1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Wewnętrzny krytyk - czy da się go zwalczyć?

Wewnętrzny krytyk - czy da się go zwalczyć?

Nie musisz być ofiarą swojego wewnętrznego krytyka. Możesz go poskromić w stosunkowo prosty sposób. (Fot. iStock)
Nie musisz być ofiarą swojego wewnętrznego krytyka. Możesz go poskromić w stosunkowo prosty sposób. (Fot. iStock)
Wciąż ostrzega, a raczej straszy. Pogania i zabrania. A ty słuchasz i cierpisz. I jeszcze uważasz, że wszystkie te osądy i pretensje wymyślasz ty. Pora rozpoznać i pokonać wroga!

Gremlin to chochlik rozreklamowany przez film z 1984 roku „Gremliny rozrabiają”. Rok wcześniej Amerykanin Rick Carson napisał książkę „Poskrom swojego Gremlina” – o tym, jak samemu zejść sobie z drogi. Czym jest Gremlin w jego rozumieniu? Można, dla uproszczenia, nazwać go Wewnętrznym Krytykiem, ale w ujęciu Carsona ta postać (dość straszna, choć opisana z humorem) ma większą władzę i zakres działań. Poza krytykowaniem sabotuje, oponuje, wtrąca się i ogólnie utrudnia. Carson nazywa wręcz Gremlina złośliwym tyranem, przyczajonym w cieniu umysłu, narratorem w twojej głowie. Zwykle jest dość tchórzliwy, nadgorliwy i zachowawczy. Nie musisz być jego ofiarą. Możesz go poskromić w stosunkowo prosty sposób. Bez rozlewu krwi.

Kciuk w oku

Katarzyna Balcerowicz, coach i anglistka, przeczytała książkę Ricka Carsona, jeszcze zanim została przetłumaczona na język polski. – Zachwyciłam się tą prostą metodą, od razu zaczęłam ją stosować. Dowiedziałam się, że Rick przyjeżdża do Warszawy. Spotkaliśmy się, od razu mi zaufał. Zgodził się, żebym propagowała ten temat w Polsce – opowiada.

Na bazie książki Carsona Katarzyna Balcerowicz opracowała pięciogodzinne Warsztaty Poskramiania Gremlinów. Kameralne, otwarte na wymianę między uczestnikami. Najpierw więc krótko mówimy o sobie, ale tak, by udzielić odpowiedzi na pytanie: „W czym jestem dobry?”. Ktoś mówi o swoich kompetencjach zawodowych, ktoś o tym, jak świetnie spełnia się w roli mamy... Ale Gremlin już podniósł łeb i zaczął sygnalizować swoje wątpliwości: „Trochę więcej skromności! Czy to wypada tak się chwalić? I czy aby na pewno jest czym?”. Chodzi o to, żeby usłyszeć jego głos, ale się z nim nie utożsamiać, stworzyć pewien byt, który oddzielimy od siebie. – To pozwoli złapać dystans do tego, co się dzieje w głowie – mówi prowadząca. – Z czasem możemy wytrenować się tak, że będziemy mieć z tego niezłą zabawę.

Żeby przeprowadzić wyraźną granicę między sobą a Gremlinem, a w rezultacie oddzielić się od niego, próbujemy ustalić, czym nie jesteśmy. Na początek śmiała teza: nie jesteśmy naszym ciałem, bo przecież ono bez przerwy się zmienia i rzadko która komórka przeżywa więcej niż siedem lat. Nie jesteśmy też naszymi myślami, osądami i opiniami (a tym bardziej opiniami innych). Nie jesteśmy naszym zawodem, pracą, rolą społeczną. Naszymi zasadami, pragnieniami, potrzebami, emocjami. Naszym obrazem siebie czy gustem. Nie jesteśmy nawet naszymi działaniami (czy zaniechaniami). Co zostaje? Rick Carson mówi o „naturalnym ty”, które jest mądre i trzyma klucz do naszego szczęścia, Katarzyna Balcerowicz – o „czystej świadomości”.

– Po przyjściu na świat byliśmy taką właśnie świadomością. Była w nas ciekawość, otwartość i dużo radości życia. Potem zaczął się proces wychowania, uniformizacja. Pojawiły się głosy mówiące, co wypada, a co nie. One wciąż dźwięczą w naszych głowach. Ważne, żeby je wyłapać – mówi trenerka. – Jak? To proste: jeśli czujesz się z jakąś myślą niewygodnie, to Gremlin!

Skoro nie jesteśmy naszymi myślami, a one wciąż kiełkują w naszych głowach, znaczy, że ktoś kiedyś zasiał ziarenko... Można to badać, sprawdzać, ale równie dobrze odstąpić od takiego śledztwa – sugeruje Katarzyna Balcerowicz. I powtarza, za Carsonem, że uprawianie szkodliwych myśli to jak wkładanie sobie kciuka w oko: – Kiedy zorientujesz się, że coś takiego robisz, nie zastanawiasz się, gdzie się tego nabawiłaś, nie idziesz do lekarza, żeby poskarżyć się na syndrom wkładania sobie kciuka w oko. Po prostu go wyjmujesz.

Szczur w kącie

Żeby rozpoznać obsesje Gremlina, dobrze jest go sobie zwizualizować. Gremlin Katarzyny Balcerowicz wygląda jak modliszka i ma na imię Seweryna. – To imię mojej nauczycielki od geografii, która wciąż była niezadowolona z moich osiągnięć. Mówiła: „Nie wykorzystujesz swojego potencjału” – wyjaśnia. – Nigdy nie dowiedziałam się, jakie to skarby krył ten stracony potencjał. Dziś wiem, że potencjał jest tym, co realizujemy. Cała reszta, różne wymyślne „mogłabyś”, to tylko gruszki na wierzbie.

Gremlin nosi w sobie całą masę przekonań, których się kurczowo trzyma, np.: „Nie da się zaakceptować czy pokochać ciebie taką, jaka jesteś naprawdę”, „Cierpienie uszlachetnia”, „Szybko to dobrze, wolno to źle” czy „Porządne dziewczyny nie lubią seksu”. Nie ma sensu prowadzić z nim zażartych debat – ostrzega Rick Carson. Chyba że precyzyjnie wyznaczysz sobie czas takich zapasów, np. trzy minuty i ani sekundy więcej. Jeśli nie będziesz się pilnowała, Gremlin cię wchłonie. To, co możesz zrobić, to zauważać jego obecność. Nakręcający się monolog, napięcie w ciele, zautomatyzowane działania, mroczne wizje, eskalujące emocje... – To jak oświetlić buszującego w kącie szczura – porównuje Katarzyna Balcerowicz. – Zastyga, zamiera, okazuje się, że boi się bardziej od nas. Ważne, żeby w całym tym poskramianiu nie było wysiłku, spinania się, walki, bo może się pojawić głos: „Jestem tak beznadziejna, że nawet z Gremlinem nie mogę sobie poradzić”. Ja potrzebowałam pół roku, żeby przestać się wdawać w dyskusje. Ponoć to niewiele. Byłam z siebie dumna, do dnia, w którym postanowiłam odpowiedzieć sobie szczerze na pytanie, dlaczego nie czuję się dobrze. Odkryłam, że on wciąż we mnie gada, tyle że znacznie ściszył głos!

Pytania na telefon

Podstawowe narzędzie pogromcy Gremlina to – obok reflektora świadomości – oddech. Głębokie, świadome oddychanie (z brzuchem podnoszącym się przy wdechu i opadającym przy wydechu) pomaga zdystansować się do Gremlina, czyli do niewygodnych myśli, emocji. Wrócić do tego miejsca, w którym jesteśmy naturalni, prawdziwi, silni. Podczas takiego oddychania dobrze jest skupić się na odczuwaniu powierzchni skóry, będącej naturalną granicą. Poczuć jej temperaturę, dotyk ubrania... Inny sposób to zadawanie sobie w ciągu dnia pytań: Jak się czuję? O czym myślałam? Co czułam w związku z tymi myślami? Co czuję w ciele? Gdzie jestem spięta? Gdzie rozluźniona? Czego teraz potrzebuję?

Skoro już udało ci się nie odwołać kolejnej randki po tym, jak dopadła cię myśl o zbyt wypukłym czole, wykluczającym cię z listy atrakcyjnych, może by pójść krok dalej? Carson zachęca, żeby bawić się opcjami. Mogłabyś na przykład, parodiując głos Gremlina, rozwinąć szkodliwą myśl do granic absurdu – wygłosić krytykę swojego czoła tak zjadliwą, że na koniec nie pozostanie ci nic innego, jak wybuchnąć śmiechem. Możesz też wygłosić monolog afirmacyjny o urodzie wypukłych czół. Możesz też, oczywiście, zapuścić sobie grzywkę... Najważniejsze to zauważać, oddychać i wybierać.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak budować zdrową niezależność? - 7 kroków

To, w jaki sposób wyrażasz swoje emocje, jak się zachowujesz, rozumujesz i reagujesz, to jak się ubierasz i jaki jest rodzaj twojej wrażliwości – to wszystko tworzy niepowtarzalny obraz tego, jaka jesteś. (Fot. iStock)
To, w jaki sposób wyrażasz swoje emocje, jak się zachowujesz, rozumujesz i reagujesz, to jak się ubierasz i jaki jest rodzaj twojej wrażliwości – to wszystko tworzy niepowtarzalny obraz tego, jaka jesteś. (Fot. iStock)
Obniżona samoocena powoduje, że opinie z zewnątrz stają się ważniejsze niż nasze odczucia. Jak sprawić, aby nasze poczucie własnej wartości zaczęło rosnąć, a wpływ otoczenia nabrał właściwych proporcji?

1. Weź za siebie odpowiedzialność

To jeden z 6 filarów poczucia własnej wartości, teorii stworzonej i rozpropagowanej przez Nathaniela Brandena. Co to oznacza w praktyce? Zrozumienie, że mamy jedno życie i że od nas zależy, jak je przeżyjemy. I że tylko my jesteśmy odpowiedzialni za to, co czujemy i co robimy. Jeśli za swoje pomyłki, nieudane związki czy niesatysfakcjonującą pracę obwiniasz innych, stawiasz się w roli ofiary. A przecież ostatecznie to ty i tylko ty dokonujesz wyboru. Rodzice naciskali, żebyś poszła na medycynę, a teraz żałujesz, że nie wybrałaś dziennikarstwa? Cóż, dokonałaś wyboru między własną satysfakcją a zadowoleniem rodziców. Pragnienie funkcjonowania w grupie nie zwalnia cię od wzięcia odpowiedzialności za swoje myśli, dążenia i działania. Nie będąc zależna od innych, poczujesz się nie tylko bardziej kompetentna, ale też staniesz się bardziej wiarygodna dla innych. Zamiast sprawnym, ale przeciętnym lekarzem będziesz doskonałym dziennikarzem.

2. Ćwicz asertywność

Wielu osobom kojarzy się z nawykiem mówienia „nie”, ale to tylko połowa prawdy. Inni uważają, że asertywność to ładna nazwa na szorstkie zachowanie lub egoizm. W istocie asertywność jest jedynie wyrażonym szacunkiem dla własnych potrzeb, uczuć i opinii. Brak asertywności jest lękiem przed zademonstrowaniem swojej odrębności. Jeśli masz z tym problem, zacznij od wyrażania swoich potrzeb w mniej drażliwych kwestiach, np. wyboru filmu w kinie czy dania w restauracji. Gdy dasz sobie prawo do wyrażania siebie, łatwiej będzie ci przyjmować odmienne zdanie, a także odmowę. Zrozumiesz, że nie musisz brać ich do siebie. A jeśli nie jesteś pewna swojego zdania w istotnej sprawie – zamiast przytakiwać od razu – zacznij mówić: „Daj mi chwilę, muszę to sobie przemyśleć”.

3. Twórz instrukcję obsługi siebie

To, w jaki sposób wyrażasz swoje emocje, jak się zachowujesz, rozumujesz i reagujesz, to jak się ubierasz i jaki jest rodzaj twojej wrażliwości – to wszystko tworzy niepowtarzalny obraz tego, jaka jesteś, stanowi cenny wkład w jakość grupy, którą tworzysz z innymi. Ale aby wiedzieć, co do niej wnosisz, musisz poznać siebie i swoje poglądy. Dlatego jak najczęściej pytaj samą siebie:
  • Co najbardziej lubię (jakie smaki, zapachy, kolory itd.)?
  • Co o tym sądzę?
  • Co zrobiłabym na jego czy jej miejscu?
  • Czego najbardziej się boję?
To może być świetna zabawa, niejedna własna reakcja może cię zaskoczyć. Najważniejsze, że w ten sposób tworzysz instrukcję obsługi siebie – przydatną innym, ale głównie tobie.

4. Praktykuj świadome życie

Może ci w tym pomóc Praktyka Obecności na bazie koncepcji Colina P. Sissona, medytacja, joga lub technika mindfulness – wszystkie one wyczulają na odbieranie sygnałów z własnego ciała oraz rewidowanie pojawiających się w głowie myśli. Kiedy twoje podejście do życiowych wyzwań opiera się na fabrykowaniu teorii spiskowych („na pewno wszyscy się dowiedzą o mojej pomyłce”, „jestem beznadziejna, nic mi się nie udaje”), twoja samoocena staje się krucha, a cudza opinia, szczególnie gdy dotyczy wrażliwych punktów, bywa niszcząca. Kiedy decydujesz się, by karmić się tylko pozytywnymi myślami i w bezpieczny sposób dawać ujście swoim emocjom (na przykład zadając sobie kluczowe pytania: Dlaczego mnie to tak zdenerwowało? Co mogę zrobić następnym razem, by bardziej nad sobą panować?) – spirala znowu idzie w górę i coraz mocniej ufasz sobie.

5. Określ swój życiowy cel

To nie oznacza, że masz podporządkować życie realizacji planu, który stanie się wypełniającą je ideą, usuwającą wszystko inne w cień. Chodzi raczej o zmianę myślenia z: „oby mi się udało nie popełnić błędu” na: „zrobię wszystko, by to, czego pragnę, stało się realne”. Pomyśl… Czy patrząc z perspektywy, widzisz, że zmiany w twoim życiu wyznaczyły decyzje, które podjęłaś, czy też sploty okoliczności? Gdy mamy skłonność do dryfowania, znacznie mniej zaufania pokładamy w sobie. Często więc czyjaś ocena sprawia, że zaczynamy wątpić, czy kierunek jest słuszny. Świadomość celu to pozytywna energia. Jeśli wiesz, że dla ciebie ważna jest rodzina i przyjaźń, albo chcesz tańczyć ponad wszystko, to nawet gdy ktoś mówi, że postępujesz głupio lub naiwnie – ty odpowiadasz mu, że gdyby nie marzyciele, Ziemia nadal byłaby płaska.

6. Zaakceptuj siebie

Jak powiedział Nathaniel Branden, „akceptacja jest odmową bycia swoim wrogiem”. Bo kiedy negujemy swoje myśli i zachowania, których nie lubimy, zazwyczaj nie przyznajemy się do nich. Gdy uważamy, że czegoś nie potrafimy – wycofujemy się lub udajemy, że jest inaczej. Kiedy nie podoba nam się nasze odbicie w lustrze, za małe oczy, za duży nos, za gruba lub za chuda sylwetka – staramy się to maskować ubraniem, makijażem. Choć próbujemy w taki sposób chronić siebie, robimy rzecz odwrotną – odrzucamy siebie. Przy takim nastawieniu każda krytyka, a nawet żart, stają się naprawdę raniące. Nie jest możliwe, aby mieć dobrą samoocenę i jednocześnie nie akceptować siebie.

7. Bądź wierna swoim zasadom

Jeśli twój wewnętrzny kodeks nie przyzwala na kłamstwa, a sama mijasz się z prawdą, by nie narazić się otoczeniu, to ma tu miejsce spory dysonans. W ten sposób znowu rezygnujesz z części siebie, by zyskać akceptację. Ale tracisz szacunek do siebie – ważny filar samooceny. Pamiętaj, że przestrzegając swoich zasad, uniezależniasz się od tego, co myślą o tobie inni.

Joanna Godecka: life coach, praktyk Integracji Oddechem i Integrującej Obecności. 

  1. Psychologia

Czy poczucie fizycznej atrakcyjności wpływa na karierę?

– Jeśli bezkrytycznie ulegamy trendom mody lub szaleńczo usiłujemy zrobić karierę w sposób niezgodny ze swoim wnętrzem, pokazujemy światu, że nie czujemy własnej unikalności – mówi Joanna Godecka. (Fot. iStock)
– Jeśli bezkrytycznie ulegamy trendom mody lub szaleńczo usiłujemy zrobić karierę w sposób niezgodny ze swoim wnętrzem, pokazujemy światu, że nie czujemy własnej unikalności – mówi Joanna Godecka. (Fot. iStock)
Tak, ponieważ wiąże się z nią poczucie własnej wartości, a z niej wynika to, jak zarządzamy własnym potencjałem, również w pracy.

"Jesteś piękna!”. Jak często słyszymy takie słowa na co dzień – od bliskich, znajomych, tych, których kochamy i z którymi pracujemy? Zdecydowanie za rzadko. Może dlatego mamy tak kiepskie zdanie o własnej atrakcyjności?

Po co ci szkolenie?

Joanna Godecka, life coach, uważa, że niską samoocenę, wynikającą także z tego, że nie czujemy się pięknie, staramy się kompensować na różne sposoby. W sferze zawodowej stosunkowo łatwo to osiągnąć: nadrabiamy inteligencją, pracowitością, podnoszeniem kwalifikacji oraz zawodowej rangi. Działanie takie nie jest złe samo w sobie, ale jeśli u źródła zapisywania się na kolejne kursy i szkolenia oraz pragnienia awansu czy posiadania władzy znajduje się kompensacja niskiego poczucia atrakcyjności, nie osiągniemy prawdziwego i trwałego spełnienia. Działamy bowiem w kierunku „od”, uciekamy od wewnętrznego dyskomfortu, ponieważ chcemy poczuć ulgę. To do niczego dobrego nas nie doprowadzi. Owszem, możemy wspiąć się na kolejny szczebel kariery, poprzez podniesienie kwalifikacji umocnić swoją wartość na rynku pracy, ale czy to będzie, po pierwsze, trwałe osiągnięcie, a po drugie, czy przyniesie nam wewnętrzną satysfakcję? Niekoniecznie. Zauważmy, że ten wyścig zaczyna się już w szkole, kiedy środowisko, w którym wyrastamy, popycha nas w kierunku bycia bardziej prymuską niż cieszącą się swoim unikalnym pięknem dziewczynką. Stwierdzenia typu: „Pięknością nie jesteś, więc ucz się i ciężko pracuj” kodują nas na długi czas. Gdy próbujemy zagłuszyć wewnętrzny ból płynący z niskiego poczucia własnej wartości, istnieje niebezpieczeństwo, że wpadniemy w pułapkę konieczności podejmowania coraz to bardziej wymagających wyzwań: zdobywania nowych umiejętności oraz wyższej pozycji. Zatrzyma nas dopiero wypalenie zawodowe, porażka, choroba, poczucie bezsensu życia. Jak temu zapobiec? Możemy zacząć od tego, że inaczej spojrzymy na samo piękno.

Kogo widzisz w lustrze?

– Pojęcie piękna, w tym szczególnie kobiecego, możemy rozpatrywać na wielu płaszczyznach – mówi Joanna Godecka. – Zdecydowana większość Polek kojarzy je przede wszystkim z aspektem urody: zgrabną sylwetką, pięknymi włosami czy rysami twarzy. Jeśli jednak zejdziemy na obszar mniej oczywistego piękna, przekonujemy się, że Polki zaczynają doceniać takie wartości, jak optymizm, osobowość, dobroć. Okazuje się bowiem, że dzięki takiemu spojrzeniu jest nam bliżej do akceptacji różnorodności. Wówczas lansowane agresywnie przez media trendy nie wpływają na nas destrukcyjnie.

Joanna Godecka podkreśla, że definicja piękna zmienia się wraz ze wzrostem świadomości. Odkrywamy, że liczą się nie tylko idealne proporcje i harmonijne rysy, ale także specyficzna aura, która wynika z poczucia wewnętrznej spójności, radości, swobody. I to jest przepis na wszelki sukces, też zawodowy. – Można powiedzieć, że świat kocha ludzi, którzy kochają świat, a za pięknych uważamy tych, którzy pięknem emanują – mówi Joanna Godecka. – Ten proces, czyli wymiana energii między nami i otoczeniem, zaczyna się od odkrycia w sobie potencjału, zasobów i zatroszczenia się o nie.

Jakie są te zasoby? Należą do nich między innymi:

  • osobowość, czyli unikatowość naszych cech sprawiająca, że jesteśmy tym, kim jesteśmy;
  • poczucie własnej wartości pozwalające na wyrażanie siebie w sposób autentyczny i empatyczny;
  • wynikająca z poczucia własnej wartości nienarzucająca się pewność siebie, która sprawia, że czujemy się atrakcyjne;
  • optymizm, ponieważ osoba, która szczerze się uśmiecha, automatycznie staje się piękna;
  • inteligencja emocjonalna powodująca, że umiemy nawiązywać wspierające relacje;
  • dbanie o siebie, które dowodzi, że cenimy i szanujemy siebie;
  • szeroko pojęta elegancja, czyli umiejętność podkreślania swoich walorów odpowiednim, gustownym strojem, a wynika ona ze świadomości, w czym dobrze się czujemy i wyglądamy.

To są składowe definicji piękna, którego odbiór staje się coraz bardziej indywidualną sprawą. A piękno zewnętrzne? – Poczucie bycia piękną możliwe jest tylko w sytuacji, w której doceniamy siebie i patrzymy w lustro z akceptacją – podkreśla Joanna Godecka. – Najważniejszy jest powód, dla którego codziennie spoglądamy w to lustro. Jeśli szukamy jedynie mankamentów, które uwypukla nasz Wewnętrzny Krytyk, wtedy swoje wysiłki skupiamy wokół prób uczynienia problemu mniej widocznym. A przecież nie o to właśnie chodzi. Chodzi o skupianie się na tym, co w nas jest piękne. To my same uczymy ludzi, jak mają na nas patrzeć. Jeśli my widzimy tam piękno, inni także je zauważą. Jeśli my go nie dostrzegamy, nie przekonamy o tym świata.

Wsparcie koleżanek zza biurka

Wiele kobiet przyznaje, że ważna jest dla nich opinia innych kobiet. Chętnie prosimy o pomoc w ocenie córkę, przyjaciółkę czy też mamę, licząc na ich szczerą opinię, bo trudno nam odnieść się do własnej atrakcyjności. W miejscu pracy, gdzie spędzamy przecież tak dużo czasu, tym bardziej możemy się wspierać.

– Chodzi o umiejętność dawania innym kobietom wsparcia w dążeniu do bycia najlepszą wersją samej siebie – podpowiada Joanna Godecka. – Nie wszystkie z nas zdają sobie sprawę z tego, jak ważna jest relacja pomiędzy kobietami w pracy, jak wiele może ona wnieść w nasz sposób postrzegania siebie. Może nam dodać skrzydeł, ale także je podciąć. Bo w zespole tworzymy wspólne wzorce.

Dlatego zamiast rywalizacji i wzajemnego oceniania warto postawić na współpracę oraz życzliwość. Poczucie emocjonalnego bezpieczeństwa w przyjaznym otoczeniu jest nieocenionym elementem sprzyjającym rozwojowi najlepszych cech. Wzmacnia odwagę bycia sobą. Gdy życzliwe koleżanki udzielają pozytywnej informacji zwrotnej, łatwiej nam uwierzyć w piękno własnego ciała oraz duszy. Wówczas poczucie własnej wartości ugruntowuje się. Zaczynamy traktować siebie z czułością i odrobiną dystansu. Tworzymy nowy, pozytywny wzorzec i dzielimy się nim z innymi.

Uczymy się od siebie także przez obserwację, dlatego starajmy się wzajemnie dostrzegać swoją indywidualność i ją podkreślać. Radość i poczucie piękna są zaraźliwe!

– Jeśli bezkrytycznie ulegamy trendom mody lub szaleńczo usiłujemy zrobić karierę w sposób niezgodny ze swoim wnętrzem, pokazujemy światu, że nie czujemy własnej unikalności – mówi Joanna Godecka. – Podczas gdy projektanci, kosmetolodzy oraz trenerzy motywacyjni zasypują nas komercyjnymi pomysłami, my skontaktujmy się ze sobą. Pielęgnujmy poczucie własnej wartości, dostrzeganie siebie jako wyjątkowej istoty ludzkiej, obdarzonej unikatowym pięknem.

A wtedy życie zawodowe nie będzie nam niczego rekompensować, a wprost przeciwnie – idealnie dopełniać.

Joanna Godecka, life coach, zajmuje się psychoterapią w nurcie pozytywnym, coachingiem oraz sesjami Integrującej Obecności i Synchronizacją Pozytywną.

  1. Psychologia

Wewnętrzny dialog – które części osobowości najczęściej wypieramy?

Obrońca - kontroler to część osobowości, z którą najczęściej się utożsamiamy. Wewnętrznych głosów jest jednak dużo więcej. Gdy którąś część naszego „ja” wypieramy, obraca się to przeciwko nam (fot. iStock)
Obrońca - kontroler to część osobowości, z którą najczęściej się utożsamiamy. Wewnętrznych głosów jest jednak dużo więcej. Gdy którąś część naszego „ja” wypieramy, obraca się to przeciwko nam (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Mogą cię przed czymś ostrzegać albo za coś ganić. Doradzać i bronić. Nie sposób ich nie słyszeć, sztuką jest mądrze słuchać. Dialog z wewnętrznymi głosami jest konieczny, by nie odcinać się od życiowej energii.

Twój problem polega na tym... Jesteś beznadziejna, zawsze musisz wynaleźć sobie jakiś problem! Jesteś egoistką. Może byś wreszcie przestała dawać, dawać, dawać! Nie powinnaś tego mówić. Powinnaś być bardziej spontaniczna. Jeśli nie będziesz pracować dwa razy tyle co inni, nic nie osiągniesz. Musisz zwolnić, rozluźnić się. Jesteś wybranką bogów. Jesteś z gruntu zepsuta... Ileż takich komentarzy słyszymy codziennie w swojej głowie? Czy to możliwe, że to my? Tyle pretensji, niezadowolenia, agresji! Tyle sprzeczności! Wszystko dlatego, że nie jesteśmy monolitem, jedną osobowością o ustalonym, spójnym systemie wartości. Jest „nas” więcej, dużo więcej... Schizofrenia? Bynajmniej.

Daj im głos

Idea głosów wewnętrznych jest niemal tak stara jak wiedza psychologiczna. Różni badacze i autorzy posługują się własną terminologią. Colin Sisson, autor książki „Wewnętrzne przebudzenie”, mówi na przykład o „ministrach”, którzy przejmują odpowiedzialność za określone obszary życia. Inni – jak Hal i Sidra Stone’owie, autorzy metody Dialogu z Głosem – używają określenia „podosobowości”. Każda z nich ma inny temperament, inny sposób działania, inne zadanie do wykonania... Nasza psychika składa się z wielu takich podosobowości (lub, inaczej, wzorców energii). Kiedy zaczynamy identyfikować się z którąś z nich, przejmuje ona nad nami władzę.

Jak to się dzieje? Kiedy? W bardzo naturalny sposób. I bardzo wcześnie. Od najmłodszych lat jesteśmy nagradzani za jedne zachowania, a za inne karani. Wyciągamy z tego wnioski, wzmacniając niektóre cechy („ja”), inne zaś osłabiając albo wręcz tępiąc. Być może wyrzucamy za burtę naszego Żartownisia, bo rodzicom nie podoba się, gdy płatamy figle – wolą, żebyśmy zachowywali się poważnie. Albo tłumimy Wojowniczkę, bo „dziewczynkom nie wypada krzyczeć i tupać nogą”.

Nic dziwnego, że jednym z najwcześniej rozwijających się aspektów osobowości jest „ja”, które nas strzeże, nieustannie wypatrując zagrożeń i ustalając najlepszy sposób obrony przed nimi. Jest wcieleniem rozmaitych nakazów rodzicielskich (i społecznych), pilnuje, byśmy przestrzegali reguł, które zapewnią nam aprobatę innych. To „ja” Stone’owie nazywają Obrońcą-Kontrolerem. Twierdzą wręcz, że większość ludzi, używając słowa „ja”, mówi tak naprawdę o swoim Obrońcy-Kontrolerze!

W otoczeniu asysty

Warto się zapoznać także z resztą świty. W przeciwnym razie – mówią autorzy „Obejmując nasze »ja«” – będziemy musieli się pogodzić z rolą obserwatora, „zepchniętego na tylne siedzenie lub, co gorsza, schowanego w bagażniku, podczas gdy różne podosobowości prowadzą samochód naszej psychiki”.

Jak łatwo się domyślić, jedno z naczelnych miejsc zajmuje Wewnętrzny Krytyk, który nieustannie nas beszta i „przywołuje do porządku”. Chętnie współpracuje z Popychaczem (czy, jak kto woli, Poganiaczem). To ta podosobowość, według której działamy za wolno, robimy nie dość wystarczająco, wciąż jesteśmy „do tyłu”. Do tej frakcji należy też Perfekcjonista, lubiący znaleźć przysłowiową dziurę w całym. Wiecznie niezadowolony, bo przecież ideały rozmijają się czasem z rzeczywistością, gdyż trudno robić wszystko na 100 procent...

Kluczem do osiągnięcia spokoju jest – jak zwykle – równowaga. Stone’owie przypominają o takich podosobowościach jak Hipis czy Plażowicz, Kloszard, Leniuch czy Rozkapryszona Gwiazda... Mniejsza o nazwy, wiadomo, o co chodzi – głosy te podpowiedzą nam, jak się zrelaksować i uwolnić od przymusu zdobywania kolejnych odznak i bicia rekordów w przodownictwie pracy. Zamiast identyfikować się z jednym ze spolaryzowanych aspektów osobowości (w tym wypadku „cała naprzód” albo „wrzuć na luz”), warto poznać je oba, a potem świadomie dokonać wyboru, któremu w danym momencie chcemy oddać stery.

Skarby schowane w cieniu

Kiedy pracuje się z podosobowościami podczas sesji Dialogu z Głosem, stają się one bardzo realne. Przyjmują określoną postawę, mimikę, barwę głosu. Nierzadko mają też imię, no i oczywiście własne poglądy, uczucia, aspiracje... Pomysły na to, co dla nas dobre, a co nie, jakich wyborów winniśmy dokonywać. Nic dziwnego, że często dochodzi między nimi do konfliktu interesów. Odczuwamy to jako wewnętrzne rozdarcie, nie wiemy, czego tak naprawdę chcemy. Im większa stawka, tym większy konflikt i trudniejszy wybór.

Przyjmuje się, że – przy całej swojej różnorodności, złośliwościach i kaprysach – podosobowości są neutralne. Żaden wzorzec energii nie jest z natury dobry czy zły. Rzecz w tym, że niektóre są nam bliższe, oswojone (tzw. podosobowości podstawowe), inne wprawiają w zakłopotanie, niepokoją, jeszcze inne budzą odrazę... Te ostatnie wyłączamy z życia – Hal i Sidra Stone’owie nazywają je „wydziedziczonymi”. Odrzucamy to, co nam się nie podoba, czego nie lubimy, nie znosimy... Mechanizm ten opisują szczegółowo różne szkoły psychologiczne. Według Arnolda Mindella, twórcy metody Pracy z Procesem, każdy z nas tworzy sferę „ja”, z którą się utożsamia i „nie ja”, do której spycha wszystkie odrzucone aspekty osobowości. Według Junga to, co wyparte, staje się częścią naszego cienia... Tu ukrywa się to, co nas mierzi, ale też to, co wydaje się niedoścignionym wzorem i czego nie potrafimy dostrzec w nas samych... Wydziedziczone podosobowości pozbawiają nas energii (to tak, jakby jedna ręka cały czas była zajęta przytrzymywaniem drzwi). Budzą silne emocje. Kiedy widzimy u innych podosobowości, które odrzuciliśmy, pragniemy pozbyć się ich jak najszybciej. Złościmy się, krytykujemy, okazujemy dezaprobatę... Rzecz w tym, że energii nie da się zniszczyć, więc wydziedziczone instynkty zaczynają działać nieświadomie, aż stają się złowrogie.

Pukanie do świadomości

Uważasz, że nie wolno być stanowczym, upominać się o swoje? Że to nieelegancko? Nie zdziw się, jeśli pewnego dnia stracisz zupełnie panowanie nad sobą i wyrzucisz z siebie stek obelg, zupełnie nie przejmując się, że naprzeciwko ciebie stoi szef. Wydziedziczone energie mogą przyjąć formę zaburzeń emocjonalnych czy chorób psychosomatycznych. Mogą też nawiedzać w snach: ktoś próbuje się do nas dodzwonić, wdziera się do naszego domu, jesteśmy ścigani przez oprawców albo dzikie zwierzęta... Pewnej kobiecie na przykład wciąż śniły się dzikie koty, które ją atakowały. Okazało się, że – wychowywana na „przyzwoitą kobietę” – całkowicie zanegowała swoją zmysłową naturę. A ta zaczęła upominać się o swoje, napierać...

Wydziedziczone podosobowości dają też o sobie znać w relacjach. Przyciągamy ludzi, którzy pozwalają nam skonfrontować się z odrzuconymi cechami. I zaczyna się: ataki, oskarżenia, potępienie tego, czego nie akceptujemy w sobie. Niekoniecznie mowa tu o rzeczach ciężkiego kalibru! Weźmy podejście do kwestii porządku. Jeśli pozwolisz przejawić się swojemu Bałaganiarzowi (a któż go w sobie nie ma!), być może zachowanie męża, który znów zostawił skarpetki na podłodze, przestanie cię wreszcie doprowadzać do furii. Zrozumiesz, że to takie... ludzkie. Nie chodzi przecież o to, żeby identyfikować się z wypartą podosobowością, oddawać jej władzę, tylko żeby czasem dopuścić ją do głosu. Wtedy okazuje się na przykład, że szalejący lew ze snu staje się potulnym kociakiem, liżącym nas po twarzy.

Chce chronić, ale się zapędza

Chyba najczęściej wydziedziczaną podosobowością (a przy tym jedną z najcenniejszych, najbliższych naszej najgłębszej istoty) jest Wewnętrzne Dziecko. Zwłaszcza to bezbronne, opuszczone... Nie chcemy być słabi, bezbronni, porzuceni. A chyba każdy z nas kiedyś tego doświadczył... Co można usłyszeć (według Stone’ów) od Wewnętrznego Dziecka, kiedy uda się z nim skontaktować?

Boję się. Chowam się w szafie i mam nadzieję, że ktoś zacznie mnie szukać, ale nikt nie przychodzi, nikt nigdy nie przychodzi. A ja tak bardzo chcę, żeby ktoś przyszedł i poszukał mnie, poświęcił mi trochę uwagi. Nikomu mnie nie brakuje. Chcę, żeby ludzie zauważyli, że znikłam, i żeby to miało dla nich znaczenie.

Jak twierdzą Hal i Sidra Stone’owie, większość podstawowych podosobowości rozwinęła się po to, by chronić Wewnętrzne Dziecko. Taka jest też rola Wewnętrznego Krytyka: on niejako uprzedza cios – wskazuje nam na różne braki i niedociągnięcia, po to, żebyśmy mogli się „poprawić” i uniknąć krytyki zewnętrznej... Chce dobrze, ale często się zapędza – zamiast nas chronić, tak uporczywie tropi wszelkie niedoskonałości, że zaczyna nas zadręczać...

Lepiej niech zdechnie, niż ma żyć w tak ciamajdowaty sposób! Szczerze mówiąc, gardzę nią i nie obchodzi mnie, czy ją zabiję. Zasługuje na śmierć, ta franca!

Rezultat? Czujemy się pozbawieni godności, zagubieni, niepewni siebie, a co więcej, zaczynamy wyzwalać u otaczających nas osób postawę Sędziego. Czyli staje się to, przed czym Wewnętrzny Krytyk chciał nas uchronić – dopada nas surowa ocena innych. Na szczęście podosobowości można oswoić. I niekoniecznie potrzebne są do tego sesje Dialogu z Głosem. Na pewno cenne mogą się okazać ćwiczenia zamieszczone w książkach „Wewnętrzny Krytyk” i „Powrót do swego wewnętrznego domu”. Czasem wystarczy obserwacja siebie, otwartość i odrobina dystansu.

Czego chce dana podosobowość?

Wbrew pozorom, nie jest tak trudno rozpoznać, jaki wzorzec energii dochodzi w danym momencie do głosu. Czy jest to Przymilaczek? Porównywacz? Samolub? Dobra Matka? Winna Córka? Grzeczna Dziewczynka? Nazwy oczywiście są umowne, możesz je nadawać sama. Najważniejsze to zrozumieć potrzeby i niepokoje, jakie ukrywają się pod wypowiadanymi treściami. Czego chce dana podosobowość? Do jakiego aspektu życia się odnosi? Przed czym cię strzeże? Rzecznikiem jakiej jest sprawy? Nawet jeśli przemawia przez ciebie ze złością czy ironią, spójrz na nią życzliwie, bez oceny. Zdystansuj się. Spytaj: „co mogę dla ciebie zrobić?”.

Zwykle najlepiej jest zacząć od odnalezienia Wewnętrznego Dziecka, nawiązania z nim kontaktu (przydatne jest zdjęcie z dzieciństwa), zadbania o jego potrzeby. Louise Hay, autorka książki „Możesz uzdrowić swoje życie”, radzi, by powiedzieć swojemu Dziecku wszystko, co zawsze pragnęłaś usłyszeć od rodziców. Tanha Luvaas („Jestem tutaj. Rozmowa z moim wewnętrznym dzieckiem”) poleca dialog na piśmie (ręką dominującą zapisujemy pytania, a drugą odpowiedzi). Dużym wsparciem dla Wewnętrznego Dziecka jest sprawianie sobie przyjemności, ciekawość, spontaniczność, traktowanie życia z przymrużeniem oka.

A co z Krytykiem? Hal i Sidra Stone’owie uprzedzają: nie zadowolisz go! Mówią o nim „Radio Crazy” – jest jak radiostacja nadająca na okrągło wiadomości o tym, co w tobie „niewłaściwe”. Rzecz w tym, że większość z nas – przyzwyczajona do niekończących się tyrad tego wybrednego głosu – całkowicie się z nim utożsamiła. Pewnie nie przyszło ci do głowy, że to radio można po prostu wyłączyć albo zmienić stację? Owszem. Ale najpierw wsłuchaj się w ten głos – choćby przez jeden dzień. Uświadom sobie, że nie są to twoje osądy – prawdopodobnie te najczęściej powtarzane uwagi Krytyka wygłaszało kiedyś któreś z twoich rodziców. Albo nauczyciele, koledzy... Czy chcesz nadal słuchać tych przestarzałych audycji? A może nie potrzebujesz nawet ustalać ich pochodzenia? Może wystarczy uświadomić sobie: „teraz właśnie przemawia mój Krytyk, który troszczy się o mnie”. A potem zdystansować się do jego „rewelacji”. Taka umiejętność łagodnego odseparowania się od krytycznych komunikatów zaowocuje wzrostem koncentracji, kreatywności i poczucia wartości. Oswojony Krytyk ma szansę stać się bardzo cennym doradcą, racjonalnym i spostrzegawczym – zapewniają Stone’owie.

Ważne, żeby objąć wszystkie „ja”

Rozpoznawanie podosobowości to niezwykle cenny proces, który – zgodnie z koncepcją Stone’ów – służy rozwijaniu świadomego ego. Ma ono objąć wszystkie „ja”, uznając je, ale nie identyfikując się z żadnym. Taka postawa – kiedy jesteśmy całością, świadomą swego bogactwa i różnorodności, wolną od konfliktów – daje ogromne możliwości wyboru. Nie jesteśmy niewolnikami naszych wewnętrznych głosów. To nie musi być walka, to współpraca. Szukanie porozumienia, złotego środka. Sztuka dyplomacji. Dystansu, odpuszczenia... Wyrzucasz sobie, że nie zrobiłaś czegoś na 100 procent? Cóż, spirytus ma 95 procent, a wiadomo, co potrafi. Twój Krytyk znalazł kolejny defekt w twojej urodzie? No dobrze, może nie wyglądasz jak miss Wenezueli, ale przecież oczy i usta masz niczego sobie...

Najważniejsze to nie zaprzeczać sobie, nie udawać, że czegoś nie ma. Stone’owie opowiadają historię pewnej klientki, gorliwej wyznawczyni kościoła episkopalnego, której przyśnił się potężny wąż, próbujący wciągnąć ją do morza. Po nierównej walce z potworem śniąca usłyszała w sobie głos: „Uspokój się i wiedz, że jestem Bogiem. Przyjmij mnie, bo jestem częścią uniwersalnej energii, która nie została przyjęta”. Kobieta zrozumiała, że – oddana życiu religijnemu – zanegowała swoją cielesność, emocje, instynkty... Autorzy „Obejmując nasze »ja«” przypominają, że w starożytnej Grecji naturalną rzeczą było oddawanie czci wszystkim bogom. Istniało ryzyko, że nieuhonorowane bóstwo będzie okazywać swój gniew, zniszczy tego, kto je zignorował. Tak samo z głosami wewnętrznymi – potrzebują akceptacji, szacunku. Chodzi o to, żeby nie negować swoich zasobów, nie wyrzucać – jak w niektórych metodach – tego, co odczuwamy jako niewygodne. Żeby objąć całe nasze „ja”.

  1. Psychologia

Krytyka - broń masowego rażenia

Krytyka nie ma nic wspólnego z motywowaniem, wpływa na pogorszenie naszego samopoczucia, obniżenie poczucia własnej wartości, osłabienie naszej psychiki. (fot. iStock)
Krytyka nie ma nic wspólnego z motywowaniem, wpływa na pogorszenie naszego samopoczucia, obniżenie poczucia własnej wartości, osłabienie naszej psychiki. (fot. iStock)
Kto z nas lubi być krytykowanym? Jakie emocje wywołuje w nas krytyka i czy faktycznie motywuje nas do wzrostu, doskonalenia? Kto samowolnie się jej poddaje?

Krytykanctwo (krytykowanie) jest jedną z form zaliczanych do tak zwanego języka „szakala”, używając terminu wprowadzonego przez Marshalla Rosenberga, twórcy idei porozumienia bez przemocy. Krytyka, tak jak poniżanie, pretensjonalizm, obwinianie, obarczanie odpowiedzialnością, zamierzone ignorowanie, wyszydzanie niesie w sobie „ujemny ładunek energetyczny” i wpływa na pogorszenie naszego samopoczucia, obniżenie poczucia własnej wartości, osłabienie naszej psychiki. Krytyka nie ma nic wspólnego z motywowaniem, pobudzaniem kreatywności, tworzeniem czegoś, co ma tchnienie życia w sobie.

Kto z Was ma w swoim otoczeniu zawodowym czy rodzinnym osoby, które niemal na wszystko co zrobimy reagują krytyką?

Nie pamiętasz, kiedy ostatni raz zostałeś/łaś pochwalony/a przez swojego męża, żonę, matkę, ojca? Masz wrażenie, że możesz się starać za każdym razem coraz bardziej, a wystarczy drobne potknięcie i cały wysiłek na marne, bo zapłata jaką otrzymujesz od innych to w dużej mierze sama krytyka?

Słyszeliście, kiedyś podobne słowa?: „Na ciebie nigdy nie można liczyć”; „No mogłam się tego po tobie spodziewać”, „Dawaj, sam to zrobię, bo ty jak się za coś zabierasz, to jak zwykle porażka”; „Po co ty w ogóle się wychylasz, lepiej siedź w domu i słuchaj innych, to przynajmniej problemu nie będzie”. Przypominacie sobie, co się wtedy w was działo? Co czuliście?

Pewnie wśród tych uczuć były smutek, żal, wstyd, beznadzieja, chęć wymierzenia sobie kary, za niespełnione oczekiwania, rozgoryczenie, odrzucenie… Słowo ma wielką moc, może dać życie, ale może też je zniszczyć. Krytyka niszczy życie, jakie jest w człowieku i jego twórczym potencjale.

Lubimy otaczać się regułami, mieć jasno określone schematy postępowania dla danej płci, wieku, grupy społecznej, czy formacji politycznej. Jeśli ktoś w naszym otoczeniu nie postępuje wedle tych reguł, np. samotna matka z dwójką dzieci zakłada nową rodzinę, komentujemy, że jej już nie przystoi, bo powinna zostać sama i dziećmi się zająć… tak, jakby je nagle zostawiła i się nimi nie zajmowała. Inny przykład, kiedy dojrzała kobieta po 60-stce postanawia założyć biznes, krytykujemy, że na pewno jej się nie uda, że nie zna wymagań rynku, itp., itd. Jeśli ktoś podejmuje wysiłek, łamie konwenanse i onieśmiela własne lęki musi jeszcze zmierzyć się ze środowiskiem, w którym chce rozwinąć skrzydła i wzbić się w powietrze, realizując swój pomysł na życie, czy pracę. Tu nierzadko właśnie napotyka na krytykę, porównywanie i powątpiewanie w powodzenie. Dlaczego? Czy celowo chcemy sobie zrobić na złość? Czy może wyrazić niezadowolenie, czasem wręcz oburzenie, że ktoś ma odwagę po prostu żyć, zamiast bać się żyjąc?

Odpowiedź tkwi w prostym mechanizmie wzajemności. Ty, który krytykujesz tego, któremu się powiodło, lub zwyczajnie „chciało” zawalczyć o lepszy komfort dla siebie w dowolnej sferze życia, gdzieś, kiedyś, głęboko w swoim sercu odmówiłeś sobie tego sam…Tak jak agresja rodzi agresję, tak krytyka względem siebie, wzmacniana przez najbliższych poprzez atmosferę braku akceptacji dla naszych działań, decyzji... rodzi krytykę wobec innych. Gdy chcemy rozliczać się wzajemnie z praw, reguł, zasad - musimy pamiętać, że wchodzimy do świata, w którym nie ma miłosierdzia, elastyczności, wyrozumiałości. Straszne, prawda? Krytykując, poniżając siebie i innych zamykamy sobie okno na życie, odcinamy sobie dostęp do powietrza. Świadomie wybieramy ciemny pokój, bez okien, do którego, gdy byliśmy dziećmi nie chcieliśmy wchodzić, bo było ponuro i nudno. Teraz sami pokornie go odwiedzamy, bo weszło nam to w krew, poza tym widzimy innych, którzy też go często odwiedzają, albo się tam zasiedzieli i oddychają tym zatęchłym powietrzem konwenansów i zasad.

Nowa myśl, twórcza myśl oraz życie rodzą się w wolności… Nie zniewalajmy własnych serc przez bombardowanie siebie samych i siebie nawzajem słowami krytyki.

Stary nawyk, nawet ten werbalny czy myślowy zawsze można zmienić, wyeliminować, zastępując go innym, tym pożądanym.

Lekarstwem na nasz żal… na ten smutek i odrzucenie, jakie czuliśmy, gdy kolejny raz zostaliśmy skrytykowani, nie jest oddanie komuś innemu tego samego na zasadzie: „a masz!, ja tak miałem, to Tobie niech też nie będzie lepiej”. Uzdrawiającą moc i pozytywną myśl niesie ze sobą akceptacja i miłość. Słowa wypowiadane z troską, wzmacniające naszą siłę sprawczą - nasze poczucie własnej wartości. Nie jest trudno je wypowiedzieć, choć wydaje się, że niektórym nie przechodzą przez usta. A może tym, którym tak trudno skierować słowa miłości, życzliwości, dobroci, szacunku i akceptacji do samego siebie i do innych będzie łatwiej, jeśli uświadomią sobie, że tym sposobem pomagają. Człowiek z zasady lubi pomagać i to jest dobre. Krytyka nie pomaga. To mit. Mówmy do siebie z intencją pobudzenia życia, twórczości. Nie podcinajmy skrzydeł. Otwórzmy się na zmiany i pozwólmy zmieniać innym.

Krytyka to broń, broń masowego rażenia, od której na końcu giniemy my sami. Życie zaczyna się od akceptacji i dialogu…

Warto żyć nie po to, by mieć rację, lecz po to by być szczęśliwymi!

Ewelina Jasik: propadatorka rozwoju osobistego, life coach i trenerka umiejętności interpersonalnych.

  1. Psychologia

Portrety rozbieżne. Dlaczego postrzegamy siebie inaczej, niż widzą nas inni?

Na siebie samych patrzymy z perspektywy aktora - osoby, która robi pewne rzeczy i chce, żeby te rzeczy doprowadziły ją do pewnego celu. Inni natomiast patrzą na nas z perspektywy biorcy, czyli kogoś, kto może na naszym działaniu coś zyskać albo coś stracić. (Fot. iStock)
Na siebie samych patrzymy z perspektywy aktora - osoby, która robi pewne rzeczy i chce, żeby te rzeczy doprowadziły ją do pewnego celu. Inni natomiast patrzą na nas z perspektywy biorcy, czyli kogoś, kto może na naszym działaniu coś zyskać albo coś stracić. (Fot. iStock)
Myślisz o sobie: „silna i zdecydowana”. Inni o tobie: „wiecznie się waha, nie wie, czego chce”. Albo: „uparta, wymagająca”. Kto ma rację? Wszyscy!

Jak to jest, że postrzegamy siebie samych zupełnie inaczej, niż widzą nas inni? Nawet bardzo bliskie osoby? Bierze się to z fundamentalnej różnicy perspektyw. Mianowicie: na siebie samych patrzymy z perspektywy aktora, osoby, która robi pewne rzeczy i chce, żeby te rzeczy doprowadziły ją do pewnego celu. Inni, także bliskie osoby, patrzą na nas z perspektywy biorcy, czyli kogoś, kto może na naszym działaniu coś zyskać albo coś stracić.

Jest jeszcze jedna różnica: my patrzymy na swoje działania, znając cele, ale też intencje. Kiedy patrzą na nas inni, widzą tylko nasze zachowanie, a jeśli spytają o intencje czy cele, możemy im oczywiście o nich powiedzieć, ale nie muszą w to uwierzyć. Stąd ich ocena może diametralnie różnić się od naszej. Zderzenie obu perspektyw może powodować konflikty.

Ludzie, z którymi jesteśmy blisko, znają pewnie nasze intencje. Są zatem większe szanse, że odbiorą nas tak, jak chcielibyśmy być odebrani? Tak, ich zdanie może być znacznie bliższe temu, co sami o sobie sądzimy, ale zaznaczam, że pełna zgoda nigdy nie nastąpi. Kiedy patrzymy na kogoś bliskiego, spoglądamy na niego trochę jak na siebie, czyli też przyjmujemy perspektywę aktora. Trzymamy kciuki, żeby mu się udało, tak samo jak zwykle kibicujemy sobie.

Problemem jest to, że mamy tendencję do zniekształcania własnego obrazu. Lubimy myśleć o sobie jak najkorzystniej, wszelkie nasze potknięcia staramy się tłumaczyć na własną korzyść, żeby się nie załamać psychicznie i mieć siłę do dalszego działania. Dlatego, choć znamy siebie teoretycznie najlepiej, nie mamy pełnego i obiektywnego obrazu siebie samych. On będzie zawsze subiektywny. Tendencyjność to ludzka natura. Nawet jeśli sądzimy, że sami nie jesteśmy tendencyjni, to pewnie myślimy, że inni są. Tylko że to właśnie potwierdza naszą nieobiektywność.

A może problem polega na tym, że w obecności różnych osób różnie się zachowujemy? I tu pojawia się kwestia ról. Bo chociaż jesteśmy cały czas jedną i tą samą osobą, to jednocześnie jesteśmy wieloma różnymi osobami naraz. Rozmaite konteksty sytuacyjne oczekują od nas innych zachowań i postaw. Jakaś kobieta wstaje rano i jest opiekuńczą matką swojego dziecka – wszystkie czynności, które wykonuje, sprawiają, że tak może być właśnie postrzegana, zarówno przez siebie, jak i przez innych. Odwozi dziecko do przedszkola, jedzie kilometr dalej do pracy i nagle jest szefową – wymagającą i upartą. A przecież to cały czas ta sama osoba. Takie skrajne role mogą powodować pytania u innych, ale i wątpliwości w nas samych: „Jaka ja naprawdę jestem – opiekuńcza czy wymagająca?”.

Inni ludzie potrafią nas trafniej osądzać w danej roli. Nam samym może być trudniej, bo zdajemy sobie sprawę, że pełnimy wiele ról i nie zawsze udaje nam się je wszystkie oddzielić. Ktoś, kto nas zna z konkretnej roli, może lepiej nas określać jako osobno: żonę, matkę, przyjaciółkę, szefową.

Podobnie jak jedna opinia powtarzana przez dłuższy czas, zwłaszcza w dzieciństwie, potrafi ukierunkować myślenie o sobie na błędny trop. Zgadza się, najczęściej dzieje się tak we wczesnym okresie kształtowania się naszego charakteru. Małe dziecko, które w obecności nieznajomych chowa się za nogi rodziców i niewiele mówi, z pewnością często słyszy od nich, że jest nieśmiałe. Po pewnym czasie zaczyna tak o sobie myśleć: „Jestem nieśmiały, wstydliwy”, bo dostaje gotowe wytłumaczenie swojego zachowania, ale wcale nie musi być ono zgodne z prawdą.

Jak w takim razie odbierać opinie innych? Brać je do serca, rozważać, czy też nie przykładać do nich zbyt dużej wagi? Mówi się, że usłyszeć czyjąś opinię to dar, ale przyjąć ją to łaska. Czasem myślimy o sobie: „Ależ inteligentnie to rozegrałam”, a potem słyszymy od kogoś: „To miało być inteligentne?! To było po prostu wyrachowane!”. Informacja zwrotna jest darem w sytuacji, kiedy może zawrócić nas z błędnej drogi, bo inni ludzie biorą zwykle pod uwagę odmienne aspekty niż my sami i potrafią wskazać nam punkty, w których mogliśmy kogoś np. urazić. Dlatego wzięcie pod uwagę opinii innych może być bardzo rozwijające.

Oczywiście może się też tak zdarzyć, że inni ludzie usiłują nam powiedzieć coś, co wcale nie służy naszym interesom, ale ich. Dlatego trzeba być bardzo uważnym, przyjąć taką informację do wiadomości, ale też zastanowić się, na ile ona dotyczy nas, tego, co moglibyśmy zmienić w swoim zachowaniu, żeby stać się lepszym człowiekiem, a na ile ma służyć temu, by komuś innemu było lepiej czy wygodniej. Lepiej pomyśleć, o czym świadczy to, że dana osoba chce, żebym była taka, a nie inna, niż zmieniać się pod jej dyktando. Trzeba zachować umiar i trzeźwość umysłu. Trochę chronić siebie przed opiniami innych, a trochę jednak je rozważać, bo jeśli tego nie zrobimy, zatrzymamy się w rozwoju.

To chyba działa też w drugą stronę: trzeba być ostrożnym w wygłaszaniu sądów. Niekiedy lepiej ugryźć się w język i nie powiedzieć tego, co ciśnie nam się od razu na usta, a co jest nieprzemyślane. Zanim wytknie się komuś: „zachowujesz się zbyt śmiało, zbyt agresywnie” itp., trzeba pomyśleć, co by było, gdyby ktoś inny wygłosił na nasz temat taką opinię. Jak byśmy to przyjęli? Spytać siebie, czy gdyby moja przyjaciółka powiedziała mi właśnie to, co ja chcę jej przekazać, to pomyślałabym sobie: „To wredna małpa, a nie prawdziwa przyjaciółka” czy: „Czy ona jest ślepa, żeby tak o mnie myśleć?”, czy też: „A może ma rację, a ja czegoś nie widzę?”. Jeśli chcemy wyrzucić z siebie wyłącznie własną frustrację, to możemy to zrobić na milion innych sposobów, chyba że zależy nam na tym, by rzeczywiście dać komuś jakąś wskazówkę, wpłynąć na jego zachowanie. Wtedy trzeba postarać się o większą delikatność.

Dr Aleksandra Cisłak, psycholog, zajmuje się problematyką spostrzegania społecznego, SWPS.