1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jaka jest przyczyna nietrwałości współczesnych związków? Pytamy psychoterapeutów

Jaka jest przyczyna nietrwałości współczesnych związków? Pytamy psychoterapeutów

Psychologowie podkreślają dramatyczny spadek naszej dojrzałości: nie chcemy brać odpowiedzialności za drugą osobę, ponosić konsekwencji swoich działań, dbać o innych. (Fot. iStock)
Psychologowie podkreślają dramatyczny spadek naszej dojrzałości: nie chcemy brać odpowiedzialności za drugą osobę, ponosić konsekwencji swoich działań, dbać o innych. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Łatwo dziś ludziom przychodzi robić w tył zwrot, nawet w dobrych związkach. Powód nie musi być dużego kalibru. Właściwie każdy powód jest dziś dobry. Ale pod tymi błahymi pretekstami często kryją się bardzo głębokie przyczyny.

Łatwo dziś ludziom przychodzi robić w tył zwrot, nawet w dobrych związkach. Powód nie musi być dużego kalibru. Właściwie każdy powód jest dziś dobry. Ale pod tymi błahymi pretekstami często kryją się bardzo głębokie przyczyny.

Rozstania to nowa specjalność współczesnego człowieka. Z roku na rok bijemy w tej dziedzinie rekordy. I co ciekawe – najczęściej mówią sobie „żegnaj” ludzie młodzi.

Pieniądze, seks i dzieci

Magda (28 lat, kieruje działem sprzedaży w firmie kosmetycznej) i Maciej (30 lat, informatyk w prężnym wydawnictwie) planowali ślub. Obydwoje pochodzą z małego miasteczka z robotniczych rodzin. Wszystkiego sami się dorabiają, z tym że ona oszczędza, a on wydaje na lewo i prawo. Ona ogląda każdą złotówkę, on kupuje drogie sprzęty, markowe ubrania, zmienia samochody. I z tego powodu ciągle się kłócili. Już nie mają okazji. Kiedy Maciej wyjechał w delegację, Magda zmieniła zamki.

Iwona i Andrzej (32 lata, lekarze) byli parą od podstawówki. Rozstali się po dwóch miesiącach wspólnego mieszkania.

Iwona: – Wydawało mi się, że znam Andrzeja, że mamy takie same potrzeby, że seks jest dla nas bardzo ważny. Na bycie ze sobą kradliśmy każdą wolną chwilę. Myślałam: „to facet mojego życia”. A wystarczyło, że zamieszkaliśmy razem, i zbliżenia przestały go już ekscytować. Odkryłam, że ma romans. Potem dowiedziałam się, że gdy byliśmy razem, też mnie zdradzał. Wniosłam pozew o rozwód.

Bożena (45 lat, nauczycielka) i Jarek (47 lat, strażak) w przyszłym roku obchodziliby 25-lecie małżeństwa. Dopóki nie mieli dziecka, ich związek kwitł, choć już wtedy kłócili się o ciążę – on naciskał, ona zwlekała. Po urodzeniu córki problemy narastały. On nie widział poza dziewczynką świata, żona od początku podchodziła do dziecka z rezerwą (przeszła depresję poporodową). Jarek każdą wolną chwilę poświęcał małej, rozpieszczał, pozwalał na wszystko, Bożena trzymała ją krótko. Apogeum konfliktu przypadło na wiek dorastania. Wtedy on jawnie stanął po stronie córki. Bożena uznała to za zdradę. Sprawa o rozwód jest w toku.

Tina B. Tessina w książce „Pieniądze, seks i dzieci” właśnie te trzy czynniki – pieniądze, seks i dzieci – uważa za najbardziej zapalne w związkach. Pieniądze – bo stają się substytutem miłości, władzy, poczucia własnej wartości, pozycji społecznej, bezpieczeństwa. Bywają też źródłem konfliktów: Jaka część zarobków jest wspólna, a jaka każdego z partnerów? A co wtedy, gdy jedno nie pracuje? Na co wydawać? Gdzie inwestować? Seks – bo bywa wykorzystywany do kontrolowania partnera i manipulowania nim. A z badań naukowych niezbicie wynika, że trwałość małżeństwa zależy nie tylko od tego, jak partnerzy radzą sobie z nieuniknionymi konfliktami, ale także od jakości zbliżeń. Dzieci – bo zmieniają w życiu małżonków wszystko: priorytety, życie towarzyskie, sytuację finansową i wzajemne relacje. Potem dochodzą konflikty na temat podziału obowiązków i wychowania.

Już nie mamy ochoty grać

Oficjalnie ludzie zeznają, że przyczyną rozstania jest niezgodność charakterów, zdrada i nadużywanie alkoholu. Mniej oficjalnie – na przykład w ogólnoświatowej ankiecie dla miesięcznika „Reader’s Digest” – mówią o przemocy (tak odpowiada 67 proc. ankietowanych we Francji, 50 proc. w Polsce; w Wielkiej Brytanii, Rumunii i Rosji – 49 proc.), ale również o niewierności (w Meksyku 64 proc., Chinach 57 proc., Rumunii 50 proc., RPA 49 proc. i Indiach 39 proc.).

Statystyki dowodzą, że przyczyny rozwodów są stare jak świat. Ale z drugiej strony obserwujemy nowe zjawisko rozstań z byle powodu i pod byle pretekstem. Psycholog Jarosław Przybylski:

– Ludzie trafiający do mnie po kolejnym zerwaniu związku są sfrustrowani i rozczarowani życiem we dwoje. Mówią, że odchodzili, bo się odkochali, bo on coraz bardziej ich denerwował albo że ona za dużo mówi. Powody rozstania czasem są wręcz groteskowe. Jeden z mężczyzn z rozbrajającą szczerością oznajmił: „po prostu któregoś dnia się obudziłem i już mi się nie podobała”.

Internautka na forum dla singli: „Jak dla mnie sprawa jest prosta. Rozstajemy się, bo nagle się okazuje, że już nie mamy ochoty grać. Już nie chcemy być tacy, jakim chce nas widzieć partner. Chcemy być sobą, a okazuje się, że nasze prawdziwe JA już takie interesujące nie jest. Bo taka jest prawda – po zakochaniu stajemy się ikoną, bliżej nam samym nieznaną. Stajemy się »lepsi«, bo staramy się być takimi, jakimi chce nas widzieć partner. Ale ile tak można? Potem wychodzimy z założenia, że tak dłużej się nie da i game over. W drugą stronę też to działa – lata mijają i okazuje się, że ukochany nie jest tą samą osobą co kiedyś. Jeśli zostanie przyjaźń, związek jest do uratowania, bo przecież chemia to nie wszystko. Prawda jest jednak taka, że większość z nas w związkach nawet się nie lubi. Gdy mija namiętność, zaczyna nas drażnić wszystko. I kobiety poświęcają się dzieciom, a faceci szukają kochanek”.

Jesteśmy samowystarczalni

Psycholog profesor Katarzyna Popiołek uważa, że przyczyny rozstań podawane przez partnerów, na przykład w sądzie, mają się nijak do rzeczywistych: – Ludzie mówią o niezgodności charakterów, a tak naprawdę przyczyną jest podobieństwo. To, że zderzają się tymi samymi kolcami: agresja spotyka się z agresją, nietolerancja z nietolerancją, niepohamowanie z niepohamowaniem. Rzeczywiste powody, takie jak przemoc, alkoholizm, też mają inne głębsze przyczyny.

Według Katarzyny Popiołek stabilność związku zależy od czterech czynników. Pierwszy to troszczenie się o kogoś, pragnienie niesienia pomocy. Drugi to współzależność. Czyli wzajemne poleganie na sobie, które przejawia się tym, że obchodzi nas to, co dzieje się z partnerem, że jego działanie ma wpływ na nasze, że wzajemnie na siebie oddziałujemy. Trzeci to zaufanie – czyli rodzaj pewności, że partner będzie wrażliwy na nasze potrzeby. Im dłuższy związek, tym większe zaufanie. A im większe zaufanie, tym mniejsza niepewność. I czwarty czynnik – zaangażowanie, czyli gotowość pozostania w relacji bez względu na okoliczności. Gotowość ta wywodzi się z traktowania związku jako wartości.

 
– Myślę, że przyczyną epidemii rozstań jest to, że te wszystkie cztery czynniki obecnie bardzo słabną – mówi prof. Popiołek. – A słabną dlatego, że świat się zmienił i to, co obowiązywało kiedyś, dziś wydaje się ludziom anachroniczne. Dziś dominującą postawą jest indywidualizm wypływający z filozofii, która mówi, że człowiek powinien dbać przede wszystkim o swoje potrzeby, czerpać z siebie, bo jest samowystarczalny. Jak tu więc przejmować się drugą osobą, gdy mam dbać o własne interesy, rozwijać się? Partner z problemem jest kulą u nogi, przeszkadza, więc lepiej wymienić go na nowy model.

Dzisiaj nie mamy przekonania, że będziemy razem w każdej, nawet najtrudniejszej sytuacji życiowej. Stanowimy parę indywidualności, a każda myśli o własnej karierze. Rywalizujemy ze sobą, kto atrakcyjniejszy. Im większa atrakcyjność jednego z partnerów, tym większe prawdopodobieństwo, że porzuci on tego, który nie nadąża. Z kolei młodzi ludzie stoją przed pułapką zastawioną na nich przez biologię. Otóż natura tak sprytnie to zaprogramowała, że przyciągają się osobnicy dający szansę na najlepsze potomstwo. Ale czasem, gdy przyciąganie słabnie, okazuje się, że ludzie są tak różni, że nic ich ze sobą poza tym nie łączy.

Zabawiamy się na śmierć

Zdaniem psychologów przyczyną nietrwałości współczesnych związków jest też istny wysyp narcystycznych osobowości. Skąd się biorą? Z braku bliskich kontaktów z ważnymi dla nich osobami na wczesnym etapie rozwoju albo ich utratą. Wiele badań pokazuje, że w rodzinach słabną więzi, że rodzice zajęci są karierą, że brakuje wielopokoleniowych domów, czasu na rozmowę, którą zastępuje Internet. Na tej glebie wyrasta narcyz próbujący wypełnić poczucie bezsensowności i pustki bajkami o swojej wspaniałości. Ktoś taki nie jest zdolny do miłości innej niż własna.

Kolejnym gwoździem do trumny związków jest konsumpcjonizm. Zapełniamy swoje życie przedmiotami. Im są one wartościowsze, tym sami czujemy się wartościowsi. W końcu zaczynamy postrzegać siebie jak towar. Chcemy dobrze się sprzedać, być popularni, a to wymaga ciągłego pilnowania, co teraz jest na topie, zmusza do nieustannego udawania. Łatwiej udawać, że się jest kimś, niż być kimś, bo jak się chce być kimś, to trzeba wiedzieć, starać się, pracować. I tak spotyka się towar z towarem, a nie człowiek z człowiekiem. A towar, jak wiadomo, można szybko wymienić.

Winna też jest płynna nowoczesność (termin ukuty przez światowej sławy socjologa i filozofa Zygmunta Baumana). Czyli błyskawiczna zmienność wszystkiego, co nas otacza.

Prof. Katarzyna Popiołek: – To, co wczoraj było pożądane, dzisiaj jest śmieszne. Zasady wczoraj cenione dzisiaj są do niczego. Wszystko musi być tymczasowe, chwilowe. Następuje przedłużona bezdecyzyjność. Ludzie nie chcą się wiązać na dłużej, bo nie wiedzą, czy związek będzie do czegoś przydatny. A jak okazuje się nieprzydatny, to do widzenia. Ale to nie znaczy, że ludzie są dzisiaj źli. Oni po prostu poddawani są piekielnej presji mediów, popkultury, kusi ich bogactwo wyborów i wymóg życia chwilą, która powinna być łatwa, lekka i przyjemna. Amerykański filozof Neil Postman mówi, że świat się teraz zabawia na śmierć. Związek też musi być zabawny i przyjemny. Nie umiemy radzić sobie ze złym nastrojem, który nazywamy często na wyrost depresją. Każdy chce być u szczytu szczęścia, wrażeń, przeżyć. Odrzucamy naturalny rytm emocji, które raz są lepsze, raz gorsze. Panuje wielki lęk przed lękiem czy bólem. Źródłem takich postaw jest m.in. wychowanie. Współcześni rodzice chcą dzieciom dać wszystko, nie pozwalają się im ponudzić, posmucić. A w dodatku dzieci mają być nieustającym powodem do dumy i radości.

Chcemy odmiany

Kasia Żelaska, malarka mieszkająca we Francji, od 32 lat żona Gerome’a: – Prawie wszyscy nasi znajomi są po rozwodzie. Większość z nich to dobre, sprawdzone związki. Rozstali się bez jakichś większych przyczyn, po prostu chcieli odmiany.

Podobną tendencję zauważa Katarzyna Popiołek – rozpadają się całkiem dobre związki. Powód? Nudno. A nowy obiekt zawsze jest bardziej podniecający od starego. Zwłaszcza w seksie, który współczesna kultura przewartościowała do maksimum. Juwenalizacja społeczeństwa, czyli kult młodości, powoduje, że trwa totalna wymiana partnerów na młodszych. Ci wymieniający mają poczucie, że przez to sami stają się młodsi, że oddalają od siebie starość i śmierć.

Psychologowie podkreślają dramatyczny spadek naszej dojrzałości: nie chcemy brać odpowiedzialności za drugą osobę, ponosić konsekwencji swoich działań, dbać o innych. Zupełnie zmieniła się definicja związku – nie pragniemy dobra partnera, lecz chcemy poprzez niego być szczęśliwi. Partner jest tylko środkiem do samorealizacji, sukcesu, szczęścia, ewentualnie do podwyższenia naszej pozycji. Nie uczymy się trudu głębokiego bycia z nim. Nad trwały związek przedkładamy relacje powierzchowne, które szczęścia nie przynoszą, a męczą, więc je kończymy.

– Dzisiaj mentalność długiego trwania jest zastępowana mentalnością trwania krótkiego, zarówno w sferze zawodowej, jak i prywatnej – mówi prof. Popiołek. – Teraźniejszość jest oceniana przez pryzmat tego, co nadejdzie. A ponieważ przyszłość jest niewiadoma, więc wolimy nie mieć niczego na stałe.

Kasia Żelaska: – Jednemu z moich znajomych wydawało się, że jak rzuci partnerkę, będzie miał więcej energii do życia, innemu – że napisze wreszcie książkę, pewnej koleżance – że zajmie się sobą. Wszyscy po jakimś czasie stwierdzili, że nic takiego nie osiągnęli. Zupełnie tak jak w filmie Woody’ego Allena „You Will Meet a Tall Dark Stranger” ("Spotkasz wysokiego nieznajomego bruneta"). Starzejący się pisarz znudzony związkiem goni za kobietami, w tym za sąsiadką, którą podgląda przez okno. W końcu nawiązują romans. Pisarz przeprowadza się do kochanki i z jej mieszkania podgląda byłą żonę. Z nowej perspektywy żona wydaje mu się niezwykle atrakcyjna. Wszyscy bohaterowie żyją iluzjami, wpadają w pułapki własnych pragnień i w pogoni za idealnym związkiem rzucają partnerów. I co? Przekonują się, że jest tak samo albo gorzej.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Rozwód czy separacja? Co wybrać, gdy jest już naprawdę źle?

Czasem w związku dzieje się tak źle, że lepiej się rozstać (choć na chwilę), niż dalej się męczyć. (Fot. iStock)
Czasem w związku dzieje się tak źle, że lepiej się rozstać (choć na chwilę), niż dalej się męczyć. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Czasem w związku dzieje się tak źle, że lepiej się rozstać (choć na chwilę), niż dalej się męczyć. Przywykło się myśleć, że separacja daje jeszcze szansę na uratowanie małżeństwa, natomiast rozwód kończy je definitywnie. Mediator dr Tomasz P. Antoszek zna historie par, które się rozwodziły, a potem ponownie brały ślub. A także takich, które bardzo się lubiły, ale nie chciały być już razem…

Rozwód oznacza decyzję o końcu związku, a separacja zostawia szansę na powrót? W momencie wyboru: rozwód czy separacja? – rzeczywiście w dużej mierze chodzi o to, czy decyzja o rozstaniu jest definitywna, czy też nie. Jeśli obie strony są pewne, że nie chcą już być małżeństwem, to właściwszą decyzją – z punktu widzenia zarówno prawa, jak i psychiki – jest rozwód, oczywiście pod warunkiem że jest to zgodne ze światopoglądem i z wartościami, jakimi ludzie się kierują. Częstą pobudką decyzji o separacji jest to, że strony chcą dać sobie czas, bo wierzą, że jeszcze uda im się być razem.

Wyróżniłbym dwa rodzaje separacji: prawna, którą sankcjonuje sąd, oraz separacja nieformalna, kiedy małżonkowie żyją przez jakiś czas oddzielnie, jednak nie czyniąc żadnych formalnych kroków, by separację usankcjonować. Mówią na przykład: „Potrzebujemy kilku tygodni, żeby ochłonąć po zdradzie, rozwiązać problemy, ruszyć z martwego punktu”. Chcą się przekonać, jak będzie im się żyło na odległość, i zyskać większą jasność na temat wspólnej przyszłości. Od razu powiem jednak, że znam historie par, które się rozwodziły, a potem ponownie brały ślub, więc rozwód wcale nie musi być ostatecznym rozstaniem.

Co się dzieje w związkach, które decydują się na separację? Na separację często decydują się małżeństwa, gdzie jedna strona chce się rozstać, a druga nie jest tego pewna. Osoba, która dąży do rozwodu, czasem mówi: „OK, przekonaj się, że naprawdę tego chcę, mnie się nie spieszy”. Zdarza się również, że na separację decyduje się ten w związku, kto czuje się bardziej winny, bo przez lata zaniedbywał związek. W ten sposób chce dać drugiej stronie przestrzeń i czas, żeby rana się zabliźniła, i proponuje separację jako rozwiązanie tymczasowe. To wyjście sprawdza się także u par, które mają jakiś nierozwiązany konflikt. Życie pod jednym dachem sprawia, że konflikt eskaluje. Czasowe rozdzielenie może być szansą na zyskanie dystansu i lepszej perspektywy sporu. Para wtedy ustala na przykład: „Będziemy się spotykać raz w tygodniu w kawiarni czy w parku”. Separacja faktyczna trwa, lecz nagle okazuje się, że para zaczyna ze sobą randkować: on przychodzi z kwiatami, ona wkłada jego ulubioną sukienkę, znowu trzymają się za ręce. Związek się odświeża, a konflikt udaje się rozwiązać.

Z jakich jeszcze powodów pary wybierają separację, nie rozwód? Na przykład ze względu na światopogląd związany z religią – w Polsce przede wszystkim katolicką. Rozwód bowiem rozmija się z ich wartościami. Od takich osób można usłyszeć: „Rozumiem, że nie chcesz żebyśmy żyli razem, ale ja się na rozwód nie mogę zgodzić, ponieważ wzięliśmy ślub kościelny”. Takie podejście należy zrozumieć, warto jednak zauważyć, że wynika ono z błędnie pojmowanej relacji prawa kanonicznego do prawa świeckiego. Tak naprawdę to są dwa zupełnie odrębne porządki, ponieważ tzw. rozwód cywilny nie unieważnia małżeństwa – zgodnie z wiarą małżonków – wobec Boga i nie jest „rozwodem kościelnym”.

Innym powodem separacji  może być bardzo istotny wątek dzieci. On często sprawia, że małżonkowie dają sobie jeszcze szansę. Pomimo że się nie dogadują, są w stanie uzgodnić pewne zasady, żeby pokojowo funkcjonować dla dobra dzieci. Podczas mediacji można ustalić wszystkie sprawy z tym związane.

A czy separacja wpływa na małżeńską wspólność majątkową? Separacja jest dobrym rozwiązaniem, gdy strony chcą rozdzielności majątkowej, a nie dojrzały jeszcze do rozwodu. Orzeczenie przez sąd separacji skutkuje zniesieniem małżeńskiej wspólności majątkowej dokładnie tak jak przy rozwodzie. Jeśli ludzie nie chcą, żeby ich zarobki wpływały na wspólne konto lub jedno z nich nie chce jeszcze przekreślać małżeństwa, ale pragnie zabezpieczyć majątek – separacja jest narzędziem prawnym, dzięki któremu można osiągnąć ten cel.

A czy separacja może być traktowana jako etap przejściowy prowadzący do rozwodu? Na pewno pozwala oswoić się z myślą o nim. W wyroku rozwodowym jest coś ostatecznego. Ta definitywność bywa trudna nawet mimo że jest w jakimś sensie oczekiwana. Dla wielu osób rozwód stanowi bolesne przeżycie, do którego potrzebują się przygotować. Niekiedy separacja jest takim wzięciem oddechu, po którym małżonkowie wracają do siebie, a czasem wprost przeciwnie – utwierdzają się w przekonaniu, że decyzja o rozstaniu była dobra.

Co, gdy trudno nam podjąć decyzję: rozwieść się czy zdecydować na separację? Tu pomocna okazuje się mediacja. Jej rolą jest ułatwienie komunikacji, pozwala usłyszeć się skonfliktowanym małżonkom  inaczej niż wtedy, gdy rozmawiają sami. Mediator jest bezstronny i filtruje komunikaty, dzięki czemu strony przestają „strzelać” do siebie swoimi racjami, tylko mogą usłyszeć, z jakiego powodu coś jest dla kogoś ważne. To otwiera ich na zupełnie nowe rozwiązania, co z kolei prowadzi do konkretnych ustaleń. Mediacja jest po to, żeby dwie strony czuły się wysłuchane, by każda się wypowiedziała i miała poczucie, że ma wpływ na podjęcie wspólnej decyzji.

Z drugiej strony mediacja daje stronom „twarde” rozwiązania prawne. Samo zawarcie ugody przed mediatorem jest umocowane w prawie i po zatwierdzeniu takiej ugody ma moc wyroku sądowego. Małżonkowie mogą ustalić pewne warunki, na przykład dotyczące podziału majątku, które sąd weźmie pod uwagę przy rozwodzie albo je wprost zatwierdzi. W razie niewywiązania się ze zobowiązań jednej ze stron z taką ugodą można iść do komornika.

Jak zwykle przebiega mediacja? Na początku pracujemy nad zdefiniowaniem tego, na czym każdej ze stron zależy. Jeśli nie ma w tym zakresie jasności, mediacja pozwala przepracować na głębszym poziomie motywacje i oczekiwania. Małżonkowie zastanawiają się, jakie mają w tym momencie cele osobiste dotyczące związku czy szerzej: rodzinne. Później mediacja może się potoczyć w różne strony – małżonkowie mogą dojść do wniosku, że ich celem jest ratowanie związku albo zmierzają w stronę rozstania. Warto zaznaczyć, że mediator nie powinien prowadzić terapii, ale podczas mediacji zdarza się, że pary dochodzą do wniosku, że chcą przepracować razem pewne kwestie i zaprosić do tego procesu psychologa.

Jeśli sprawa rozwodowa już się toczy przed sądem, strony zawierają ugodę, informując tym samym sąd, że się pojednały i rezygnują z rozwodu. Jeśli nie ma widoków na utrzymanie małżeństwa, mediator pomaga w ustaleniu warunków rozwodu, na przykład dotyczących majątku, alimentów czy wychowania dzieci. Strony wówczas rozstają się w pokojowej lub przynajmniej mniej wojennej atmosferze.

A kiedy pan jako mediator widzi, że tli się jeszcze jakaś nadzieja na pojednanie? Zawsze zostawiam tę decyzję stronom, do niczego nie zachęcam ani niczego nie sugeruję. Stosuję techniki komunikacyjne, które pozwalają uczestnikom mediacji dotrzeć do tego, czego naprawdę chcą. Miewałem mediacje, podczas których okazywało się, że wniesienie pozwu było po prostu wołaniem o uwagę. Zdarza się, że ktoś zaczyna płakać, że tak naprawdę nie chce tego rozwodu, tylko nie mógł inaczej dotrzeć do żony czy męża. Albo nagle mówi: „Ale ja cię kocham” i trafia na bardzo różne reakcje drugiej strony.

Przetrwanie małżeństwa zależy od tego, co płynie z oczekiwań obu stron: jak widzą rozwiązanie tej sytuacji, jaką mają wizję przyszłości. Pytam wtedy: „Co by się musiało stać, żeby perspektywa dalszego bycia razem była możliwa?”. Czasem słyszę: „Absolutnie nic, bo to dla mnie jest już skreślone” albo: „Gdyby coś się zmieniło, to wówczas…”. Wtedy zadaję kolejne pytania: „Co konkretnie?”. Jeżeli uda się to zdefiniować i dwie strony wyrażają na to zgodę, mogą spróbować się pojednać.

Po jakich zachowaniach obu stron ocenia pan, że rozwód jest nieunikniony? Już na samym początku spotkania można odczytać wiele sygnałów: małżonkowie się nie witają albo udają, że się nie widzą. Bywa, że mówią do siebie per pan i pani, przerywają sobie, atakują się, są ironiczni, czasem okrutni. Kiedy zjawiają się u mediatora, a proces rozwodowy trwa już rok czy dwa lata, w aktach znajduje się wiele bolesnych: prawdziwych, ubarwionych lub zupełnie zmyślonych kwestii, które obie strony zdążyły o sobie napisać, by wykazać przed sądem winę drugiej strony oraz fakt, że tego małżeństwa już nie ma. Wtedy przychodzą do mediatora pełni żalu z powodu tego, co wzajemnie mówili o sobie przed sądem. Słowa bardzo ludzi dotykają. Dlatego do mediatora lepiej przyjść przed postępowaniem sądowym.

Podczas mediacji częściej widzi pan obojętność czy silne emocje? Obojętność jest chyba czymś najgorszym. Silne emocje, nawet wyglądające jak nienawiść, mogą świadczyć o tym, że jeszcze jest co ratować. Pod nimi zwykle kryje się zranienie. Są wskaźnikiem, że poruszany wątek jest istotny. Mogą też sygnalizować potrzebę zmiany. Powód tych emocji trzeba zawsze ustalić w rozmowie.

Prowadziłem mediacje, w których strony wręcz się lubiły, co wcale nie oznaczało, że dalej chcą być razem, jednak o wiele częściej spotykam się z obojętnością czy nawet wycofaniem. Strony wysyłają sygnały, które mówią: „Nie chcę na niego patrzeć”, „Nie chcę siedzieć z nią w jednym pokoju”. W takim przypadku mediator może rozmawiać ze stronami na osobności.

Trzecia postawa to pełna nienawiści chęć wejścia w konflikt, pokazania, że to ja mam rację, że to ja się czuję źle. Profesor Bogdan de Barbaro określiłby to zapewne chęcią unieważnienia drugiej osoby w konflikcie. To zamyka na dialog nie tylko w kierunku ratowania małżeństwa, ale również innych racjonalnych decyzji, które para mogłaby podjąć, rozmawiając ze sobą merytorycznie. Któż bowiem z nas chce być unieważniony?

Dr Tomasz P. Antoszek, mediator, prawnik, psycholog konfliktu. Wykładowca Szkoły Prawa Uniwersytetu SWPS, kierownik Katedry Prawa Prywatnego na Wydziale Psychologii i Prawa w Poznaniu, współzałożyciel DOMU MEDIACYJNEGO Antoszek i Kamińska w Poznaniu.

Rozwód a separacja

Różnice od strony czysto prawnej

Przesłankami rozwodu jest zupełny i trwały rozkład pożycia, a separacji – zupełny. Rozkład ma charakter zupełny, jeżeli ustały więzi fizyczne, duchowe i gospodarcze małżonków, a czy do tego doszło – ustala sąd. Skutkami rozwodu są: ustanie małżeństwa, powstanie rozdzielności majątkowej, wyłączenie dziedziczenia ustawowego, ustanie domniemania pochodzenia dziecka od męża matki, powstanie obowiązku alimentacyjnego względem wspólnych małoletnich dzieci, a w pewnych wypadkach również obowiązku alimentacyjnego między małżonkami. Sąd rozstrzyga też o władzy rodzicielskiej małżonków oraz o kontaktach z dziećmi. Skutki separacji są takie jak w przypadku rozwodu, z następującymi wyjątkami: małżeństwo nie ustaje, a małżonek pozostający w separacji nie może zawrzeć nowego małżeństwa, małżonkowie obowiązani są do wzajemnej pomocy, jeżeli wymagają tego względy słuszności. Separacja może zostać w każdej chwili zniesiona, co oznacza ustanie wszystkich skutków separacji i powrót do wcześniejszego pożycia małżeńskiego. Rozwodu oraz jego skutków nie można „cofnąć”. Orzeczona separacja ułatwia uzyskanie rozwodu. Sąd wówczas ustala, czy rozkład pożycia, który już nastąpił i został stwierdzony w postępowaniu o separację, jest trwały. Sąd może oprzeć się na zgodnych twierdzeniach stron, dotyczących tego, że nie widzą one szans na dalsze utrzymywanie małżeństwa. Udowodnienie, że nastąpiły przesłanki rozwodu, będzie na pewno prostsze. Poza tym w postępowaniu o separację, tak jak w postępowaniu o rozwód, rozstrzyga się kwestie związane m.in. z alimentami i władzą rodzicielską, co pozwala na uregulowanie pomiędzy małżonkami kilku istotnych spraw już w orzeczeniu ustalającym separację.

Potrzebne dokumenty

Do pozwu o rozwód lub separację należy dołączyć odpis skrócony aktu małżeństwa, odpisy skrócone aktów urodzenia dzieci – jeżeli strony posiadają wspólne małoletnie dzieci, dowód uiszczenia opłaty od pozwu (obecnie: 600 zł) lub wniosek o zwolnienie z kosztów sądowych, gdy strona wnosząca pozew nie jest w stanie ich ponieść. Jeżeli jeden z małżonków wnosi o orzeczenie rozwodu z winy drugiego małżonka, to na nim spoczywa obowiązek udowodnienia, że winę za rozkład pożycia ponosi współmałżonek. Może to być wykazane na przykład zeznaniami świadków. Jeżeli natomiast żądanie pozwu obejmuje zasądzenie alimentów na rzecz wspólnych małoletnich dzieci, konieczne jest wykazanie wysokości usprawiedliwionych potrzeb dzieci, zwłaszcza gdy są one zwiększone z uwagi na różne okoliczności, np. chorobę albo dodatkowe zainteresowania i chęć ich rozwijania, i w związku z tym przewyższają wysokość usprawiedliwionych potrzeb dzieci w podobnym wieku. Może to być wykazane na przykład na podstawie rachunków potwierdzających konkretne wydatki. Trzeba jednak mieć na uwadze, że przy ustalaniu alimentów sąd, oprócz wysokości usprawiedliwionych potrzeb dzieci, bierze pod uwagę również możliwości zarobkowe drugiego z małżonków.

Pomoc prawna

Radca prawny lub adwokat może pomóc w sporządzeniu pozwu o rozwód lub separację oraz reprezentować stronę w postępowaniu przed sądem.

Edyta Stanicka, radca prawny z Kancelarii Filipek&Kamiński, specjalizuje się w prawie rodzinnym i cywilnym.

  1. Psychologia

Momenty zwrotne w naszym życiu - koniec początkiem nowego

Konfucjusz powiedział kiedyś, że człowiek, dążąc do pewności, trwałości, poczucia bezpieczeństwa, porządku, nie powinien zapominać o zmienności losu, niebezpieczeństwie, upadku, zamęcie. Czyli o momentach zwrotnych. (Fot. iStock)
Konfucjusz powiedział kiedyś, że człowiek, dążąc do pewności, trwałości, poczucia bezpieczeństwa, porządku, nie powinien zapominać o zmienności losu, niebezpieczeństwie, upadku, zamęcie. Czyli o momentach zwrotnych. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Śmierć rodziców, choroba dziecka, cierpienie partnera, wypadek – to bolesne punkty zwrotne w naszej podróży przez życie. Nieoczekiwane, nieplanowane, ale nieuniknione. Nawet jednak te zaplanowane, jak narodziny dziecka, mogą wywrócić nasz świat do góry nogami. Jak odnaleźć się po drugiej stronie życiowej zwrotnicy?

Magdalena, 34 lata, z wykształcenia inżynier budownictwa, z pasji – nauczycielka. Po przejściach. Trzy lata temu rozstała się z mężem, zmieniła zawód, wyjechała z Warszawy. – Żyłam intensywnie, szybko, dość wygodnie. Kiedyś znajomi poprosili mnie o korepetycje z matematyki dla swoich córek i tak mnie to wkręciło, że zaczęłam studia psychologiczne. Im bardziej się w nie zagłębiałam, tym bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że praca z dziećmi to moje powołanie. Nie miałam jednak odwagi niczego zmieniać. Bo firma męża, dom, wyjazdy. I pewnie byłoby tak do dzisiaj, gdyby pewnego dnia mąż nie oznajmił, że wyprowadza się do innej kobiety i nie chce, abym dalej z nim pracowała. To był dla mnie niewyobrażalny cios. A także – przerażenie, lęk, co będzie dalej, jak sobie poradzę. Zaraz potem zdiagnozowano alzheimera u mojej mamy. Jakby tego było mało – kilka miesięcy potem dowiedziałam się, że mam raka piersi. To wszystko powinno było mnie zabić, ale mnie uleczyło.

Na skrzyżowaniu dróg

Często po to właśnie są momenty zwrotne. Już samo określenie „zwrotne” oznacza, że coś się zmienia bezpowrotnie, że nie można wrócić do tego, co było. Na ogół jesteśmy skłonni do łatwych ocen: to dla nas pozytywne, to negatywne. I dopiero po czasie możemy odkryć, że to, co uznawaliśmy za złe, przyniosło dużo dobrego. Najczęściej negatywne okazuje się nie tyle samo zdarzenie (nawet jeżeli jest bardzo bolesne), ile sposób poradzenia sobie z nim. W chwilach przełomowych stoimy w rozkroku na skrzyżowaniu i nie wiemy, dokąd iść. Z jednej strony, mnóstwo naszej energii idzie na utrzymywanie utraconej pozycji. Magdalena na przykład odwlekała moment odejścia z firmy i wniesienia sprawy o rozwód. Może to tylko zły sen? Może jutro mąż się ocknie i wszystko będzie, jak było? Odrętwienie emocji, myśli, zupełny zastój. Z drugiej – zero nadziei na dostrzeżenie horyzontu spoza ciemnych chmur. Brak pomysłu na życie. Zamknięcie się na pomoc z zewnątrz, a tym samym odcięcie się od możliwości robienia kroku do przodu.

Dużo ludzi w takim stanie ucieka w alkohol, narkotyki, seks, hedonistyczne życie przypominające bal na Titanicu – wszystko zmierza do katastrofy, a oni udają, że im dobrze.

Inni budują twardą powłokę zewnętrzną: stają się opryskliwi, niemili. Wszyscy znamy nieprzyjemnych urzędników, którzy pod twardym, pełnym złości i agresji obliczem ukrywają niepewność i słabość. Tak naprawdę bardzo łatwo ich zranić. To zresztą dziwny psychologiczny paradoks – takie osoby poprzez swoje zachowanie wystawiają się na krytykę, ale strasznie z tego powodu cierpią, więc żeby to cierpienie zagłuszyć, atakują, a to z kolei napędza negatywne oceny. Jeszcze inni pod płaszczykiem uległości skrywają słabości – kogoś do rany przyłóż – manipulatora, który wykorzystuje innych, żeby budować swój wizerunek.

Na ogół reagujemy na takie osoby oskarżeniami, złością. A można na moment się zatrzymać, nie odpowiadać krzykiem na krzyk, pomyśleć, co takiego wydarzyło się w życiu tego człowieka, że tak reaguje. Gdy zaprzestaniemy słownego ping-ponga, może naprawdę dużo zmienić się w jego zachowaniu.

Mój cichy policjant

Dlaczego w przełomowych chwilach reagujemy agresją, ucieczką w nałogi, manipulacją? Ponieważ nie umiemy inaczej. Trudności traktujemy jak koniec świata. Czujemy, że wszystko się wtedy wali: dom, relacje, praca. Wypadamy z rutyny. Tamto życie, nawet jeśli nas nie satysfakcjonowało, było znane, bezpieczne i niewymagające pracy. Nowe jest nieznane, nieprzewidywalne i zmusza do zmierzenia się z samym sobą. Wymaga konieczności wyjścia z komfortowego miejsca, spojrzenia na nie z dystansu. A analiza swojego życia z dystansu nie zawsze jest przyjemna. Czasem wynika z niej, że tu i ówdzie czegoś nam brakowało, tam czegoś innego mieliśmy za dużo. Słowem – że trzeba coś z tym fantem zrobić. Moment zwrotny oznacza chaos, bo starego już nie ma, a nowe jeszcze nie nadeszło. Żyjemy, ale jakbyśmy nie żyli, tylko wegetowali.

Niektóre osoby w momentach zwrotnych natychmiast biorą jakiś kurs, nieważne jaki. Jak Katarzyna, menedżerka w firmie konsultingowej, która trzy miesiące po rozwodzie wyszła ponownie za mąż.

– Nie znoszę być sama, rozpamiętywać tego, co było. Szybko się rozwiodłam i szybko po raz kolejny zakochałam. Łukasz wydawał mi się świetnym partnerem i opiekunem dla moich dzieci. No cóż, pomyliłam się. Potem po raz kolejny. Ale nie rwę włosów z głowy z tego powodu. Będę szukać dopóty, dopóki znajdę właściwego mężczyznę.

Katarzyna nie daje sobie prawa do zatrzymania się. Nie wyciąga wniosków, tylko pakuje się w nowy związek. A w nim nie jest świadoma tego, co się dzieje, nie odczytuje sygnałów zbliżającego się kryzysu. A często można poznać, że oto zmierzamy do momentu zwrotnego, nawet jeżeli jeszcze nic się nie wydarzyło. Po czym? Po tym, że wzrasta nasza arogancja, że jesteśmy zbyt pewni, zbyt zachłanni na branie, na sukces. I już nie wystarczają nam starania partnera, chcemy więcej. Aż partner nie wytrzymuje ciśnienia. W sporcie nie zadowalamy się wygraną od czasu do czasu, chcemy wygrywać za każdym razem. Więc się napinamy, zaciskamy zęby. I co? Kontuzja, upadek. Czasem zdradza nas potrzeba nieustannego kontrolowania każdej sfery życia. Ale nie jesteśmy w stanie kontrolować wszystkiego. Więc coś – w naszym mniemaniu – się wali.

Psychologowie zgodnie podkreślają: gdy spotykają nas trudne wydarzenia – jak  rozwód, utrata pracy, choroba, śmierć, ciężka kontuzja – dajmy sobie prawo do smutku, żałoby. To pierwszy krok ku przyszłości. W takich momentach, gdy się zatrzymujemy, gdy zawieszamy działanie, możemy usłyszeć swoje prawdziwe emocje i uczucia.

Magdalena: – Pozwoliłam sobie na moment zatrzymania dwa lata temu, po tym jak dowiedziałam się o chorobie. I ten moment ciszy cały czas jest obecny w moim życiu, nazywam go cichym policjantem. Zawsze, ilekroć się rozpędzę, mój cichy policjant przywołuje mnie do porządku. Czyli zatrzymuje, każe wziąć parę głębszych oddechów i zastanowić się, co robić.

Budujmy na mocnych podstawach

Magdalena, teraz już absolwentka psychologii, wie, że w momentach zatrzymania uzyskuje dostęp do swoich zasobów, czyli wewnętrznych sił, mocy, talentów. Otwiera kolejne drzwi i zaczyna od nowa. Powoli, małymi krokami. Ten proces nazywa metaforycznie wypiętrzaniem góry. Twierdzi, że owa góra, aby mogła przetrwać kolejne kataklizmy, musi mieć solidne podstawy. Dlatego nie wystarczy uzdrowić jednego aspektu życia, na przykład relacji z ludźmi. Dobrze jest spojrzeć na siebie całościowo, holistycznie. Magda sprawdza, gdzie coś w jej życiu nie zadziałało – przygląda się temu, jak pracowała, wypoczywała, jak się odżywiała. I okazuje się, że wydarzenia, które wcześniej ją spotkały, mają o wiele głębsze korzenie, niż myślała. Przy okazji walki z chorobą zainteresowała się dietą, ruchem, pielęgnowaniem dobrych relacji. Ćwiczy swoje kompetencje, dba o siebie. Jej góra wypiętrza się powoli, ale na bardzo szerokiej płaszczyźnie.

– Jeszcze niedawno nie widziałam horyzontu, był całkowicie zachmurzony. A teraz moja góra przebiła chmury. Już widzę słońce! Ale z niczym się nie śpieszę. Zauważyłam, że kiedyś, kiedy moja góra wypiętrzała się szybko, szybko też się chwiała w posadach.

Katarzyna po trzecim nieudanym związku poszła na terapię. Terapeuta porównał jej budowanie relacji z mężczyznami do układania jengi z klocków (wieży, która ma mnóstwo pustych elementów, dlatego w każdej chwili może się zawalić).

Katarzyna: – Teraz wiem, że budowałam za szybko i na kruchych podstawach. Muszę pracować nad cierpliwością. Jeden związek się nie udał, wchodziłam w drugi, a potem szybko w trzeci. Te same błędy, jedna kalka. Kolejna jenga się przewróciła. Wcześniej żyłam w lęku, że czas ucieka, że mam 25 lat, więc muszę mieć męża i dzieci. Więc zrobiłam wszystko, żeby mieć. Potem dałam sobie wmówić, że muszę mieć faceta. Już więcej razy nie pozwolę zawładnąć się stereotypom, społecznym nakazom. A wszystko dzięki temu, że wreszcie wyciągnęłam wnioski z tego, co mi się przytrafiało, a raczej – co sama sobie fundowałam.

Katarzyna odkryła także – dzięki psychoterapii – przyczynę swoich zawodowych trudności. Zawsze gdy zabierała głos w większym gronie, zżerała ją trema. Mimo że bardzo dobrze przygotowywała się do wystąpień, wszystko miała w jednym palcu. Aż przed którymś posiedzeniem zarządu, na którym miała referować ważne badania, zrobiła tak, jak poradził jej terapeuta – wzięła głębszy oddech i powiedziała sobie: „Trudno, najwyżej nie dam rady”. Ale dała radę jak nigdy dotąd.

– Stało się coś niesamowitego: założyłam porażkę, a osiągnęłam sukces. Cały zarząd był totalnie zaskoczony. A wszystko dlatego, że przygotowałam się do tego wystąpienia, ale jednocześnie sobie odpuściłam, wyluzowałam się i dałam sobie prawo do porażki.

Wielkie otwarcie

Punktem zwrotnym naszego życia, do którego mało kto się przygotowuje, jest śmierć. Biologicznie jesteśmy zaprogramowani, żeby umrzeć, ale psychicznie kompletnie ten fakt wypieramy. Często dopiero choroba, odejście kogoś bliskiego sprawiają, że uświadamiamy sobie kruchość naszego życia.

Magdalena: – Mogę powiedzieć, że sens mojemu życiu nadała śmierć. Zrozumiałam, że mam określony czas i muszę zdecydować, jak chcę go spędzić. Dotarło do mnie, że życie ma początek i koniec. Wcześniej w ogóle o tym nie myślałam.

I zadałam sobie pytanie: o co mi chodzi? Czy o to, żeby coś po sobie zostawić? Nie za bardzo. Raczej żeby zmienić świat na lepsze. I wcale nie chodzi o wielkie czyny. Można zrobić coś małego dla drugiej osoby, coś bezinteresownego. Zaczęłam działać charytatywnie w hospicjum dla dzieci. Od roku uczę matematyki w szkole społecznej. Szkolę się na terapeutkę. Piszę książkę o swoich doświadczeniach. Zatrzymałam się. Wszystko dzięki śmierci. Na ogół jesteśmy wobec niej bezradni, więc szukamy sposobów na nieśmiertelność.

I znajdujemy. W religiach, które dają nadzieję na życie po życiu. W biologii, która udowadnia, że możemy przedłużyć siebie, dając geny potomstwu. Także historia i kultura kuszą, że jeżeli uczynimy coś wyjątkowego, możemy się zapisać na ich kartach. A ja sobie myślę: „No tak, tylko to wszystko odnosi się do przyszłości, a co teraz?”. Dla mnie tak naprawdę najważniejsze jest to, co możemy zrobić dla innych w tej chwili. W języku polskim istnieje piękne słowo „przeżyć”, ja je rozumiem jako przechodzenie przez życie, z akcentem na przechodzenie. A my na ogół nie skupiamy się na teraźniejszości, tylko projektujemy przyszłość.

Dla Magdaleny perspektywa śmierci okazała się początkiem, wielkim otwarciem na życie. Wyrwała ją z toksycznego związku, z pracy, która nie dawała satysfakcji. Pozwoliła odnaleźć spokój i radość. Po to właśnie są trudne zdarzenia – zwrotnice. Żeby ustrzec nas przed degeneracją. Poruszyć do głębi, wyrwać i dać kopa. A my możemy wtedy salwować się ucieczką albo stawić im czoła. Wybór należy do nas.

Konfucjusz powiedział kiedyś, że człowiek, dążąc do pewności, trwałości, poczucia bezpieczeństwa, porządku, nie powinien zapominać o zmienności losu, niebezpieczeństwie, upadku, zamęcie. Czyli o momentach zwrotnych. Bo one są częścią naszego losu.

  1. Psychologia

Zdrada w związku - jak zachować się wobec dzieci?

Kłótnia albo rozstanie rodziców jest jak trzęsienie ziemi i co za tym idzie – stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa emocjonalnego dziecka. (fot. iStock)
Kłótnia albo rozstanie rodziców jest jak trzęsienie ziemi i co za tym idzie – stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa emocjonalnego dziecka. (fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Właśnie uświadomiłaś sobie, że partner cię okłamuje, że ma kochankę, prowadzi podwójne życie. Serce ci się kraje i masz ochotę tylko na jedno: krzyczeć, utonąć we łzach albo urwać mu głowę. Ale dwójka waszych maluchów akurat spokojnie się bawi albo je kolację. Czy lepiej zacisnąć zęby, żeby nie wybuchnąć w obecności dzieci? Tak, oczywiście! Czy dzieci wyczują napięcie? Tak, oczywiście (chyba że jesteś Buddą!) – pisze w swojej książce „Kłamstwo w związku. Odejść czy zostać?” Lisa Letessier, psycholożka i terapeutka.

Właśnie uświadomiłaś sobie, że partner cię okłamuje, że ma kochankę, prowadzi podwójne życie. Serce ci się kraje i masz ochotę tylko na jedno: krzyczeć, utonąć we łzach albo urwać mu głowę. Ale dwójka waszych maluchów akurat spokojnie się bawi albo je kolację. Czy lepiej zacisnąć zęby, żeby nie wybuchnąć w obecności dzieci? Tak, oczywiście! Czy dzieci wyczują napięcie? Tak, oczywiście (chyba że jesteś Buddą!) – pisze w swojej książce „Kłamstwo w związku. Odejść czy zostać?” Lisa Letessier, psycholożka i terapeutka.

Jak już wiemy, odkrycie, że partner kłamie, wywołuje olbrzymie poruszenie emocjonalne; w takich warunkach zarządzanie własnymi uczuciami przy jednoczesnym zachowaniu równowagi w rodzinie jest prawdziwą próbą siły! Jednak postaraj się nie kłócić w obecności dzieci, bo bardzo się przestraszą. Niezależnie od wieku, nie są bezmyślne i dobrze widzą, kiedy mama i tata są wściekli, zestresowani czy smutni…

Dziecko jest z natury bardzo egocentryczne (i nie ma w tym nic nagannego). Im młodsze, tym bardziej skoncentrowane na sobie: wraz z wiekiem obszar jego zainteresowania się rozszerza i zaczyna rozumieć, że nie wszystko jest z nim związane. Jeśli twoje dziecko jest małe, pomyśli, że skoro coś się stało, to przez nie. Mama jest smutna? To znaczy, że zrobiłem coś złego. Tata się gniewa na mamę? Kłócą się z mojego powodu.

W okresie adolescencji problemy są trochę inne, ale nie mniej skomplikowane! Budzenie się seksualności, budowanie tożsamości i wszystkie elementy związane z tym okresem życia wywołują u nastolatków niezwykłą wrażliwość i podatności na napięcia. Młodzi ludzie są wtedy bardzo emocjonalni i bronią się przed tym jak mogą. Zatem nie wierz we: „W porządku, mam to w nosie, to wasze życie”.

Bardzo ważne jest znalezienie równowagi między zachowywaniem się, jakby do niczego nie doszło (choć dziecko widzi, że jest inaczej), i „myleniem dziecka z pamiętnikiem”. Nie, dziecku nie można mówić wszystkiego; ale tak, można mu powiedzieć prawdę: nie powiedzieć wszystkiego to nie znaczy nie powiedzieć nic. Sytuację trzeba opowiedzieć w sposób odpowiedni do jego wieku, szanując jego rytm, bez przekraczania granic tego, co może i musi usłyszeć.

Oczywiście najgorsza sytuacja to taka, gdy dziecko staje się wspólnikiem kłamcy. Na przykład tata zabiera ośmioletniego synka Théo do kochanki i każe mu się bawić, podczas gdy dorośli zajmują się swoimi sprawami.

Gdy wracają, ojciec mówi chłopcu: „Pamiętaj, nie mów o niczym mamie, to nasz sekret”. Takie zachowanie jest niszczące dla dzieci. Czują one złość i poczucie winy: złość na rodzica, który zdradza, i poczucie winy, że wbrew swojej woli uczestniczą w tym oszustwie.

Wszystkie dzieci czują, że rodzic, który kłamie, jest mniej zaangażowany w życie rodzinne. Nawet jeżeli tego nie wiedzą, wyczuwają, że coś jest nie tak. Jeśli wiedzą i widzą, że ten, kto jest dla nich wzorem, ich autorytetem kłamie lub, co gorsza, wciąga je w swoje krętactwa, podczas gdy są uczone, żeby nie oszukiwać – czują się totalnie zdezorientowane. Tracą zaufanie do rodzica i do siebie samych. W efekcie mogą zbudować sobie mylne wyobrażenia na temat seksu, zdrady i zakazanych zachowań. Albo w końcu odkrywają kłamstwo, albo noszą ciężar sekretu rodzinnego czy przemilczeń. Taki rodzaj traumy może sprawić, że w dalszym życiu rozwinie się w nich nieufność. Jeśli od dzieciństwa uczymy się, że osoba, której najbardziej ufamy, pozwala sobie na kłamstwo lub oszukiwanie nas, można wyprzedzająco trzymać się założenia, że nikt nie jest godny zaufania i każdy potrafi nas wykorzystać.

Twoje dziecko nie ponosi odpowiedzialności: powiedz mu to!

Jeśli twój partner czy partnerka wciągnęli dziecko w swoje „sprawy dorosłych”, porusz ten temat z dzieckiem.

Możesz na przykład powiedzieć: „Wiesz, on nie powinien/ ona nie powinna brać cię ze sobą. Ale to tata zrobił/ mama zrobiła głupio, nie ty. Nikt nie jest na ciebie zły. Mama i tata postarają się sami załatwiać swoje problemy, ale nie masz się czego bać, bo oboje bardzo cię kochamy i nikt nie ma do ciebie pretensji”.

Jeśli córka czy syn ma pytania, odpowiadaj mu prostymi słowami, ale mów prawdę. Jeśli zapyta na przykład, czy jesteś zła na partnera, możesz powiedzieć: „Tak, jestem zła, bo nie powiedział mi prawdy, ale nie martw się tym, bo na ciebie nikt nie jest zły. Tata i mama porozmawiają i zobaczą, czy mogą się pogodzić”. Albo: „Jestem teraz zbyt zły, żeby z nią rozmawiać, ale kiedy mi trochę przejdzie, tata i mama będą mogli porozmawiać”.

Jeśli twoje dziecko było świadkiem skomplikowanych scen i nie jest w stanie opowiedzieć o nich (albo ty nie masz siły tego słuchać), nie wahaj się iść z nim do psychologa dziecięcego, który pomoże mu to nazwać i zrozumieć, czego doświadczyło. Często powtarzaj dziecku, że nie ponosi odpowiedzialności za to, co się dzieje. Że to nie jego wina. Uspokajaj je, mówiąc, że niezależnie od tego, jak sprawa się zakończy, rodzice go nie zostawią.

Dziecko nie jest ani twoim psychoterapeutą, ani powiernikiem!

Jak już rozumiesz, etap numer 1 polega na tym, żeby pocieszyć dziecko, zwłaszcza jeśli jest małe, że nie ponosi odpowiedzialności za problemy mamy i taty i że mimo tego, co dzieje się w domu, rodzice go nie porzucą. Nie można również stawiać córki czy syna w nieodpowiedniej roli. Bardzo kuszące jest szukanie potwierdzenia na to, jaki koszmar zgotował nam partner, i wywnętrzanie się pierwszej osobie, która znajdzie się w pobliżu, albo plucie wściekłością do wyczulonego, niewinnego ucha.

Jednak twoje dziecko nie jest twoim powiernikiem! To nie ono ma osłaniać cię, bronić, a tym bardziej brać na swoje barki twój smutek. To twoja rola! Uważaj zatem, żeby nie stawiać go w pozycji dorosłego. Niech dziecko zostanie na swoim miejscu, w żaden sposób nie wciągaj go w problemy, które masz z partnerem, nie rób z niego szpiega ani posłańca. Za wszelką cenę staraj się, żeby na tych małych delikatnych ramionach nie spoczął żaden ciężar.

Nie krytykuj drugiego rodzica

Inny ważny punkt to powstrzymanie się od mówienia źle o partnerze. Nawet jeśli to bardzo trudne, nie każ dziecku znosić nienawiści, jaką odczuwasz. Ono nie ma na to żadnego wpływu. Będzie to tylko ze szkodą dla niego, ponieważ postawisz je w pozycji bezużytecznego buforu lub zniszczysz obraz drugiego rodzica, jaki w sobie nosi, a to prawdopodobnie niekorzystnie odbije się na jego rozwoju. Nie skarż się w obecności swojej pociechy, bo znajdzie się ona w bardzo poważnym konflikcie lojalności. Twoje dziecko ma prawo nie musieć wybierać miedzy tatą a mamą, niezależnie od krzywdy, jaką jedno zrobiło drugiemu. Jeśli, niestety, ojciec czy matka jest złym człowiekiem, z wiekiem samo to sobie uświadomi.

Twoje dziecko jest dzieckiem!

Może się jednak zdarzyć, że mimo że się starasz, dziecko i tak będzie musiało unieść twój smutek czy gniew. Nie ma sensu krążyć przez pół godziny wokół domu, żeby się uspokoić i osuszyć łzy, zanim wejdziesz do środka. Dziecko jest superczułym odbiornikiem i poczuje twój ból lub złe samopoczucie, gdy tylko przekroczysz próg. To okropne, ale tak jest! Dziecko jest jak małe zwierzątko z mocno rozwiniętym systemem alarmowym, który zabezpiecza jego podstawowe potrzeby: spokoju, stabilności, bezpieczeństwa emocjonalnego, zaufania, autonomii, wyrażania potrzeb i emocji, spontaniczności i zabawy, granic i samokontroli…

Jesteś jednym z filarów, na których spoczywa jego egzystencja, zatem dziecko rozwija wysoką wrażliwość, żeby ten filar się nie rozpadł. Będzie się starało wiedzieć, będzie ci się przyglądało, żeby „sprawdzić”, czy się trzymasz. Czasem zapyta o coś, czego tak naprawdę nie chce wiedzieć, gdyż da mu to poczucie, że kontroluje wydarzenia, na które w rzeczywistości nie ma żadnego wpływu.

Kłótnia albo rozstanie rodziców jest jak trzęsienie ziemi i co za tym idzie – stanowi zagrożenie dla jego bezpieczeństwa emocjonalnego. Jedna z podpór się chwieje, bo popełniła błąd, który podważa to, kim jest. Druga cierpi, więc wydaje się słaba. Dziecko odczuwa silną niepewność, której nie może wyrazić słowami. To w takiej sytuacji często dochodzi do parentyfikacji. Dzieci przejmują rolę rodzica tak naprawdę po to, żeby ochronić siebie: „Muszę się zająć mamą i czuwać nad jej dobrą formą, żeby mogła zajmować się mną”.

Postaraj się, aby twoja pociecha zachowała niefrasobliwość. Jeśli ci się to nie udaje, niech na trochę zajmie się nią ktoś inny. Nie zapominaj nigdy, że może poczuć konieczność wspierania cię, a to dla niej za ciężkie i nie jest to jej rola. Poproś o pomoc przyjaciół, rodzinę albo psychologa – na tym polega jego praca.

Być prawdziwym

Stale pocieszaj swoje dziecko, ale nie kłam. Nie mów mu, że wszystko jest w porządku, jeśli wyraźnie tak nie jest. Poczuje, że mówisz nieprawdę, że to, co słyszy, nie zgadza się z tym, co wyrażasz niewerbalnie: tonem głosu, gestami, spojrzeniem, wyrazem twarzy – czyli całym sposobem komunikacji poza słowami.

Wielu rodziców uważa, że lepiej chronić swoje dziecko, nic mu nie mówiąc. W rzeczywistości taka postawa może być równie szkodliwa, jak zwierzanie się mu. Julien patrzy ci w oczy i pyta, czy wszystko w porządku. Odpowiadasz mu: „Tak, oczywiście”. On nalega, a ty nadal twierdzisz, że wszystko w porządku (być może nawet nieco się denerwując). Uważasz, że synek jest za mały, żeby zrozumieć, na czym polegają problemy dorosłych, i nie musi wiedzieć, co się dzieje. Masz rację. Jednak Julien widzi, że nie wszystko z tobą porządku. I kiedy mówisz mu, że nie ma problemu, podczas gdy on wyraźnie widzi coś innego, czuje silny lęk; jego intuicja popada w konflikt z twoimi słowami, które bierze za wyznacznik prawdy. W końcu uświadamia sobie, że kłamiesz. Ale nie rozumie dlaczego.

Być spójnym

Jeśli nie zdołasz ukryć swojego smutku lub gniewu, co doskonale mogę zrozumieć, pamiętając o bałaganie emocjonalnym w mózgu, lepiej wyrazić problem słowami. Pod pretekstem, że je chronisz, nie okłamuj dziecka które cię doskonale prześwietliło – ponieważ narobisz jeszcze więcej szkód. Powiedz mu wprost: „Tak, mama jest teraz smutna, ale nie martw się, to przejdzie i jestem z tobą. Nie jestem smutna przez ciebie”. Jeśli zapyta, skąd ten smutek, możesz wyjaśnić mu to w prostych słowach: „Mama posprzeczała się trochę z tatą. Wiesz, to tak samo jak ty czasami kłócisz się z kolegami w szkole. Ale nie martw się, mama i tata są z tobą”.

Jeśli dziecko zobaczy, że płaczesz, nie mów mu, że to ze zmęczenia i że minie. Powiedz prawdę, że jest ci smutno. Jeśli skłamiesz, w jego małej główce powstanie jeszcze większe zamieszanie. Jeśli spyta, dlaczego się pokłóciliście, możesz mu odpowiedzieć w następujący sposób: „Twój tata i ja trochę się ostatnio gniewamy na siebie. Tak jak przyjaciele mogą się czasami gniewać. Mamy inne zdanie na temat przyjaźni taty z pewną panią, ale próbujemy rozwiązać ten problem. Nie masz co się niepokoić, to nie ma nic wspólnego z tobą. To nie z twojego powodu i oboje bardzo cię kochamy. Zawsze będziemy się tobą opiekować”.

To tylko przykłady. Możesz oczywiście wyrazić to własnymi słowami w zależności od istoty problemu, ale bądź prawdziwa.

Szanuj je i zadawaj mu pytania

Pisałam wcześniej, żeby szanować rytm dziecka. Jeśli zostało obsadzone w roli wspólnika lub było świadkiem waszej kłótni, warto wrócić do tego, co się wydarzyło lub jeżeli nie czujesz się na siłach, żeby to zrobić – zwrócić się po pomoc do psychologa. Jeśli jednak udało ci się uchronić dziecko i atmosfera w domu jest dość stabilna, nie ma potrzeby brać go na rozmowę w cztery oczy i wyjaśniać, że tata zdradził mamę i mamie jest bardzo smutno! Szanowanie jego rytmu oznacza bycie świadomym, że ono jest na innym etapie percepcji niż ty. Zbyt szczegółowe lub przedwczesne wyjaśnienia mogą być dla niego szokujące, bo nie jest na nie gotowe ani nie ma ochoty ich słuchać. Przykład? „Zauważyłeś/ zauważyłaś, że tata i mama się gniewają teraz (do tej pory OK, zauważył/ zauważyła). To dlatego, że mama zakochała się w innym panu i tata jeszcze nie wie, czy wybaczy mamie i czy będziemy dalej razem mieszkać (tego natomiast nie musi na razie wiedzieć)”.

Najpierw ureguluj sprawy z partnerem. Jeśli zdecydujecie się rozstać, to dopiero wtedy powiedzcie o tym dzieciom. Warto natomiast porozmawiać z córką czy synem, gdy tylko zauważysz, że orientują się oni w czymś, lub stwierdzisz, że wykazują objawy lęku (zaburzenia snu, kłopoty w szkole, niewyjaśnione problemy somatyczne, dziwne albo nieadekwatne zachowanie).

Niemniej jednak nie podawaj im niepotrzebnych szczegółów i upewnij się, że rozumieją, co mówisz. Postaraj się, aby twoje słowa były maksymalnie zgodne z przekazem niewerbalnym, gdyż dzieci są szczególnie wrażliwe na ten ostatni. Na przykład nie mów, że wszystko w porządku, jeśli dąsasz się i od długiego płaczu aż spuchły ci powieki.

Spytaj dziecko, co je dręczy. Czasami samo tego nie wie, albo będzie się bało cię zranić. Daj mu czas, niekiedy warto nawet zaryzykować i powiedzieć, że być może czuje ciężką atmosferę w domu itd. Zapewnij je, że może ci o wszystkim opowiedzieć, że nie będziesz na nie zła. Czasem również się zdarza, że dziecko ma pretensje do porzuconego rodzica, że nie umiał ochronić rodziny. Nie zapominaj, że chłonie wszystko jak gąbka, mimo wszystkich wysiłków, jakie podejmujesz, żeby je ochronić.

  1. Psychologia

Brak miłości, nieudane związki - jakie korzyści może dać psychoterapia?

Wiele
Wiele "miłosnych" schematów trudno jest przepracować bez pomocy terapeuty, co pokazują zresztą poniższe historie. Nieraz wystarczy kilka spotkań, żeby "coś" w sobie otworzyć. Często jednak trzeba przygotować się na dłuższą pracę. (fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Dlaczego nikt mnie nie kocha? Dlaczego wciąż spotykam egoistów i maminsynków? Dwa lata temu takie pytania zadawali sobie Monika, Tomek i Ada. Dzisiaj kochają i są kochani. Cud? Szczęśliwy traf? Nie. Praca nad sobą pod okiem terapeuty. To dzięki temu otworzyli się na miłość.

Trzy lata temu Monika, 37-letnia wykładowczyni socjologii o urodzie Moniki Bellucci, wpatrywała się w telefon, czekając na wiadomość. Umówiła się z Markiem, że przyjedzie po nią i pojadą do kina. Nie odbierał telefonu. Po godzinie przysłał wiadomość, że jest u kolegi i da znać, jak wyjdzie. Odezwał się po dwóch dniach, jak gdyby nigdy nic. Była do tego przyzwyczajona. W końcu Marek nie po raz pierwszy wystawił ją do wiatru w ciągu ostatniego roku, czyli od momentu, w którym poznali się na portalu randkowym.

– Zawsze to ja rzucałam faceta, gdy czułam, że to nie jest związek dla mnie – opowiada Monika. – Marka nie udawało mi się zostawić, choć mówił mi wprost, że nic z tego nie będzie. Nawet jak zorientowałam się, że takich adoratorek jak ja ma kilka, też nie potrafiłam wybić go sobie z głowy. Jak ulał pasował do mnie żart z filmu braci Marx: „Ta kobieta zachowuje się jak idiotka i wygląda jak idiotka, ale niech to nikogo nie zmyli: ona jest idiotką!”.

Monika znała rozmaite teorie psychologiczne, miała świadomość, że całe jej życie miłosne przebiega pod znakiem lęku przed bliskością. Ba, wiedziała nawet, że źródło tkwi w relacji z ojcem.

– Od dziecka bałam się go i walczyłam z nim, prowokowałam i nienawidziłam, gdy mnie karał – opowiada. – Ojciec był też kochający i uroczy, więc nic dziwnego, że w dorosłym życiu tworzyłam związki typu „dwoje na huśtawce”. I wybierałam facetów, z którymi mogłam mieć na zmianę przyciąganie i odpychanie. A jak któryś chciał stabilizacji, to nieświadomie prowokowałam go, żeby mieć pretekst do odejścia.

Dlaczego więc Monika, mimo wiedzy na temat swoich miłosnych mechanizmów, nie potrafiła się od nich wyzwolić? Bo zmiana czegoś, co zapisało się w naszym umyśle w pierwszych latach życia i utrwalało przez kolejne kilkanaście lub kilkadziesiąt, wymaga nie lada wysiłku. To tak, jakbyśmy chcieli, by na ścieżce, którą przez 30 lat chodzili ludzie, nagle wyrosły stokrotki. Musimy się napracować, żeby to osiągnąć. Często pierwszym krokiem jest zasięgniecie rady kogoś, kto zna się na trawnikach i hodowli kwiatów.

Czas pozwolić sobie na wszystkie odczucia

Monika trafiła do psychoanalityka poleconego przez koleżankę. – Przez pierwszy rok chodziłam na analizę pięć razy w tygodniu – opowiada. – Czasami jechałam przez całe miasto tylko po to, żeby opowiedzieć sen o wampirach i usłyszeć: „dziękuję” w momencie, gdy mówiłam, że jeden z nich miał twarz ojca z fotografii z młodości. Wychodziłam i przez resztę dnia zastanawiałam się, co to znaczy. Z boku wyglądało to na szaleństwo, ale ja byłam pewna: to musi zadziałać. Niezwykłe, choć może lepiej powiedzieć: niezwykle bolesne, było też to, jak przeżywałam historie, które opowiadałam wcześniej wiele razy i wydawało się, że nie robią już na mnie wrażenia. Na przykład o tym, że ojciec mnie uderzył, gdy nie posłuchałam go i nie zwolniłam rowerem na zakręcie i prawie wpadłam pod autobus. Miałam wtedy sześć lat. Na analizie wróciły do mnie wszystkie uczucia, które tłumiłam przez lata. Ryczałam jak bóbr, choć do tej pory płakałam tylko w samotności. Pozwalałam sobie na odczuwanie bezradności, strachu, przerażenia, nienawiści. Ale też czułości, zrozumienia, otwartości na ludzi, akceptacji siebie i innych, cierpliwości.

Na tym polega siła psychoanalizy: ponownie przeżywając traumy, pod okiem doświadczonego analityka i jako dorośli ludzie, mamy szansę się od nich uwolnić. Oczyścić naszą nieświadomość z tego, co nas unieszczęśliwia. Stworzyć przestrzeń do działań, które dają spełnienie i satysfakcję. U Moniki oznaką zmiany było to, że po pół roku analizy przestał ją obchodzić Marek.

– Wtedy zobaczyłam, że wokół mnie są fajni faceci – opowiada Monika. – Jednym z nich był mój przyjaciel. Nagle zaiskrzyło między nami i od dwóch lat jesteśmy razem. Za trzy miesiące bierzemy ślub. Owszem, to nie bułka z masłem, bo ja wciąż walczę ze swoimi lękami i chęcią prowokowania napięć. Ale to mężczyzna, którego naprawdę kocham. Jestem pewna: nie byłoby to możliwe bez psychoanalizy.

Złamanie schematów i zasad

Ada, 34-letnia montażystka, dwa lata temu miała krótką fryzurkę w stylu lat 20., pracę przy serialu, ambitne plany zawodowe i przekonanie, że najpierw musi wzmocnić swoją pozycję zawodową, a dopiero potem myśleć o związku. Bo tak się działo w jej życiu, że zakochiwała się wtedy, gdy odnosiła sukcesy. Jej mantrą było: „Najpierw stanąć na nogi, potem chodzić na randki”.

Rok później Ada wciąż miała krótkie czarne włosy, choć na fryzjera wydała ostatnie pieniądze. Nie miała już pracy w telewizji ani mieszkania w centrum. W ramach oszczędności wynajęła pokój na obrzeżach miasta. Miała kredyt do spłacenia i coraz większy lęk, że życie ją przerasta. Zazdrościła koleżankom w związkach, że nie muszą same zmagać się z rzeczywistością. Ona mogła liczyć tylko na siebie. W dobrych czasach, gdy było ją stać na taksówki, restauracje i wakacje w Maroku, samotność jej nie doskwierała. Teraz, wracając nocnym autobusem z imprezy, z zazdrością patrzyła na pary trzymające się za ręce.

Do terapeutki trafiła bynajmniej nie z powodu tęsknoty za męskim ramieniem. Wysiadło jej kolano. Nie był to żaden uraz ani choroba. Wiedziała, że to z napięcia, bo za kilka dni miała mieć poważną rozmowę o pracę i strasznie się bała, że się nie uda.

– Pomyślałam: to znak, że jest ze mną źle – tłumaczy Ada. – W desperacji pożyczyłam pieniądze od współlokatorki i poszłam do terapeutki, która bardzo pomogła mojej koleżance. Wiedziałam, czego chcę: wzmocnienia i tego, by życie ruszyło z miejsca.

Dwie sesje po trzy godziny zrobiły swoje. – Czułam się tak, jakbym przestawiła sobie zwrotnice w mózgu – śmieje się Ada. – Tak, by uwagę kierować na to, co pozytywne, wzmacniające i twórcze. Miałam jasność: to, jak się czuję, zależy ode mnie. Mogę sobie pozwolić na przygnębienie, biczowanie się, że jestem beznadziejna i wszyscy inni mają lepiej. A mogę też cieszyć się tym, co jest. Skoro i tak mam długi i nie stać mnie na fryzjera, to po co się dodatkowo tym zadręczać? Czy nie lepiej pójść na spacer i radować się widokiem zieleni? Lepiej. No to szłam na spacer.

Szła tym chętniej, że na przechadzki wyciągał ją Jacek, przystojny i uznany w środowisku reżyser. Kręcił się koło niej od dwóch miesięcy. Wcześniej ani myślała zajmować sobie głowę amorami. Przecież musiała skupiać się na szukaniu pracy. – A teraz pomyślałam: co mi szkodzi spotykać się z ciekawym facetem? – opowiada Ada. – Przecież nie muszę ani iść z nim do łóżka, ani do ołtarza. Trochę było w tym też przekory, bo nie dość, że koleżanki ostrzegały mnie przed nim: „to narcyz, który wyniszcza kobiety”, to jeszcze randkowanie w sytuacji, gdy nie mam pracy i pieniędzy, było wbrew moim zasadom.

Jak się okazało, w miłości dobrze jest wyjść poza schematy. Zwłaszcza te, które usztywniają nasze myślenie (jak: „najpierw muszę znaleźć pracę, a potem chodzić na randki”) i zakładają klapki na oczy. Wizyta u coacha pomogła Adzie popatrzeć na siebie i swoją sytuację świeżym okiem. Dostrzec nowe możliwości i zastosować inne metody działania. – Jestem pewna, że bez tego nie zdecydowałabym się na randki z trudnym facetem, jakim bez wątpienia jest Jacek – mówi Ada. – No i nie byłabym od sześciu miesięcy w fajnym związku. Bo wbrew ostrzeżeniom życzliwych, okazał się delikatnym i wrażliwym facetem. Nie wiem, czy to facet na całe życie, ale bycie z nim daje mi radość i siłę. A tego potrzebuję, zwłaszcza teraz, gdy moja sytuacja zawodowa wciąż jest chwiejna. Choć powoli się poprawia. Nie wiem, czy więcej zleceń to efekt sesji, czy tego, że jestem bardziej pewna siebie i zadowolona z życia. Jest jeszcze jeden plus sytuacji: Jackowi podoba się, że zapuszczam włosy i uwielbia mnie w kucyku. Więc przy okazji oszczędzam na fryzjerze.

Warto zawalczyć o siebie

– Nic nie mogę znaleźć, bo Mikołaj robił wczoraj porządki w kuchni – gdera Tomasz, 30-letni scenarzysta, szukając zielonej herbaty. Z 28-letnim anglistą, którego poznał 10 miesięcy wcześniej, miesiąc temu wynajęli mieszkanie i wciąż je urządzają. Tomasz narzeka, ale jest szczęśliwy. – Czasami trudno mi uwierzyć, że mam swój dom – mówi Tomasz. – A tak naprawdę kogoś, z kim tworzę ten dom. Bo choć to brzmi trochę pompatycznie, to ja traktuję Mikołaja jak najbliższą rodzinę.

Swoistym przygotowaniem do życia w tej rodzinie była dla Tomasza psychoterapia. Poszedł na nią dwa lata temu, bynajmniej nie z powodu miłosnych zawodów czy samotności. Odpowiadały mu przygody i romanse, które szybko się kończyły. Bez darcia szat i ran. – Uważałem, że nie nadaję się do związku i tak naprawdę go nie potrzebuję – mówi. – Nie lubiłem, jak ktoś mi się kręcił po mieszkaniu.

Poszedł do psychoterapeuty analitycznego, poleconego przez przyjaciółkę, bo czuł się zablokowany twórczo. – Rozmawialiśmy o moim pisaniu i apatii, ale „ojciec prowadzący” z uporem maniaka powtarzał: „Panie Tomaszu, panu przydałby się jakiś facet na żonę. Pan by pisał, a on by robił panu herbatę i podawał ciasteczka” – opowiada Tomasz. – Myślałem: „facet, co ty gadasz?!”, ale gdy poznałem Mikołaja, nie miałem oporów, żeby zaprosić go do siebie. Na moje wątpliwości, że to pewnie nie wyjdzie, psychoterapeuta odpowiadał: „Co panu szkodzi, najwyżej go pan rzuci”. To brzmiało cynicznie, ale może dlatego przekonująco dla takiego neurotyka jak ja. Mój psychoterapeuta zachęcał mnie też do tego, żebym powiedział matce, że jestem gejem i że związałem się z Mikołajem. Wcześniej myślałem: „to nie jej sprawa, z kim sypiam”. Ale jak w końcu jej powiedziałem, poczułem się tak, jakby odpadł mi obowiązek udawania kogoś, kim nie jestem. Także udawania przed sobą, że fajnie jest być samemu.

– Dla mnie pójście na psychoterapię oznaczało, że się nie poddaję, że walczę o siebie – dodaje Tomasz. – Teraz nie tylko jestem bardziej pewny swoich możliwości, odblokowany twórczo i szczęśliwie zakochany, ale też mam świadomość, że jak się pracuje nad sobą, to ma się efekty. Czasami takie, których się nie spodziewasz, a które są tym, czego naprawdę pragniesz.

  1. Psychologia

Szczęśliwi po rozwodzie. Jak zamknąć przeszłość i otworzyć się na nowy związek?

Szanse na to, by kolejny związek po rozwodzie był lepszy od pierwszego małżeństwa, są naprawdę duże. (Fot. iStock)
Szanse na to, by kolejny związek po rozwodzie był lepszy od pierwszego małżeństwa, są naprawdę duże. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Badania pokazują, że szanse na to, by kolejny związek po rozwodzie był lepszy od pierwszego małżeństwa, są naprawdę duże. Jak zamknąć przeszłość i otworzyć się na nową, dobrą miłość – mówi psycholog  prof. dr hab. Maria Beisert.

Mam znajomą – szczęśliwą mężatkę, która uważa, że rozwodnicy muszą mieć w sobie jakiś defekt niepozwalający im zbudować trwałego związku. Taki, który sprawił, że źle wybrali albo popełnili błędy skutkujące rozpadem małżeństwa. Czy rzeczywiście po rozwodzie trzeba dokonać jakiejś gruntownej zmiany w sobie, by kolejny związek mógł być szczęśliwy? Na pewno nie mówiłabym o defekcie! Jeśli rzeczywiście ktoś ma za sobą nie jeden, ale serię nieudanych związków, można mówić o pewnych trudnościach z relacjami. A jeśli ta powtarzalność jest naprawdę duża – zaryzykować tezę o jakimś deficycie, ale na pewno nie o defekcie. Byłabym też daleka od stwierdzenia, że osoba, która się rozwiodła, sama jest sobie winna. Na związek mają wpływ dwie osoby. Nie bez znaczenia są też okoliczności zewnętrzne.

Jakie więc są szanse na to, by po rozwodzie stworzyć z nowym partnerem lepszy związek? Naprawdę duże, pod warunkiem że przejdzie się przez wszystkie cztery fazy rozwodu: zaprzeczanie, smutek, gniew i rekonstrukcję. Cały proces trwa mniej więcej rok. Kończy się rekonstrukcją, czyli etapem spokojnej analizy tego, co miało miejsce, i planowania tego, co będzie. To czas, kiedy ludzie zaczynają zastanawiać się nad tym, dlaczego się nie udało. Nie ma już złorzeczenia, łez czy obwiniania. Człowiek potrafi przed sobą samym przyznać, że on też popełnił błędy i przyczynił się do rozwodu. Niektórzy wyrażają to na przykład tak: „Moja impulsywność popsuła związek” albo „Nigdy więcej nie będę tak zazdrosny!”.

Mam uwierzyć, że każdy dochodzi do takich wniosków? A wie pani, że tak? Warunkiem jest oczywiście dotarcie do etapu rekonstrukcji, co niestety nie wszystkim się udaje. Niektórzy utykają już na pierwszym etapie, czyli w nieskończoność zaprzeczają, że małżeństwo się zakończyło. Miałam pacjentkę, której mąż się z nią rozwiódł i powtórnie ożenił z kimś innym, ale ona nie przyjmowała tego do wiadomości. Nadal czuła się żoną tego mężczyzny, bo kiedyś wzięli ślub kościelny. „Dla mnie liczy się tylko związek sakramentalny” – mówiła i nie chciała dać byłemu mężowi spokoju.

Rozumiem jednak, że takie nieprzyjmowanie rozwodu do wiadomości jest przez pewien czas czymś zupełnie naturalnym? Tak. To jest prawo osoby opuszczonej, która nagle została poinformowana o decyzji partnera, by nie dowierzać, myśleć: „Nic straconego”, „Jeszcze mogę to naprawić”, by inicjować kontakt i prosić o rozmowę. Najgorsze, co może wtedy zrobić ta druga osoba, to spełniać prośby byłego partnera, będące jawnym lub ukrytym naleganiem na powrót do związku, typu: „Przyjedź, bo tak źle się czuję”.

Jak, będąc osobą porzuconą, można sobie pomóc na tym etapie? Skorzystać ze wsparcia tych, którzy są w stanie poświęcić swój czas, potrafią słuchać – nie kwitują wszystkiego opowieściami o tym, jak oni się rozwodzili – i mają do całej sprawy pewien dystans. Nie będą więc przekonywać: „Próbuj”, „Może się uda”, „Zobaczysz, on jeszcze zmieni zdanie”. Dostrzegą np., że przyjaciółka się narzuca czy wręcz nęka byłego partnera, i będą w stanie powiedzieć o tym tak, by jej nie zranić.

A co pani myśli o zaprzeczaniu nie tyle rozwodowi, ile temu, że jest on czymś ważnym i smutnym? Niektórzy nie tylko nie płaczą po rozstaniu, ale wręcz świętują podczas organizowanych wspólnie z byłym małżonkiem imprez rozwodowych. To dość dziwna w kontekście rozwodu demonstracja, która ma pewnie pokazać, że nic się nie stało. Może ci ludzie próbują zaprzeczyć swoim uczuciom, udowodnić sobie, że nie są przesiąknięci trudnymi emocjami. A może jest tak, jak wyczytałam kiedyś w czeskim opracowaniu dotyczącym rozwodów: „Nie żałuje ten, kto nic nie stracił”. Może oni rzeczywiście nie cierpią z powodu rozwodu, dlatego że nic w związek nie włożyli. Bo jeśli ktoś był zaangażowany w małżeństwo, po rozwodzie zawsze poczuje smutek. Będzie on towarzyszyć nie tylko osobie opuszczonej, lecz także temu, kto opuszcza – z powodu dzieci, poczucia porażki czy tego, że sprawiło się ból byłemu partnerowi.

Jak przetrwać ten drugi etap rozwodu, etap smutku, gdy jest się opuszczonym? Chociaż osoba opuszczona ma prawo czuć się bardzo źle, to jednak warto, by zwracała uwagę na to, czy w tym smutku coraz bardziej się nie pogrąża, czy nie zaczyna wycofywać się z życia i izolować od ludzi. Jeśli tak jest, to ja bym namawiała do ściągnięcia do siebie przyjaciół. Bez oporów i wstydu. Rola przyjaciół na tym etapie sprowadza się głównie do towarzyszenia w przeżywaniu smutku. Muszą oni jednak uważać, by nie zwiększać cierpienia refleksjami typu: „Ależ ty to rzeczywiście masz życie! Teraz zostawił cię mąż, a pamiętasz, jak chodziłyśmy do szkoły, to też cię dwa razy opuszczono”.

A jak poradzić sobie z fazą gniewu? Na tym etapie normalne są fantazje o zemście na byłym partnerze lub jego nowej dziewczynie. Na tych fantazjach powinno się jednak poprzestać. Dlatego najlepiej opowiedzieć o nich bliskiej osobie. Przyjaciel nie powinien tego gniewu podsycać. Może najwyżej zachęcić do wygadania się, wykrzyczenia czy spisania wszystkiego. To powinno pomóc obniżyć poziom agresji i rozwiać myśli o zemście.

Po czym kobieta po rozwodzie może poznać, że dobrnęła już do etapu rekonstrukcji? Po tym, że zaczyna snuć plany na przyszłość. Wyciąga wnioski i zaczyna zastanawiać się, co dalej.

Powiedzmy, że wniosek brzmi: „Nigdy więcej związków”. Takie stwierdzenie może być dowodem na to, że ta osoba jest jeszcze w fazie gniewu i zabraniając sobie wejścia w relację, obraca ten gniew przeciwko sobie. To może być też element gry, chęć przechytrzenia losu, deklaracja, która nie ma potwierdzenia w rzeczywistości – być może ktoś tak bardzo tęskni za byciem z drugą osobą, że woli powiedzieć, że mu nie zależy. Boi się zapeszyć.

A jeśli jednak ktoś naprawdę jest przekonany, że już nigdy nie chce się wiązać? To ja bym powiedziała, że trudno uznać to postanowienie za całkowicie zdrowe. Należy je raczej potraktować jako przejaw lęku przed bliskością. Ludzie mogą zabraniać sobie wejścia w nową relację, bo np. są przerażeni perspektywą ciągłej obecności drugiego człowieka w ich życiu albo nie są w stanie zaakceptować faktu, że w związku trzeba brać pod uwagę potrzeby drugiej osoby. Oczywiście, chcąc uniknąć ograniczeń, pozbawiają się też możliwości wzbogacenia swojego życia, spojrzenia na świat z innej perspektywy. Rozumiem, że niektórzy, np. ofiary przemocy, mają bardzo złe doświadczenia i wydaje im się, że najlepiej się ochronią, nie wchodząc więcej w związek. Widziałam kobiety tak poranione, że nie chciały nawet patrzeć na osoby płci męskiej. Jednak proszę pamiętać: to nie jest decyzja, to ucieczka.

Mamy też drugi biegun, a na nim osoby, które jeszcze się dobrze nie rozwiodły, a już są w kolejnym związku. Jeśli nie zdążą przejść przez wszystkie fazy rozwodu, ryzykują, że dawny związek lub jego fragmenty będą funkcjonować w ich przestrzeni i niszczyć nowy związek lub ich samych. Zdarza się, że ktoś bardzo szybko wchodzi w relację z nową osobą, bo np. podświadomie chce udowodnić, że jest lepszy niż ten, kto go zdradził. Nie zastanawia się więc nad wyborem kolejnego partnera. Zarówno polskie, jak i amerykańskie badania pokazują, że o wiele częściej w tę pułapkę wpadają mężczyźni. Oni w ten sposób próbują poradzić sobie z bólem, robią wszystko, by szybko przestać się martwić.

A w jaką pułapkę wpadają kobiety? Kobiety mają problem z tym, że wchodzą w rolę ofiary. Często, mimo że od rozwodu upłynęło wiele lat, wciąż są niesamodzielne i wieszają się na innych. Żądają więcej pomocy, niż potrzebują, i to od zbyt dużej liczby osób. A takie wsparcie im szkodzi. Wiele rozwódek przez lata korzysta z pomocy finansowej rodziny i współczucia otoczenia. Rodzice wciąż utwierdzają je w przekonaniu, że same nie dadzą sobie rady. Pamiętam zdziwienie jednej z moich pacjentek, która dopiero cztery lata po rozwodzie pojechała po raz pierwszy sama wymienić opony, a potem wspominała: „Nie wiedziałam, że to takie proste i przyjemne. Podjeżdżam do stacji, miły pan bierze ode mnie kluczyki, a potem prosi, bym poczekała w kawiarni”. Wcześniej to ojciec tej pani jeździł wymieniać opony i zwykle kończyło się to awanturą, że moja pacjentka nie jest w stanie przekazać mu samochodu wtedy, kiedy on chce. Traktowanie dorosłej kobiety jak małej dziewczynki bardzo przeszkadza w konstruowaniu stabilnego obrazu swojej osoby, a więc także utrudnia wejście w dobry związek. Wtedy nie szuka się odpowiedniego partnera, tylko opiekuna. Kiedy dach wciąż przecieka, myśli się: „Wezmę sobie za męża majsterklepkę”, zamiast: „Zarobię na to, by móc wynająć kogoś do naprawienia dachu”. Czasem trudno wejść w jakikolwiek związek z mężczyzną.

Bywa, że wsparcia wciąż udziela były mąż. Niektóre kobiety twierdzą, że się z nim przyjaźnią. Taka stała obecność dawnego partnera w życiu jest niebezpieczna dla nowego związku, bo prowokuje do porównań. Kiedy np. kobieta zauważa potem jakieś wady u obecnego partnera, zaczyna wspominać, że były mąż ich nie miał. To bardzo ryzykowna sytuacja. Jeśli nowa więź ma być silna, trzeba najpierw osłabić starą. Ale to nie wszystko – stara i nowa relacja muszą się różnić nie tylko intensywnością, lecz także jakością. Nowy partner powinien być kimś wyjątkowym, z kim tworzy się coś unikalnego w zakresie bliskości i seksualności. Tylko wtedy kolejny związek ma szansę być tym szczęśliwym.

Prof. dr hab. Maria Beisert jest psychologiem, seksuologiem i wiceprezesem Polskiego Towarzystwa Seksuologicznego. Kieruje Zakładem Seksuologii Społecznej i Klinicznej oraz studiami podyplomowymi Seksuologia Kliniczna na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Jest autorką książki „Rozwód. Proces radzenia sobie z kryzysem”.