zmieniają się okoliczności. A okoliczności zmieniają się nieustannie. Postrzegając stratę bez nawykowej egocentrycznej oceny, nie bierzemy jej do siebie. Wiemy, że to, co nazywamy stratą, w tym samym momencie staje się dla kogoś/czegoś zyskiem. Wszechświat jest hologramem, którego każda część jest zarazem całością, a więc wszystko, co przydarza się części, przydarza się całości – więc jak możemy mieć poczucie osobistej straty?

Jesteśmy wolni od uczuć gniewu, nienawiści, zazdrości czy rozpaczy. Bowiem nie interpretujemy zdarzeń egocentrycznie, czyli zgodnie z przekonaniem, że np. to, co się dzieje, dzieje się po to, aby nam zrobić przykrość, pozbawić nas czegoś lub ukarać. Skoro coś się dzieje, to widocznie ma się dziać. Wolności doświadczamy, gdy nasz umysł przestaje konstruować iluzję podmiotu, któremu się to życie przydarza.

– W Queście wolność jest też rozumiana jako wolność od posiadania. Ale my często myślimy, że po to nam wolność, by mieć to, co chcemy.
– Wolność wyraża się zwłaszcza w nieprzywiązywaniu się do rzeczy i wszelkich innych wyznaczników statusu i reputacji. Osoba wewnętrznie wolna nie ma potrzeby potwierdzania swojej tożsamości i wartości ani w oczach innych, ani we własnych. Wie, że gdy posiada, to nic nie posiada, a gdy nic nie posiada, to i tak wszystko posiada – choć w istocie niczego nie posiada, bowiem nie sposób posiadać tego, czym się jest. Tak więc w doświadczeniu takiej osoby pojęcie posiadania nic nie znaczy. Czyż fala uznałaby, że posiada inną falę albo morze? Wolny wewnętrznie człowiek nic nie posiada, tylko jest i nie posiada się z radości.

– Ale to chyba nie znaczy, że mam przestać dbać o swój byt, nie dążyć do tego, czego pragnę?
– Wolność to nie jest olewactwo typu: „nic mnie nie obchodzi, nie splamię się pracą ani odpowiedzialnością”. Taka postawa jest rodzajem uporczywej antyobsesji, próbą ucieczki, która staje się kolejną – w dodatku ukrytą pod pozorem wolności – postacią samozniewolenia. Człowiek prawdziwie wolny nie żyje zgodnie z jakąś z góry powziętą koncepcją, więc kiedy okoliczności każą wziąć odpowiedzialność za innych, to ją bierze. Jeśli trzeba coś zrealizować, sprawnie to robi. Ale kiedy jest w sytuacji, gdy może nic nie robić, to całym sobą odpoczywa. Być w zgodzie z okolicznościami oznacza całym sobą odpowiadać na sytuację. Kiedy bawimy się, to idziemy w to na całość, kiedy potrzebne nam są pieniądze na jakiś cel, który okoliczności wskazują jako istotny, to je zdobywamy. W ten sposób osoba wolna bierze pełną odpowiedzialność za siebie i za zgodność swego postępowania z tym, co służy uniwersalnemu życiu we wszystkich jego przejawach.

– Ale kiedy nam się nasze reagowanie na sytuacje nie udaje, kiedy ponosimy klęskę…
– Znanym wzorem człowieka wolnego jest Grek Zorba. Kiedy trzeba było pracować, w pełni się w to angażował. Ale gdy stworzona ogromnym nakładem czasu i środków budowla runęła, nie dość, że nie wpadł w rozpacz, lecz potrafił jeszcze zachwycić się pięknem katastrofy i cudownością życia niosącego tak nieoczekiwane zmiany. Dla człowieka prawdziwie wolnego wszystko, co się wydarza, jest cudem. Cudem jest to, że coś powstało, ale również to, że coś się dekomponuje. Podobnie cudowne – choć bolesne – może być nagłe załamanie naszych planów życiowych, w realizacji których przecież nie wszystko od nas zależy. Wolny człowiek jest całkowicie zaangażowany w to, co jest rzeczywiste, ale żyje wedle zasady, którą Sen Tsang (Trzeci Patriarcha zen) w „Strofach wiary w umysł” formułuje tak: „Mędrzec nie dąży do żadnego celu, bo tylko głupiec sam siebie krępuje”. To znaczy, że nie fetyszyzuje oddalonych w czasie i przestrzeni celów. Gdy biegnie to – jak Forest Gump – tylko po to, żeby biec. Wie, że celem i sensem życia jest życie, którym sam jest. Dlatego w każdej chwili jednoczy się z nim, bo w ten sposób najlepiej je chroni i wspiera. Trzymać się ślepo celu to być jak rozbitek na wzburzonym morzu, który uznał, że będzie wiosłował pod wiatr, więc traci resztę sił, choć mógłby przecież postawić żagiel i popłynąć z wiatrem.

– Quest twierdzi, że wolność to także wolność od lęku, na przykład przed sukcesem.
– Mamy różne ograniczające wolność przekonania. Także takie, że na coś nie zasługujemy. Człowiek wolny nie czyni żadnych założeń na temat siebie i życia. Wracając do mędrca, on ma jeden cel – taki sam jak my wszyscy: osiągnąć szczęście. Ale choć wszyscy mędrcy i prorocy tego świata utożsamiają prawdziwą formę szczęścia z tym wymiarem wolności, który tu nieudolnie próbujemy opisać, to jednak większość z nas czerpie z innych, gotowych pomysłów na to, co jest szczęściem i jak je osiągnąć.

– Dobrze, ale co to znaczy, że byliśmy u celu podróży, nim uczyniliśmy pierwszy krok?
– Jeśli dotrzemy do stacji Wolność, zdamy sobie sprawę, że wolność zawsze była i jest naszym przyrodzonym stanem istnienia. Że nie musimy kreować swojej egocentrycznej tożsamości i jej nieustannie podtrzymywać. Wystarczy być. Tak jak słońce, które świeci na wszystko. Podobnie człowiek wolny zdaje sobie sprawę, że nie jest swoimi myślami, tylko doświadcza myśli, że nie jest swoimi przekonaniami, lecz zdaje sobie z nich sprawę. Nie jest swoją biografią i martyrologią, nie jest swoimi planami i marzeniami. Żeby stać się prawdziwie wolnymi, musimy więc powrócić do źródła, którym jest doświadczająca i zarazem tworząca to, co doświadczane, świadomość. Jeszcze inaczej, być wolnym to doświadczyć prawdy tego, że doświadczający i to, co doświadczane, to jedno, a nie dwa, że – jak to ujął Sen Tsang – „ta chwila powstaje z umysłu i zarazem jest umysłem”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak praktycznie radzić sobie ze stresem? Rozmowa z Wojciechem Eichelbergerem

Program „8 razy O” uczy zarządzania swoimi zasobami energetycznymi i radzenia sobie ze stresem. Obejmuje osiem rozdziałów: oddychanie, obecność, oparcie w sobie, odreagowanie, odpoczynek, odpuszczanie, opiekowanie się sobą, odżywianie. (Fot. iStock)
Program „8 razy O” uczy zarządzania swoimi zasobami energetycznymi i radzenia sobie ze stresem. Obejmuje osiem rozdziałów: oddychanie, obecność, oparcie w sobie, odreagowanie, odpoczynek, odpuszczanie, opiekowanie się sobą, odżywianie. (Fot. iStock)
O tym, jak praktycznie radzić sobie ze stresem, mówi specjalista w tej dziedzinie, psychoterapeuta, trener i doradca biznesu Wojciech Eichelberger, współzałożyciel Instytutu Psychoimmunologii, który zajmuje się m.in. profilaktyką przeciążenia i wypalenia stresem.

Mam wrażenie, że wszędzie mówi się o stresie. Jest sens poświęcać temu cały cykl?
Wypalenie stresowe staje się udziałem tak wielkiej liczby ludzi, że warto być mądrym przed szkodą. Żyjemy w trudnych czasach. Coraz większa ilość informacji, ogromne tempo życia i zmian, konkurencja i rywalizacja, mieszanie się kultur, ewolucja obyczajów, ról społecznych i partnerskich, zanik bliskich więzi z ludźmi, konieczność ciągłego uczenia się – wszystko to bardzo nas obciąża. Ale obiektywne, zewnętrznie uwarunkowane obciążenie – czyli presja – to jeszcze nie stres. Stres jest stanem subiektywnym, wewnętrznym. Jest jedną z możliwych odpowiedzi naszego ciała i umysłu na tę zewnętrzną presję. Odpowiedź ta pojawia się wtedy, gdy zaczyna nam brakować energii pozwalającej radzić sobie z trudnymi okolicznościami.

Czyli gdy sytuacja nas w jakimś sensie przerasta?
Gdy nasze zasoby energetyczne nie wystarczają, by się uporać z presją wywołaną daną sytuacją. Jest to stan groźny, w którym nasz psychiczny i biologiczny potencjał przestaje się odpowiednio regenerować i zbyt szybko go ubywa.

Jedziemy na rezerwach?
Których bezkarnie nie możemy nadużywać, jeśli nie chcemy doprowadzić się do stanu wypalenia. Dlatego tak niebezpieczny jest przewlekły stres. Ale nie u każdego trudne okoliczności wywołują stres. Ci, którzy lepiej gospodarują zasobami swojej życiowej energii, potrafią nawet wielką presję przyjmować jako wyzwanie. Wyzwania doświadczamy, gdy mamy wystarczający zapas energii, aby z daną sytuacją się uporać. Z kolei długotrwałe przebywanie w sytuacji zbyt małej presji, zwane rdzewieniem, którego doświadczamy, gdy mamy za mało obciążeń, a za dużo energii, jest dla nas równie niebezpieczne jak doświadczanie stresu. W obu wypadkach słabnie immunologiczna bariera, a więc wzrasta ryzyko zdrowotne i spada nasza emocjonalna i intelektualna wydolność.

Czyli „nic mi się nie chce”?
No właśnie. Dobrze widać to na przykładzie osób przez dłuższy czas bezrobotnych, wielu rencistów, emerytów, rentierów. Również sportowców, którzy gwałtownie przerwali karierę i, co za tym idzie, treningi. Podobnie może się czuć człowiek, który jedzie na pierwszy dłuższy urlop po paru latach wytężonej pracy. Gdy znika motywująca presja, mamy znacząco mniej wydatków energetycznych, zaczynamy chorować, wpadamy w depresyjne nastroje, uwiąd woli i bezsilność.

Niektórzy twierdzą jednak, że istnieje dobry stres w przeciwieństwie do stresu złego. Czyli taki, który mobilizuje, a nie demobilizuje.
Tak zwany dobry stres to pojęciowe nieporozumienie. Równie dobrze można by mówić o dobrym nowotworze. Stres to stan chorobowy, który prowadzi do wyczerpania energii życiowej, a więc jest groźny dla życia. Zabija nas. To, co potocznie nazywa się dobrym stresem, w istocie jest wyzwaniem. Czyli wspaniałym stanem optymalnego dla nas dociążenia, presji, która nie przekracza z jednej strony granicy wypalenia, a z drugiej rdzewienia. Ludzie tego nie wiedzą, choć wydaje się, że na temat stresu napisano i powiedziano już tak wiele.

To definiuje również przedmiot naszych rozważań. Jak znaleźć ten złoty środek i jak się w nim utrzymać.
Czyli jak się nie wypalać i nie popadać w stagnację. Trzeba zachowywać się jak doświadczony sportowiec, który tak dobiera swoje obciążenia startowe i treningowe, by osiągać coraz wyższy poziom możliwości, ale się nie przeciążać.

Ktoś, kto nie ma tej świadomości, może próbować za pomocą jednego ekstremum leczyć drugie i w ten sposób kompletnie się rozchwiać.
Dokładnie tak. Będziemy rozmawiać o tym, jak sprawić, by nasze życie było ciekawym i wartościowym wyzwaniem, a nie wieczną udręką lub nudą i marnotrawieniem talentów oraz możliwości.

Rozumiem, że wyzwanie wiąże się zawsze z przekraczaniem jakichś ograniczeń, pomysłów na siebie, lęków... Tak. I dlatego wyzwania uruchamiają w nas zasoby, których istnienia często nie podejrzewamy. Dzięki temu się rozwijamy.

 
Skoro sensem życia jest rozwój i odpowiadanie na wyzwania, skąd w nas ta częsta chęć, żeby nic nie robić?
Nicnierobienie to zrozumiała potrzeba człowieka przemęczonego. Organizm krzyczy: dajcie mi czas i okazję do odzyskania sił. Wtedy warto posłuchać jego głosu.

Jeśli po dobroci nie posłuchamy i nie zmienimy stylu życia, to nas coś dopadnie?
Nie da się bezkarnie uprawiać rabunkowej gospodarki swoimi zasobami życiowymi. Choroba to kosztowna ostateczność, której należy za wszelką cenę unikać. By potem wyjść z ciężkiej choroby lub wypalenia, potrzeba miesięcy kuracji i starań, a często także rewolucji w stylu życia i w systemie wartości. Inaczej nam nie włączą prądu. Instynkt samozachowawczy zachowuje się jak dyspozytor w elektrowni miejskiej, który wyłącza zasilanie peryferyjnych dzielnic, kiedy są braki w dostawie prądu. Albo jak bank, który wstrzymuje kredytowanie zadłużonej firmy. Żeby nam włączyli prąd czy otworzyli kredyt, musimy przedstawić taki plan restrukturyzacji firmy, który przekona bank, że będziemy przynajmniej spłacać odsetki.

A co zrobić, kiedy próbujemy odpoczywać, ale głowa nam nie pozwala? Zadręczamy się myślami. Da się wyłączyć głowę?
Wtedy niezbędne są leki, które wyciszają gonitwę negatywnych myśli, plus psychoterapia. Wyjście z wypalenia jest prawie jednakowo trudne i kosztowne jak wyjście z uzależnienia. Dlatego profilaktyka wypalenia jest tak ważna. By była możliwa, musimy wiele się nauczyć. Np. kontrolować wywieraną na nas presję. Ona tylko do pewnego stopnia jest obiektywna, bo mamy określone obowiązki. O części decydujemy sami. Dlatego musimy się nauczyć używać takich trudnych słów, jak: nie, dosyć, za dużo, nie mogę, nie dam rady, nie zgadzam się.

Z tym się wiąże konieczność i umiejętność odpuszczenia sobie.
O to chodzi. Świat nie chce nas wykończyć, to my sami siebie wykańczamy, bo wydaje nam się, że gdy zaczniemy odmawiać, ów świat nas odrzuci, uzna za niepotrzebnych słabeuszy. Trzeba przestać w to wierzyć. Z drugiej strony musimy przyjąć taki styl życia, który będzie odtwarzał i rozwijał nasz energetyczny potencjał. Musimy przyjrzeć się temu, jak jemy, jak oddychamy, jak śpimy, jak się odnosimy do siebie samych i jak się zachowujemy w relacjach z innymi... Wśród czynników ryzyka decydujących o ciężkich zachorowaniach i przedwczesnej śmierci aż 54 procent jest związanych ze stylem życia. To znaczy, że mamy większościowe udziały w firmie „Moje zdrowie”. Pakiet kontrolny. Ponoć przeciętny ludzki genotyp daje możliwość przeżycia 120 lat. Tymczasem średnia życia polskich mężczyzn to nieco ponad 70 lat.

Wszystko, o czym mówimy, bardzo przypomina biznes. Jesteś autorem programu odnowy, który uczy, jak zarządzać sobą, czyli firmą z konkretnym kapitałem początkowym, w której mamy większościowy udział...
Bo w metaforze biznesowej jasno widać, o co tu chodzi. Program obejmuje osiem rozdziałów i nazywa się „8 razy O” (bo tak się składa, że wszystkie zaczynają się na literę o). Są to umiejętności decydujące o naszej odporności zarówno na choroby, jak i na przeciążenie. Te rozdziały to: oddychanie – podstawowe zasilanie, bez którego nic się nie wydarzy. A prawie wszyscy źle oddychamy w przeciążeniu, zagrożeniu i walce. Obecność, czyli zdolność bycia świadomym tego, co tu i teraz dzieje się w naszym życiu. To wiąże się z umiejętnością kontrolowania nawykowego zamartwiania się i snucia ponurej wizji przyszłości lub nieustannego przeżuwania tego, co było, przebywania w izbie pamięci i uprawiania swojej martyrologii. Kolejny rozdział to oparcie w sobie – czyli dobry, świadomy kontakt z ciałem, mocne stanie na nogach, wewnętrzna podpora w mocnym kręgosłupie, w mocnym brzuchu i aktywnej przeponie. Następne to odreagowanie i odpoczywanie. Potem: odpuszczanie – czyli trening odmawiania, zdolność do regulowania wewnętrznej i zewnętrznej presji, o której mówiliśmy. Następnie opiekowanie się sobą – czyli zdolność do bycia własnym wymagającym i wspierającym trenerem – i wreszcie – odżywianie.

Z tego, co mówisz, wynika, że pierwsze O, z jakim musimy się zmierzyć, to odpowiedzialność...
To dobry zamiennik dla opiekowania się sobą. O to w tym chodzi – o wzięcie odpowiedzialności za jakość własnego życia. To klucz do stworzenia sytuacji, w której nasz pobyt na tym świecie będzie satysfakcjonujący, pożyteczny i radosny.

Program „8 razy O” uczy zarządzania swoimi zasobami energetycznymi i radzenia sobie w sytuacjach dużej presji. Obejmuje osiem rozdziałów: oddychanie, obecność, oparcie w sobie, odreagowanie, odpoczynek, odpuszczanie, opiekowanie się sobą, odżywianie.

  1. Zwierciadło poleca

Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Zwracamy się w sprawie zapowiadanego nowego, dodatkowego obciążenia mediów działających na polskim rynku, myląco nazywanego „składką” wprowadzaną pod pretekstem COVID-19.

List otwarty do władz Rzeczypospolitej Polskiej i liderów ugrupowań politycznych

Jest to po prostu haracz uderzający w polskiego widza, słuchacza, czytelnika i internautę, a także polskie produkcje, kulturę, rozrywkę, sport oraz media.

Wprowadzenie go będzie oznaczać:

1. osłabienie, a nawet likwidację części mediów działających w Polsce, co znacznie ograniczy społeczeństwu możliwość wyboru interesujących je treści;

2. ograniczenie możliwości finansowania jakościowych i lokalnych treści. Ich produkcja daje obecnie utrzymanie setkom tysięcy pracowników i ich rodzinom oraz zapewnia większości Polaków dostęp do informacji, rozrywki oraz wydarzeń sportowych w znaczącej mierze bezpłatnie;

3. pogłębienie nierównego traktowania podmiotów działających na polskim rynku medialnym. W sytuacji, gdy media państwowe otrzymują co roku z kieszeni każdego Polaka 2 mld złotych, media prywatne obciąża się dodatkowym haraczem w wysokości 1 mld zł;

4. faktyczne faworyzowanie firm, które nie inwestują w tworzenie polskich, lokalnych treści, kosztem podmiotów, które w Polsce inwestują najwięcej. Według szacunków firmy określane przez rząd jako „globalni cyfrowi giganci” zapłacą z tytułu wspomnianego haraczu zaledwie ok. 50-100 mln zł w porównaniu z 800 mln zł, jakie zapłacą pozostałe aktywne lokalnie media.

Skandaliczne jest również niesymetryczne i selektywne obciążenie poszczególnych firm. Dodatkowo niedopuszczalna w państwie prawa jest próba zmiany warunków koncesyjnych w okresie ich obowiązywania.

Jako media działające od wielu lat w Polsce nie uchylamy się od ciążących na nas obowiązków i społecznej odpowiedzialności. Co roku płacimy do budżetu państwa rosnącą liczbę podatków, danin i opłat (CIT, VAT, opłaty emisyjne, organizacje zarządzające prawami autorskimi, koncesje, częstotliwości, decyzje rezerwacyjne, opłata VOD itd.). Własną działalnością charytatywną wspieramy też najsłabsze grupy naszego społeczeństwa. Wspieramy Polaków, jak i rząd w walce z epidemią zarówno informacyjnie, jak i przeznaczając na ten cel zasoby warte setki milionów złotych.

Zdecydowanie sprzeciwiamy się więc używaniu epidemii jako pretekstu do wprowadzenia kolejnego, nowego, wyjątkowo dotkliwego obciążenia mediów. Obciążenia trwałego, które przetrwa epidemię COVID-19.

Sygnatariusze listu

Agencja Wydawnicza AGARD Ryszard Pajura Agora S.A. AMS S.A. Bonnier Business Burda Media Polska CANAL+ Dziennik Trybuna Dziennik Wschodni Edipresse Polska Eleven Sports Network sp. z o.o. Gazeta Radomszczańska Green Content sp. z o.o. Gremi Media S.A. Grupa Eurozet Grupa Interia.pl sp. z. o.o. Grupa Radiowa Agory sp. z o.o. Grupa RMF Grupa ZPR Grupa Wirtualna Polska Helios S.A. Infor Biznes Kino Polska TV S.A. Lemon Records sp. z o.o. Marshal Academy Music TV sp. z o.o. Muzo.fm sp. z o.o. naTemat.pl OKO.press Polityka Polska Press Grupa Ringier Axel Springer Polska STAVKA sp. z o.o. Superstacja sp. z o.o. Telewizja Polsat sp. z o.o. Telewizja Puls sp. z o.o. TIME S.A. TV Spektrum sp. z o.o. TVN S.A. Tygodnik Powiatu Wołowskiego Kurier Gmin Tygodnik Powszechny Wydawnictwo Bauer Wydawnictwo Dominika Księskiego Wulkan Wydawnictwo Magraf Wydawnictwo Nowiny Zakopiańskie Towarzystwo Gospodarcze – Tygodnik Podhalański

  1. Psychologia

Jaki jest stosunek psychologii do tzw. zjawisk magicznych? Pytamy Wojciecha Eichelbergera

Badania wykazują, że aż połowa Polaków wierzy w cuda, duchy, klątwy czy UFO. Coraz więcej osób przyznaje się też do przeżyć zwanych transcendentnymi. (Ilustracja: iStock)
Badania wykazują, że aż połowa Polaków wierzy w cuda, duchy, klątwy czy UFO. Coraz więcej osób przyznaje się też do przeżyć zwanych transcendentnymi. (Ilustracja: iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Duchy, cuda, zjawy, wampiry – są jedynie wytworem naszej fantazji czy emanacją tego, co niepoznane? Choć nauka im zaprzecza, to ludzkie doświadczenie mówi, że coś jest na rzeczy. A co ze stanami odmiennej świadomości? Halucynacje czy przejaw naszej głębi? O to wszystko Joanna Olekszyk pyta psychoterapeutę Wojciecha Eichelbergera.

Czytałam badania, które pokazują, że aż połowa Polaków wierzy w cuda, duchy, klątwy czy UFO. Z innych źródeł wiem, że coraz więcej osób przyznaje się też do przeżyć zwanych transcendentnymi – przebudzeń, kontaktów z wyższą jaźnią. Przychodzą z tym do psychoterapeuty? Jaki jest w ogóle stosunek psychologii i psychoterapii do rzeczy, które zwykliśmy nazywać magicznymi czy wymykającymi się racjonalnemu osądowi?
Poruszyłaś tu dwie różne sprawy. Obszar szczególnych ludzkich doświadczeń, które nazywamy doświadczeniami transcendentnymi albo mistycznymi, stawiających pod znakiem zapytania naszą egocentryczną i oddzieloną od świata tożsamość – to zupełnie inna sprawa niż wiara w duchy, cuda czy zabobony. I to bardzo mocno trzeba tu podkreślić. Tym bardziej że doświadczenia transcendentne – w przeciwieństwie do zabobonów, były badane w ramach psychologii akademickiej. A przynajmniej paru naukowców starało się dowiedzieć, o co w nich chodzi.

Pierwszym był Abraham Maslow, który wymyślił znaną piramidę potrzeb, a na jej szczycie umieścił potrzebę samorealizacji, czyli subiektywne doznanie spełnienia i zrozumienia prawdziwej, wspólnej wszystkim i wszystkiemu istoty. Maslow tego nie wymyślił, tylko przyjrzał się bacznie ludziom deklarującym, że przydarzyło im się doświadczenie, które radykalnie odmieniło ich sposób przeżywania siebie, a także relacji z innymi ludźmi i ze światem. U części badanych pojawiło się ono spontanicznie przy okazji jakichś religijnych praktyk, u innych w trakcie zwykłych codziennych działań, a u jeszcze innych podczas nadzwyczajnie trudnych albo nadzwyczajnie radosnych okoliczności. Maslow dociekliwie i skrupulatnie przepytał wiele takich osób i stwierdził, że we wszystkich relacjach powtarzają się te same elementy. To skłoniło go do wniosku, że repertuar możliwych ludzkich przeżyć zawiera w sobie także to, co nazwał doświadczeniem szczytowym (ang. peak experience), innymi słowy: doświadczeniem samorealizacji, które korzystnie, głęboko i na trwałe zmienia nasze postrzeganie siebie i świata. Przepytywani przez Maslowa ludzie deklarowali, że stali się bardziej radośni, empatyczni, otwarci, wolni od dotychczasowych lęków i napięć. Wszystko to potwierdzało, również skrupulatnie przepytane, otoczenie badanych.

Niektórzy takie stany osiągali po zażyciu psychodelików. Takie przypadki też badano.
Wkrótce po badaniach Maslowa nastąpiła era LSD i innych psychodelików, więc wielu badaczy zajęło się zagadnieniem zmian świadomości i percepcji pod wpływem tych środków. Ale nie minęła dekada i badania te, a także próby wdrażania ich do procesów terapeutycznych w psychiatrii, z tajemniczych powodów, zostały zakazane. Jeden ze znanych badaczy fenomenu zmian ludzkiej percepcji pod wpływem LSD uznał to za zjawisko typowe dla naszego obszaru kulturowego: niemal powszechnie akceptujemy substancje obniżające świadomość – czyli sprawiające, że naszym postrzeganiem i zachowaniem zaczynają kierować potrzeby i emocje uznawane powszechnie za niższe, jak agresja, niekontrolowana seksualność, ryzykanctwo i różnorakie fobie – natomiast zakazujemy substancji podwyższających wibrację świadomości, czyli sprawiających, że naszym zachowaniem mogą zacząć kierować potrzeby i uczucia uznawane powszechnie za wyższe, takie jak: empatia, wrażliwość, zachwyt, wdzięczność, wszechogarniająca miłość. Do pierwszej grupy środków badacze zaliczyli alkohol, substancje typu „speed”, takie jak: kokaina, amfetamina, heroina, ecstasy i wszelkiego rodzaju dopalacze. Do drugiej byli skłonni zaliczyć marihuanę, psylocybinę, LSD i DMT. Badania nie zostały zakończone, więc nie jest pewne czy wszystkie wymienione substancje z grupy drugiej mają zbawienny wpływ na ludzką świadomość, ale obserwacja badaczy wydaje się trafna.

I co pokazywały tamte badania?
Że stany odmiennej świadomości czy doświadczanie rzeczy lub zdarzeń „nie z tego świata” to całkiem realne zjawisko i że dość często się zdarza. Dziś jest mnóstwo relacji na ten temat, nie tylko w literaturze religijnej, ale też świeckiej. Temat ten jakiś czas temu ponownie podjął amerykański badacz Mihály Csíkszentmihályi, autor koncepcji „przepływu”, czyli flow. W psychiatrii głównym prekursorem tego nurtu badań jest czeski profesor psychiatrii Stanislav Grof. Ale wszystko to nadal odbywa się na marginesie nauki. A to wielka szkoda, bo druga klasa zjawisk, od których zaczęłaś naszą rozmowę, czyli wiara w duchy, klątwy i zabobony – wiąże się z tym, że nauka nie chce się poważnie zainteresować pierwszym tematem. A drugi z góry dyskwalifikuje i redukuje do problemu wykształcenia ludzi, którzy tak myślą i czują – nazywając to wszystko przejawami „ciemnoty”.

Tyle nauka, a co mówi psychoterapia?
No właśnie. Tu prawie wszystko zależy od szkoły terapeutycznej. Obecnie na rynku psychoterapii dominują szkoły, których metody są oparte na naukowych rozstrzygnięciach, a wyniki dają się zmierzyć. Najważniejsze z nich to racjonalna terapia zachowań (RTZ) i szkoła poznawczo-behawioralna. Ale jak wszystkie inne podejścia terapeutyczne, one też mają swoje ograniczenia wynikające z przyjęcia metodologii zapewniającej twarde dowody. A przecież tajemnica człowieka, jego świadomość i potencjał transcendencji nie mieszczą się w tak zawężonej perspektywie. Na szczęście oprócz tych nurtów istnieją szkoły psychoterapii, które swoje źródła mają w psychologii głębi. Jak sama nazwa wskazuje, sięgają one w głąb ludzkiego umysłu, w obszary nieznanego i niezrozumiałego, którymi ani nauka, ani terapie racjonalne czy poznawczo-behawioralne nie chcą i nie potrafią się zajmować, na zasadzie: „badajmy tylko to, co da się obiektywnie zmierzyć, a to, czego obiektywnie zmierzyć się nie da, uznajmy za nieistniejące”. Z tego powodu cały obszar cienia, czyli tego, co w nas nieświadome, jest poza kręgiem zainteresowania nauki. Ale wkrótce trzeba będzie się tym zająć.

Sprawdźmy więc, jak sobie z tym radzi psychoterapia głębi. Powiedzmy, że przychodzi do gabinetu człowiek…
…który jest przekonany, że prześladują go jakieś duchy, czyli niematerialne istoty niewidoczne dla zmysłów przeciętnego człowieka. Psychologia głębi uznaje tego typu opowieść za przejaw działania obronnego mechanizmu projekcji. Czyli wszelkie niewidzialne straszydła, duchy itp. uznaje się za wyprojektowane przez człowieka – i przedstawione w zaczerpniętej z lokalnej kultury czy narracji formie – elementy jego własnej nieświadomości. Wtedy można zaprosić pacjenta do następującego eksperymentu: „Wyobraź sobie, że jesteś tą postacią, której się boisz. Wejdź w jej skórę i położenie, i pozwól jej mówić twoimi ustami. Powiedz, czego chce, jak się czuje, jakie ma motywy, co myśli, co widzi? Chodzi o to, by pacjent zaczął zdawać sobie sprawę z projekcyjnego charakteru postaci, która go prześladuje, i w końcu ją uwewnętrznił – czyli zintegrował ze swoim świadomym „ja”. W ten sposób każdy wyprojektowany przez nas potwór czy duch z czasem może się stać na przykład zrozumiałym zlepkiem naszych własnych potrzeb i emocji związanych z odrzuceniem przez matkę. Tu się kłania święta zasada psychoterapii, że to, co uświadomione i zintegrowane, przestaje rządzić naszym zachowaniem i naszym życiem. A to, co wyprojektowane na zewnątrz i nieuświadomione, blokuje nasze dojrzewanie i rozwój. Nie da się wtedy dotrzeć do szczytu piramidy Maslowa.

Mówisz o projekcjach dotyczących czegoś, czego się boimy. A jeśli widzimy i czujemy rzeczy, których trochę się boimy, a które pociągają, jak kontakt ze zmarłą osobą?
Nie sposób uczciwie rozstrzygnąć, czy to, że komuś pojawił się duch, że widział go na własne oczy lub silnie odczuwał jego obecność, jest obiektywną prawdą czy projekcją. Na pewno jest subiektywną prawdą tego człowieka. Może warto wreszcie podjąć dzisiaj w rzetelnych badaniach hipotezę duchów. Podejmowano już w tej sprawie nieudolne próby pod koniec XIX wieku w eksluzywnych klubach spirytystycznych.

Idąc tropem, który opisałeś wcześniej, wytłumaczeniem takich doświadczeń mogłyby być niezakończone relacje ze zmarłą osobą. Nadal nosimy ją w sobie nieświadomie, więc ją uzewnętrzniamy w postaci zjawy?
To trafna intuicja. Psychoterapeuta głębi będzie zachęcał pacjenta do badania takiego zdarzenia albo na podstawie hipotezy projekcji, albo niezałatwionego konfliktu, poczucia winy bądź wyrzutów sumienia.

Niektórzy mówią, że ukazujące się zmarłe osoby dają im cenne wskazówki – psycholog głębi mógłby to zinterpretować tak, że jakaś mądra część ich samych w ten sposób do nich przemawia. Ale ponieważ sobie by nie uwierzyli, uwierzą zmarłemu, do którego mieli zaufanie…
Właśnie tak. Czyli przekaz ducha zmarłej osoby może w tym wypadku okazać się naszym własnym wyprojektowanym przeczuciem, a może nawet przejawianiem się nierozpoznanego jeszcze w sobie wewnętrznego mędrca.

Rzeczy, które nie sposób objąć rozumem, są więc produktem naszej świadomości, a raczej nieświadomości. Część z nas się ich boi, a część jakoś oswaja. Są ludzie, którzy codziennie rozmawiają z duchami bądź widzą aurę innych i jest to dla nich coś bardzo powszedniego i cennego.
Znam wielu takich ludzi, a ponieważ nie jestem ograniczony jakimś dogmatem naukowym i nic, co ludzkie, nie jest mi obce, więc staram się również takie zjawiska i relacje o nich poznawać. Wiele z tych osób potrafi przekazać różne wartościowe informacje z tego, co nazywają światem duchów, a który w ich optyce jawi się jako świat równoległy. Niektóre instytucje – choćby policja – korzystają od czasu do czasu z pomocy tych szczególnie wyposażonych ludzi, zwanych jasnowidzami.

A jednak wszystko to jest nadal spychane w zabobon. Na szczęście ma szerokie ujście w popkulturze: w horrorach, fantastyce, ale też w literaturze pięknej i baśniach.
Szczególnie dzieci są wrażliwymi i entuzjastycznymi odbiorcami takich treści. Zapewne dlatego, że ich umysły nie są jeszcze do końca kulturowo zaprogramowane, więc nie zdają sobie sprawy, że czegoś nie należy widzieć lub o czymś nie należy mówić ani o to pytać. Dzieci często widzą duchy, mają prorocze sny albo twierdzą, że pamiętają swoje poprzednie życie. Jakby przeczuwały, że w umyśle i dla umysłu wszystko jest możliwe.

Ostatnio rozmawiałam z pewnym pięciolatkiem o wampirach i jego mama poprosiła mnie: „Dodawaj, że wampiry są tylko w bajkach”. Ale ja tego wcale nie jestem pewna. Oczywiście nie mam na myśli tego, że chodzą po świecie bladolicy mężczyźni, którzy wysysają z nas krew, tylko że wampir to jedna wielka metafora kogoś toksycznego. Mamy określenie „wampiryzm emocjonalny”.
Tak, używa się go w psychoterapii. Dla mnie wampir jest metaforą przerażonego perspektywą śmierci ludzkiego ego, przekazywanym z pokolenia na pokolenie marzeniem wiecznego istnienia w idealnie zakonserwowanej, doczesnej formie. Nawet kosztem życia bez słońca. To ucieleśnienie pragnienia nieśmiertelności, bycia niezniszczalnym w tym jednym ciele, w tej jednej postaci, która nigdy się nie starzeje. Z tej perspektywy żyjemy dziś w wampirycznej kulturze. Nikt się nie chce zestarzeć, nikt nie chce umrzeć, wszyscy chcemy być agresywni i skuteczni, nie wahamy się bogacić oraz karmić krwawicą i wysiłkiem innych. Pewnie dlatego wampiry są teraz tak mocno obecne w popkulturze, bo nasze systemy ekonomiczne i polityczne często, zapewne nieświadomie, czerpią z etosu wampira.

Na poziomie indywidualnym wampir jest symbolicznym przedstawieniem cech psychopatycznych – uwodzący, inteligentny, skuteczny, piękny, ale jednocześnie bezwzględny i niezdolny do miłości. Psychopaci są w tej chwili największymi bohaterami popkultury. W tym sensie wampiry naprawdę istnieją wśród nas i, niestety, mają tak dobre samopoczucie, że nie przychodzi im do głowy przyjść na terapię. Gdyby jednak ktoś taki przyszedł na terapię, usłyszałby ode mnie: „Jesteś wampirem z urojenia. Porozmawiajmy o tym”.

Bardzo mnie cieszy, że psychoterapia jest otwarta na taki rodzaj pracy.
Psychoterapeuta nie powinien się bać niczego, niezależnie od tego, czy ktoś przychodzi do niego z wampirem, duchem, diabłem, czy z Panem Bogiem, bo przecież i tak się może zdarzyć. W życiu człowieka mamy bowiem do czynienia nie tylko z projekcją wypartego cienia, ale również z projekcją wypartego światła.

Do terapeuty przychodzą też ludzie z Panem Bogiem?
Rzadziej do terapeuty, częściej do szpitala psychiatrycznego z diagnozą tzw. urojeń wielkościowych. Ludzie ci uważają, że są Chrystusem, Napoleonem czy jakąś inną wielką postacią. Zamiast dawać leki, warto by z nimi podyskutować. Spytać: „Dlaczego akurat Chrystus?”. Mogłoby się okazać, że mamy tu do czynienia z czymś, co można by nazwać wewnętrzną projekcją wypartego światła, którą można z czasem uwewnętrznić jako pragnienie bycia szlachetną, pomocną innym, światłą postacią albo odkryć, że ta zapożyczona wspaniała tożsamość przykrywa poczucie bezwartościowości, beznadziei i rozpaczy. Można drążyć dalej: „Skoro jest pan Chrystusem, to proszę mi opowiedzieć: Jak się czujesz, Chrystusie? Skąd się tutaj wziąłeś? Co chciałbyś powiedzieć, doradzić komuś takiemu jak ja, jak pomóc cierpiącemu światu?”. A potem, korzystając z notatek, pytałbym o każde zdanie i pogląd. Czy ten, który nosi imię i nazwisko pacjenta, też tak uważa i czy potrafi żyć w zgodzie z tym, co uważa? W końcu by się wyjaśniło, czy mamy do czynienia z wypartym światłem, czy z przykrywką rozpaczy. Choć mogłoby się okazać, że rozwiązaniem byłoby to, co sugerował w opowieści o chorym psychicznie bodajże bracie, mistyk i duchowy nauczyciel Baba Ram Dass. W czasie odwiedzin w szpitalu chory brat pyta: „Dlaczego gdy ty mówisz, że jesteś Chrystusem, to ludzie tego słuchają i jeszcze płacą za wykłady – a gdy ja mówię, że jestem Chrystusem, zamykają mnie w szpitalu?”. Na co Ram Dass: „Bo ty twierdzisz, że tylko ty jesteś Chrystusem, a ja mówię, że wszyscy jesteśmy Chrystusem, tylko nie wszyscy zdajemy sobie z tego sprawę”.

Wojciech Eichelberger
, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek (w tym „Patchworkowe rodziny” Wyd. Zwierciadło), współtwórca i dyrektor Instytutu Psychoimmunologii.

  1. Psychologia

Pycha, czyli cień pokory

Pycha rodzi się tam, gdzie brakuje ugruntowanego poczucia własnej wartości. (Ilustracja iStock)
Pycha rodzi się tam, gdzie brakuje ugruntowanego poczucia własnej wartości. (Ilustracja iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Św. Bernard z Clairvaux uznał, że pycha i pokora są jak szczeble drabiny. Grzech pychy prowadzi nas w dół, a cnota pokory pozwala się wspinać. Psychologia mówi coś podobnego. Uczymy się i rozwijamy dzięki pokorze, pycha nam w tym przeszkadza – mówi Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta, współautor programu rozwoju wewnętrznego Quest .

Św. Bernard z Clairvaux uznał, że pycha i pokora są jak szczeble drabiny. Grzech pychy prowadzi nas w dół, a cnota pokory pozwala się wspinać. Psychologia mówi coś podobnego. Uczymy się i rozwijamy dzięki pokorze, pycha nam w tym przeszkadza – mówi Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Pycha kiedyś uważana była za jeden z grzechów głównych. Ale dziś grzech to chyba tylko rzadkie słowo.
Mało tego, pycha staje się ceniona i modna, szerzy się wręcz epidemicznie. Popkultura, popmoralność, poppolityka i popreligijność kreują swoich coraz liczniejszych pysznych idoli. Przestajemy dostrzegać, że pycha to niebezpieczny przeciwnik. Uniemożliwia nam rozwój, uczenie się i podążanie ku celom, o których ledwie odważamy się marzyć. Rodzi w nas iluzoryczne poczucie mądrości, mocy i przenikliwości. Każe kategorycznie innych osądzać, obdarzać nienawiścią i pogardą. Wtedy zamiast inwestować czas i energię we własny rozwój, zaprzęgamy je do gorączkowej obrony iluzji naszej wszechwiedzy i doskonałości. Nasze coraz bardziej nadęte ego potrzebuje mieć rację i lubi spoczywać na laurach. Tymczasem wynikające z pokory wątpliwości, niepokój i potrzeba poszukiwań utrudniają proces samopotwierdzania się ego.

Pycha nie ustępuje łatwo i jest podstępna. Potrafi udawać skromność, ubóstwo, poczucie krzywdy, sprawiedliwości, a także duchowość, szlachetność i miłość. Większość z nas dąży nieświadomie do tego, aby swojej pysze nadać jakiś szlachetny kamuflaż i poddać się złudzeniu, że dotarliśmy do końca drogi.

Może po to, żeby wreszcie odetchnąć.
I poznęcać się nad innymi. Szczególnie gdy pycha przybiera formę ideologii czy doktryny religijnej, staje się zabójcza. Rodzi konflikty, wojny, cierpienie i nienawiść. Gdy opęta nas, łatwo i radośnie w poczuciu moralnej słuszności upokarzamy i niszczymy innych. Jeśli trzeba, ogniem i mieczem zmusimy „innowierców” do przyjęcia naszej wizji dobra i prawdy, które błędnie uznajemy za ostateczne objawienie. Wtedy w skali rodziny, narodu, a nawet globu wprowadzamy przymus dobra, dokonując nieświadomej dekonstrukcji istoty wiary i przekonań, którym chcemy służyć.

Oskarżano pychę o to, że rodzi inne grzechy, np. chciwość. Dziś powiedzielibyśmy raczej: sukces finansowy.
Pycha ma dużo wspólnego z chciwością. Kiedy jesteśmy pyszni, to w naszych własnych oczach jesteśmy też wywyższeni. I tylko krok dzieli nas od uznania, że należy nam się więcej niż innym. Chciwość i pycha idą ręka w rękę. Czasami trudno je odróżnić. Gdy los boleśnie nas doświadcza, łatwo obrażamy się na świat, sobie przyznajemy rolę i rację ofiary, i brniemy w moralną pychę, która zarazem jest chciwością współczucia i wsparcia. Pychę udającą pokorę opisuje anegdota o mnichach przechadzających się po ogrodzie. W pewnej chwili stary mówi do młodego: „wiesz, na świecie nie ma drugiego tak skromnego jak ja”.

Dziś nie mówi się o pysze. Ale dużo mówi się o tym, jak ważne dla sukcesu jest poczucie wartości i wiara w siebie. Czy one nie są niebezpiecznie blisko pychy?
Pycha rodzi się tam, gdzie brakuje ugruntowanego poczucia własnej wartości. Aby wyleczyć się z pychy i zaszczepić przeciwko niej, musimy odkryć swoją immanentną, podstawową wartość, którą dzielimy ze wszystkim, co żyje. W przeciwnym razie będziemy zadręczać siebie i innych. Pycha tyrana, nie zważając na ofiary, będzie nam kazała nieść światu obowiązujące dobro, a pycha żebraka – zadręczać siebie pracą i poświęceniem po to, aby zadowolić innych i zapewnić sobie ich przychylność.

Czyli zamiast pychy potrzebna nam duma.
Nie duma, lecz godność. Duma jest przejawem pychy. By odzyskać poczucie godności, musimy zrozumieć, że niezależnie od tego, co nas spotkało i spotka ze strony innych – naszej immanentnej wartości nikt nam nie zabierze. Musimy zobaczyć i poczuć, że nasi prześladowcy robili nam krzywdę, bo sami czuli się niegodni. Byli ofiarami, które szukały ofiar i brnęły w pychę, by poprawić sobie samopoczucie.

Czy pycha zawsze bierze się z niskiego poczucia wartości?
Skrajna pycha jest zawsze sposobem kompensowania raniącego doświadczenia upokorzenia. Dobrym przykładem jest pycha Hitlera, który był okrutnie traktowanym dzieckiem. Swoją chorą pychą i pogardą udało mu się zarazić miliony poniżonych klęską wojenną Niemców. To, co stało się dalej, jest wstrząsającym i koszmarnym dowodem tego, że leczenie się z upokorzenia pychą wyzwala w otoczeniu pogardę i nienawiść, a to sprowadza na nas nowe, druzgocące cierpienie. Tak więc jedynym wyjściem z traumy upokorzenia jest odzyskanie prawdziwej ponadosobowej godności.

Jak odróżnić pychę od wiary w siebie?
Gdy naprawdę wierzymy w siebie, to czujemy szacunek do wszystkich i wszystkiego, co nas otacza. Możemy „nienawidzić grzechu”, tego, jak ktoś postępuje, ale w każdych okolicznościach zachowamy szacunek dla osoby. I na pewno nie potrzebujemy upokarzać innych, by siebie wywyższyć.

Ale dziś poczucie, że jest się wyjątkowym, i bezczelność pomagają w zdobyciu majątku i władzy.
Mylimy ugruntowane poczucie wartości własnej z pychą. Często próbujemy zastąpić wartość pychą i wtedy nasza kariera prędzej czy później się załamie. Będziemy bowiem zmuszeni do tego, by gromadzić wokół siebie ludzi, którzy będą tylko potwierdzać nasze sztuczne poczucie wartości. A to znaczy, że przestaniemy się rozwijać, a nasza konkurencja pojedzie do przodu.

Jak pozbyć się pychy?
Rozwiązanie znajdziemy na płaszczyźnie duchowej. Zdanie, które świadczy o poczuciu godności i wartości, brzmi: „wiem, że to, kim w istocie jestem, zasługuje na uznanie, miłość i szacunek”. Trzeba pokochać i docenić samego siebie, bo z takiego doświadczenia rodzi się prawdziwy szacunek dla innych. Powyższa autoafirmacja z pozoru może wyglądać na ekspresję narcyza, lecz w gruncie rzeczy jest pokornym uznaniem podstawowej prawdy o rzeczywistości. Dlatego wypowiedzenie jej sprawia taką samą trudność tym, których niskie poczucie wartości prowadzi do samoponiżania, jak i tym, którzy się pysznie wywyższają.

Nie jest łatwo uwierzyć w swoją godność, kiedy najbliżsi w nią nie wierzyli.
Jest taka trudna praktyka, która skutecznie nas w tym wspomaga. Kłaniaj się sobie za każdym razem, kiedy zobaczysz się w lustrze. Pyszni nie mogą się sobie pokłonić, bo czują, że to, co widzą w lustrze, jest fikcją, że są kimś przebranym. Samoponiżeni tym bardziej, bo sobą gardzą. Dostrzegają też, że pogarda do siebie jest przejawem ich pychy. Tak więc jedynym radykalnym sposobem na pychę jest pytać siebie o to, kim w istocie jesteśmy, komu się to wszystko przydarza.

Jak się tego dowiedzieć?
Ukazuje to baśń Andersena „Nowe szaty cesarza”. Zaślepiony pychą władca daje sobie wmówić, że krawcy szyją mu szatę z najwspanialszej tkaniny. Wprawdzie jej nie widzi, ale jego niepewność i lęk przed kompromitacją nie pozwalają mu się do tego przyznać. Rusza więc na paradę nagi. Ale poddani też nie mogą tego zobaczyć, bo po to, by poprawić sobie samopoczucie, potrzebują złudzenia mądrego i pięknie ubranego króla. Więc wiwatują na jego widok. Tylko dziecko krzyczy: „król jest nagi!”. Tylko ono, które jeszcze nie zdążyło nauczyć się udawania, było zdolne zobaczyć rzeczy takimi, jakimi są. Dlatego jest symbolem pokornego, otwartego na świadectwo zmysłów umysłu.

Gdy nie znamy swojej prawdziwej wartości, rozpaczliwie próbujemy ją wykreować, gromadząc wokół modne i drogie atrybuty władzy, wpływu i znaczenia. Ale nie na wiele się to zdaje. Stare chińskie przysłowie mówi: skarb, który został wniesiony do domu przez główną bramę, nie jest prawdziwym skarbem tego domu. To znaczy, że wszystko, co przychodzi z zewnątrz, nie jest naszym prawdziwym skarbem, nie wpływa na naszą wartość. Prawdziwym skarbem zawsze była i będzie nasza istota.

 

  1. Psychologia

Granice wolności w związku - czy związek to alternatywa dla wolności?

Jeśli podchodzimy do naszego partnerstwa w ten sposób, że uważamy, że nieupilnowany partner skorzysta z okazji i wykorzysta swoją wolność w sposób, który nas zrani, to wyrządzamy krzywdę przede wszystkim sobie. (Fot. iStock)
Jeśli podchodzimy do naszego partnerstwa w ten sposób, że uważamy, że nieupilnowany partner skorzysta z okazji i wykorzysta swoją wolność w sposób, który nas zrani, to wyrządzamy krzywdę przede wszystkim sobie. (Fot. iStock)
Czy zauważyliście, że ludzie często myślą o związku jako alternatywie dla wolności? Za deklaracją: „Nigdy nie wyjdę za mąż, nie ożenię się", pod spodem kryje się zazwyczaj strach przed utratą tożsamości, swobody, swobodnego dysponowania swoją osobą.

Otrzymuję czasem maile z pytaniami typu: „Czy można pozwalać parterowi na samotne wyjścia, spotkania z przyjaciółmi, imprezy integracyjne?". Myślę, że ta obawa związana jest z niewłaściwym pojmowaniem partnerstwa, jego istoty i celu, a także samej wolności. Bo nie jest ona wyłącznie możliwością robienia tego, co się nam w danym momencie zachciewa. W życiu, jeśli na czymś nam bardziej zależy, rezygnujemy z czegoś innego. To naturalne. Chodzi więc o to, by działać ze świadomością, że nasza sytuacja życiowa jest kwestią wyboru. To jest wolność.

Zauważcie też, że stosunki damsko-męskie, w tym modele związków, ciągle ewoluują. Kiedyś role były sztywne i z definicji zawierały w sobie wiele ograniczeń. Tego nie wolno, tego nie wypada. Dzisiaj szukamy nowych koncepcji i dróg realizacji siebie, także poprzez partnerstwo. Jednakże wzorce domowe, w których jedna lub obie strony odczuwają brak wolności osobistej, nadal funkcjonują. Kto ma takie doświadczenia z pewnością obawia się ograniczeń lub uważa, że są one niezbędne by związek był dobry.

Problem wolności pojawia się także wtedy, kiedy nasze poczucie wartości jest obniżone oraz kiedy traktujemy związek jak lek na samotność, sposób na dowartościowanie. Pojawia się też wtedy, kiedy czujemy, że nie możemy robić pewnych rzeczy i tłumimy swoje potrzeby z obawy, że okażemy się nie dość dobrzy w roli partnera (a czasem także po to, aby nie dać drugiej stronie prawa do tego, by robiła to samo).

„Beata, moja żona, ma pretensje, gdy chcę robić coś sam, np. pójść na piwo z kolegami z pracy itp. Daje mi do zrozumienia, że ona tego nie robi, bo pierwszeństwo ma rodzina. Dostosowuję się, rzadko korzystam z takich zaproszeń, ale mam wtedy poczucie, że mi nie ufa. Zresztą podejrzliwie wypytuje mnie o wszystko w takich sytuacjach. Czy jeśli spędzę godzinę w innym towarzystwie, to znaczy, że nie kocham rodziny, że jestem nieodpowiedzialny?” pyta Jacek, 32-letni informatyk.

Marysia, 36-letnia redaktorka, również ma obawy dotyczące podobnych kwestii. „Czasem rozmawiam z koleżankami o wyjeździe do SPA na cały weekend. Bez partnera, bez dzieci… ale kończy się na marzeniach, bo szczerze mówiąc, nie wiem, co mój mąż robiłby w tym czasie. A może podrzuciłby dzieci rodzicom i skorzystał z wolności? Moja przyjaciółka w taki sposób odkryła zdradę męża. Klasyka. Wcześniejszy powrót z delegacji. Cieszyła się, że zrobi mu niespodziankę. Ale to on zaskoczył ją. I właśnie się rozwodzą”,  mówi.

Jeśli tak podchodzimy do naszego partnerstwa, czyli uważamy, że nieupilnowany partner skorzysta z okazji i wykorzysta swoją wolność w sposób, który nas zrani, to wyrządzamy krzywdę przede wszystkim sobie. To znaczy, że myślimy: „On/ona jest ze mną tylko dlatego, że tak dobrze go pilnuję?".

Warto też pamiętać, że osoba, którą próbujemy kontrolować, czuje się jak w klatce i rzeczywiście może skorzystać z sytuacji, gdy drzwiczki są niedomknięte...

Jak ustalić granice wolności w związku?

Pierwszym i najważniejszym warunkiem związku, w którym panuje wolność, jest obustronna dobra wola. Wtedy zbudowanie relacji jest naszym wspólnym wyborem, a odpowiedzialność za nią nie jest narzucona. Dobrowolność i odpowiedzialność sprawiają, że nasze obowiązki nie są uciążliwością, ale chęcią, aby związek był dobry i wspierający dla obu stron.

Jeśli kochamy partnera, a on kocha nas i żadne z nas nie próbuje zająć lepszej pozycji, mieć więcej praw czy też większego poczucia bezpieczeństwa kosztem drugiej strony - jesteśmy elastyczni. Wyjście gdzieś samemu, spełnienie swoich potrzeb towarzyskich poza związkiem, uprawianie pasji czy wyjazd integracyjny nie stanowią istotnego problemu. Zakres tych swobód zależy od umowy, możliwości, stylu życia, charakterów i potrzeb.