1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Czas - dlaczego jedni mają go dużo, a innym wiecznie ucieka?

Czas - dlaczego jedni mają go dużo, a innym wiecznie ucieka?

Świadomość czasu to prawdziwy skarb. Niestety, nie każdy z nas potrafi zapanować nad czasem. (fot. iStock)
Świadomość czasu to prawdziwy skarb. Niestety, nie każdy z nas potrafi zapanować nad czasem. (fot. iStock)
Czy możemy sterować czasem? Pokonać bieg sekund i gonitwę godzin? Tak. Akceptując odwieczny ruch wskazówek zegara. Jedni mają go w bród, inni wiecznie narzekają na jego brak. Skąd się to bierze?

Czy możemy sterować czasem? Pokonać bieg sekund i gonitwę godzin? Tak. Akceptując odwieczny ruch wskazówek zegara.

Jedni mają go w bród, inni wiecznie narzekają na jego brak. Skąd się to bierze? Otóż to, czy czas płynie dla nas szybko czy wolno, zależy od panujących w domu rodzinnym zasad i wymagań. Nie muszą być formułowane werbalnie, wystarczy, że stanowią coś w rodzaju atmosfery, w jakiej jesteśmy wychowywani.

Zabiegani i skupieni

Niezwykle zaradna mama i ambitny tata stawiają sobie wiele celów do osiągnięcia, czas jest więc dla nich towarem deficytowym. Ich dziecko rośnie w przekonaniu, że nie wolno mu marnować ani minuty. W konsekwencji uważa, że o wiele ważniejsze jest to, co może osiągnąć, niż sam fakt, że jest, istnieje. Na głębszym poziomie odnosi wrażenie, że jego życie ma sens dopiero wtedy, kiedy coś wytwarza. Nie myśli, że ma wartość samo w sobie.

Wkracza więc w dorosłość jako osoba, która działa pod nieustanną presją czasu, nie wyrabia się. A jak się wyrabia, to dokłada sobie więcej zajęć. Zamiast wyznaczać cele, osiągać je i odczuwać zadowolenie, wciąż jest nienasycona. Dla niej czas jest czymś, co trzeba maksymalnie wypełnić, żeby móc powiedzieć: „nie zmarnowałem go”. I mieć na to dowody.

Inaczej podchodzi do życia ktoś wychowany w rodzinie, w której rodzice mieli chwilę i dla dziecka, i na swoje drobne przyjemności. Potrafili się zatrzymać w biegu, pobyć ze sobą, zamiast wciąż coś robić, organizować, wypełniać. Taka osoba na wszystko znajdzie czas. Nie dlatego, że jej doba liczy sobie więcej godzin czy ma mniej rzeczy do zrobienia – pod względem produktywności może być kopią wiecznie zagonionego człowieka – ale ponieważ w inny sposób wykonuje zadania. Stara się bardziej być, niż działać. Potrafi żyć chwilą, a kiedy coś robi, koncentruje się na jednej rzeczy. Jeśli prowadzi z kimś rozmowę, skupia się tylko i wyłącznie na niej. Nie myśli wtedy, co zrobi później. To daje jej niesamowity komfort psychiczny: nie traci czasu, bo ma go we władaniu.

Pełna koncentracja na zadaniu, powoduje, że tracimy poczucie upływu czasu. Zanurzamy się w nim tak dalece, że zaczyna mieć inny wymiar. Jesteśmy obecni w teraźniejszości. Nie przeżywamy też lęku, napięć czy wątpliwości związanych z sytuacjami, które minęły czy dopiero mają nadejść. W takim stanie bierzemy udział w życiu jako procesie, doświadczeniu, które jest w ruchu, ma walor ożywiania nas, niezamykania w kręgu skostniałych wyobrażeń.

To przychodzi z wiekiem

Kiedy jesteśmy młodzi, wyglądamy przyszłości, czekamy na nią, chcemy być wreszcie dorośli. Czujemy, że całe życie przed nami, a to taka niewyobrażalna ilość godzin! Im stajemy się starsi, podejście do czasu się zmienia. Dorastamy i zaczynamy wypełniać cele, które wyznaczyli nam: rodzice, społeczeństwo, kultura. Zakładamy rodziny i płodzimy dzieci, kupujemy mieszkania, samochody, rozkręcamy karierę… I nagle zdajemy sobie sprawę, że to nie były nasze cele. Nadchodzi zrozumienie: „wywiązałem się z ról społecznych, ale nadal nie jestem szczęśliwy”. Pojawia się niepokój, że nie dopełniliśmy jakichś ważnych spraw wobec siebie samych, wobec własnych potrzeb.

Bo człowiek może się pogubić, przez jakiś czas iść drogą, którą wybrał dla niego ktoś inny – ale ostatecznie zwycięża w nim potrzeba rozwoju. Nawet jeśli przez lata zwodzona, w końcu zaczyna się dobijać. Wewnętrzny głos mówi mu: „to nie twoja droga, ty potrzebujesz czegoś innego, zadbaj wreszcie o to”. Im później przyjdzie to oprzytomnienie, tym większa panika, że może z czymś ważnym nie zdążyć. Robi wszystko, żeby nadgonić stracony czas. I czyni to ze świadomością, że pozostało mu go coraz mniej. Wreszcie jednak wie, czego chce, i czuje, że dopiero teraz zaczyna naprawdę żyć.

Niekoniecznie do pustelni

Oczywiście najlepiej byłoby świadomie żyć i od początku korzystać z danego nam czasu. Do tego jednak konieczna jest znajomość siebie samego, własnych potrzeb i celów. Wiele z tego, nad czym się trudzimy, nie przedstawia dla nas większej wartości. Jest podążaniem za ogólnie przyjętym wzorem postępowania. Jak to zrozumieć? Nie potrzeba wiele – wystarczy raz na jakiś czas zwyczajnie się zatrzymać. Przestać bezrefleksyjnie pędzić przed siebie i różnymi zajęciami – jedzeniem, czytaniem gazety, telefonem do dalekiej znajomej, porządkowaniem pawlaczy, oglądaniem telewizji – odwracać uwagę od tego, co się w nas dzieje. A mamy taką tendencję. Zwłaszcza, gdy nachodzą nas trudne emocje: smutek, zazdrość, rozgoryczenie. To naturalny i bardzo ludzki odruch – ucieczka od cierpienia. Mimo to powinniśmy go świadomie powstrzymać, usiąść w ciszy i wsłuchać się w siebie. Kiedy wchodzimy w kontakt z własnym wnętrzem, emocjami – czas zwalnia. Podobną wartość mają robione w ciągu dnia drobne przerwy na uświadamianie sobie, gdzie jesteśmy – w sensie psychicznym. Na zadanie sobie pytań: „Dokąd pędzę? O co mi chodzi?”.
 
Wysiłek, by żyć świadomie, wart jest swojej ceny, bo kiedy funkcjonujemy automatycznie, życie się wprawdzie kręci, ale my nie możemy się nim nasycić. I wcale nie trzeba jechać po to do pustelni. Można przecież celebrować dany nam czas, budząc swą uważność, wyskakując ze schematu codziennego funkcjonowania. Zacznijmy na przykład od śniadania. Niech wygląda inaczej. Nie tylko w kwestii tego, co na talerzu, ale też towarzystwa, w jakim je jemy, czy pory dnia. Albo wstańmy godzinę wcześniej, poobserwujmy swoje ciało, jak się budzi, co czujemy w poszczególnych jego częściach – to dobry początek na nawiązanie ze sobą bliskiego kontaktu. Umówmy się ze znajomym na kawę w zupełnie nowym miejscu, wróćmy do domu inną drogą. Zmieniajmy drobne elementy w naszym codziennym harmonogramie, bo to nas otwiera, cuci. Stawiając się w nowej sytuacji, musimy się w niej szybko zorientować. I to nas utrzymuje w stanie uwagi. Odzyskujemy poczucie możliwości wyboru, doświadczamy swojego wpływu.

Wczoraj, dziś, jutro

Ludzi można podzielić na trzy grupy: zorientowanych na przeszłość, przyszłość i obecnych w teraźniejszości. Przywiązujemy się do przeszłości, bo się boimy, że bez niej stracimy tożsamość, ona daje nam poczucie ciągłości zdarzeń. Nawet jeśli dotyczy negatywnych doświadczeń. Ciągłe grzebanie się w przeszłości jest jednym ze sposobów radzenia sobie z lękiem. To mechanizm obronny: unikanie życia. Tylko że ta retrospekcja: „dlaczego tak się zachowałem, dlaczego to zrobiłem…” – nic nam nie da. Przyniesie jedynie poczucie winy i spowoduje, że trudno nam będzie doświadczać tego, co teraz. Czas psychologiczny, więżąc nas w przeszłości, więzi nas w bólu.

Życie w przyszłości, wieczne wybieganie ku niej myślą, również nie jest dobrym rozwiązaniem. Pułapką takiego myślenia jest założenie, że przyszłość będzie lepsza od przeszłości i teraźniejszości, co nie zawsze się sprawdza.

Mimo to jest wielu marzycieli, którzy w ten sposób unikają teraźniejszości. Wyobrażają sobie, co mogliby w przyszłości zrobić, ustawiają się w sytuacji, która otwiera przed nimi wiele wspaniałych możliwości... Karmiąc swoje ego, żyją tak naprawdę w lęku przed sukcesem, w oderwaniu od tego, co się dzieje tu i teraz.

Najzdrowszą postawę prezentuje człowiek zorientowany na teraźniejszość. Do przeszłości powracający jedynie po to, by wyciągać wnioski, a w przyszłość wybiegający, by ją zaplanować. Jest zakotwiczony w „tu” i w „dziś”, w pełni obecny i przytomny.

Skoro teraźniejszość jest wszystkim, co mamy, dlaczego tak trudno nam w niej żyć?

Bo wymaga zaakceptowania, że chwila obecna jest ulotna, a to napełnia nas lękiem. Wszyscy wynosimy z dzieciństwa poczucie bezradności i przez całe życie od niego uciekamy. Mamy więc potrzebę solidności, trwałości – by czuć się bezpiecznie. A przecież życie jest procesem. Droga do prawdziwego poczucia bezpieczeństwa wiedzie zatem przez zakotwiczenie się w sobie, w rytmie swojego serca i oddechu – a wszystko to jest w teraźniejszości.

Ekspert: Teresa Raczkowska psychoterapeutka, prowadzi terapię indywidualną

Zresetuj się - wskazówka dla pracujących poza domem

Zwykle poszczególne części naszego dnia płyną w różnym rytmie. O wiele większą presję czasu odczuwamy w pracy niż w domu, do którego wracamy, by się zrelaksować. Przejście z jednej „częstotliwości” na drugą może nam jednak przysparzać sporo trudności. Dlatego jeśli masz wymagającą pośpiechu pracę, przychodząc do domu, najpierw wytrać pęd całego dnia, choćby siadając i kompletnie nic nie robiąc przez co najmniej 10 minut. Jeśli tego nie zrobisz i zmusisz się do podtrzymywania kontaktu z bliskimi, będzie on bezwartościowy, bo będziesz reagować jak maszyna. Uprzedź o tym domowników, by nie zarzucali ci, że się izolujesz czy unikasz włączenia w obowiązki. Powiedz partnerowi: „Zaraz włączę się w życie rodziny, daj mi jednak kilka minut, najpierw muszę dojść do siebie, odreagować”. Możesz też zaparkować pod budynkiem i pójść na 15-minutowy spacer – wszystko, co czeka na ciebie w domu, wytrzyma jeszcze kwadrans dłużej, bez większej szkody dla przebiegu całego dnia. Spokojny spacer pozwoli ci uwolnić się od presji czasu. Bo prawda jest taka, że gdy zaczniemy zauważać to, co jest wokół, ale i w środku nas, będziemy mieć coś do dania drugiej osobie, bo dopiero wtedy możemy poświęcić jej całą naszą uwagę.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Koniec z rozpamiętywaniem. Wyrwij się z błędnego koła

Rozpamiętywanie to choroba, na którą kobiety zapadają częściej niż mężczyźni. Prof. Susan Nolen-Hoeksema radzi jak wyrwać się z tego błędnego koła i wreszcie być szczęśliwą. (Fot. iStock)
Rozpamiętywanie to choroba, na którą kobiety zapadają częściej niż mężczyźni. Prof. Susan Nolen-Hoeksema radzi jak wyrwać się z tego błędnego koła i wreszcie być szczęśliwą. (Fot. iStock)
Epidemia ponurych myśli to choroba, na którą kobiety zapadają częściej niż mężczyźni – pisze prof. Susan Nolen-Hoeksema. Ma to związek z naszym społecznym i psychologicznym ukształtowaniem. Raz, że mamy więcej tematów do analizy, dwa: jesteśmy bardziej emocjonalne. Jak zatem wyrwać się z tego błędnego koła i wreszcie być szczęśliwą? 

Wyzwolenie się z pułapki rozpamiętywania bywa trudne – wymaga wyciągnięcia siebie samej z defetystycznego nastawienia wtedy, gdy trzyma cię ono mocno w kleszczach. Jest jednak absolutnie kluczowe, jeżeli nie chcesz, by te ponure przemyślenia wciągały cię coraz głębiej w emocjonalne ruchome piaski i ostatecznie pochłonęły.

Rozpamiętywanie ci nie służy

Kiedy ludzie tkwią w szponach rozpamiętywania, często mają wrażenie, że dochodzą do ważnych wniosków na temat własnego życia. Odkryłam to w jednym z eksperymentów, które przeprowadziłam wspólnie z Sonją Lyubomirsky z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Riverside. Osoby w depresji, które poświęcały zaledwie osiem minut na rozpamiętywanie, miały wrażenie, że dochodzą do przełomu w analizie siebie samych i swoich relacji z innymi. „Teraz dopiero widzę, jak fatalne jest moje małżeństwo!”, „Wreszcie rozumiem, że nigdy nie awansuję!”, „Jestem po prostu realistką – w żadnym wypadku nie skończę szkoły!”, „Moje dzieciństwo było traumatyczne, nigdy się z tym nie uporam!”.

Czy rozpamiętywacze mają w tym względzie rację? Nie. Nie jest tak, że rozpamiętywanie pozwala ci zdjąć różowe okulary i zobaczyć rzeczywistość w ostrych barwach. Zamiast tego powoduje widzenie tunelowe – koncentrujesz się tylko na tym, co w twoim życiu idzie nie tak. Wszystko maluje się w ponurych, szarych barwach i jest przygnębiające. Spada ci motywacja, by zrobić cokolwiek pozytywnego i nie jesteś w stanie skupić się na wymyśleniu rozwiązań dla swoich problemów.

Gdy czujesz, że zbliża się atak rozpamiętywania, możesz spróbować czegoś tak banalnego, jak powiedzenie: „Idź sobie! Nie jesteś moim przyjacielem, robisz mi krzywdę!”. Jeżeli masz małe dzieci, pomyśl, jak uczysz je asertywności względem innych, którzy im dokuczają, i powiedz sobie to samo: „Nie chcę tego! Przestań!”. Możesz też wdrożyć którąś z poniższych strategii.

Daj sobie chwilę wytchnienia

Jedną z najprostszych, a jednocześnie najważniejszych strategii wyzwolenia się z pułapki rozpamiętywania jest dać mózgowi chwilę wytchnienia poprzez podjęcie jakiejś satysfakcjonującej aktywności. Z moich badań wynika, że odwrócenie uwagi od rozpamiętywania w jakiś miły sposób na zaledwie osiem minut niezwykle skutecznie poprawiło respondentom nastrój i przerywało błędne koło rozmyślania.

Jedną z ulubionych czynności, którą wymieniali uczestnicy badania, jest aktywność fizyczna. Niezależnie od tego, czy wybierzesz bieganie, wiosłowanie, tenis, squash czy inny sport, aktywność fizyczna daje twojemu mózgowi biochemiczny zastrzyk optymizmu, a tobie – zdrowy sposób na przerwanie rozpamiętywania. Sporty wymagające pełnej koncentracji – jak partia squasha czy trudna technicznie wspinaczka – są znacznie skuteczniejszym czynnikiem rozpraszającym niż dyscypliny, które można uprawiać automatycznie i przy niewielkiej koncentracji. Biegacze długodystansowi często zauważają, że biegną na autopilocie i nie przestają przy tym myśleć. Jeżeli od dawna uprawiasz sport indywidualny, jak bieganie albo pływanie, być może musisz często zmieniać program treningów, żeby angażować w nie tak umysł, jak i ciało.

Doskonałym czynnikiem rozpraszającym jest także hobby, jak np. lepienie w glinie, ogrodnictwo, modelarstwo czy malowanie. Klucz do sukcesu stanowi jednak zatopienie się w nich bez reszty. Spróbuj czegoś nowego, co wymaga wypracowania nowych umiejętności. Niektórzy potrafią zagłębić się w książkę czy film na tyle, by przerwać schemat rozpamiętywania. Dla innych dobrym rozpraszaczem i źródłem lepszej samooceny jest praca. Zabawa z dziećmi potrafi odwrócić myśli od problemów i skupić się na tym, co w życiu naprawdę ważne. Jeżeli nie masz dzieci, pobaw się ze zwierzakiem – pobiegaj z psem czy kup kotu nową zabawkę.

Pomaganie innym także pozwala się rozproszyć, co przy okazji ułatwia również podkreślenie swojej wartości. Zgłoś się jako wolontariusz do pomocy w schronisku dla bezdomnych. Pomóż grupie środowiskowych aktywistów posprzątać park. Zanieś posiłek starszej osobie, która nie może wyjść z domu. Kiedy spędzisz nieco czasu z tymi, którym gorzej się wiedzie, lub zaangażujesz się w programy wspólnotowe zgodne z twoimi wartościami, możesz ujrzeć swoje zmartwienia w innym świetle. Aktywności dekoncentrujące pozwalają ci wyzwolić się z pęt rozpamiętywania, ponieważ niszczą powiązania między klastrami negatywności w mózgu – analogicznie do przecięcia linii telefonicznych między pobliskimi budynkami. Jeżeli poszczególne klastry nie są w stanie się ze sobą kontaktować, to nie napędzają się wzajemnie i nie potęgują negatywnego nastroju, a także nie podsuwają dalszych problemów do analizowania.

Wstań i rusz się

Moje badania wykazały, że najbardziej efektywne w przerwaniu rozpamiętywania są rozpraszacze, które obejmują jednocześnie skupienie i aktywność. Na przykład

w badaniu, które przeprowadziłam z Jannay Morrow, dawałyśmy smutnym respondentom dwa rodzaje zadań na dekoncentrację – jedno z nich wymagało wstania z miejsca i ruszania się po pomieszczeniu, za to drugie mogli wykonać, nie wstając od stołu. To pierwsze znacznie skuteczniej zmniejszało smutek i ograniczało rozpamiętywanie. Dlaczego? Aktywność fizyczna przynosi efekt biochemiczny, który pozytywnie wpływa na nastrój i procesy myślowe, uwalniając takie substancje chemiczne, jak noradrenalina czy serotonina. Dodatkowo znacznie trudniej jest wrócić do rozpamiętywania, kiedy trzeba się ruszać i skupić na tym, co się robi. Jeżeli rozpamiętywanie dopada cię w środku nocy, znaczenie może mieć to, że wstaniesz z łóżka i zaczniesz się poruszać. Nie wmawiaj sobie, że jeżeli poleżysz  jeszcze kilka minut, to na pewno zapomnisz o zmartwieniach i zaśniesz. Podnieś się i pójdź gdzieś, gdzie jest cicho, poczytaj coś dla przyjemności. Nie pracuj i nie czytaj nic denerwującego. Kiedy zaczniesz odczuwać senność, wróć do łóżka.

Jeżeli ataki rozpamiętywania wywołują u ciebie jakieś konkretne miejsca – na przykład gabinet – postaraj się zmienić jego wystrój. Kiedy na przykład wchodzę do mojego biura i widzę chaotyczne stosy papierów na biurku, czuję się przytłoczona i zaczynam się martwić, czy nie biorę na siebie zbyt wiele zadań. Sprzątnięcie biurka i pozbycie się niepotrzebnych papierów wydaje się łagodzić mój niepokój. Nie wiem, czy wynika to z poczucia kontroli, fizycznego ruchu czy zmiany wyglądu gabinetu – zapewne wszystkie te trzy czynniki odgrywają pewną rolę.

Czasem, kiedy popadasz w rozpamiętywanie, konieczne może się okazać wyjście na zewnątrz. Idź na spacer, wyrusz na przejażdżkę albo skocz na lunch. Kluczem do sukcesu jest zrobienie czegoś przyjemnego, co na trochę wyeliminuje bezpośredni impuls do rozpamiętywania i zadziała jako rozpraszacz.

Nie pozwól myślom wygrać

Jeżeli na krótką chwilę uda ci się powstrzymać rozpamiętywanie, to twój mózg będzie mieć dość czasu na rozważenie bardziej złożonych fraz czy koncepcji, które pozwolą ci zdystansować się od problemów. Jeżeli analizujesz ciągle konflikt z kimś innym, pomyśl sobie: „Nie pozwolę mu wygrać poprzez przejęcie moich myśli!”. Następnie utwierdź się w tym przekonaniu, wymyślając różne sposoby, na które twój przeciwnik wygra tę bitwę, pogarszając ci nastrój na skutek rozpamiętywania. Zdystansowanie się od gniewnego rozpamiętywania nie oznacza, że się poddajesz czy przyjmujesz zasadność żądań drugiej strony. Oznacza po prostu, że nie pozwalasz jej przejąć własnych myśli i zepsuć ci nastroju. Kiedy już zdystansujesz się względem konfliktu, możesz go przemyśleć ponownie, a zwiększone moce przerobowe mózgu prędzej pozwolą ci znaleźć dobre rozwiązanie.

Jeżeli rozpamiętujesz jakąś sytuację, powiedz sobie: „Nie pozwolę, by to zawładnęło moim życiem!” albo coś podobnego, co pozwoli ci odzyskać kontrolę. Przede wszystkim nie możesz pozwolić, by twoje myśli wzięły nad tobą górę i zawładnęły twoją świadomością. Podejmij samodzielnie decyzję, kiedy i jak rozważysz problematyczną sytuację.

Zapisz termin w kalendarzu

Kiedy czujesz, że nie uda ci się odłożyć na bok ważnych kwestii, którymi się zamartwiasz, możesz odzyskać nieco kontroli, wyznaczając sobie godziny rozpamiętywania – porę, w której będziesz tylko myśleć. Wtedy możesz sobie powiedzieć: „Wcale nie unikam moich problemów, po prostu wyznaczam sobie czas na ich przemyślenie, zamiast analizować je teraz, kiedy mam inne rzeczy do zrobienia”. Taki zabieg może ci pomóc wyzwolić się od rozpamiętywania na tyle długo, żeby zrobić to, co konieczne – popracować, zająć się dzieckiem czy odespać.

Często zauważamy, że kiedy nadchodzi wyznaczona godzina na rozpamiętywanie, problem, którym się zamartwiałyśmy, wydaje się mniej realistyczny. Wcześniej, kiedy karmił się naszą energią, mogłyśmy mieć pewność, że marnujemy sobie życie albo że nasze relacje z dziećmi są fatalne. Przy rozpamiętywaniu kłótni byłyśmy pewne, że jesteśmy ofiarami i wymyślałyśmy wyrafinowane sposoby zemsty na naszych prześladowcach. Kiedy jednak wracamy do problemu w wyznaczonej godzinie, wydaje się on drobniejszy i mniej przytłaczający. Nasi prześladowcy stają się bardziej ludzcy, a potrzeba zemsty – mniej oczywista. Wynika to stąd, że wcześniejsze przełamanie schematu rozpamiętywania pozwoliło nam na poprawę humoru i uporządkowanie myśli, a tym samym mamy bardziej zrównoważone podejście do problemów w wyznaczonej godzinie.

Przekaż problem

W pracy badawczej zaskoczyło mnie to, że niezależnie od tego, jak mało religijni we własnej opinii jesteśmy, 40 procent ankietowanych osób w badaniach społecznych przyznało, że ucieka się do modlitwy lub medytacji, by wyrwać się z błędnego koła zmartwień i rozpamiętywania.

Nawet respondenci, którzy nie przynależeli do żadnego konkretnego wyznania, mówili, że kiedy czują się przytłoczeni zmartwieniami, często odmawiają krótką modlitwę o wsparcie i pomoc. Wiele osób ma poczucie, że istnieje jakiś nadrzędny cel czy moc sprawcza, która poprowadzi ich w chwili potrzeby, nawet jeżeli nie utożsamiają się z żadnym oficjalnym wyznaniem. Jeśli modlitwa jest dla ciebie niekomfortowa lub jesteś ateistką, możesz rozważyć medytację. Występuje ona w wielu różnych formach.

Oprzyj się na innych

Zdaniem naszych respondentów jednym z najpowszechniejszych sposobów na przełamanie schematu rozpamiętywania jest rozmowa z członkiem rodziny lub przyjacielem, których darzymy zaufaniem.

Aż 90 procent uczestników badań mówi, że omawia z innymi rozpamiętywane problemy przynajmniej czasami, a 57 procent przyznaje, że robi to często lub zawsze, by wyzwolić się z błędnego koła rozpamiętywania.

Rozmowa z drugą osobą pozwala przerwać negatywne zamartwianie się, jeżeli czujemy się akceptowane i zrozumiane, a także pomaga uporządkować myśli i przejść do kolejnego etapu – rozwiązywania problemów. Przyjaciółka może na przykład poprosić o dodatkowe wyjaśnienie sytuacji, która wywołała twój zły nastrój. Może ci przyznać, że jesteś w tej sytuacji ofiarą, a następnie pomoże ci wymyśleć odpowiednią reakcję i odbudować pewność siebie, by zrealizować rozwiązania, które wydają się najlepsze.

Rozmowa o rozpamiętywaniu może się jednak zemścić. Przyjaciele mogą równie dobrze zintensyfikować twoje zmartwienia, rozmawiając, ale nie pomagając ci spojrzeć na całą sytuację z perspektywy. Kluczem do sukcesu jest rozpoznanie, kiedy zaczynasz rozpamiętywać z przyjaciółmi, i wprost poprosić ich o wyciągnięcie cię z błędnego koła, tak żeby dało się skutecznie ocenić sytuację i możliwe rozwiązania.

Doceń dobre rzeczy w życiu

Badania wskazują, że aktywne poszukiwanie sposobów na wprowadzenie pozytywnych emocji do sytuacji stresowych poprawia nie tylko dobrostan psychologiczny, ale także zdrowie fizyczne i umiejętność rozwiązywania problemów. Psycholog Susan Folkman z Uniwersytetu Kalifornijskiego w San Francisco nazwała je strategiami pozytywnych emocji. Odkryła, że mężczyźni, których partnerzy umarli na AIDS, znacznie szybciej pokonywali objawy depresji, jeżeli aktywnie próbowali znajdować w życiu pozytywne emocje.

W swojej teorii pozytywnych emocji Barbara Fredrickson z Uniwersytetu Michigan argumentowała, że wykorzystywanie pozytywnych emocji do radzenia sobie z negatywnym nastrojem nie tylko poprawia humor, ale także usprawnia procesy myślowe, a tym samym ułatwia reagowanie na wyzwania w otoczeniu i podejmowanie nowych inicjatyw. Eksperymenty wykazały, że jeżeli pomoże się zdenerwowanym ludziom poczuć choć na chwilę pozytywne emocje (na przykład pokazując im zabawne filmiki), ich ciała i umysły szybciej radzą sobie ze stresem.

Istnieje wiele różnych sposobów na wprowadzenie do życia pozytywnych aspektów. Pójdź do fryzjera. Idź na masaż. Weź kąpiel z bąbelkami. Pobaw się z dziećmi. Obejrzyj zabawny film. Opowiadaj dowcipy. Pójdź na spacer w pięknym otoczeniu. Obejrzyj zdjęcia ukochanych osób. Włącz ulubioną muzykę – i to głośno. Pograj na instrumencie. Pozytywne emocje pomagają nam otworzyć umysł. Kiedy już uda ci się opanować rozpamiętywanie i przejść na twardy grunt, będzie ci znacznie łatwiej zrozumieć swoje problemy i znaleźć kreatywne sposoby ich rozwiązania.

Fragment książki „Kobiety, które myślą za dużo” (wszystkie skróty pochodzą od redakcji). 

Susan Nolen-Hoeksema zmarła w 2013 roku profesor na Wydziale Psychologii Uniwersytetu Yale. Jej badania koncentrowały się na depresji i regulacji nastroju. Opublikowała kilkanaście książek. „Kobiety, które myślą za dużo” ukazała się nakładem Wydawnictwa Zwierciadło.

  1. Psychologia

Mindfulness dla rodziców - jak znaleźć równowagę na co dzień?

Każdy rodzic wie, jak wspaniałe i jednocześnie męczące jest zajmowanie się dziećmi. Dlatego praktyka wyciszania umysłu może bardzo pomóc w czerpaniu pełnej satysfakcji z rodzicielstwa. (fot. iStock)
Każdy rodzic wie, jak wspaniałe i jednocześnie męczące jest zajmowanie się dziećmi. Dlatego praktyka wyciszania umysłu może bardzo pomóc w czerpaniu pełnej satysfakcji z rodzicielstwa. (fot. iStock)
Niewiele rzeczy na świecie jest równie wyczerpujących emocjonalnie co wychowywanie dzieci. I równie satysfakcjonujących. Psycholog Corinne Sweet podpowiada, jak sprawić, by między tymi dwoma biegunami była równowaga.

W książce „Dziennik uważności” czytamy o momentach, w których praktyka uważności pomogła pani w opanowaniu bólu po operacji czy lęku podczas próby kradzieży. W czym jeszcze przydaje się w pracy i życiu prywatnym? Zaczęłam medytować 30 lat temu. Nauczono mnie bardzo prostej techniki. Siedzisz w wygodnej pozycji, z zamkniętymi oczami i powoli oddychasz. Przy wdechu myślisz: „wznoszenie”, przy wydechu – „opadanie”. Zauważyłam, że jeśli medytuję w ten sposób codziennie, a nawet częściej – zwłaszcza kiedy mam ważny projekt do skończenia, jak na przykład książkę, czy jestem w okresie większej podatności na stres – pomaga mi to w skupieniu. Poza tym medytacja wypełnia mnie spokojem, jest dla mnie źródłem dobrego samopoczucia i spełnienia. W mojej pracy terapeutycznej często wykorzystuję techniki mindfulness, by pomóc ludziom w skupianiu się na teraźniejszości, w celu odciągnięcia ich myśli od przeszłości i przyszłości, które są przyczyną lęków, zmartwień i negatywnych schematów myślowych.

Umiejętność bycia w chwili przydaje się zwłaszcza zestresowanym rodzicom. Z technik mindfulness mogą korzystać także dzieci. Sama jestem rodzicem i wiem, jak wyczerpujące emocjonalnie jest wychowywanie młodego człowieka. Niemowlęta i maluchy potrzebują nas 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu, a i starsze dzieci bez przerwy czegoś chcą. Jeśli na dodatek jesteś pracującym rodzicem, masz poczucie ogromnego wyeksploatowania, emocjonalnego i energetycznego. Masz wrażenie, jakby codziennie wyczerpywały się twoje zasoby spokoju i uwagi. Kiedy uczysz się uspokajać umysł i szybciej odzyskiwać równowagę, stajesz się bardziej świadoma jako rodzic, co pomaga ci zachować cierpliwość, gdy maluch co pięć minut pyta: „A dlaczego?” lub bez przerwy płacze.

Kiedy uczysz się relaksować i być obecną w danej chwili, potrafisz w 100 proc. wykorzystać każdą minutę spędzoną na zabawie z maluszkiem czy czytaniu bajek, dzięki czemu buduje się między wami bardzo silna więź. Choć w naszej codzienności zwykle skupiamy się na zarabianiu pieniędzy i ogarnianiu domu, to najważniejszym zadaniem powinna być nauka zachowywania spokoju w obecności dzieci. Oczywiście dzieci także można uczyć technik mindfulness. Najlepiej robić to poprzez zabawę. Możecie zagrać w grę polegającą na wyłapywaniu z otoczenia wszystkich czerwonych rzeczy i wymienianiu ich nazw. Podczas długiej jazdy samochodem spróbujcie zagrać w grę pt.: „Kto pierwszy zobaczy kwiatek?”. Wszystkie zabawy, które pozwalają dziecku skupiać się na tym, co dookoła niego, pomagają być bardziej świadomym, zwłaszcza jeśli jest zmęczone, chore czy smutne. Poza tym takie zabawy to świetny pomysł na rodzinne spędzanie wspólnego czasu.

Niektórzy twierdzą, że dzieci mają naturalny talent do życia chwilą, który my stopniowo tracimy. Dzieci żyją w 100 proc. w teraźniejszości. Przeszłość to dla nich ostatnie 5 minut, a przyszłość – następna minuta. Dzieci świetnie sobie radzą z przeżywaniem wszystkiego, co dzieje się tu i teraz, a jednocześnie z odpuszczaniem tego, kiedy mija. Potrafią płakać rzewnymi łzami, kiedy stłuką sobie kolano, by chwilę potem bawić się kolorowymi kredkami. Wszyscy kiedyś byliśmy dziećmi i umieliśmy być w „tu i teraz” po prostu, bez konieczności nauki. Z czasem zaczęliśmy być bardziej poważni, przejmować się tym, co dopiero się zdarzy, i rozmyślać o rzeczach, które już się wydarzyły. Nasze umysły stały się zagracone i zatęchłe, jak dawno niesprzątane mieszkania. Warto je przewietrzyć i posprzątać. Wrócić do stanu umysłu z czasów dzieciństwa. Zacząć żyć prościej, tak jak robią to dzieci. Cieszyć się z tego, co przynosi każdy dzień. Przyjmować rzeczy po kolei, minuta po minucie, chwila po chwili…

Corinne Sweet psycholog, psychoterapeutka, autorka poradników psychologicznych, dziennikarka radiowa i telewizyjna, autorka książki „Dziennik uważności” z prostymi medytacjami na każdy dzień.

  1. Psychologia

Jak na co dzień kochać i szanować siebie?

Mądra miłość do siebie to po prostu przekonanie, że zasługuję na szacunek. (Fot. iStock)
Mądra miłość do siebie to po prostu przekonanie, że zasługuję na szacunek. (Fot. iStock)
Różne ścieżki prowadzą do kobiecości – relacja z matką, babką, przyjaciółką… Ale ta najważniejsza droga zaczyna się w twoim sercu. Prawdziwe poczucie więzi z innymi kobietami może dać ci tylko dobry kontakt ze sobą.

Dawno, dawno temu… kobiety, skazane na obcowanie ze sobą w gromadzie, musiały się wspierać, by zapewnić sobie przetrwanie. W wielu kulturach rdzennych i plemiennych starsze kobiety gromadziły wokół siebie młodsze – córki i wnuczki – i dzieliły się mądrością i doświadczeniem. Gdy wspólnoty były małe, żyło się razem – gotowało, wychowywało dzieci, pracowało dla dobra plemienia. Wszystko było wspólne, nikt nie miał więcej. Rywalizacja nie była potrzebna. Dziś, w epoce cywilizacji przemysłowej, konkurujemy ze sobą często równie zaciekle jak mężczyźni, ale coraz częściej tęsknimy za solidarnością kobiet, za byciem razem.

– Podejmując męskie role, kobiety uznają solidarność kobiecą za niebezpieczną, niepotrzebną, hamującą i ograniczającą – uważa socjolog dr Tomasz Sobierajski. – Obserwacje i badania przeprowadzane chociażby w korporacjach pokazują, że mężczyźni nadal potrafią się zjednoczyć we wspólnej sprawie, żeby zdobyć przysłowiowego mamuta, czyli duży łup, natomiast kobiety na polowaniu walczą przeciwko sobie. Stawiają nie na współpracę, tylko na indywidualizm – ja będę najlepsza! Badania pokazują również, że zjawisko „szklanego sufitu”, czyli blokowanie awansu kobietom, generują nie tylko mężczyźni, ale również kobiety, które zdobyły lub wywalczyły więcej i nie chcą się tym dzielić. Oczywiście, jest wiele pięknych przykładów solidarności kobiecej, które pozwalają im uwierzyć w siebie i przetrwać. Jednak ta solidarność kończy się w momencie, kiedy w grę zaczyna wchodzić polityka, władza lub mężczyzna.

W słusznej sprawie

Są jednak chwile, gdy się jednoczymy „w słusznej sprawie” – przeciw dyskryminacji kobiet, w walce o równe prawa, o parytety. Po stuleciach zależności od mężczyzny – ekonomicznej, obyczajowej, kulturowej i prawnej – łączą nas, obok idei samostanowienia o sobie, także zrozumienie dla wspólnych tylko kobietom, związanych np. z biologią, doświadczeń. – To poczucie więzi i solidarności między kobietami, w dużej mierze instynktowne, jest jeszcze ciągle silne w przypadku świata kulturowo przynależnego kobietom – potwierdza dr Sobierajski. – Świata, który dotyka pierwotnych zagadnień, takich jak ciąża, urodzenie i wychowanie dziecka. Silne jest też w przypadku uczucia poniżenia czy porzucenia przez mężczyznę.

Z tęsknoty za bliską relacją z innymi kobietami powstała idea kobiecych spotkań, tzw. siostrzeństwo. Ma ono swój odpowiednik w kręgach kobiet, tworzonych – podobnie jak przed wiekami – przez tzw. Starsze, czyli „kobiety, które wiedzą”. Maria Ela Lewańska, prowadząca kobiece spotkania w kręgu, a także tłumaczka książki „13 Pierwotnych Matek Klanowych”, za kluczową sprawę w kwestii więzi kobiet z kobietami uznaje szacunek do samej siebie. – Jestem kobietą, więc jeśli nie mam szacunku do siebie, to nie mam szacunku do innych kobiet. Jak mam więc odczuwać siostrzeństwo? – pyta Lewańska.

Większość klanowych matek mówi o dobrym traktowaniu siebie. Warto posłuchać mądrych Indianek, bo miłość do siebie to podstawa wszystkich relacji. Jeśli masz kontakt ze swoimi uczuciami, emocjami, wiesz, skąd one się biorą, jesteś świadoma swoich mocnych stron, ale i ograniczeń, to na pewno nie skrzywdzisz świadomie ani siebie, ani nikogo innego.

Święte pięć minut

Jak na co dzień praktykować miłość i budować szacunek do samej siebie? W tym zabieganym świecie, pełnym wyzwań? Bo nie problem usiąść w kręgu i przez godzinę czy dwie być wspierającą dla innych kobiet. Ale jak budować ten szacunek na całe życie, nie na chwilę?

– To jest praca ze świadomością – mówi Maria Ela Lewańska. – Bo właśnie kiedy kobieta jest tak zaganiana, ma na głowie pracę, dom, to jest to jej najbardziej potrzebne.

A pięć minut można znaleźć zawsze. Pięć minut, podczas których nie ma nas dla nikogo. Taki święty czas. Maria mówi, że sama, mimo że urodziła dwoje dzieci, dostrzegła pewnego dnia, że potrzebuje się dowiedzieć czegoś o kobiecości. – I moje myślenie było takie – jak mam się dowiedzieć, co znaczy być kobietą? Od kogo? No przecież nie od mężczyzny! Kto może lepiej ode mnie wiedzieć, kim jestem, co mi jest potrzebne, niż ja sama? – pyta.

I zaleca każdej kobiecie, by dała sobie prawo do tych pięciu minut dziennie, obiecując, że dzięki temu nasza świadomość może się rozrosnąć. A zmiana ta przebudowuje stosunek do samej siebie.

Inna Maria – Maria Rotkiel, psycholog i znana terapeutka par, zgadza się, że jeżeli chcemy utrzymywać dobre relacje z najbliższymi, powinniśmy zacząć od okazania sobie miłości. W swojej książce „Nas troje, czyli rodzinne nastroje” pisze: „Kochanie siebie to pielęgnowanie pozytywnej energii, którą możemy obdarzyć innych. Kochanie siebie nie jest równoznaczne z samozachwytem czy brakiem krytycyzmu wobec siebie. Mądra miłość to po prostu przekonanie, że zasługuję na szacunek. To danie sobie prawa do szczęścia. To wiara w siebie i swój potencjał”. I poleca, by zacząć od prostych rzeczy. Może skorzystasz?

1. Zacznij każdy dzień od jakiejś przyjemności. To może być smaczne śniadanie, posłuchanie ulubionej muzyki w drodze do pracy, założenie ubrania, które lubisz. 2. W ciągu dnia dbaj o chwile odpoczynku, by spokojnie wypić kawę czy pospacerować. 3. Przynajmniej raz w tygodniu spraw sobie jakiś prezent. Cokolwiek, nawet niedrogi drobiazg! 4. Zjedz lunch lub obiad, nie zajmując się pracą i nie myśląc o problemach i obowiązkach. 5. Zaplanuj na wieczór jakąś przyjemność. To może być kolacja z mężem po pracy lub wyjście z koleżankami do kina. 6. Codziennie mów sobie afirmację, czyli swoją mantrę, swoje pozytywne hasło, które poprawia ci nastrój i motywuje. Np. „Dziś wszystko ci się uda”, „Jesteś wyjątkowa i zasługujesz na to, co najlepsze”. 7. Codziennie powiedz sobie też jakiś komplement. Spójrz w lustro, pochwal siebie za coś. 8. Mów bliskim, czego potrzebujesz i co jest dla ciebie ważne. 9. Nigdy nie mów i nie myśl o sobie źle, koncentruj się na pozytywnych myślach i emocjach. 10. Uśmiechnij się do siebie!

  1. Psychologia

Jak opanować emocje i uratować związek przed rozpadem?

Związek najbardziej zatruwają negatywne cechy osobowości obojga partnerów. (fot. iStock)
Związek najbardziej zatruwają negatywne cechy osobowości obojga partnerów. (fot. iStock)
Jesteś może w związku, który na początku był doskonały, ale z czasem na jego powierzchni zaczęły pojawiać się rysy? Jeśli tak, to czytaj dalej – ten tekst przeznaczony jest właśnie dla osób, które nie kochają się już tak bardzo, jak wcześniej – przekonuje Mark Goulston, autor książki „Jak rozmawiać z furiatami”.

Wielu moich klientów znajduję obecnie w świecie korporacji, ale wcześniej sporo czasu poświęcałem pracy z parami. W tamtym właśnie okresie opracowałem podejście, które nazywam terapią ponownego połączenia, aby pomóc ludziom odzyskać wzajemną miłość i szacunek. Muszę przyznać, że sam byłem zaskoczony jej skutecznością.

Terapię ponownego połączenia opracowałem głównie dla rozwodników, którzy chcieli dać sobie drugą szansę, co wymaga od terapeuty dużego nakładu pracy. Jeżeli twój związek jest jednak dość silny, ale jest w nim znacznie więcej irracjonalności, niż uważasz za wskazane, przedstawiam także wersję do samodzielnej realizacji, która pomoże ci naprostować sytuację.

Skuteczność tej metody wynika stąd, że nie tylko zachęca was do traktowania się nawzajem lepiej, ale także motywuje, żebyście stali się lepszymi ludźmi.

Przede wszystkim zademonstruję, jak wykorzystywałem to podejście zawodowo, a następnie nauczę cię stosować wersję „amatorską”.

– Dzień dobry – powiedziałem do słuchawki. – Mówi doktor Goulston, dzwonił pan do mnie. W czym mogę pomóc?

– Nazywam się Jack. Moja żona Suzie i ja już od dłuższego czasu mamy trudności w naszym związku – zaczął Jack. – Byliśmy u kilku terapeutów, a w końcu zdecydowaliśmy się na separację. Wyprowadziłem się do wynajętego mieszkania. Teraz jednak zdaję sobie sprawę, że wcale nie chcę rozwodu, chciałbym spróbować jeszcze raz. Wiele osób mi mówiło, że może być pan w stanie nam pomóc. Suzie także zgodziła się wziąć udział w terapii.

Wyjaśniłem Jackowi, że moje podejście ma ściśle określoną strukturę, której przestrzegania wymagam bez żadnych odstępstw.

– Zanim zgodzę się z wami spotkać, muszę wiedzieć, że razem z Suzie zgadzacie się w stu procentach na to, jak będzie wyglądać pierwsze czterdzieści minut sesji – dodałem.

Jack i Suzie zgodzili się na moje warunki, zaplanowaliśmy więc sesję, podczas której dałem obojgu możliwość przedstawienia swoich zastrzeżeń wobec drugiej połówki. Z uznaniem przyznaję, że udało im się nie wpadać sobie w słowo – była to jedna z zasad, które ustaliłem. Zastosowali się także do mojej reguły, by wylewać z siebie frustrację przez część czasu, a przez resztę sugerować rozwiązania problemów.

Kiedy skończyli, spojrzeli na mnie pełni oczekiwania. W widoczny sposób zakładali, że nie mogę się doczekać omówienia ze szczegółami ich wzajemnych żalów.

I tu ich zaskoczyłem.

– Wszystko, co powiedzieliście do tej pory, od początku do końca, jest… nieistotne – oświadczyłem.

Od razu mogłem powiedzieć, że Jack i Suzie w końcu w jakiejś kwestii się zgodzili – oboje uważali, że mi odbiło.

Być może ty także tak uważasz. W końcu zacząłem od polecenia Jackowi i Suzie, by wymienili wszystkie problemy, które ich zdaniem ich rozdzielały – a potem skomentowałem, że obchodzą mnie one tyle, co zeszłoroczny śnieg. Mało kto oczekuje takiej odpowiedzi od psychiatry.

Ja jednak wiedziałem, co mówię. To nie ich czyny sprawiły, że związek stał się toksyczny, tylko ich osobowości.

– Powiem coś teraz i chciałbym, żebyście zdecydowali, czy się z tym zgadzacie, czy nie. Mogę zacząć? – popatrzyłem na nich uważnie.

– Yyyy, tak – odpowiedział Jack.

– Okej – dodała Suzie, która wydawała się jeszcze mniej przekonana do całego pomysłu.

Najpierw pokazałem im rysunek:

Negatywne cechy osobowości w związku: pamiętliwość, mściwość, oziębienie Negatywne cechy osobowości w związku: pamiętliwość, mściwość, oziębienie

 

– Negatywne cechy osobowości w związku dzielą się na trzy kategorie, które przedstawiam jako trzy koncentryczne okręgi. Wewnętrzny okrąg to pamiętliwość. Uruchamia się ona, kiedy ktoś nas zdenerwuje lub sfrustruje. Każdy z nas ma tę cechę, miała ją nawet Matka Teresa. Jeżeli nie będziemy jej kontrolować, możemy stać się pamiętliwi w stu procentach. Właśnie tacy są ludzie zgorzkniali – są w stu procentach pamiętliwi. Znacie kogoś takiego?

Oboje skinęli głowami.

– Nie jest miło przebywać w ich towarzystwie, co?

Ponownie pokiwali głowami.

– Jeżeli pamiętliwość weźmie nad wami górę, przepływa do środkowego okręgu, który reprezentuje mściwość – kontynuowałem. – Kiedy tak się dzieje, koncentrujecie się na zemście na osobie, która, waszym zdaniem, was obraziła. Można to zrobić albo krzywdząc bezpośrednio tę osobę, albo siebie – na przykład pijąc na umór albo w niekontrolowany sposób wydając pieniądze. Jeżeli zaś żadne z was nie opanuje mściwości, wylewa się ona do zewnętrznego okręgu, czyli oziębienia. Na tym etapie patrzycie na siebie z wyrazem twarzy, który komunikuje: „Nie znam cię. Nie lubię cię. To koniec”. Czy rozumiecie, jakie ma to przełożenie na was związek? – zapytałem.

Potwierdzili z zamyślonym wyrazem twarzy. Przeszedłem więc do kolejnego etapu.

– Czy zgodzilibyście się ze mną, że w zasadzie każdy codziennie przeżywa różne denerwujące, rozczarowujące albo frustrujące doświadczenia?

Ponownie skinęli głowami.

– A czy zgodzilibyście się ze stwierdzeniem, że reakcje ludzi w  takich sytuacjach plasują się na skali? Na pozytywnym końcu są osoby, które nie lubią być w takiej sytuacji, ale przyjmą porażkę na klatę i nie dostaną z tego powodu szału, nie wyładowują się ani na innych, ani na sobie. Wykazują opanowanie pod presją. Podziwiamy je za to i chcemy być jak one. Prawda?

– Tak.

– Z kolei na negatywnym końcu skali są ludzie, którzy najmniejszą trudność czy przeszkodę traktują jak najgorszą katastrofę, wrzeszczą na innych lub bezlitośnie wyładowują się sami na sobie. To ludzie, których lubimy najmniej, nie chcemy przebywać w ich towarzystwie i nie chcemy być tacy jak oni. Dlaczego? Bo są dziecinni, a ich zachowanie wydaje się nam odpychające.

Pokiwali głowami.

– A oto, jak to się przekłada na wasz związek – zacząłem podsumowywać. – W kontekście waszej relacji zachowujecie się jak narkomani. Jesteście uzależnieni od reagowania na frustracje w sposób dziecinny i odpychający. Jesteście pamiętliwi. Mściwi. I właśnie dlatego doszło między wami do oziębienia, bo nie jesteście w stanie wytrzymać nawzajem swojego towarzystwa, więc się rozstaliście. Czy to w miarę jasne?

– Tak – odpowiedzieli.

Zrozumieli, na czym polega problem. Teraz musieli już tylko go rozwiązać – a ja wiedziałem, jak to zrobić.

– Od dziś chciałbym, żebyście byli dla siebie nawzajem sponsorami – powiedziałem.

Wyjaśniłem, że ich zadaniem na każdy dzień jest praca nad rozwojem odporności emocjonalnej i umiejętności radzenia sobie z irytacją, frustracją i rozczarowaniem bez wybuchania jak granat ręczny. Mieli ćwiczyć przyjmowanie przeciwności ze spokojem i dojrzalsze radzenie sobie z nimi. Przedstawiłem im strategie opanowania w obliczu trudności.

Potem przeszedłem do istoty tej metody.

– Chciałbym, żebyście zapisywali każdą sytuację, kiedy zatriumfujecie nad negatywnymi emocjami. Kiedy uda się wam nie wrzasnąć na jęczące podczas jazdy samochodem dzieciaki. Kiedy zachowacie spokój, gdy ktoś w pracy popełni głupi błąd, zamiast zmyć mu głowę. Albo kiedy będziecie bardzo cierpliwi w rozmowie z trudnym rodzicem. Na koniec każdego dnia podzielicie się tymi zwycięstwami ze sobą nawzajem. Dzielić się macie także porażkami – nie jesteście już dla siebie wrogami, tylko sponsorami.

Jack i Suzie zrobili, jak kazałem. Łatwo nie było, mieli lepsze i gorsze dni, ale w ciągu kolejnych paru miesięcy stało się coś niesamowitego – zamiast skarżyć się wzajemnie na swoje niedociągnięcia, zaczęli mi opowiadać, jak bardzo się nawzajem szanują. Zaczęli patrzeć na siebie z uśmiechem i dotykać się tak, jak dotykają się ludzie, którzy się kochają.

Rok później odnowili przysięgę małżeńską.

W początkowym okresie mojej pracy psychiatry wykorzystywałem to podejście w pracy z wieloma parami po rozwodzie lub w separacji, które chciały spróbować jeszcze raz. Oto, co stwierdziłem:

► Po 6 tygodniach wiele z nich stwierdziło, że ich związek jest lepszy niż kiedykolwiek wcześniej.

► Po 12 tygodniach wiele zauważyło, że są lepszymi ludźmi niż kiedykolwiek wcześniej.

► Po 18 tygodniach wiele z nich mówiło mi, że inni pytają, co takiego się zmieniło. W jednym przypadku moi podopieczni zachichotali i odpowiedzieli: „Postanowiliśmy dorosnąć”.

Dlaczego to podejście sprawdza się czasem tak dobrze? Ponieważ daje każdemu z partnerów cel, do którego można aspirować. Jeżeli ludzie podchodzą do związku jak do transakcji, skupiają się albo na tym, żeby ich było na wierzchu, albo na osiągnięciu kompromisu. W mojej metodzie jednak porzucają aspekt transakcyjny i stają się lepsi, niż którekolwiek z nich uważało za możliwe – stają się ludźmi, z których są dumni.

Co więcej, oboje pomagają sobie osiągnąć ten wyjątkowy cel. Dopingują się nawzajem. Klepią się po plecach i motywują, a w tym czasie, niezauważenie, zaczynają się na nowo kochać i szanować.

W związku, w którym dzieje się bardzo źle, cały proces może stanowić duże wyzwanie. Jeżeli więc twój związek przechodzi poważne problemy albo już jesteście rozwiedzeni bądź w separacji, powinniście zwrócić się o pomoc do profesjonalnego terapeuty. Jeżeli jednak darzycie się głęboką miłością, a wasza relacja jest zasadniczo silna, ale czujesz, że oboje osuwacie się w odmęty szaleństwa (albo już w nich tkwicie), możecie wykorzystać tę metodę samodzielnie. To uproszczone podejście nazywam zwykle żyli długo i szczęśliwie, bo to cel zupełnie możliwy do osiągnięcia, jeżeli tylko jesteś gotowy popracować, by go osiągnąć.

Kluczem do tej metody jest przyjęcie do wiadomości, że za problemy w związku odpowiedzialni jesteście oboje. Aby odnieść sukces, oboje musicie czuć skruchę za popełnione błędy, a nie tylko frustrację wobec siebie nawzajem. Jeżeli macie dzieci, musicie też przyjąć do wiadomości, że wasze złe zachowanie i egoizm szkodzą także im.

Jeżeli potrafisz się do tego przed sobą przyznać, a twój partner czy partnerka także jest w stanie przyjąć osobistą odpowiedzialność, to wypróbujcie moje podejście:

  1. Usiądź z partnerem i powiedz: „Chcę spróbować czegoś, co pozwoli jeszcze bardziej wzmocnić nasz związek. Myślę, że pomoże nam to wręcz stać się lepszymi ludźmi”.
  2. Opowiedz, w jaki sposób chcesz lepiej radzić sobie ze zdenerwowaniem, frustracją i rozczarowaniem tak, abyś nie stał się pamiętliwy lub mściwy i żeby wasza relacja nie oziębła.
  3. Zapytaj, czy twój partner jest skłonny być twoim sponsorem w tym procesie. Zapytaj także, czy możesz zostać jego sponsorem. Jeżeli się zgodzi, zobowiążcie się wobec siebie nawzajem, że będziecie starać się być lepszymi ludźmi.
Każdego dnia poświęćcie nieco czasu, by opowiedzieć sobie nawzajem o swoich triumfach i porażkach. W roli sponsora dawajcie sobie wsparcie moralne i chwalcie się za postępy.

Myślę, że zaskoczy cię, jak bardzo dojrzejesz na skutek tej metody, zarówno jako partner w związku, jak i jako człowiek. Założę się, że twoja druga połówka także dojrzeje. W głębi serca większość ludzi, którzy zachowują się niedojrzale, pragnie wznieść się ponad takie zachowanie i stać się lepszą wersją siebie. Dla chcącego nic trudnego.

A moja metoda na pewno nie jest trudna.

Przydatna wskazówka

Kiedy wraz z partnerem czy partnerką pomagacie sobie nawzajem stać się lepszą wersją siebie, przestajecie jednocześnie być gorszą wersją siebie.

Plan działania

  1. Wspólnie z partnerem przeanalizujcie swój związek. Czy wspieracie się nawzajem? Czy się szanujecie? Czy więcej czasu się razem śmiejecie, czy kłócicie? Czy cieszysz się na spotkanie z partnerem na koniec dnia, czy może coraz bardziej boisz się powrotu do domu? Jeżeli macie dzieci, jakich dobrych lub złych rzeczy uczą się z waszego związku?
  2. Jeżeli nie podobają ci się twoje odpowiedzi na te pytania, przyjmij odpowiedzialność za własne błędy w związku. Przyjmij też odpowiedzialność za ból, jaki sprawiły twojemu partnerowi i innym członkom rodziny.
  3. Zapytaj partnera, czy chciałby podjąć wspólnie z tobą wysiłek, abyście stali się bardziej racjonalnymi i lepszymi partnerami – a także ludźmi.

  1. Psychologia

Każdy wiek ma swoje ograniczenia, ale i wiele przywilejów

Te wszystkie kopniaki, które dostajemy od życia, są właśnie po to, żeby kiedyś rozsiąść się wygodnie z poczuciem, że jestem na swoim miejscu, i rozkoszować się byciem. (Fot. iStock)
Te wszystkie kopniaki, które dostajemy od życia, są właśnie po to, żeby kiedyś rozsiąść się wygodnie z poczuciem, że jestem na swoim miejscu, i rozkoszować się byciem. (Fot. iStock)
Nie da się ukryć, starzejemy się. Ale to od nas zależy, czy przyjmiemy ten fakt z lękiem, w zaprzeczeniu, czy w procesie akceptacji. Każdy wiek ma swoje ograniczenia, ale i przywileje. Na wszystko jest odpowiedni czas. I to jest piękne!

Ktoś mądry porównał życie kobiety do domu i ogrodu: pierwsza połowa, tak gdzieś do czterdziestki, to czas pielęgnowania ogródka, w drugiej dbasz przede wszystkim o wnętrze swojego domostwa. Tak to wymyśliła natura. Do okresu menopauzy hormony dopingują nas do dbania o innych: troszczenia się, zaspokajania potrzeb. Po czterdziestce, kiedy spada poziom oksytocyny, za to testosteron ma się całkiem nieźle, zaczynamy dbać przede wszystkim o siebie. I to jest dobra wiadomość.

Straty i zyski

Fizyczna więź z matką – to pierwsze, co tracimy. Od chwili, kiedy położna przetnie pępowinę, rozpoczyna się proces strat. Lęk przed stratą to zawoalowany lęk przed śmiercią. Na przestrzeni lat tracimy pieniądze, obiekty miłości, przyjaciół, pracę, przekonania, iluzje, a także złudzenia na własny temat. Kiedy mamy 20, 30, 40 lat – strata dotkliwie rani. Bilans życia, który większość z nas robi koło czterdziestki, to najtrudniejsze doświadczenie, które po raz pierwszy tak dotkliwie ukazuje, ile rzeczy, spraw, możliwości zostaje poza naszym zasięgiem. Wiele kobiet w tym wieku zapada na depresję. Te, które pojawiają się w moim gabinecie, skarżą się na zniechęcenie, przerażenie, poczucie, że ich życie stanęło w miejscu, że dawne pasje, marzenia i oczekiwania już się zdezaktualizowały, a nowych jeszcze nie ma. Potem jest łatwiej, bo z poczuciem straty pojawia się przeczucie czegoś nowego.

Od kilku lat, ilekroć coś mi się nie uda, umknie mi jakaś szansa, pryśnie jakaś nadzieja, po chwili smutku pojawia się pytanie: „Czy to naprawdę było dla mnie ważne, czy rzeczywiście tego chciałam?”. Zachłanny apetyt na świat, tak charakterystyczny dla młodych, chęć walki o wszystko, co wymyka się z rąk, zostaje zastąpiony zgodą na to, że coś się kończy bądź nas omija, i przyjęciem nowego – z wiarą, że wszystko, co się pojawi, będzie dla nas dobre. Czasami tak trudno wytłumaczyć osobie, która właśnie straciła przyjaźń, pracę, pieniądze czy ważny związek, że jedyne, co ma do zrobienia, to przeżyć żałobę po stracie i otworzyć się na nowe szanse.

Młodzi w takich wypadkach najczęściej dewaluują to, co stracili, bo wtedy łatwiej jest im się z tym pogodzić. Wraz z doświadczeniem życiowym przekonujemy się, że czas, ten nieubłagany, nieprzekupny, nie do zatrzymania – tak naprawdę leczy rany. Pozwala nam z szacunkiem, a nie w złości lub rozpaczy, pożegnać stare i przywitać nowe.

Ciało – wróg czy przyjaciel?

Do czterdziestki nasze ciało cierpliwie znosi wszystkie przewinienia: brak snu i ruchu, złą dietę, używki. Po czterdziestce nie ma zmiłuj się. Myślę, że jest to związane nie tylko z faktem, że „zaniedbane” ciało coraz głośniej krzyczy, ale także z tym, że nastaje w naszym życiu czas pielęgnacji wnętrza domostwa. Sprawy świata zewnętrznego w naturalny sposób przestają zaprzątać naszą uwagę. Kierujemy się bardziej do wewnątrz. Kiedy pytam trzydziestolatkę, dlaczego lubi biegać albo ćwiczyć w siłowni, zwykle słyszę, że po prostu dba o kondycję albo że lubi się zmęczyć. Po czterdziestce nasze ciało upomina się o świadomy ruch – inaczej choruje. Kiedy zaczynamy podążać za tym, co w ciele, okazuje się, że strata przysycha i pojawiają się nowe szanse albo coś, co wydawało się najważniejsze na świecie, nie jest wcale takie ważne. Z biegiem czasu stajemy się coraz bardziej zintegrowane, wewnętrznie spójne.

A co ze zmarszczkami, fałdą na brzuchu czy cellulitem? Jeśli czujesz, że chcesz poprawiać Pana Boga, masz prawo, tylko czy wiesz, po co? Kilka lat temu pracowałam w klinice chirurgii plastycznej. Moim zadaniem było między innymi sprawdzanie, czy decyzja pacjentki o operacji jest świadoma. Większość kobiet w dwóch pierwszych zdaniach była w stanie przekonać mnie, że wiedzą, co robią. Jednak po operacji wiele z nich doświadczało rozczarowania, że zabieg tak naprawdę niczego w ich życiu nie zmienił.

Z własnego doświadczenia wiem, że kluczowym momentem w życiu kobiety jest chwila, w której z dziewczynki zamienia się w… kobietę w wieku średnim. Jakoś nie zauważamy etapu dojrzałości. Mnie przytrafiło się to całkiem niedawno. Pewnego dnia stanęłam przed lustrem, popatrzyłam na moje zmarszczki, siwe odrosty, miękki brzuch, rozległe biodra i… w pierwszej chwili poczułam lekką panikę. Potem pomyślałam, że może dobrze byłoby zrzucić kilka kilogramów. Nigdy wcześniej nie przekroczyłam wagi 50 kg, ale też nigdy wcześniej nie czułam się tak kobieco, pierwotną energią szerokich bioder, brzucha, który był schronieniem dla trójki dzieci, twarzy naznaczonej życiowym doświadczeniem. Czy to oznacza, że nie chciałabym znowu mieć szczupłych ud i płaskiego brzucha? Jasne, że chciałabym, ale co z tego? Za bardzo kocham swoje ciało i za bardzo boję się bólu, by zdecydować się na radykalną metodę walki z upływającym czasem.

Od działania do bycia

Kiedy przeżywałam kryzys związany z bilansem życia, przede wszystkim bałam się, że nie zdążę zrobić wszystkiego, co sobie zaplanowałam. Dziś czuję, że chcę bardziej „być” niż „działać”. Cieszyć się nicnierobieniem, czuć twórczą energię, celebrować każdą chwilę. Dbam o to, by nie marnotrawić energii na przejmowanie się rzeczami, na które nie mam wpływu. Do czterdziestki bardzo trudno jest zwolnić tempo życia i myślenia, zachować zdrowy balans pomiędzy działaniem i niedziałaniem. Zawieramy ze światem kompromisy, na które wcale nie jesteśmy gotowe.

Ale chyba nie da się inaczej, bo etap bycia bardziej na zewnątrz niż w środku sprawia, że świat jest dla nas ważniejszy niż my same, że musimy się sprawdzić, zasłużyć, wykazać. Choć bywa to bolesne, to te wszystkie kopniaki, które dostajemy od życia, są właśnie po to, żeby kiedyś rozsiąść się wygodnie z poczuciem, że jestem na swoim miejscu, i rozkoszować się byciem, czując, że ja już nic nie muszę, a jeszcze wiele mogę.